CO Z TYM SZCZĘŚCIEM?

Dążenie do szczęścia i dobrostanu jednostki jest jedną z kluczowych idei, jakie oddziałują na człowieka żyjącego w XXI wieku. Z jednej strony badania psychologiczne skupiają się wokół maksymalizacji pozytywnych emocji, przy jednoczesnej minimalizacji negatywnych stanów psychicznych. Ludzie odczuwają więc potrzebę nieustannej pracy związanej z polepszaniem warunków życiowych, kondycji psychicznej, ogólnego samopoczucia. Z drugiej strony dane empiryczne wskazują, że duża koncentracja na dążeniu do szczęścia wpływa negatywnie na samopoczucie oraz satysfakcję z życia. Ciągle niezaspokojone potrzeby bycia szczęśliwym oraz zewnętrzna presja do przeżywania wyłącznie pozytywnych doznań, rodzą rozczarowania i przygnębienie. Czy mamy zatem dążyć do szczęścia ze wszystkich sił, narażając się przy tym na zniechęcenie i frustrację, czy też zaniechać chęci bycia szczęśliwymi, prowadząc jałowe, przygnębiające życie? Czy istnieje inne niż owo dychotomiczne postrzeganie problemu? Co z tym szczęściem począć?

Mogę być szczęśliwa, szczęśliwy.

Szczęście jest niezwykle indywidualną kwestią. Nie istnieje jedna sztanca, podług której można by było mierzyć poziom zadowolenia życiowego człowieka. Co więcej, okazuje się, że takie czynniki jak dochody, wykształcenie, płeć czy stan cywilny nie mają większego wpływu na poziom szczęścia. Takie wnioski płyną z badań dwóch psychologów, Matthew Killingswortha oraz Daniela Gilberta, którzy stworzyli aplikację Track Your Happiness (Trop swoje szczęście), pozwalającą im zbierać dane dotyczące uczuć użytkowników, które to dane pozyskiwano w realnym czasie. Z przytoczonych badań wynika, że znacząca poprawa warunków bytowych wcale nie przekłada się na wzrost odczuwanego zadowolenia z życia. Odkryto za to, że szczęście ma związek z doświadczaniem chwili obecnej. Jak określają to badacze, „umysł ludzki jest umysłem wędrującym”. Implikacją tego odkrycia jest fakt, że im częściej ludzie błądzą myślami, tym bardziej spada odczuwany przez nich poziom szczęścia. Badacze zwracają również uwagę na to, że przy błądzeniu myślami szczęście maleje bez względu na to, jakie zajęcie wykonuje dana osoba. Nie ma znaczenia zatem, czy odpływamy myślami, stojąc w korku ulicznym czy leżąc na sofie. Nie ma również większego znaczenia rodzaj myśli (czy martwimy się o jutrzejszy dzień w pracy czy też marzymy o słonecznej plaży), bowiem nawet przyjemne myśli zmniejszają odrobinę poziom szczęścia. Killingsworth i Gilbert mówią wprost: człowiek jest najszczęśliwszy wtedy, kiedy żyje w pełni chwilą obecną.

Nie tylko błądzenie myślami, ale również nadmierna analiza, dotycząca zarówno życia zewnętrznego, jak i przeżyć wewnętrznych człowieka, nie wpływa pozytywnie na poziom odczuwanego szczęścia. Do takich wniosków doszło dwóch naukowców, Todd B. Kashdan i Robert Biswas-Diener, badających czynniki oddziałujące na szczęście. Okazało się, że ludzie deklarujący wysoki poziom zadowolenia z życia rzadziej przyjmują perspektywę analityczną, mniejszą wagę przywiązując do szczegółów. Nie są nadmiernie pedantyczni. Badacze stwierdzili również, że szczęśliwi ludzie nie boją się wychodzić poza swoją strefę komfortu, podejmując się działań związanych z odczuwaniem niepewności i niewygody. Przeczy to powszechnemu przekonaniu, że szczęście związane jest jedynie z komfortem, luksusem czy bezpiecznymi sytuacjami, które są pozbawione wszelkich trudności.

Korelacje pomiędzy trudnościami czy życiowymi problemami a szczęściem badał również wspomniany wcześniej Daniel Gilbert. Z badań tych wynika, że – wbrew obiegowym opiniom – człowiek nie musi być nieszczęśliwy w sytuacjach, gdy nie dostaje tego, czego pragnął. Odpowiada za to „psychologiczny system odpornościowy” (wykształcony w procesie ewolucji), który pozwala czuć się szczęśliwym nawet wtedy, gdy rzeczy nie układają się po naszej myśli. Gilbert wskazuje na dwa rodzaje szczęścia. Pierwsze, naturalne, jest doświadczane przez człowieka wtedy, gdy dostaje to, o czym marzył. Drugie jest szczęściem, które możemy sami tworzyć właśnie wtedy, kiedy rzeczy nie idą zgodnie z naszym planem. Poziom radości wynikający z obydwu jest podobny – dodaje psycholog. Co więcej, szczęście przez nas wytworzone jest tak samo prawdziwe jak naturalne i tak samo trwałe.

Z kolei Elizabeth Dunn, profesor psychologii na University of British Columbia w Vancouver w Kanadzie, oraz Michael Norton, profesor marketingu w Harvard Business School badali zależność pomiędzy pieniędzmi a poziomem szczęścia, sprawdzając, czy to prawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Początkowo wydawało się, że zależność pomiędzy tymi dwoma czynnikami jest bardzo słaba. Jednak prowadząc wnikliwe badania Dunn i Norton stwierdzili, iż pieniądze jednak dają szczęście. Zależność ta występuje jednak tylko w dwóch przypadkach. Pierwszy odnosi się do sytuacji, kiedy pieniądze nie służą nam do kupowania dóbr materialnych, a do kupowania „doświadczeń”. Mogą to być podróże, wycieczki, na których zwiedzamy ciekawe miejsca, obiad zjedzony w interesującej restauracji, warsztaty, na których coś ciekawego przeżyjemy itd. Istotne jest również, żeby te doświadczenia były intensywne i unikatowe, a więc takie, o których można opowiadać jeszcze długo po ich przeżyciu i którym nie grozi spowszednienie. Druga okoliczność, w której pieniądze mogą dawać szczęście, odnosi się do sytuacji, kiedy używamy ich do uszczęśliwiania innych ludzi. I nie chodzi tutaj o jakieś olbrzymie sumy pieniędzy. Badacze wykazali, że już niewielkie sumy wydawane dla innych mogą wpływać na wzrost naszego poziomu zadowolenia.

Na ważką kwestię związaną ze szczęściem, rozumianym jako przeżywanie pozytywnych emocji, zwróciło uwagę dwóch ekspertów: Barbara Fredrickson, naukowiec i psycholożka, specjalizująca się w pozytywnych emocjach oraz Steve Cole, badacz w dziedzinie genetyki i psychiatrii. W swoich badania doszli do wniosku, że ważnym czynnikiem, wpływającym na poziom szczęścia, jest poczucie sensu życia. Ludzie, którzy przeżywają pozytywne uniesienia, lecz nie posiadają silnego poczucia sensu, odbierają swoje życie jedynie w kategoriach hedonistycznych przyjemności. Często zatem mierzą się z frustracją i zniechęceniem (przyjemności bowiem nie trwają wiecznie). Nie chodzi oczywiście o to, że hedonistyczna przyjemność sama w sobie jest czymś złym i problematycznym. Jednak, na co zwraca uwagę Fredrickson, jeśli sens i przeżywanie przyjemności się rozmijają, ludzie doświadczają tego, co psycholożka określa jako „puste pozytywne emocje” – dokładnie takich samych doświadcza się podczas sztucznie wywołanej euforii (za sprawą np. narkotyków lub alkoholu). Z badań tych płynie zatem wniosek, że samo czucie się dobrze to za mało, że potrzebne jest jeszcze poczucie sensu życia, by można było mówić o doświadczaniu szczęścia.

Nie muszę być szczęśliwa, szczęśliwy.

W czasach, kiedy bycie szczęśliwym niekiedy postrzegane jest jako konieczność, kiedy dobre samopoczucie nie jest już wyborem, lecz przymusem, ludzie czują się często sfrustrowani i winni z powodu nie dość doskonałego życia, odbiegającego modelem od proponowanego społecznie wzorca. Za sprawą zalewu poradników, w których autorzy przekonują, że właściwie można zmodyfikować życie, jak się chce i osiągnąć szczęście, dobrobyt, sukces i miłość właściwie już za chwilę, zaczyna się w ludziach rodzić przekonanie omnipotencji. Owo złudne poczucie wszechmocy i całkowitej kontroli nad swoim życiem sprawia, że kiedy nasze emocje nie dają się poskromić, zdrowie – wbrew powziętym zaleceniom – zaczyna szwankować, a kariera nie nabiera takiego tempa, jakie założyliśmy, czujemy się zawiedzeni i oszukani. Renata Salecl, filozofka, socjolożka i teoretyczka prawa, zwraca uwagę na przygniatające poczucie obowiązku bycia szczęśliwym. W konsekwencji takie pojmowanie szczęścia przynosi więcej cierpienia niż korzyści. Ideał szczęścia, prezentowany głównie w mediach, dla większości osób jest nieosiągalny. Będąc pod presją dążenia do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, znaczna część ludzi czuje się gorsza i ułomna z powodu trudności w osiągnięciu wymarzonego celu, co prowadzi do bycia jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Każdy sygnał bowiem, wskazujący na to, że nie jest się szczęśliwym tak, jak być się powinno, odbierany jest bardzo negatywnie. Dołącza się do tego zatem biegunowość stanów emocjonalnych: po przeżyciach pozytywnych następuje załamanie, spowodowane niemożnością utrzymania dłużej stanu zadowolenia.

Przy tak restrykcyjnych wzorcach sukcesu i szczęśliwego życia, trudno jest czasami dostrzec inne sposoby funkcjonowania w świecie. Ray Bennett w swojej książce „The Underachiever’s Manifesto: The Guide to Accomplishing Little and Feeling Great” zwraca uwagę, że w świecie tak silnie dominuje retoryka sukcesu, osiągnięć i bycia najlepszym, iż często nie zdajemy sobie sprawy z możliwości wyboru innych rozwiązań w życiu. Takim przykładowym rozwiązaniem – co postuluje z kolei w swojej ostatniej książce psycholog Jonathan Rottenberg – mogła by być chociażby akceptacja negatywnych przeżyć i uczuć oraz rozpoznanie ich jako nieodłączny element życia człowieka, ważny na równi z doświadczaniem szczęścia. Autor książki „The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic” sugeruje, że może warto byłoby odejść od dążenia do szczęścia jako celu samego w sobie. Psycholog proponuje również zerwanie z ideą koncentrowania się przede wszystkim na kulcie wiecznej młodości, gloryfikacji bezproblemowego życia i spychania ludzi cierpiących na obrzeża świadomości społecznej oraz skończenie z tłumieniem własnych niechcianych doznań, żeby sprostać wymogom szczęśliwego życia.

Akceptacja własnych ograniczeń, negatywnych przeżyć oraz tego, że nie zawsze jesteśmy szczęśliwi, sprawia, że możemy kochać samych siebie oraz nawiązywać głębokie relacje z innymi. Takie wnioski wypływają z wieloletnich badań Brené Brown, autorki „Darów niedoskonałości”. Badaczka dowodzi, że ludzie, którzy nie dążą do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, są – wbrew pozorom – bardziej zadowoleni z życia od tych, których cechuje perfekcjonizm i poczucie samowystarczalności, którzy dążą do dopasowania się do określonego modelu doświadczania życia. Ci pierwsi, akceptując swoje niedoskonałości, nie muszą koniecznie zarabiać więcej, znaleźć natychmiast partnera, urodzić dziecko czy przepracować wszystkie swoje zaprzeszłe, negatywne doświadczenia na terapii, by czuć się dobrze ze sobą. Osoby te popełniają błędy w życiu, ale nie postrzegają tych porażek w kategoriach nieszczęścia czy bycia gorszymi. Dają sobie nie tylko prawo do niepowodzeń, ale również do różnych uczuć i myśli, do gorszych dni i gorszego samopoczucia. Akceptują niepewność, jaką niesie samo życie. Ponieważ szczęście nie jest dla nich priorytetem, nie czują frustracji i złości z powodu tego, że ich życie nie jest idealne, a oni sami wiecznie szczęśliwi.

Z przytoczonych badań szczęście jawi się raczej jako możliwość, nie konieczność, a już na pewno nie jako cel sam w sobie. Odejście od społecznego przymusu ciągłego dążenia do polepszania swojego samopoczucie daje nam więcej możliwości doświadczania życia oraz ułatwia samoakceptację. Nie chodzi jednak o to, aby rozsiąść się na własnym nieszczęściu, odrzucając możliwość przeżywania jakichkolwiek pozytywnych chwil w życiu. Chodzi raczej o zauważenie, że pozytywne i negatywne doznania są częścią psychicznego życia człowieka. Samo doświadczanie przyjemnych lub nieprzyjemnych stanów nie jest kłopotem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy usilnie koncentrujemy się na doświadczaniu tylko jednego rodzaju doznań. Warto korzystać z wiedzy i badań dotyczących problematyki szczęścia (w końcu jeśli możemy wpłynąć pozytywnie na nasze samopoczucie, to czemu tego nie zrobić?). Jednak dobrze jest co jakiś czas zadać sobie pytanie, czy nie przekroczyliśmy już tej cienkiej linii, za którą dążenie do idealnego, nierealnego życia wiecznej szczęśliwości stało się naszą nadrzędną wartością.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bennett, R. (2006). The Underachiever’s Manifesto: The Guide to Accomplishing Little and Feeling Great, San Francisco: Chronicle Books
Biswas-Diener, R. (2012). The Courage Quotient, United Kingdom: John Wiley and Sons
Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Dunn, E., Norton, M. (2013). Happy money: The science of smarter spending, New York: Simon & Schuster
Gilbert, D. (2007). Na tropie szczęścia, tłum. Rajewska E., Poznań: Media Rodzina
Kashdan, T.B.; Ciarrochi, J.V. (2013). Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, Oakland: New Harbinger
Killingsworth, M. (2011). Want to be happier? Stay in the moment, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Rottenberg J. (2014) The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic, New York: Basic Books
Salecl, R. (2013). Tyrania wyboru, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Smith, E. E. (2013). Meaning Is Healthier Than Happiness, The Atlantic [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Reklamy

DOBRE NIEDOBRE EMOCJE

Warsztaty i kursy rozwoju osobistego, spopularyzowanie się pozytywnego myślenia oraz poglądu, że człowiek posiada wpływ na swoje myśli i emocje, wniosły dużo dobrego do życia poszczególnych ludzi. Dzięki rozwojowi i pracy nad sobą można czerpać więcej zadowolenia z życia, mieć poczucie większej harmonii ze sobą i światem, odczuwać więcej spokoju i radości. Niestety, zachłyśnięcie się pozytywnym myśleniem i kursami samodoskonalenia sprawiały, że zrodziła się wiara w omnipotencje człowieka w kwestii jego możliwości modyfikacji własnego życia w taki sposób, aby mógł doświadczać tylko przyjemnych doznań i nie przeżywać żadnych negatywnych. Pragnienie ciągłego ulepszania swojego życia, nieustanna pogoń za szczęściem i tyrania optymizmu sprawiają, że ludzie tłumią negatywne emocje, zmuszając się często, żeby być cały czas radosnymi, zadowolonymi, przeżywającymi szczęście osobami. Inspiracja i pomoc, które w założeniu miały wspierać rozwój, zaczynają go ograniczać i powstrzymywać.

Dopóki się uśmiechamy

Jeden z przekazów społecznych we współczesnym świecie kultury zachodniej, z którym dosyć często się stykamy, mówi, że dopóty będziemy akceptowani i doceniani, dopóki będziemy radośni i produktywni. Powinniśmy zatem prowadzić zrównoważone, szczęśliwe życie, pozostawiając na boku nasze lęki, obawy, wątpliwości. Jakby w opozycji do szybkiego tempa współczesnego życia, które sprawia, że trudno jest osiągnąć spokój umysłu, nie powinniśmy odczuwać zdenerwowania i napięcia. Powinniśmy za to nieustannie cieszyć się życiem, będąc opanowanymi, jednocześnie zwiększając naszą wydajność i kreatywność. W skrajnej postaci – na co zwraca uwagę Mari Ruti, profesor teorii krytyki na Uniwersytecie Toronto – kult „pozytywnego myślenia” zaszczepia nam ideę, że w życiu przydarzać nam się będą tylko dobre wydarzenia za sprawą samego myślenie o nich.

Imperatyw dotyczący przeżywania tylko pozytywnych emocji i usilnego dążenia do pozbycia się wszystkich nieprzyjemnych doznań jest czasami tak głęboko zakorzeniony, że boimy się nawet nazywać nasze emocje, powodowani wstydem i lękiem przed tym, że możemy być ocenieni jako gorsi, nie dość dobrzy. Dlatego też nie dajemy sobie prawa do choroby, obniżonego nastroju czy lęku. Nie pozwalamy sobie na momenty zatrzymania się w pędzie ku wymarzonemu szczęściu, nawet jeśli nasz organizm bardzo tego potrzebuje. Działamy często na przyspieszonych obrotach, żeby przypadkiem nie zwolnić i w konsekwencji nie poczuć niechcianych emocji. Zdarza się jednak opaść w końcu z sił, zachorować lub mieć gorszy dzień – wtedy jest dla nas jedna rada: musimy jak najszybciej się naprawić!

Przymus doświadczania tylko dobrych emocji wywodzi się przekazu społecznego dotyczącego tego, czego powinniśmy doświadczać, a czego unikać w życiu. Psycholog Randall Wilson wskazuje na zasady, do których, na przestrzeni wieków, został sprowadzony ów przekaz. Po pierwsze: nieprzyjemne myśli i emocje są złe, a przyjemne – dobre. Po drugie: jeśli człowiek doświadcza negatywnych myśli i emocji, oznacza to, że nie funkcjonuje dobrze i że powinien jak najszybciej pozbyć się tych „szkodliwych” stanów psychicznych. Po trzecie: można prowadzić dobre życie tylko pod warunkiem, że doświadcza się przyjemnych odczuć. Zasady te można zawrzeć w ogólnym stwierdzeniu, że dobre życie jest równoznaczne z dobrym samopoczuciem. Jak dodaje z kolei Marcin Fabjański, filozof: „Poszatkowaliśmy rzeczywistość na to, co dobre i złe, przyjemne i nieprzyjemne, i stosujemy strategię konia na szachownicy”. Chcemy jak najszybciej z pola oznaczającego złe, nieprzyjemne odczucia przeskoczyć na pole, w którym możemy doświadczać jedynie pozytywnych i miłych doznań.

Stłamszeni

Brak odpowiedniego treningu, który pomógłby w radzeniu sobie z negatywnymi emocjami, sprawia, że człowiek stara się tłumić negatywne doświadczenia. Obawia się nie tylko nieprzychylnego nastawienia lub krytyki ze strony innych ludzi, ale również boi się konfrontacji z niechcianymi uczuciami. Spadek energii, smutek, bezsilność, potrzeba wycofania, gniew, rozżalenie, lęk i wiele innych odczuć jest codziennie przez nas zagłuszanych na wiele różnych sposobów. Psycholog Tomasz Jamroziak wskazuje, że wiele osób, które doświadczają depresji, to ludzie z zablokowaną złością. W ich otoczeniu bowiem smutek był bardziej akceptowany niż wyrażanie złości. Psychoterapeutka Tori Rodriguez mówi z kolei, że próby tłumienia niechcianych myśli i uczuć mogą odnosić odwrotny skutek i powodować, że, paradoksalnie, będziemy doświadczać jeszcze większej ilości niechcianych stanów psychicznych, co systematycznie będzie wpływało na obniżenie poziomu naszego zadowolenia życiowego.

Jeszcze jedną konsekwencją tłumienia niepożądanych myśli i uczuć jest fakt, że stajemy się również nieczuli na cierpienie innych. Zakładamy, że jeśli nie są oni perfekcyjni, absolutnie szczęśliwi, wiecznie zadowoleni, to coś z nimi jest nie w porządku i prawdopodobnie przyczyna leży w tym, że nie starają się wystarczająco mocno. Silny nacisk na ciągłe doskonalenie swojego życia, na nieprzerwane doświadczanie dobrego samopoczucia, sprawia, że ludzie zaczynają bardzo szybko przypisywać negatywne oceny tym, którym trudno się jest dostosować do właściwego sposobu działania i przeżywania życia. Z jednej strony człowiek, pod wpływem huraoptymizmu, doświadcza przymusu przeżywania jak największej ilości pozytywnych odczuć, z drugiej strony jednak zmaga się z poczuciem, że pozytywne emocje nie mogą trwać wiecznie. Czując, że przecież szczęście nie będzie trwało w nieskończoność, że każda chwila nieuchronnie zbliża go do obniżenia się nastroju i pogorszenia samopoczucia, zaczyna równocześnie oczekiwać zbliżającego się nieszczęścia, co powoduje wzrost niepokoju związanego z przyszłością.

Oczywiście – co sygnalizuje również wspomniana wcześniej Mari Ruti – nie chodzi o fetyszyzowanie braku psychicznej lub emocjonalnej stabilności, który jest często olbrzymim obciążeniem, wielką trudnością, z którą na co dzień trzeba się zmagać. Wielu ludzi cierpi z powodu przeżywanego lęku, doświadczania depresji czy innych poważnych stanów psychicznych. Jednak postrzeganie negatywnych doświadczeń jako przeciwstawnych dobrze przeżytemu życiu jest dużym nieporozumieniem. Są one bowiem naturalnym i stałym elementem ludzkiego życia.

Oswajanie niesfornego

Lubienie przyjemnych rzeczy oraz nielubienie rzeczy niemiłych jest jak najbardziej normalne i nie stanowi problemu. Kłopoty pojawiają się wtedy, kiedy obsesyjnie zaczynamy pragnąć, żeby dobre rzeczy trwały zawsze, a nieprzyjemne nigdy się nie pojawiały. A przecież nasz charakter, jak mówi Mari Ruti, „to nie tylko to, co jest miłe i przyjemne, ale również to, co niestałe, nieuporządkowane, kłopotliwe, a nawet nieco wzburzone lub przygnębiające”. Randall Wilson posuwa się jeszcze dalej i mówi, że bycie cały czas szczęśliwym i nieustanne dobre samopoczucie są nienaturalne i odbiegają od zdrowego stanu ludzkiej egzystencji. Dążenie do maksymalizacji przyjemnych odczuć, przy jednoczesnym niepozwalaniu sobie na przeżywanie niemiłych, jest więc z góry skazane na niepowodzenie.

Doświadczaniu niechcianych odczuć i myśli towarzyszy przekonanie, że jest to wyraz naszej słabości. Postrzegamy siebie jako zbyt wrażliwych, podczas gdy – w myśl zasady o ciągłym doskonaleniu się – powinniśmy wziąć się w garść i naprawić, uleczyć, zmienić. Brené Brown, autorka książki „Dary niedoskonałości”, mówi, że wrażliwość nie jest oznaką słabości. Podkreśla, że jest to bardzo niebezpieczny mit. Definiuje wrażliwość jako emocjonalne ryzyko, okazywanie uczuć, niepewność. Jest ona napędową siłą życia, bowiem z niej powstaje innowacja, kreatywność i zmiana. „Wrażliwość jest najbardziej rzetelną miarą odwagi: do otwarcia się przed innymi, do bycia szczerym” – dodaje autorka. To odwaga do przeżywania zarówno pozytywnych, jak i negatywnych emocji. Jeśli bowiem możemy poczuć miłość do innej osoby, poczujemy również smutek i stratę, kiedy ją utracimy.

Jak zatem oswoić niechciane myśli i uczucia? Jak oswoić trudne doświadczenia? Jak zmierzyć się ze stratą, bólem, złością, smutkiem czy samotnością? Marcin Fabjański wskazuje, że praktykowanie uważności jest dobrym sposobem na zmierzenie się chociażby z poczuciem samotności. Badania pokazują, że zwrócenie uwagi na samego siebie podczas medytacji, wbrew pozorom, nie zwiększa poczucia osamotnienia. Oswaja natomiast doświadczenie samotności. Oswaja również i inne doznania, często określane jako nieprzyjemne, trudne. Tori Rodriguez również uważa, że doświadczanie i akceptacja takich doznań mają kluczowe znaczenie w stosunku do zdrowia psychicznego. W treningu uważności nie chodzi jednak o zmniejszenie ilości nieprzyjemnych odczuć, lecz o nauczenie się funkcjonowania w życiu w obecności  negatywnych myśli czy uczuć – dodaje psychoterapeutka. Niezależnie od tego, czy praktykujemy uważność, czy też nie, zawsze możemy podchodzić do doświadczanych przez nas uczuć i myśli z troską, nie starając się na siłę i za wszelką cenę zatrzymywać dobrych, rugując złe.

Żadna myśli czy emocja nie jest z natury dobra lub zła. To naturalne doświadczenia, wynikające z bycia człowiekiem. Smutek ma takie samo prawo do obecności w życiu jak radość – zwraca uwagę Randall Wilson. Dodaje, że „gdybyśmy wszyscy robili to, co sprawia że czujemy się dobrze lub co nas uszczęśliwia, nic znaczącego czy trudnego nigdy nie zostałoby ukończone”. Patrząc na nasze największe osiągnięcia w życiu, widzimy, że nie czuliśmy się dobrze przez cały czas, kiedy pracowaliśmy nad ich urzeczywistnieniem. Wszystko, co znaczące i trudne wiąże się również z nieprzyjemnymi uczuciami, wychodzimy bowiem wtedy poza naszą strefę komfortu, doświadczając takich odczuć, jak choćby niepewność, lęk czy zniechęcenie. Szczęście oznacza nie tylko robienie rzeczy przyjemnych i doznawanie pozytywnych emocji, ale również robienie czegoś znaczącego i ważnego, co niekoniecznie musi być (i często nie jest) związane z przeżywaniem tylko dobrych uczuć i pogodnych myśli. Oznacza to, że szczęście, dobre samopoczucie, radość i pogodny nastrój mogą – jak to określa Wilson – jedynie towarzyszyć nam podczas drogi ku rzeczom ważnym. Mogą pojawiać się i znikać. Warto więc cieszyć się nimi, kiedy ich doświadczamy, ale nie przywiązywać się do nich i nie traktować je jako cel sam w sobie.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Fabjański, M. (2013). Oswajanie samotności, Coaching, nr 6/2013 (21), s. 32 – 34
Jamroziak, T. (2013). Nieświęty spokój, rozmowę przepr. Rokita Z., Coaching, nr 6/2013 (21), s. 28 – 31
Rodriguez, T. (2013). Negative Emotions Are Key to Well-Being, Scientific American [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Ruti, M. (2014). Happiness and Its Discontents, The Chronicle of Higher Education [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wilson, R. (2013). Positive Thinking and Other Harmful Advice, Like a Fish in Water [online]. Dostępne w Internecie tutaj

MOŻNA SIĘ BAĆ

Boimy się wielu rzeczy. Boimy się porażki. Boimy się negatywnej oceny ze strony innych. Boimy się podjęcia ryzyka i wyjścia ze strefy komfortu. Boimy się straty, popełnienia błędu, zmiany na niekorzyść. Boimy się również konfliktów, odrzucenia, rozczarowań, zazdrości czy też niechęci innych osób. Choć lęk jest powszechny i dotyczy olbrzymiej części ludzi, większość stara się go nie pokazywać, ukryć, stłumić, pozbyć, spacyfikować. Ale on powraca i co chwilę daje o sobie znać. Aż strach się bać!

Społeczne postrzeganie lęku

Lęk jest często tematem, którego wolimy unikać. Sprawia, że czujemy się zawstydzenie, zmieszani, że zachowujemy się wrogo i agresywnie. Nie akceptujemy go u siebie i jest trudny do przyjęcia u innych. Często wywołuje w nas  poczucie winy, przez co czujemy się gorsi, nie dość dobrze przystosowani. „Przecież ta sytuacja nie powinna nas przerażać. Przecież nic złego się nie dzieje. Przecież inni radzą sobie wyśmienicie. Przecież nie ma się czego bać!” – takie myśli nie obniżają poziomu odczuwanego lęku. Skutkują natomiast zwiększeniem nieprzyjemnego pobudzenia, niepewności oraz upewniają nas w przekonaniu, że coś z nami musi być nie w porządku.

Konieczność bycia społecznie aktywnym, przebojowym, cały czas uśmiechniętym i w każdej sytuacji życiowo zaradnym koliduje z odczuwanymi przez nas niekomfortowymi emocjami. Doświadczanie lęku jest zatem często odbierane jako znak życiowej porażki lub niedojrzałości. Postrzega się lęk oraz inne przejawy niepewności i rozterek jako coś przeciwstawnego dobrze przeżywanemu życiu. Wszystko to może sprawić, że czujemy się przepełnieni lękiem na samą myśl o tym, że moglibyśmy poczuć lęk lub nawet tylko zaniepokojenie. Lęk przed lękiem (czyli tzw. lęk antycypacyjny) jest już nawykiem, który utrwalony może zdecydowanie obniżać komfort życia, zmniejszać radość z cieszenia się pozytywnymi doświadczeniami oraz wpływać negatywnie na inicjowanie działań, podejmowanie decyzji, szukanie rozwiązań czy realizację wcześniej powziętych planów.

Błędne strategie

Nie pozwalając sobie na doświadczanie lęku, staramy się unikać sytuacji, miejsc i ludzi, którzy mogliby wzbudzić w nas niekomfortowe odczucia. Kiedy już zaczynamy się bać, staramy się za wszelką cenę stłumić to uczucie. Okazuje się jednak, że zdecydowanie więcej energii potrzebuje człowiek na zmaganie się i walkę z lękiem (polegającą na wyciszaniu go, neutralizowaniu czy zagłuszaniu), niż na konfrontację z nim. Co więcej, usilne unikanie niepokoju paradoksalnie zwiększa tendencję do silniejszego reagowania negatywnymi emocjami w sytuacjach stresowych. Dodatkowo, na co zwraca uwagę psychoterapeuta i nauczyciel psychoterapii Paul L. Wachtel, unikając tego, czego się boimy, nigdy nie mamy okazji sprawdzić, czy niebezpieczeństwo minęło lub czy czynnik wywołujący lęk nadal go wywołuje. „Jest to główna przyczyna dla której mechanizmy obronne, choć chronią nas przed bezpośrednim cierpieniem, utrwalają nasze problemy. Nie dopuszczamy do siebie budzących strach myśli i uczuć, dlatego nie wiemy, czy złowieszcze konsekwencje, jakich się spodziewamy, rzeczywiście nastąpią” – podsumowuje Wachtel.

Również błędną strategią jest myślenie życzeniowe. Jest to podejście, które Susan Jeffers, autorka książki „Nie bój się bać”, określiła jako strategię KIEDY/WTEDY. Polega ona na zakładaniu, że kiedy przestaniemy się bać, wtedy podejmiemy się określonego działania (poprosimy o podwyżkę, zaryzykujemy zmianę pracy, spróbujemy poszukać partnera, zaczniemy realizować nasze życiowe pasje itd.). Niestety takie podejście nie prowadzi do pozbycia się lęku, wręcz przeciwnie – utrwala go. Myślenie życzeniowe może mieć również inną postać: kiedy wreszcie uporządkujemy wszystkie sprawy, gdy będziemy więcej zarabiać, kiedy nasza sytuacja finansowa będzie stabilna, gdy znajdziemy idealnego partnera/partnerkę, wtedy odzyskamy spokój i przestaniemy się bać. Dorota Hołówka, psycholożka, założycielka Stowarzyszenia Nowej Psychologii, w artykule „Lęk chce być zauważony i uzdrowiony” mówi, że takie fantazjowanie również jest skazane na niepowodzenie, bowiem „kiedy mamy już wystarczająco dużo pieniędzy, zaczynamy martwić się, żeby ich nie stracić, kiedy mamy już ich tak dużo, że nie ma powodu do niepokoju, zaczynamy myśleć, o tym, żeby nie zachorować. Jeśli ktoś odczuwa lęk będąc bezrobotnym, będzie odczuwał lęk będąc milionerem”. Obie strategie zaszczepiają w nas przekonanie, że lęk jest bezwzględnie czymś złym, czego trzeba za wszelką cenę unikać. Skutkują podtrzymaniem asekuracyjnych zachowań i zwiększają częstotliwość występowania lęku antycypacyjnego.

Zamiast tłumienia

Jeśli unikanie oraz tłumienie lęku są zupełnie nieskuteczne i powodują wzrost nieprzyjemnych doznań, rozwiązaniem jest pozwolenie sobie na przeżywanie negatywnych uczuć. Na etapie poznawania własnego lęku ważne jest uświadomienie sobie, że niepokój jest czymś naturalnym i występuje powszechnie. Przyglądając się bliżej lękowi można zobaczyć, że wynika on z ważnych dla człowieka potrzeb, które chcą być zaspokojone (potrzeby akceptacji, afiliacji, bezpieczeństwa itd.). Ponieważ są to dosyć podstawowe potrzeby, lęk doświadczany jest przez wiele osób. Część z nich – na co zwraca uwagę w swojej książce Susan Jeffers – nie deklaruje przeżywania lęku lub twierdzi, że niczego się nie boi. Przyparci jednak do muru przyznają się, że po prostu inaczej rozumieją to słowo. Okazuje się, że odczuwają lęk, tylko nigdy tak go nie określają. Zamiast tego mówią, że są zdenerwowani lub niespokojni. Nieodczuwanie lęku występuje między innymi u ludzi, którzy mogą mieć zaburzenia osobowości. Może się pojawiać również u osób, które doświadczyły mechanicznych uszkodzeń neurologicznych. Zniesienie niepokoju i wzmożona odwaga można zauważyć także u ludzi będących pod wypływem substancji psychoaktywnych. Większość z nas jednak doświadcza lęku i to całkiem często. Nie musimy zatem czuć się gorsi tylko dlatego, że się boimy.

Kolejnym krokiem jest zwrócenie uwagi na występowanie potrzeby ciągłej kontroli (zarówno w stosunku do siebie, jak i otoczenia). Judith Bemis i Amr Barrada, autorki książki „Oswoić lęk”, wskazują, że próby utrzymania kontroli w stanie lęku kończą się wzrostem poziomu stresu, który będzie wynikać nie tylko z samej sytuacji, w jakiej się człowiek znalazł, ale również z prób tłumienia nieprzyjemnego odczucia. Nie pomoże samo nakazywanie sobie, by przestać się bać. Im częściej będziemy się zmuszać to nieodczuwania lęku (postrzegając go jako coś złego), tym częściej będziemy czuć się gorzej. Warto pamiętać, że często najbardziej dotyka nas nie to, co inni o nas myślą, ale to, co my myślimy, że o nas myślą. Nierzadko nasze własne przekonania są tym, co nakręca dodatkowo spiralę lęku. Odpuszczanie nieustannej kontroli nad tym, jak wypadamy w oczach innych oraz świadome otwarcie się na lęk i niepewność sprawiają, że przestajemy oczekiwać spełnienia nierealnych standardów, polegających na tym, że zawsze musimy być aktywni, odważni i podejmować się bez lęku wszystkich działań.

Otwieranie się na lęk, doświadczanie niepewności, pozwolenie sobie na przeżywanie niekomfortowych emocji nie jest łatwe. Jednak jest skuteczną metodą poradzenia sobie z trudnymi emocjami. Sprawia, że nie tylko rzadziej doświadczamy lęku antycypacyjnego, ale także sama sytuacja, która jest dla nas stresująca, staje się często łatwiejsza przez sam fakt, że nie dokładamy sobie dodatkowych obciążeń emocjonalnych w postaci nierealnych oczekiwań wobec siebie. Dodatkowo zmienia się wtedy nasz stosunek do niechcianych emocji. Zaczynamy akceptować myśl, że przez jakiś czas możemy się czuć niekomfortowo. Dorota Hołówka podsumowuje tę zmianę nastawienia mówiąc, że „ludzie, którzy otwierają się na lęk, zamiast go tłumić, zauważają, że on mija albo nabierają do niego dystansu”.

W towarzystwie lęku

Dopóki człowiek się rozwija, uczy, dopóki się zmienia, lęk będzie mu zawsze towarzyszył. Doświadczanie lęku w momencie wkraczanie na nowy teren, wychodzenia poza obszar, który jest postrzegany jako znany i bezpieczny, jest jak najbardziej naturalne. Nawet jeśli ktoś w innych sferach życia radzi sobie rewelacyjnie, kiedy mierzy się z czymś nowym, nieznanym i niepewnych, może odczuwać lęk lub dyskomfort. I właśnie pozwolenie sobie na odczuwanie dyskomfortu jest kluczowe w pracy z lękowymi sytuacjami. Oczekiwanie, że nigdy nie będziemy się bać, jest z góry skazane na rozczarowanie. Bemis i Barrada w swojej książce zwracają uwagę na to, że tak samo jak nie ma potrzeby cały czas się napinać i denerwować, tak samo nie trzeba nieustannie być zrelaksowanym i odprężonym.

Lęk towarzyszył i towarzyszyć nam będzie zawsze na różnych etapach życia. Odwaga zatem nie polega na nieodczuwaniu lęku. Dopóki będziemy doświadczać nowych rzeczy i podejmować ryzyko, będziemy obcować z lękiem. Podejmowanie ryzyka nie jest jednak ryzykanctwem. Lekkomyślne działania nie wynikają bowiem z odwagi. Cechuje je krótkowzroczność, brak wyobraźni oraz przekonanie o własnej nieomylności. Odwagą natomiast jest umieć poprosić o pomoc i umieć ją przyjąć. Odwagą jest również zaakceptowanie niepewności, którą niesie zmierzenie się z zupełnie nową sytuacją. Odwagą wreszcie nie jest nieodczuwanie lęku, lecz działanie pomimo jego doświadczania.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bemis, J., Barrada, A. (2002). Oswoić lęk, tłum. Lewicka L., Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Hołówka, D. (2012). Lęk chce być zauważony i uzdrowiony, Nowa Psychologia [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Jeffers, S. (1999). Nie bój się bać, tłum. Grzegołowska-Klarkowska H., Warszawa: Akuracik
Wachtel, Paul L. (2013). Terapia relacyjna w praktyce psychoterapii, tłum Pikiel S., Gdańsk: Harmonia

Artykuł dostępny jest również na stronie Magazynu Charaktery

POZA BEZPIECZNYM PORTEM

Na psychologiczną przestrzeń bezpieczeństwa składa się na ogół kilka rzeczy. Przede wszystkim są to nasze nawyki, przyzwyczajenia i schematy myślowe, którymi się posługujemy. Wszystko, co umiemy robić, wszystko, co jest dla nas znane, co jesteśmy w stanie wykonać rutynowo zalicza się do strefy komfortu. A zatem nawet niechciana i uciążliwa praca oraz męczący związek – jako, że są to rzeczy, z którymi na co dzień mamy do czynienia – mogą leżeć w tej strefie. I mimo, iż dostarczają negatywnych i trudnych emocji, ciężej jest czasami zrezygnować z takiej pracy czy związku, ponieważ już się do nich przyzwyczailiśmy, a zmiana status quo oznaczałaby wyjście poza schemat i wejście w nieznane, zmierzenie się z zupełnie nowym stanem rzeczy, podjęciem ryzyka. Z psychologicznego punktu widzenia posiadanie takiej przestrzeni jest potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czyli dla dobrego samopoczucia, jednak rozwój nieodzownie wiąże się z poszerzaniem tej strefy, z wchodzeniem w te rejony, które są dla nas nowe, budzące czasami lęk, czasami sprawiające, że czujemy się niekomfortowo.

Jeśli jest tutaj dobrze, to po co się stąd ruszać?

Przede wszystkim opuszczanie psychologicznej przestrzeni bezpieczeństwa jest niezbędne, jeśli chcemy się rozwijać, jeśli chcemy zmienić coś w naszym życiu, z czego nie jesteśmy zadowoleni, jeśli chcemy podjąć się nowych działań, jeśli wreszcie chcemy osiągnąć coś, co do tej pory tylko planowaliśmy lub o czym marzyliśmy. Nowe rozwiązania zawsze pociągają za sobą zmianę znanego, ustalonego porządku. Innowacyjność, pomysłowość, twórcze myślenie i inwencja nierozerwalnie związane są z wychodzeniem poza rutynowe myślenie i działanie w kierunku poszukiwania nowych możliwości. Dobrze oddają to słowa przypisywane Albertowi Einsteinowi: „Tylko ci, którzy podejmują się robienia rzeczy absurdalnych, są zdolni do osiągnięcia niemożliwego”. Wiele takich działań może nie wyjść, może okazać się nietrafionymi, jednak właśnie na tym polega kreatywność – na robieniu różnych dziwnych, czasami absurdalnych rzeczy, przy założeniu, że duża część niekoniecznie musi się udać.

Kurczowe trzymanie się strefy bezpieczeństwa pozbawia nas z kolei cieszenia się wieloma doznaniami, jakie oferuje samo życie. Jak trafnie ujął to ks. Jacek Stryczek: „Zgoda na wygodę niszczy. Nie można równocześnie żyć w bezpiecznym świecie i świecie fajnych wrażeń”. W tym duchu pracowało nad swoimi badaniami dwóch naukowców, Todd B. Kashdan i Robert Biswas-Diener, analizując, co wpływa na subiektywny poziom odczuwanego szczęścia. Odkryli oni, że jest to między innymi umiejętność wychodzenia ze strefy komfortu ku nieznanemu. Okazało się, że najbardziej ciekawe i przyjemne doświadczenia, których ludzie doświadczają w życiu, paradoksalnie, związane są z podejmowaniem działań związanych z pewnym dyskomfortem oraz brakiem stabilności. Tego typu aktywności, które bardziej kojarzą się z doświadczaniem niepewności, korelują pozytywnie ze wzrostem subiektywnego poczucia szczęścia i związane są bezpośrednio z rozwojem oraz podejmowaniem ryzyka. Badacze wysuwają taki oto wniosek: ludzie szczęśliwi, poza dostarczaniem sobie znanych przyjemności, nie boją się wychodzić poza sferę, w której czują się bezpiecznie, podejmując się działań związanych z odczuwaniem niepewności i dyskomfortu. Dzięki temu zarówno zapewniają sobie przeżywanie bardzo zróżnicowanych doświadczeń, jak i sięgają po rzeczy, których pragną, o których marzą. Mogą także wprowadzać do swojego życia zmiany dotyczące różnych obszarów życia: relacji, pracy, pasji, podróży, rodziny, zamieszkania i wielu innych.

Jeśli jest tak fajnie, to dlaczego jest tak trudno?

Skoro zatem wychodzenie poza strefę komfortu rozwija nas, pomaga znaleźć nowe rozwiązania na dotychczasowe problemy, dostarcza przyjemności oraz sprawia, że zwiększa się nasz poziom szczęścia, to dlaczego przekroczenie tej bariery bywa takie trudne? Składa się na to kilka czynników. Jednym z nich jest zmierzenie się z zupełnie nową sytuacją, a co za tym idzie – porzucenie poczucia stabilności. Musimy się wtedy skonfrontować z nowymi bodźcami, z nieznanymi sytuacjami, nowymi ludźmi. To z kolei może rodzić lęk, który jest w stanie skutecznie powstrzymać nas przed podjęciem działania, przed sięgnięciem po to, czego pragniemy. I wcale nie chodzi o to, aby się go obawiać lub tłumić. Jest on bowiem naturalną reakcją na niebezpieczeństwo związane z nieznanym, nowym doświadczeniem. Lęk wywołany jest antycypacją, obawą przed niepewną przyszłością. Boimy się cierpienia, jakie może nieść ze sobą opuszczenie bezpiecznej strefy.

Jako że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, tym, co nas powstrzymuje od zaryzykowania i wejścia w nowe, są również nasze nawykowe, osłabiające podjęcie działania, myśli. „Nie mogę tego zrobić”, „to jest zbyt ryzykowne”,  „na pewno sobie nie poradzę”, „nie da się tego wykonać” – wiele takich sformułowań powtarzamy sami sobie, kiedy wpadnie nam do głowy chęć podjęcia działania wykraczającego poza codzienny, dobrze nam znany schemat funkcjonowania. Umysł ludzki przywiązuje się do wielokrotnie powtarzanych myśli, do raz powziętych wniosków, generalizuje i sprawia, że nie podejmujemy nawet próby podważenia przekonania na dany temat. Ludzie nie sięgają po to, po co by chcieli nie tylko dlatego, że sami sobie powtarzają, iż nie da się tego zrobić, ale również dlatego, że inni podważają sensowność takiego działania. Oczywiście, inni mogą odradzać nam różnych działań troszcząc się o nas, starając się nas przestrzec przed niebezpieczeństwem. Jednak warto przyjrzeć się, czy na pewno wynika to z opiekuńczości, czy raczej z lęku ludzi, którzy nas otaczają, związanego z samą myślą, że można opuścić bezpieczną strefę funkcjonowania. Często zatem poddajemy się już na starcie lub nawet wcześniej, nie próbując nowych rozwiązań. Cytując Michała Anioła: „Największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to że mierzymy za nisko i cel osiągamy”. Tymczasem większość rzeczy, które wydają nam się nieosiągalne, jest w zasięgu naszych możliwości.

Ważnym czynnikiem, powstrzymującym nas przed opuszczeniem strefy bezpieczeństwa, jest obawa przed popełnieniem błędu oraz przed doświadczeniem porażki. Kathryn Schulz, autorka książki ”Being Wrong: Adventures in the Margin of Error” („Myląc się: przygody na marginesie błędu”) zwraca uwagę na to, że bardzo często upieramy się, że mamy rację, bo sprawia to, iż czujemy się błyskotliwi, odpowiedzialni, cnotliwi i bezpieczni. Nauczyliśmy się bowiem, że „jeśli coś nam się nie uda, oznacza to, że coś z nami jest nie tak”. Tymczasem wychodzenie poza strefę komfortu implikuje zarówno popełnianie błędów, jak i doświadczanie porażek. Odbierając porażki osobiście, jako wyraz tego, że nie jesteśmy dość dobrzy, dość skuteczni, dość przewidujący, boimy się nawet próbować. Mirosław Słowikowski, psycholog biznesu i trener, mówi, że wiele osób boi się zakochania z lęku przed popełnieniem błędu skierowania swoich uczuć ku nieodpowiedniej osobie. Wielu ludzi nie próbuje znaleźć takiej pracy, jaka im opowiada, ponieważ boją się porażki. Tymczasem – jak podkreśla psycholog – nasze  życie jest nierozerwalnie związane z błędami.

W związku z tym, że opuszczaniu bezpiecznej przestrzeni towarzyszy odczuwanie niepewności, nasz umysł zaczyna sabotować takie działanie, domagając się poznania prawdopodobnego wyniku naszego przedsięwzięcia. Niestety, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji. Takiej pewność zatem, odnośnie wszystkich przyszłych działań, nigdy mieć nie będziemy. Wyjście ze strefy komfortu utrudniamy sobie oczekując spełnienia idealnych warunków do podjęcia działania: „Dopiero kiedy będę mięć wszystkie rzeczy/odpowiednią atmosferę/właściwych ludzi przy sobie/adekwatny nastój, wtedy zacznę działać”. Rzadko jednak okoliczności są idealne. Dlatego jeśli ulegniemy powyższemu przekonaniu, nigdy nie zaryzykujemy, nie spróbujemy nowych rozwiązań, nawet jeśli intuicyjnie czujemy, że czasami zdecydowanie lepiej jest zacząć działać od razu, posiadając tylko te narzędzia i zasoby, którymi na dany moment dysponujemy.

Jeśli jest tak trudno, to co zrobić, żeby było łatwiej?

Przy okazji omawiania tematu psychologicznej przestrzeni bezpieczeństwa w wielu artykułach, książkach czy prezentacjach autorzy proszą o wykonanie prostego ćwiczenia. Należ skrzyżować ręce na piersi, tak, jak to zazwyczaj czynimy – palce jednej ręki są skierowane ku góry, u drugiej widoczny jest tylko nadgarstek („pozycja zamknięta”). Teraz należy skrzyżować ręce odwrotnie, abyśmy mogli zobaczyć palce tej ręki, u której uprzednio widzieliśmy tylko nadgarstek. Większość ludzi w tym momencie doświadcza dziwnego uczucia, mogą się trochę czuć nieswojo. Dzieje się tak, ponieważ kiedy układamy ręce na odwrót, inaczej niż czynimy to na co dzień, wychodzimy właśnie poza naszą sferę komfortu.

Ten przykład uświadamia, że nie trzeba od razu „skakać na głęboką wodę”, mierząc się z paraliżującymi nas lękami. Oczywiście, samo przełożenie rąk jest tylko drobnym detalem, który zmieniliśmy, ale jeśli sukcesywnie będziemy zmieniać różne drobne nawykowe elementy w naszym życiu, okaże się, że poszerzanie sfery bezpieczeństwa nie jest tak trudne, jak się nam wydawało. Ba, może wręcz sprawiać nam przyjemność, dostarczając ciekawych, nowych, niezwykłych doznań. Zaczynać można od małych zmian, niekoniecznie dotyczących najważniejszych obszarów naszego życia – wtedy też unikniemy ryzyka wpadnięcia w sferę paniki. Kiedy nauczymy się drobnymi krokami wychodzić poza bezpieczny obszar naszych działań, doświadczając tylko niewielkiego dyskomfortu, będziemy z czasem w stanie zmierzyć się z rzeczami, które do tej pory budziły w nas duży lęk, który sprawiał, że odpuszczaliśmy podjęcie jakiekolwiek działania w kierunku realizacji naszych celów, pasji, bądź marzeń. Pamiętajmy, że nawet nieduża zmiana w działaniu może bardzo zmienić naszą perspektywę.

Powstrzymywać przed wchodzeniem w nieznane może również błędne przekonanie, że wraz ze zrobieniem pierwszego kroku nasza przestrzeń bezpieczeństwa zniknie, a my będziemy musieli do końca życia funkcjonować już w inny, zmieniony sposób. Czasami jednak chodzi tylko o samo ćwiczenie czy też doświadczenia czegoś nowego, niekoniecznie o dotarcie do celu. Ważne w praktykowaniu opuszczania bezpiecznej przystani, jako wyrazie troski o siebie, jest dawanie sobie prawa do zmiany decyzji. Nie musimy bowiem trwać przy raz podjętym postanowieniu. Oczywiście, nie chodzi też o to, by za każdym razem wycofywać się z działania tylko dlatego, że odczuwamy niewygodę, ponieważ przy wychodzeniu z naszej strefy bezpieczeństwa zawsze będziemy odczuwać mniejszy lub większy dyskomfort.

Odpuszczenie potrzeby posiadania ciągłej kontroli również jest pomocne przy podejmowaniu działań, leżących poza strefą komfortu. Warto pamiętać, że zawsze znajdą się osoby, które będą nas krytykować (dlatego, że same boją się podjąć działania związane z ryzykiem, jak również dlatego, że ocenianie leży w ich naturze). Chris Guillebeau, przedsiębiorca, podróżnik i pisarz, podkreśla w swojej książce „Nie bój się pójść własną drogą. Sztuka nonkonformizmu”, że zmienianie naszych dotychczasowych działań i modyfikacja naszego funkcjonowania może spotykać się z ostrą krytyką lub inną negatywną reakcją ze strony otoczenia. Dzieje się tak zwłaszcza, kiedy nasz cel i nasze działania wykraczają poza utarte schematy i przekonania innych ludzi. Jeśli chcemy, żeby wszyscy myśleli o nas dobrze i nas wspierali, zaczynamy oceniać i analizować każde nasze działanie. Tymczasem nie da się kontrolować wszystkiego, co ludzie o nas pomyślą. Oczywiście, lęk przed oceną innych jest naturalny i towarzyszyć będzie różnym przedsięwzięciom, chodzi jednak o to, żeby z jednej strony nie oczekiwać, że zniknie, a z drugiej strony działać, pomimo odczuwania go.

Im większą mamy wizję życia i celów, które chcemy osiągnąć, tym większą motywację zyskujemy, aby opuścić bezpieczny port. Jednak nie każdy z nas ma luksus posiadania tak silnego imperatywu wewnętrznego, aby od razu ruszać w nieznane. Jednak nawet bez tej wizji, jesteśmy w stanie wychodzić poza naszą bezpieczną przestrzeń, traktując każde takie działanie jako przygodę, dając sobie prawo do popełniania błędów i nauki. Jak mówi psycholog Jacek Walkiewicz: „Życie jest zawsze tam, gdzie robimy krok do przodu i w większości robimy w nieznane”. Zatem oswojenie się z myślą, że pewnie będziemy czuć się trochę niekomfortowo, trochę dziwnie, może nieswojo, daje nam szansę na realizację naszych celów i na doświadczanie szczęścia oraz wielu innych pozytywnych uczuć, ponieważ – cytując Briana Tracy’ego, eksperta w zakresie rozwoju osobistego oraz sukcesu zawodowego – „możesz wzrastać tylko, jeśli jesteś gotów czuć się dziwnie i niekomfortowo, próbując czegoś zupełnie dla ciebie nowego”.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Biswas-Diener, R. (2012). The Courage Quotient, United Kingdom: John Wiley and Sons
Guillebeau, C. (2011). Nie bój się pójść własną drogą, Warszawa: G+J Gruner+Jahr
Kashdan, T.B.; Ciarrochi, J.V. (2013). Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, Oakland: New Harbinger
Schulz, K. (2010). Being Wrong: Adventures in the Margin of Error, New York: HarperCollins
Słowikowski, M. (2012). Przez błędy do sukcesu?, rozmowę przepr. Dobroń G., PR3 [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

W ZMIENNYM TEMPIE ŻYCIA

Współczesny człowiek żyje w świecie wielu zmian, które dzieją się jednocześnie i to z dużą szybkością. Przyspieszenie postępu technologicznego wymusza potrzebę przystosowania się do transformacji w różnych obszarach funkcjonowania człowieka: zawodowym, społecznym, towarzyskim, edukacyjnym itd. Przyzwyczajenie się do pośpiechu, społeczna presja sukcesu czy chociażby nieustanna pogoń za szczęściem sprawiają, że cały czas staramy się biec do przodu bez zatrzymania, odpoczynek i sen redukując do niezbędnego minimum. W dążeniu do dobrostanu, do poczucia szczęścia, do niezależności finansowej, rozwoju kariery czy posiadania kolejnych dóbr materialnych, nie ma nic złego. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy oczekiwać, że nasz rozwój, nasza kariera czy nasza droga ku szczęściu będzie przebiegać bez żadnych zakłóceń, cały czas w takim samym lub nawet szybszym tempie niż teraz. Nie uwzględniając momentów spowolnienia, zatrzymania, a także takich sytuacji, kiedy niezbędne staje się wykonania kroku w tył, oczekujemy tylko zysków i nieprzerwanej hossy. Tymczasem krzywa zawsze rosnąca w przyrodzie nie istnieje. Zakładając, że nieustannie będziemy realizować nasze zamierzenia w takim tempie i zakresie, w jakim to sobie zaplanowaliśmy, buntujemy się bardzo w tych momentach, kiedy życie w jakiś sposób (czy to przez wymogi zdrowotne, rodzinne czy zawodowe) zmusza nas chociażby do spowolnienia. Traktujemy przeszkody na naszej drodze rozwoju i kariery jako wydarzenia, które nie powinny mieć miejsca, które świadczą o naszej nieudolności i słabości.

O ile niechęć do konfrontowania się z przykrymi zdarzeniami, z sytuacjami, które wyrywają nas z utartych kolein, jest zrozumiała (wymaga od nas wszak przystosowania się do zupełnie nowej sytuacji), o tyle narastające w nas poczucie winy, samooskarżanie czy sabotowanie poczucia własnej wartości jest nieuzasadnione, ponieważ wynika z przeświadczenia, że zawsze będziemy niezawodni w dążeniu do celu, że nigdy nie przytrafią nam się żadne kłopoty, że organizm i psychika są stworzone do całodobowej pracy na najwyższych obrotach przez okrągły rok. Tymczasem zdarzenia, które odbieramy jako przeszkody, są naturalną częścią naszej drogi rozwoju, kariery, samorealizacji czy spełniania marzeń.

Spowolnienie

Kryzys i spadek motywacji to etapy następujące po każdej ważnej zmianie w życiu człowieka, po pierwszej fazie nauki nowych rzeczy. Andrzej Bubrowiecki, coach rozwoju osobistego i trener w biznesie, zwraca uwagę na fakt, iż ów moment spowolnienia jest świetnym czasem na wprowadzenie poprawek i niezbędnych modyfikacji, ponieważ każdy proces zmiany wymaga od nas analizy. Zmieniające się warunki, dotyczące danego przedsięwzięcia (bez względu na to, czy jest ono związane z życiem zawodowy czy na przykład z naszym hobby), zmuszają nas do zastanowienia się nad kierunkiem i tempem wprowadzanych zmian oraz skutecznością już powziętych kroków. Kryzysy i niepowodzenia są wpisane w scenariusz zmian w życiu. Mogą nawet być przyczynkiem do zwiększenia się naszej operatywności i twórczego myślenia. Phil Hansen, multimedialny artysta, który musiał zmagać się z problemami neurologicznymi, powodującymi drżenie rąk, mówi, że zaakceptowanie ograniczeń może wzmóc kreatywność. Artysta dodaje, że uczenie się kreatywności w ramach obostrzeń, na które się napotykamy, daje nam szansę na zmianę nas samych i przekształcenie świata.

Biorąc pod uwagę samo postrzeganie czasu, warto zauważyć, że podczas gdy w wielu kulturach czas ma charakter cykliczny, a więc uważa się go za zasób odnawialny, w kulturze zachodu ma charakter liniowy, w związku z czym ludzie odnoszą wrażenie, że jego zasoby są ograniczone i cały czas ich ubywa. Carl Honoré, autor „Pochwały powolności”, podkreśla, że postrzeganie czasu w sposób liniowy zaszczepia w człowieku przekonanie, iż czasu jest mało i te chwile, które nie zostaną wykorzystane, przepadną bezpowrotnie. Skutkuje to przyspieszaniem tempa życia, próbą zrobienia więcej w coraz mniejszej jednostce czasu. Skupianie się na jednej rzeczy jest więc często postrzegane jako strata czasu. Postęp technologiczny zachęca dodatkowo do robienia kilku rzeczy naraz. Ścigamy się z innymi i sami ze sobą, robiąc wszystko w możliwie szybkim tempie. Kiedy mamy chwilę, w której akurat nie musimy wykonywać wielu rzeczy jednocześnie, kiedy możemy na moment przestać działać, czujemy się dziwnie. Dlatego też wielu z nas postrzega spowolnienie tempa zmian czy rozwoju jako zło konieczne. Tymczasem, jak wskazuje na to Carl Honoré, może być ono pożądaną wartością w życiu, ponieważ kiedy ludzie zwalniają w odpowiednich momentach, odkrywają, że mogą robić wszystko dużo lepiej, że są – wbrew pozorom – bardziej produktywni.

Rozumiane w ten sposób świadome zwolnienie tempa życia, na co wskazuje, psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, nie jest zaciąganiem hamulca, tylko raczej zdejmowaniem nogi z gazu. Slow life nie jest nurtem przeciw dorobkowi cywilizacji, lecz bardziej stylem życia, którego celem jest ratowanie się przed katastrofą cywilizacyjną – dodaje psychoterapeuta. Buntowanie się przeciwko doświadczaniu wszystkiego w jak najkrótszym czasie, nie skutkuje tym, że coś przechodzi nam koło nosa, że coś tracimy. Świadome spowolnienie tempa funkcjonowania sprawia, że samo życie staje się bardziej ciekawe. W końcu nurt slow life wyszedł od smakowania różnorodnych i przepysznych potraw wraz z rodziną czy przyjaciółmi, powstając jako alternatywa do idei fast foodów, w której nie ma miejsca na delektowanie się jedzeniem.  Mitem natomiast jest, że na wolniejsze życie mogą pozwolić sobie tylko zamożni ludzie w odpowiednim już wieku. Jak mówi Malwina Puchalska, psycholożka i trenerka, „bycie na emeryturze i posiadanie wielkiego majątku nie wystarczy, by wieść szczęśliwe życie”. Również nieporozumieniem jest łączenie idei slow life z koniecznością przeprowadzenia się na wieś, hodowania kóz i uprawy organicznych marchewek. Wielkie miasta oraz technologia nie są wrogiem powolnego życia. To kwestia decyzji, jak używamy chociażby urządzeń elektronicznych i na jaki styl życia się decydujemy w miejscu, gdzie mieszkamy. Możemy bowiem żyć w wielkim pośpiechu mieszkając również na wsi. Slow life – jak określa to Carl Honoré – jest stanem umysłu. Sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: jak używamy czasu? Jeśli staramy się przeżywać każdy moment nie tak szybko jak to możliwe, ale tak dobrze jak to możliwe, wtedy wybieramy powolność. I możemy w ten sposób funkcjonować zarówno w leśniczówce i chatce w górach, jak i na Manhattanie, w Tokyo, Londynie czy w Warszawie.

Zatrzymanie

Bez względu na to, jak oceniamy te momenty w życiu, w których musimy się na chwilę zatrzymać, nie są one ani dobre, ani złe. Przypisywanie momentom przestoju wartości negatywnych może natomiast prowadzić do zwątpienia w siebie, zniechęcenia czy utraty wiary w powzięte przedsięwzięcie czy rozpoczęty projekt. Marcin Fabjański, filozof, pisarz i trener, w swojej książce „Stoicyzm uliczny” wskazuje na to, że możemy zastąpić negatywne określenia tych etapów w życiu, kiedy musimy się z jakichś powodów zatrzymać (stojąc na przykład w korku ulicznym) na bardziej neutralne czy budujące. Nazywając tę sytuację na nowo, możemy określić ją jako chwilę odpoczynku, czas na przemyślenie i zastanowienia się nad dalszymi planami czy moment na podjęcie innych działań. Dzięki temu nie wściekamy się, nie irytujemy i nie stresujemy w czasie, kiedy przez jakiś czas musimy pozostać w jednym miejscu.

Awersja do momentów przestoju, jakie się w życiu przydarzają, może powstawać w związku z tym, że w trakcie szybkiego tempa życia nie musimy konfrontować się z naszymi obawami, niechcianymi uczuciami i wszystkimi myślami, które odpychamy od siebie. Po prostu nie mamy na nie czasu. W momencie, kiedy życie sprawia, że musimy się na jakiś czas zatrzymać, mamy czasami wrażenie, że te wszystkie niepokojące myśli i odczucia zalewają nas. Taki sam mechanizm występuje, kiedy świadomie zatrzymujemy się na chwilę, na przykład podczas medytacji. Możemy mieć wtedy poczucie, że mamy więcej myśli i uczuć, niż nam się wydawało. Zjawisko to opiera się na fakcie, że podczas praktyki medytacyjnej czy momentów przestoju w życiu pozwalamy sobie na konfrontację z tymi wszystkim wewnętrznymi stanami, których na co dzień nie dopuszczamy do siebie. Będąc zajętymi i zapracowanymi, nie zaznajamiamy się ze sobą, w własnymi emocjami i myślami. Jon Kabat-Zinn, lekarz i terapeuta w swojej książce „Gdziekolwiek jesteś, bądź” zwraca uwagę, że jeśli się na chwilę zatrzymamy w uważności, mniej potem ulegamy naszym lękom i rzadziej doświadczamy przytłoczenia przez kołowrót myśli. Takie zatrzymanie – dodaje autor – nie ma nic wspólnego z biernością. Metaforycznie mówiąc: kiedy zdecydujemy się znowu ruszyć, będzie to już inny jakościowo ruch, ponieważ właśnie się zatrzymaliśmy. Nasze działanie stanie się żywsze, bogatsze i konkretniejsze, a my sami będziemy mogli doświadczyć więcej równowagi w życiu.

Pozytywne aspekty zatrzymania dostrzegli już dawno temu Włosi celebrując chwilę, jedzenie, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, które to świętowanie określają jako dolce far niente (czyli „słodka bezczynność”, „miłe nieróbstwo”). W myśl tej idei, im bardziej wspaniale i rozkosznie potrafimy nic nie robić, tym większe są nasze życiowe osiągnięcia. I wcale nie musimy być bogaci, by tego doświadczyć. Nauka nicnierobienia bez odczuwania napięcia, wynikającego z poczucia zaniedbywania obowiązków czy marnowania czasu, jest podstawą dobrego relaksu. Wyrobienie sobie zdrowego nawyku „słodkiej bezczynności”, umiejętność świadomego zatrzymania się na jakiś czas w biegu, pozwala utrzymać we właściwej perspektywie sprawy, o które się martwimy i z którymi się źle czujemy.

Krok w tył

Kiedy w trakcie realizacji planów i zamierzeń konfrontujemy się z sytuacją, polegającą na tym, że musimy wykonać krok w tył, odbieramy to jako porażkę, niepowodzenie czy wręcz klęskę. Przerwanie studiów, utrata pracy czy zakończenie związku postrzegane są często jako ostateczna przegrana w życiu. Mówimy wtedy: „nie udało się, niestety”. Tymczasem momenty, kiedy – w naszym odczuciu – musimy się cofnąć do poprzedniego etapu (np. znowu zdawać egzaminy na inne studia, po raz kolejny ubiegać się o pracę czy jeszcze raz zacząć chodzić na randki) zdarzają się wszystkim ludziom. Są potrzebnymi elementami życia w tym znaczeniu, że czasami warto wiedzieć, z czego świadomie zrezygnować na rzecz innych marzeń, planów czy potrzeb. Chociaż wybory te nie są łatwe, nie jesteśmy w stanie uniknąć ich w życiu.

Zrobienie kroku w tył często wiąże się z przyznaniem się do błędu, do tego, że decyzje, jakie podjęliśmy, okazały się być nietrafionymi. Błędy popełnia się na każdym etapie życia. Same w sobie są immanentną cechą człowieka. Jednak prawdziwą dojrzałością jest umieć wycofać się z podjętej decyzji, kiedy już zauważymy, że to był błąd. Czasami jest to trudne, ponieważ umysł lubi mieć rację, lubi przywiązywać się do raz wyciągniętych wniosków. Kiedy celność naszych decyzji zostanie podważona, nie czujemy się komfortowo. Dlatego też część ludzi trwa przy błędnych decyzjach bardzo długo, chociaż wszystkie informacje wskazują na to, że warto by było się wycofać, zrobić ten krok w tył. Przyznanie się do porażki czy błędu jest kluczową umiejętnością na drodze do sukcesu czy w trakcie realizacji naszych marzeń i planów. Zrozumienie, że dotychczasowe zasoby przestały działać czy też niewłaściwie obraliśmy kierunek, daje nam szansę na naukę nowych umiejętności, poszerzenie dotychczasowej wiedzy czy weryfikację celów.

Dynamika życia

Dążenie do dobrostanu psychicznego, wspinanie się po szczeblach kariery, realizacja marzeń są procesami, które składają się z kilku elementów. Progres jest jednym z nich. Warto pamiętać jednak, że równie naturalnymi elementami są spowolnienia, konieczność zatrzymania się czy potrzeba wycofania się z podjętych decyzji. Ocenianie któregoś z tych elementów jednoznacznie negatywnie wynika z braku zrozumienia dynamiki życia. Każde z tych zdarzeń jest całkowicie naturalne i stanowi nieodłączną część ludzkiej egzystencji. Nie jesteśmy w stanie ciągle przeć do przodu, zwiększając tempo. Przy takim postępowaniu, prędzej czy później, nastąpi załamanie, krach, choroba. Warto więc zdawać sobie sprawę, że zdarzenia, rozumiane przez nas jako przeszkody, będą pojawiać się jeszcze wielokrotnie w naszym życiu. Może więc nie trzeba się na nie złościć, lecz wręcz przeciwnie: celowo decydować się na zmniejszenie tempa życia, na chwile odpoczynku i refleksji oraz świadomie wycofywać się z nietrafionych wyborów, aby nie tkwić latami przy błędnie podjętych decyzjach.

Przekonanie, że zawsze będziemy już biec do przodu, jest tak samo chybione, jak przekonanie, że będą nas spotykały tylko same nieszczęścia. Oba przeświadczenia narażają nas na obniżenie komfortu życia, czy to za sprawą rozczarowań, czy też z powodu antycypowania lęku i zniechęcenia. Zaakceptowanie stałej dynamiki zmian w naszym życiu oraz tego, że nie zawsze możemy być najlepsi, wygrani i na czele, może przyczynić się pozytywnie do redukcji stresu i napięć, których sami sobie dostarczamy.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bubrowiecki, A. (2009). O skuteczności działań cz.1, rozmowę przepr. Kosiorek T., radio Euro (Bis) [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Eichelberger, W., Kłak, M., Sztark, M. (2013). Rozmowy po zmroku, rozmowę przepr. Wilk P., PR2 [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Hansen, P. (2013). Embrace The Shake, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Honoré, C. (2012). Pochwała powolności, tłum. Umiński K., Warszawa: Drzewo Babel
Kabat-Zinn, J. (2007). Gdziekolwiek jesteś, bądź, tłum. Smagacz H., Warszawa: IPSI Press
Puchalska, M. (2011) Zwolnij, odkryj uroki slow life, rozmowę przepr. Biszewska J., Gazeta.pl Kobieta [online].

NIE ZAWSZE BĘDZIE DOBRZE

Codziennie człowiek bombardowany jest olbrzymią ilością reklam, których przekaz jest jednoznaczny: wystarczy, że skorzystasz z naszego produktu/usługi, a twój problem zniknie raz na zawsze. Ten jasny komunikat wpisuje się w przekaz kulturowy, podtrzymywany przekonaniami, że jedyne, co potrzebujesz robić, to przeczytać jakiś poradnik lub skończyć odpowiedni kurs, a twoje życie diametralnie się zmieni. Wkroczysz wtedy do krainy wiecznej szczęśliwości. Dokłada się do tego przeświadczenie, że jeśli nie jesteśmy szczęśliwi, coś w naszym życiu szwankuje i wymaga natychmiastowej poprawy. Gonimy więc szczęście ze wszystkich sił, wkładając w to bardzo dużo wysiłku i zaangażowania. Dlaczego zatem ten model funkcjonowania nie sprawdza się? Dlaczego wciąż jesteśmy rozczarowani?

W pogoni za szczęściem

Wiele osób myśli w taki sposób: będę szczęśliwa/szczęśliwy, jeśli będę mieć udany związek/osiągnę sukces/awansuję w pracy/wyjadę z kraju itd. Wzór ten opiera się na założeniu, że po spełnieniu określonych warunków, nasze odczuwanie szczęścia automatycznie wzrośnie i będzie utrzymywać się już na tym poziomie. Okazuje się jednak, że kiedy osiągamy wymarzony cel, często nie czujemy się bardziej szczęśliwi, a czasem wręcz czujemy się rozczarowani. Dzieje się tak dlatego, że zmieniły się jedynie okoliczności zewnętrzne, podczas gdy my często jesteśmy wciąż tacy sami. Badając przez ostatnie kilka lat zależności między szczęściem a sukcesem, Shawn Achor, trener biznesowy i wykładowca na Harvardzie, odkrył, że powyższy wzór działa dokładnie na odwrót. Autor książki „The Happiness Advantage” mówi, że „problem nie sprowadza się do tego, iż nie dążymy do szczęścia, lecz szukamy go używając złej metody”. Sukces bowiem nie jest równoznaczny ze szczęściem. Związek czy praca nie sprawią, że staniemy się od razu szczęśliwi z definicji.

Również nieustanne dążenie do perfekcji, jak i ciągła pogoń za szczęściem, nie powinny stać się celem samym w sobie. Psycholog Mirosław Słowikowski wskazuje, że jeśli motorem doskonalenia się jest ciągłe poczucie bycia nie dość dobrym, wtedy wszystkie porażki i błędy odbierane są jako dowód na naszą nieudolność i mierność, co rodzi poczucie niespełnienia i niezadowolenia. Czujemy się ciągle gorsi. Tezę tę potwierdzają niedawne badania Iris Mauss z Uniwersytetu w Denver. Z badań tych wynika, że duża koncentracja na dążeniu do szczęścia koreluje z gorszą oceną własnego dobrostanu, mniejszą satysfakcją z życia i gorszym samopoczuciem. Zbyt wysokie oczekiwania, wynikające z przemożnego pragnienia bycia szczęśliwym, nie mogą być bowiem w pełni zaspokojone, co prowadzi do rozczarowania i przygnębienia. Dążenie do doskonałości jako celu samego w sobie, bez względu czy odnosi się ona do siebie, relacji z innymi ludźmi czy do warunków w otaczającym świecie, jest z góry skazane na niepowodzenie. W pogoni za szczęściem łatwo można się rozczarować życiem, odnosząc się negatywnie do wszystkich niedoskonałości, porażek czy niechcianych emocji.

Mit szczęśliwości

Wyznaczanie sobie celów, po których osiągnięciu ma być już zawsze dobrze, koncentrowanie się na tym, aby doświadczać jedynie pozytywnych emocji, pragnienie, żeby życie ograniczało się tylko do ciągłego wyrzutu dopaminy, jest częstą przyczyną czucia się nieszczęśliwym. Jednak, jak zwraca uwagę psycholog Rob Archer, życie nie sprowadza się do odczuwania przez nas zadowolenia w każdej minucie. Dodaje, że chwil, w których czuliśmy się najbardziej spełnieni, nie poprzedzało nasze dobre samopoczucie – częściej poprzedzało je zwątpienie i lęk. Część ludzi, w momencie odczuwania negatywnych emocji, stara się za wszelką cenę i jak najszybciej się ich pozbyć. Funkcjonują oni w oparciu o przekonanie, że tylko rozwiązanie problemu (rozumianego jako odczuwanie dyskomfortu) czy kontrolowanie bólu sprawią, że staną się szczęśliwsi, a ich życie się poprawi. Tymczasem Archer sugeruje, że to właśnie nasza nietolerancja na doświadczanie bólu i niepewności jest przyczyną braku odczuwania szczęścia. Umiejętność działania w obecności negatywnych myśli i nieprzyjemnych wrażeń zdaje się więc być kluczem do radości życia.

W świecie jedyną pewną i stałą rzeczą jest jego zmienność. Życie nie było, nie jest i nigdy nie będzie stabilne. Człowiek nie w stanie przewidzieć zmian, jakie mogą nastąpić w jego życiu. Bez względu na to, jak dużo doświadczenia i wiedzy zgromadziłby w życiu, zawsze coś może go zaskoczyć, pójść wbrew planom i założeniom. Pragnienie, aby wieść ustabilizowane życie, jest bardzo złudne, przynosi często zawody życiowe i poczucie niespełnienia. Zmienne jest również nasze samopoczucie. Psycholog Randall Wilson mówi wręcz, że chęć doświadczania ciągłego poczucia zadowolenia jest stanem nienaturalnym – osiągnięcie go jest więc iluzoryczne. Tym, co nas unieszczęśliwia, jest zatem brak akceptacji zmienności naszych odczuć, naszego samopoczucia, jak i akceptacji niestałości otaczającego nas świata oraz oczekiwanie, że przyjdzie kiedyś taka chwila, gdy znikną wszelkie nasze wątpliwości, wahania, rozterki i lęk.

Szczęście pomimo

Mówienie „wszystko będzie dobrze” podtrzymuję wiarę w bezproblemową przyszłość. I nawet jeśli ludzie w większości zdają sobie sprawę, że doświadczanie bólu wpisane jest z ludzkie życie, rozczarowują się za każdym razem, gdy zaskoczy ich choroba, kryzys, niepowodzenie czy strata, ponieważ łudzą się, że może jednak ich życie będzie wyglądało inaczej. Nie chodzi oczywiście o kultywowanie w sobie przygnębiającego przekonania o posępnej przyszłości. Przesadny optymizm i idealizowanie przyszłych zdarzeń mogą jednak wpływać negatywnie na życie, ponieważ nie dość, że dostarczają frustracji i niezadowolenia związanych z faktem, że sprawy nie układają się po naszej myśli, to dodatkowo umniejszają lub wręcz pozbawiają radości z doświadczania chwili obecnej. Postrzegamy bowiem teraźniejszość jako nie dość dobrą, nieidealną, niewartą uwagi.

Tymczasem kryzysy są immanentną cechą ludzkiej egzystencji. Miliony ludzi na świecie właśnie przechodzi przez okres destabilizacji i rozchwiania. Dychotomiczna percepcja czasu, wyrażająca się w postrzeganiu kryzysu jako bezsprzecznie negatywnego momentu w życiu oraz czasu po kryzysie – jako nieprzerwanie trwającej radości, sprawia, że za każdym razem jesteśmy negatywnie zaskoczeni, kiedy coś odbiegło od naszych planów. Lepiej – co podkreśla w jednej ze swoich prelekcji psycholog Jacek Walkiewicz – zamiast mówić: „wszystko będzie dobrze”, powiedzieć „poradzę sobie”. Sprawia to, że będąc mniej roszczeniowymi wobec przyszłych zdarzeń, mniej będziemy doświadczać rozczarowań. Nie będziemy się skupiać wtedy na sprawach, na które nie mamy wpływu, a zyskamy większe zaufanie do siebie.

Przekonanie, że w przyszłości unikniemy cierpienia, powoduje zatem cierpienie, ponieważ ogranicza przeżywanie szczęścia tylko do wyidealizowanej rzeczywistości, która rzadko kiedy staje się naszym udziałem. Przeżywamy stres, złość i irytację,  ponieważ sprawy nie układają się tak, jak byśmy tego oczekiwali. Odczuwać szczęście można jednak pomimo życiowych komplikacji. Autor książki „Minimalizm” Leo Babauta mówi wprost: oczekuj tego, że rzeczy będą rozbieżne z twoimi zamierzeniami. Ale patrz na nie jako na integralną cześć życia. Na swoim blogu Zen Habits pisze: „Oczekuj, że dzieci nabrudzą. Oczekuj, że twój partner lub partnerka nie będą idealni. Oczekuj, że twój przyjaciel nie dotrze czasami na czas. Oczekuj, że rzeczy nie pójdą całkiem zgodnie z planem. Oczekuj, że ludzie czasami mogą się niewłaściwie zachować. Oczekuj, że współpracownicy czasem mogą nie okazać ci wsparcia. Oczekuj, że domownicy czasami po sobie nie pozmywają lub nie pozbierają swoich ubrań. Oczekuj, że szkło się zbije”. Szczęście bowiem jest to stan, kiedy rzeczy nie są doskonałe, a my wciąż jesteśmy zadowoleni.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Achor, S. (2010). The Happiness Advantage, New York: Crown Business
Archer, R. (2011). The Certainty Bias, Working with ACT [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Babauta, L. (2009). A Beautiful Method to Find Peace of Mind, Zen Habits [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Mauss, I., B., Tamir, M., Anderson, C. L., & Savino, N. S. (2011). Can seeking hapiness make people unhappy? Paradoxical effects of valuing happiness, Emotion, 11, 807-815 [pdf]
Wilson, R. ( 2013). Positive Thinking and Other Harmful Advice, Like a Fish in Water [online]. Dostępny w Internecie tutaj

HISTORIE, KTÓRE SOBIE OPOWIADAMY

Stosunek do własnej przeszłości może być różny, tak jak różni są ludzie. Może być negatywny, pozytywny, wybiórczy. Można mieć przekonanie, że nosi się w sobie rozwiązania wszystkich problemów, a rozwiązania te ukryte są właśnie w przeszłości człowieka. Kiedy się ją pozna, zrozumie, będzie można naprawić to wszystko, co źle funkcjonuje w życiu. Można mieć także inne przeświadczenie: nie ma sensu nad przeszłością się w ogóle zastanawiać, wyciągać z niej wniosków, analizować. Niektórzy opowiadają bardzo barwne historie ze swojego życia, ze złożonymi wątkami i wielopostaciową narracją. Inni – wręcz przeciwnie. Ich opowieści są oszczędne, zawarte w kilku punktach, bez dygresji i zbędnych ozdobników. Część osób chętnie powraca do opowieści z dzieciństwa, inni – unikają ich, ale ochoczo poruszają historie z lat młodzieńczych czy z początku dorosłości. Historie, które sobie opowiadamy, realnie wpływają na nasze decyzje, działania, nastrój, poczucie szczęścia i zadowolenia, na kontakty z innymi ludźmi i na wiele innych obszarów w naszym życiu. Czasami warto się im przyjrzeć bardziej krytycznie, z dystansu. Może niektóre z nich przydałoby się przeredagować, opowiedzieć na nowo, innymi słowami.

Rekonstrukcja zdarzeń

Proces zapamiętywania nie jest jednorodny. Zależy on od wielu czynników. Od działań długofalowych (np. od momentu w życiu, w którym się znajdujemy) do zdarzeń chwilowych (takich jak np. nastrój, którego właśnie doświadczamy czy pora dnia). Na samo zapamiętywanie wpływają więc zarówno bodźce zewnętrzne (np. to, gdzie zdarzenie miało miejsce), jak i własne emocje (czy byliśmy np. pobudzeni czy raczej spokojni). To, co osoba zachowa w pamięci warunkują również indywidualne cechy osobowości. Jedni łatwiej zapamiętują rzeczy związane z obrazami (wzrokowcy), inni z dźwiękami (słuchowych), a inni jeszcze lepiej rzeczy, którym towarzyszył ruch (kinestetycy). Nastawienie osoby, motywacja i świadomie skierowana uwaga na dane wydarzenie czy materiał do zapamiętania również odgrywają ważną rolę. Jeśli coś nas nudzi lub jeśli powtarzamy sobie, że na pewno się nam to do niczego nie przyda, trudniej wtedy będzie nam daną rzeczy zapamiętać. Dokładnie te same czynniki biorą udział w procesie przypominania sobie rzeczy z przeszłości. W różnych momentach możemy sobie przypomnieć pewne rzeczy, a zupełnie nie móc dotrzeć do innych.

Poza czynnikami zewnętrznymi oraz wewnętrznymi, związanymi z emocjami, z  osobowością, na szczególną uwagę zasługują te sytuacje, w których osoba była bardzo pobudzona. Pamięć bowiem wzmacniana jest przez emocje, za które odpowiada układ limbiczny. Pobudzenie emocjonalne aktywuje ciało migdałowate, wskutek czego produkowane są różne hormony umożliwiające łatwiejsze tworzenie śladów pamięciowych oraz zmienianie ich w ślady długotrwałe. Dlatego też często pamiętamy lepiej te doświadczenia, którym towarzyszyło silne wzburzenie emocjonalne. W ten sposób tłumaczone jest również powstawanie traum czy innych zaburzeń emocjonalnych, jak chociażby Zespołu Stresu Pourazowego (PTSD). Z drugiej strony, doświadczanie stresu często uniemożliwia nam łatwe przypomnienie sobie zapamiętanych informacji. Naukowcy zauważyli, że przeciągający się, długotrwały stres może obniżać ilość neuronów znajdujących się w hipokampie, czyli w obszarze mózgu odpowiedzialnym między innymi za uczenie się i pamięć.

Jak bardzo zatem możemy polegać na swojej pamięci? Czy to, co uważamy, że się zdarzyło, naprawdę miało miejsce? Wiele na to wskazuje, że przeszłość, do której się odwołujemy, tylko częściowo pokrywa się z autentycznymi wydarzeniami. Resztę stanowią nasze własne uzupełnienia, które – na ogół nieświadomie – biorą udział w rekonstrukcji wydarzeń z przeszłości. Wiele osób wierzy, że pamięć działa tak samo, jak urządzenie nagrywające: rejestrujemy informacje, które potem przywołujemy i odtwarzamy, kiedy są nam potrzebne (kiedy np. odpowiadamy na zadane pytanie). Elizabeth Loftus, badaczka pamięci i psycholog sądowy, twierdzi jednak, że nasza pamięć bardziej przypomina Wikipedię: nie tylko my możemy tam wejść i coś pozmieniać, ale również mogą zrobić to inni. Do takich wniosków doszła badając historie ludzi, którzy zeznawali jako świadkowie morderstwa. Okazało się, że pamięć wzrokowa naocznych świadków jest zawodna. Duża część spośród niesłusznych wyroków w USA wynikała właśnie z błędnych zeznań osób obserwujących dane zdarzenie. Co więcej, badaczka w swoich eksperymentach dowiodła, że przy odpowiednich warunkach można osobie wszczepić wspomnienia dotyczące zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca.

Nasze wspomnienia są zatem dosyć plastyczne i mogą się zmieniać cały czas. Przypominając sobie jakieś zdarzenie, nie odtwarzamy go precyzyjnie. Rekonstrukcja opiera się na wielu czynnikach i wielu źródłach, za pomocą których uzupełniamy luki w naszej historii. Niewiele osób jest świadomych tego, że niekiedy brakujące elementy opowieści zapożyczają z tego, co usłyszeli od innych osób opowiadających bądź o tym wydarzeniu, bądź tylko o sytuacji o podobnej tematyce. Również – co może zaskakiwać – przy rekonstrukcji wspomnień osoby mogą czerpać niektóre elementy historii z utworów literackich, które przeczytali czy filmów, które obejrzeli, a które to pozycje nawiązywały do podobnych zdarzeń. Wnioski z eksperymentów, które przeprowadziła Loftus, pokazują dobitnie, że także sposób sformułowania pytania może wpływać na pamięć o przeszłych wydarzeniach. Fałszywa sugestia zawarta w pytaniu może spowodować, że zmienią się podstawowe parametry danej sytuacji (takie chociażby, jak liczba osób biorących udział w zdarzeniu). Wspomniany przed chwilą proces rekonstrukcji może nie tylko sprawić, że ubarwimy wspomnienia, dodamy im więcej dramatyzmu lub odwrotnie – pozbawimy emocji, ale proces ten może również wpłynąć na pojawienie się w naszych opowieściach bohaterów, rzeczy czy wydarzeń, które nigdy nam się nie przytrafiły. Jak mówi bowiem Loftus, to, co sobie przypominamy jest jedynie „odradzającym się odbiciem zmieniającego się wspomnienia”.

Percepcja, retrospekcja, rozpamiętywanie.

W psychologii pojęcie „perspektywy czasu” nie jest nowe, ale dopiero w ostatnich kilku latach koncepcję tę rozwinął szerzej Philip Zimbardo, który wraz z Johnem Boydem stworzył odpowiedni kwestionariusz badający naszą percepcja czasu. Kwestionariusz mierzy pięć perspektyw czasowych, którymi są: przeszłość pozytywna (nagrody i pozytywne doświadczenia, sukcesy i rzeczy, z których jesteśmy dumni), przeszłość negatywna (bolesne wspomnienia, traumy, trudne doświadczenia, życiowe porażki), teraźniejszość hedonistyczna (codzienne przyjemności, cieszenie się przeżywaną chwilą, zaspokajanie zmysłów), teraźniejszość fatalistyczna (przekonania typu: nie warto się starać, cokolwiek ma być, to będzie) oraz przyszłość (zarówno zorientowana na cele, jak i odwołująca się do tego, co będzie po życiu). W zależności od tego, jak dana osoba ma rozłożone akcenty w postrzeganiu czasu, takie podejmuje decyzje w życiu. Optymalny model, zaproponowany przez badaczy, to wysoki wskaźnik przeszłości pozytywnej, umiarkowanie wysoki – przyszłości, umiarkowany – hedonistycznej teraźniejszości oraz niski – przeszłości negatywnej i teraźniejszości fatalistycznej. Zimbardo podkreśla, że ludzie rzadko są świadomi sposobu, w jaki dzielą strumień doświadczeń – na ogół robią to automatycznie. Oczywiście, nie istnieją osoby, które są wyłącznie ukierunkowane na jedną perspektywę czasu, ponieważ inne również biorą udział w określaniu postrzegania doświadczeń. Może się jednak zdarzyć, że któraś z perspektyw zdecydowanie dominuje nad innymi.

Zbytnie koncentrowanie się na przeszłości może prowadzić do negatywnych konsekwencji w codziennym życiu. Analizowanie godzinami przeszłych zdarzeń, opowiadanie tylko o minionych sprawach, przeglądanie wyłącznie starych fotografii może wskazywać, że osoba jest zorientowana tylko na przeszłość. Istnieją tutaj dwa niebezpieczeństwa. Jedno wynika z koncentrowania się przede wszystkim na przeszłości negatywnej i rozpamiętywanie wszystkich bolesnych zdarzeń i traum, które nam się przydarzyły lub które – za sprawą procesu rekonstrukcji – przywołujemy do życia. Tymczasem, jak mówi psychoterapeutka, Małgorzata Liszyk – Kozłowska, nasze dzieciństwo rzadko składa się tylko z samych dramatów. Przyczyną, dla której często tak właśnie jest zapamiętywane, jest fakt, że dziecko jest zależne od otoczenia i w momencie, kiedy dzieje się coś zagrażającego poczuciu bezpieczeństwa, emocje, których wtedy dziecko doświadcza, są na tyle silne, że łatwiej zakodowuje sobie negatywne zdarzenia.

Drugie niebezpieczeństwo, odwołując się do terminologii zaproponowanej przez Zimbardo, związane jest ze zbytnim skoncentrowaniem się na przeszłości pozytywnej przy niskim lub znikomym wskaźniku teraźniejszości hedonistycznej, a wysokim fatalistycznej. Takie postrzeganie perspektywy czasu występuję u ludzi, którzy często używają sformułowań: „Kiedyś to były czasy…”, „Za moich czasów żyło się lepiej…”, „Kiedyś ludzie byli bardziej uczciwi…”. W tym wypadku przeszłość pozytywna jest używana nie do znajdywania oparcia i solidnego gruntu dla nowych doświadczeń, tylko do tego, by podkreślić, jak źle jest w teraźniejszości. Oba niebezpieczeństwa związane z koncentracją na przeszłości będą zatem przesłaniać teraźniejszość, uniemożliwiając działanie. Będą odbierać całą radość z cieszenia się chwilą obecną oraz powstrzymywać przed podejmowaniem decyzji związanych z przyszłymi celami, a także skutecznie udaremniać próby zmienienia czegokolwiek w życiu.

Innym negatywnym procesem wynikającym z nadmiernej koncentracji na przeszłości jest ruminacja dotycząca przeszłych zdarzeń. Ruminacja to psychologiczne określenie na natrętne myślenie dotyczące określonego tematu. Oczywiście, samo intensywne myślenia, zwłaszcza w kontekście problemu, który trzeba rozwiązać, jest jak najbardziej potrzebne. Jednak w ruminacji dołącza się do tego uporczywość procesu myślowego, drobiazgowa analiza oraz brak możliwości przejścia do etapu syntezy i znalezienia ostatecznego rozwiązania, które kończyłoby proces refleksji (np. „w przyszłości podejmę bardziej przemyślane działania” albo „nie warto się nad tym więcej zastanawiać, bo nic to chwilowo nie zmieni”). U podstaw ruminacji leży funkcja adaptacyjna (zastanawiamy się nad tym, co nie jest w porządku i co można by było zmienić), ale nadmierne myślenie ma wpływ negatywny, zwłaszcza na nastrój i ogólne samopoczucie. „Czasem trzeba przejść od myślenia do działania, zająć się dręczącą sprawą. Czasem nie da się już nic więcej zrobić i przychodzi czas na akceptację rzeczywistości. Czasem zaś, wrażliwość emocjonalna danego człowieka jest tak duża, że obsesyjnie myśli nad każdą drobnostką.” – mówi psycholog, Joanna Boj. Owa wrażliwość emocjonalna skłania niektórych do postrzegania siebie jako osób o dużym wglądzie i skłonności do introspekcji. Tymczasem przy bliższym zbadaniu procesu myślowego okazuje się, że są to bardzo niszczące i demotywujące ruminacje. Zdaniem Ricka Hansona, neuropsychologa, introspekcja jest procesem produktywnym, w odróżnieniu od ruminacji, która jest negatywistyczna i bardzo karząca. I o ile również same retrospekcje, czyli refleksje dotyczące przeszłości, są naturalnymi i potrzebnymi procesami wewnętrznymi, o tyle rozpamiętywanie przeszłości i „przeżuwanie” przeszłych zdarzeń skutkuje negatywnymi konsekwencjami dla nas samych, może bowiem odbierać radość z przeżywania chwili obecnej, obniżać samoocenę, więzić w roli ofiary, nie dawać możliwości przepracowania poczucia winy, zamykać drogę do wybaczenia innym pewnych zachowań, a także prowadzić do nasilania się zaburzeń lękowych i depresji.

Trzeba jeszcze nadmienić, że ciągłe rozpamiętywanie przeszłości wyrabia nawyk takiego zachowania. W związku z czym wydarzenia i ludzie, których już dawno nie ma w naszym życiu, cały czas – przy naszym współudziale – są w nim obecni. To my dajemy im prawo głosu w podejmowaniu decyzji. Oczywiście, jeśli nawyk taki wyrabialiśmy przez lata, nie możemy oczekiwać, że z dnia na dzień zmienimy lub pozbędziemy się go, wyrabiają sobie zdrowsze zachowania. Warto jednak przyjrzeć się bliżej takim nawykom (które sprawiają, że bardziej żyjemy w przeszłości niż w teraźniejszość), jeśli chcemy przeredagować historie, które codziennie sobie opowiadamy, a które dotyczą naszego życia

Opowieści o naszym życiu. Wydanie czwarte, poprawione.

Coraz częściej odchodzi się we współczesnej psychologii od – tak popularnej jeszcze w filmach i książkach – dogłębnej analizy dotyczącej przeszłości. Samo poznanie faktów (o ile w ogóle jest to możliwe), sama świadomość, że być może dany objaw wziął się z jakichś zdarzeń, które miały miejsce w naszym życiu, nie sprawi automatycznie, że ów symptom zniknie. Możemy nawet rozczarować się próbami dotarcia do realnych wydarzeń oraz samym badaniem przeszłych zdarzeń. Niestety, rozkładając naszą przeszłość na czynniki pierwsze, nie sprawimy, że stanie się ona piękniejsza. Może to oczywiście nas wzbogacić, rozszerzyć naszą świadomość, pogłębić nasze rozumienie innych osób, ale problem dotyczy naszego życia dziejącego się aktualnie. Musimy się zatem z tym problemem uporać w oparciu o dostępne dla nas środki, które aktualnie posiadamy. Jedną z metod jest krytyczne przyjrzenie się i zmiana historii, które sobie na co dzień opowiadamy. Snujemy bowiem różne opowieści na temat naszego życia. Pozytywne, negatywne, historie, którymi się straszymy, opowieści, które nas wspierają albo wręcz przeciwnie – pozbawiają nas energii i chęci do działania. Wszystko jest w porządku, jeśli wspomnienia nas wzmacniają, dając nam oparcie i wiarę w siebie. Niestety, duża część z opowiadanych przez nas historii jest bardzo negatywna, podkopująca naszą samoocenę, podcinająca nam skrzydła, pozbawiająca nas energii i zamykająca nas w poczuciu winy lub dojmującym poczuciu niesprawiedliwości. Dla naszego umysłu jest bez znaczenia, co będziemy sobie mówić na temat przeszłych wydarzeń, które działy w naszym życiu – dla nas ma to kolosalne znaczenie, bo wpływa znacząco na jakość życia.

Na pewno warto zmienić te historia, które sprawiają, że przez lata ciągniemy za sobą emocjonalny bagaż. Za jego sprawą często projektujemy na przyszłość negatywne wyobrażenia bazując na tym, co wydarzyło się kiedyś. Tak mocno jesteśmy przywiązani do tych wyobrażeń, że nie dopuszczamy do świadomości innych scenariuszy i zamiast, co najwyżej, wyciągnąć jakieś konstruktywne i budujące nas wnioski, pogrążamy się w przeszłości, traktując ją jako teraźniejszość, a nawet przyszłość. Warto krytycznie spojrzeć również na opowieści podkopujące naszą zaradność, pokazujące dobitnie, jak bardzo jesteśmy nieudolni. Podtrzymują one tylko wyuczoną bezradność, pozbawiając nas możliwości skorzystania z nadarzających się okazji. Bardzo dużą grupę stanowią również opowieści, które przyklejają nam etykietkę, które nas stygmatyzują. Nawet jeśli etykietka została nam nadana przez kogoś innego, w większości wypadków dalszy proces podtrzymywania tej historii jest zależny od nas i często zupełnie nieświadomie codziennie powtarzamy sobie tę stygmatyzującą opowieść.

Wprawdzie przeszłości i wszystkich uprzednio zaistniałych zdarzeń nie możemy zmienić, ale możemy wpłynąć na sposób myślenia o nich. Psychologia nie dysponuje metodami całkowitego „wyczyszczenia” złych wspomnień. Pojawia się jednak coraz więcej badań wskazujących, że opisy przeszłych zdarzeń, które nosimy w sobie, często tylko w niewielkim stopniu pokrywają się z faktami. Większość wspomnień z naszego życia oparta jest na dosyć selektywnym procesie zapamiętywania i odtwarzania, jak również na procesach rekonstrukcyjnych, które informacje potrzebne do uzupełnienia braków w historii czerpią z bardzo wielu źródeł (niekiedy również fikcyjnych). Jednak w dużej mierze przyzwyczailiśmy się wierzyć tym opowieściom. Marcin Fabjański, filozof, pisarz i trener, zwraca uwagę na to, że „każde nowe wydarzenie modyfikuje pamięć. Nasza opowieść, którą piszemy, jest w istocie powieścią, którą piszemy codziennie. Już nie tylko przyszłość, ale także przeszłość możemy więc świadomie kształtować”, a dzięki temu zmieniać naszą osobowość, rozwiązywać problemy, cieszyć się bardziej przeżywaną chwilą. Nie chodzi oczywiście o to, żeby zaprzeczać faktom, żeby się okłamywać, ale o to, że być może warto czasami opowiedzieć sobie historie dotyczące naszego życia na nowo, własnymi słowami, bez powielania starych wzorców, używając takiego oręża sformułowań, które kiedyś nie były dla nas dostępne, a są teraz. Na pewno nie zmienimy tego, co się zdarzyło, ale możemy zmienić naszą historię, którą opowiadamy na ten temat, na taką, która będzie pomagać nam, która będzie nas wspierać i umacniać.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Loftus, E., Ketcham, K (1992). Witness for the Defense: The Accused, the Eyewitness, and the Expert Who Puts Memory on Trial, New York: St. Martin’s Griffin
Loftus, E. (2013). The Fiction Of Memory, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Romanowska, D.(2013). Fałszowanie wspomnień, Newsweek [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Zimbardo, P., Boyd J (2009). Paradoks czasu, przeł. Cybulko A., Zieliński M., Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN
Zimbardo, P. (2009).The psychology of time, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj