Czasami w pracy terapeutycznej widzimy paradoks, który na pierwszy rzut oka może być trudny do uchwycenia. Rodzic, który sam doświadczył traumy, często bardzo kocha swoje dziecko i chce dla niego dobrze, a jednocześnie może mieć ograniczoną zdolność do pomieszczania jego stanów emocjonalnych. Trauma bywa doświadczeniem, które uszczupla zasoby psychiczne potrzebne do regulowania silnych emocji, zarówno własnych, jak i cudzych. W takich sytuacjach rodzicowi trudno wytrzymać intensywność przeżyć dziecka, nazwać to, co ono czuje, czy pomóc mu zrozumieć różnice między emocjami. Tymczasem właśnie w relacji z dorosłym dziecko uczy się stopniowo rozpoznawania własnego świata wewnętrznego. Dzięki temu może odkrywać, że smutek, wstyd, zażenowanie czy lęk są różnymi stanami psychicznymi, które można zauważyć, nazwać i regulować.
Jeśli jednak rodzic sam żyje w stanie chronicznego napięcia lub nadwrażliwości na emocje, nawet stosunkowo niewielkie pobudzenie może być przez jego układ nerwowy odbierane jako zagrożenie. Wówczas pojawia się trudność w tym, co w psychologii rozwoju nazywa się odzwierciedlaniem stanów dziecka. Dziecko potrzebuje bowiem zobaczyć swoje emocje „odbite” w twarzy i reakcjach opiekuna, aby stopniowo budować rozumienie siebie. Gdy tego doświadczenia brakuje, jego stany wewnętrzne pozostają mniej zrozumiałe i trudniejsze do uporządkowania. Właśnie dlatego tak ważne jest, aby w pracy z traumą myśleć nie tylko o pojedynczym człowieku, lecz także o relacyjnych warunkach rozwoju emocjonalnego. To w relacji z drugim człowiekiem uczymy się bowiem, kim jesteśmy i jak możemy obchodzić się z własnymi emocjami.











