Choroba, której nie widać

Igor Rotberg rozmawia z Renatą Pająkowską-Rożen, psycholożką, terapeutką, kulturoznawczynią.

Igor Rotberg: Dystymia, określana jako „lekka depresja” lub też – bardziej poetycko –  „młodsza siostra depresji”, w wielu przypadkach zostaje długo nierozpoznawana. I to nie tylko przez osoby, które jej doświadczają, ale również przez specjalistów, do których te osoby trafiają. Objawy dystymii są jednak uporczywe i często utrzymują się długo. Odbierają satysfakcję z życia. Warto zatem zwrócić uwagę na charakterystyczne objawy tego zaburzenia oraz odróżnić je od innych chorób, takich jak wspomniana depresja.

Renata Pająkowska-Rożen: Z powodu owej trudności w rozpoznaniu dystymii, mówi się o niej „choroba, której nie widać”.  Osoby, które na nią chorują, mogą wydawać się może trochę bardziej refleksyjne, zadumane. Zakładają rodziny, pracują, podróżują, odnoszą sukcesy, ale nigdy nie mogą o sobie powiedzieć, że są szczęśliwe. Czy osoby, które chorują na dystymię są pesymistami? I tak, i nie…  pesymista nie wierzy, że może odnieść sukces, nie podejmuje wyzwań, jego szklanka zawsze jest do połowy pusta. Dystymik może planować różne wyzwania, rozwijać się, ale to wszystko jest takie do pewnego momentu bez radości… mogę coś robić, będzie fajnie, ale mogę też położyć się spać, i też będzie fajnie. Taki stan powoduje wycofanie z życia, a przy zaniżonej samoocenie osoba chorująca prowadzi bardzo ograniczony i pesymistyczny styl życia, bez dużych objawów depresji. Często dystymik może być utożsamiany z melancholikiem. Istotną różnicą jest to, że w dystymii występuje zmienność nastrojów, często w zależności od zdarzeń zewnętrznych. Niemniej cała ta zmienność przebiega w niższym zakresie niż zwykle.

IR: Objawy dystymii nie są tak widoczne i przez to pozostaje ona często nierozpoznana u danej osoby latami. Osoby, które zgłaszają się po pomoc, na ogół doświadczyły już znaczącego pogorszenia samopoczucia. I dopiero wtedy, często przy wizycie u psychiatry, okazuje się, że od lat cierpią na dystymię. Zresztą aby rozpoznać dystymię, objawy muszą utrzymywać się przynajmniej dwa lata. Do charakterystycznych objawów można zaliczyć utrzymujący się stan smutku lub – jak to ujęłaś – ciągłą melancholię refleksyjność. Osoby z dystymią opisują swoje życie jako przeżywane „jakby w połowie”. Jeśli są z czegoś zadowolone, to tylko „w połowie”. Jak przeżywają radość, to „na pół gwizdka”. Mają wrażenie, że coś jest nie tak, że postrzeganie siebie i świata jest trochę bardziej pesymistyczne niż u innych, ale ponieważ objawy te nie utrudniają życia w zbyt wielkim stopniu, często funkcjonują z nimi przez wiele lat.

RPR: Dlatego jest tak ważne, aby siebie obserwować. Zrobić „rachunek uśmiechu i łez” – czy kilka lat temu było inaczej? Jeśli tak, to czy teraz jest gorzej, smutniej, bez radości? Nie każdy smutek musi być dystymią. Takie powszednie smutki powinny nam przejść po kilku dniach, po wypoczynku, po relaksie. Czasami trzeba się wyciszyć, zatrzymać. Żyjemy intensywnie i musimy też solidnie odpoczywać. Jeśli tego nie robimy, możemy się czuć gorzej. Ale to nie oznacza, że od razu chorujemy na dystymię. Spróbujmy najpierw sami sobie pomóc. Nie od razu musimy biec do psychiatry czy terapeuty. Starajmy się wypocząć, wyspać się, zadbać o zbilansowaną dietę i systematyczny ruch. Spotkajmy się z przyjaciółmi, pójdźmy do kina… zróbmy coś, czego nie robiliśmy od dawna. Możemy zrobić też podstawowe badania, aby ewentualnie wykluczyć podłoże medyczne naszego stanu. Dopiero, gdy takie działania nie przyniosą rezultatu, warto będzie umówić się na konsultację psychiatryczną.

IR: Socjolog Zygmunt Bauman, w swojej książce „Ponowoczesność jako źródło cierpień” pisał o psychiatryzacji życia codziennego. I rzeczywiście tak jest, że często drobne obniżenia nastroju odbieramy jako początek depresji lub przynajmniej jako takie, które świadczą o źle przeżywanym życiu. Tymczasem żaden stan emocjonalny nie jest z natury dobry lub zły. To naturalne doświadczenia, wynikające z bycia człowiekiem. Z drugiej jednak strony, jak wspomniałaś, dystymia ma opinię zaburzenia, którego nie widać. Łatwo więc ją przeoczyć. Zwłaszcza, że początek choroby jest trudny do rozpoznania i na ogół nie poprzedzają go jakieś szczególne wydarzenia. Kiedy dodamy do tego, że przyczyny nie są jasne, jawi nam się obraz czegoś, co jest niełatwe to uchwycenia i co w wielu przypadkach może być brane za stan naturalny. Ludzie z dystymią często na tyle przyzwyczaili się do owego lekko obniżonego nastroju, braku zadowolenia oraz powracającego od czas do czasu poczucia bezsensu, że nie biorą pod uwagę możliwości zmiany tego stanu.

RPR: Istotna jest akceptacja tego, czego doświadczamy. Życie człowieka składa się z różnych stanów. Bez smutku nie ma radości, bez łez nie będzie uśmiechu. A współczesny człowiek chce żyć w szczęściu. Tylko w szczęściu. Więc jeśli poczuje, że nie jest szczęśliwy, że nie czuje się dobrze i nic mu się nie chce, idzie do psychiatry, bo sądzi, że ma depresję i potrzebuje tabletek. Tymczasem ten stan smutku czy zniechęcenia jest bardzo cenny. Nie bójmy się tego – to miejsce i to doświadczenie stanowią kopalnię wiedzy o nas samych. Jeśli otworzymy się na trudne doświadczenie i nie będziemy od tego stanu uciekać, możemy sami sobie pomóc. W tym trudnym doświadczeniu zawarta jest pewna informacja o nas samych, o tym, co jest naszym obszarem do rozwoju. To, czego się boimy, od czego uciekamy, czego nie akceptujemy jest właśnie tym, co powinniśmy eksplorować.

IR: To, o czym mówisz, dotyczy akceptacji tego, że miewamy gorsze momenty w życiu i że nie świadczą one o tym, że coś z nami jest nie tak. Smutek jest elementem naszego życia. Zatem obniżony nastrój nie musi od razu być objawem zaburzenia. O dystymii – jak również o depresji – możemy mówić dopiero wtedy, gdy spełnione są inne kryteria. Jeśli zaobserwujemy u siebie jakieś sygnały, że stan, który przeżywamy, może być dystymią lub depresją, warto udać się do specjalisty, żeby o tym porozmawiać.

RPR: Powinniśmy zatem rozróżniać trzy stany, których możemy doświadczać: obniżony poziom nastroju, dystymię i depresję. Mimo, że te stany mają konkretne diagnozy, to należy pamiętać, iż w indywidualnych przypadkach mogą one przybierać różne formy i różne natężenie. Dlatego też tak ważne jest, aby trafić na wrażliwego terapeutę, psychologa, psychiatrę. Ale najważniejsze, aby być wrażliwym na samego siebie.

 
O rozmówczyni:
Renata Pająkowska-Rożen – absolwentka psychologii (Uniwersytet SWPS w Warszawie) i kulturoznawstwa (Uniwersytet Wrocławski). Ukończyła dwuletnie studium psychoterapii metodą Psychologii Procesu Arnolda Mindella (Instytut Psychologii Procesu w Warszawie) oraz szkolenie terapeutyczne pierwszego i drugiego stopnia w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Posiada certyfikat konsultanta i terapeuty w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach i tą metodą aktualnie pracuje. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielką Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach przy PTP. Specjalizuje się w terapii depresji, stanów zaburzeń nastrojów i oswajaniu procesu zmiany. Prywatnie zwolenniczka minimalistycznego stylu życia i wielbicielka polskiej szkoły filmowej. FB: Psychoterapia Zmiany.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

Reklamy

Instrukcja obsługi poradników

Igor Rotberg rozmawia z Renatą Pająkowską-Rożen, psycholożką, terapeutką, kulturoznawczynią.

Igor Rotberg: Rynek poradników, artykułów na temat rozwoju osobistego, prelekcji dotyczących poprawy samopoczucia ma się bardzo dobrze. Korzystamy z tego typu publikacji i wystąpień, ponieważ chcemy być szczęśliwi, chcemy, żeby było nam dobrze, żeby nasze problemy się rozwiązały. Dodatkowo w naszym dążeniu wspiera nas kultura masowa, która zachęca do sięgania po kolejny poradnik, jak po tabletkę od bólu głowy. Z jednej strony zestawienia takich tytułów jak „7 wskazówek, jak osiągnąć sukces”, „5 kluczowych zmian, które musisz wprowadzić w życie, żeby osiągnąć spokój”, „6 porad, które uczynią twój związek szczęśliwym” mogą wydawać się banalne i powierzchowne. Z drugiej strony publikacje te zawierają często porcję rzetelnej wiedzy, która może być dla nas pomocna, zwiększając nasz poziom zadowolenia z życia i przynosząc radość.

Renata Pająkowska-Rożen: Rynek wydawniczy i czasopisma branżowe oferują nam różne poradniki, które mają zrewolucjonizować nasze życie i podejście do siebie i świata. Jeśli kupimy poradnik pisany przez specjalistę, jego porady poparte będą wiedzą, wieloletnią praktyką, badaniami naukowymi. Czytelnicy jednak kupują je, czytają, próbują wprowadzić w życie, frustrują się, bo coś nie działa, kupują więc następny poradnik, potem jeszcze inny… i tak bez końca (oraz bez oczekiwanego rezultatu).

Dzieje się tak m.in. dlatego, że pomiędzy kupieniem poradnika a wykorzystaniem praktycznych porad – czy nawet przed kupieniem poradnika – brakuje kluczowego elementu układanki. Tym elementem jest zatrzymanie się, namysł nad tym, czego potrzebuję, gdzie jestem. Po co kupuję ten poradnik? Jaki cel ma mieć zastosowanie zawartych w nim porad? Aby wykorzystać wiedzę zawartą w poradniku, przede wszystkim należy mieć wiedzę o sobie. Najczęściej cała wiedza, jaką posiadamy, to poczucie, że chcemy zmienić swoje życie. Chcemy być spokojni, zadowoleni, mieć dobrą pracę, wysportowaną sylwetkę, częste podróże, slow life, slow food, slow sex. Ale czy aby na pewno tego właśnie potrzebujemy? A może…

IR: To, o czym mówisz, to samoświadomość, to rozpoznawanie własnych potrzeb, ale też wiedza dotycząca szerszej perspektywy wprowadzania zmian. Tymczasem nie zawsze wiemy, czego potrzebujemy i dokąd chcielibyśmy zmierzać. Łatwiej nam jest skupić się na tym, co nas boli, uwiera, z czym jest nam niewygodnie. Trudniej określić, czego chcielibyśmy w zamian, co by to wniosło do naszego życia i jak po tej zmianie miałoby ono wyglądać.

RPR: Spróbujmy zastanowić się, co jest potrzebne, aby w ogóle wiedzieć, jaki poradnik kupić. Przede wszystkim potrzebujemy czasu. Oczywiście czas potrzebny jest zarówno na przeczytanie poradnika, jak też na wprowadzenie w nasze życie wskazówek otrzymanych od jego autora. Jednak w pierwszym rzędzie musimy wygospodarować trochę czasu, by odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań: kim jestem, co w moim życiu jest dobre i jakie mam zasoby, potrzeby, a następnie – co chcę zmienić w swoim życiu.

IR: I odpowiedzi na te pytania mogą być dla nas zaskakujące. Okazać się bowiem może, że chcemy zupełnie czegoś innego niż to, co do tej pory nam się wydawało, że chcemy. Dzieje się tak między innymi dlatego, że często posługujemy się pewnymi popularnymi w danym czasie określeniami. I tak na przykład chcemy być bardziej asertywni, mieć poczucie własnej wartości, wyższą samoocenę, większą pewność siebie czy żyć w zgodzie ze sobą. I oczywiście jak najbardziej możemy w tym kierunku zmieniać nasze życie. Warto jednak wiedzieć, co te sformułowania dla nas oznaczają (i jak my je rozumiemy) oraz – do czego są nam w życiu potrzebne.

RPR: To prawda. Współczesny człowiek chce mieć dobrą samoocenę, być asertywnym, mieć plany na przyszłość i prowadzić dobre życie. Najczęściej osoby, które przychodzą na terapię, wiedzą, że tego nie mają. Często nie potrafią określić, co konkretnie dla nich znaczy – mieć dobrą samoocenę czy też być asertywnym. Potrafią podać swoje wady, ograniczenia, ale nie umieją wymienić pozytywnych cech. A żeby zmienić coś swoim życiu należy oprócz określenia “co nie działa dobrze”, zastanowić się również, co na dany moment działa i dopiero wtedy pomyśleć nad zmianami, jakich chcę dokonać. Czego potrzebuję na dziś, ale też, gdzie chcę być za kilka lat? Nasze planowanie nie może ograniczać się do przebiegu kariery zawodowej czy posiadania mieszkania albo działki. Warto także pomyśleć o rzeczach niematerialnych, o dobrostanie psychicznym, o wartościach, które się wyznaje i których chce się przestrzegać.

Jeśli chcemy zmienić coś w swoim życiu i kupić jakiś poradnik, to najpierw zróbmy listę cech, zachowań, poglądów, które chcemy zmienić. Następnie spiszmy swoje aktualne zasoby, rzeczy, które umiemy dobrze robić i które się nam udają. Jeśli mamy z tym kłopot, to poprośmy przyjaciół, aby podali nam kilka rzeczy, za które nas cenią.

IR: Poruszyłaś istotną kwestię, a mianowicie znajomość ważnych dla nas wartości. Spełnienie wszystkich imperatywów, jakie przynosi współczesna kultura, jest niewykonalne. I takie hasła, jak: „Bądź szczęśliwy!”, „Żyj swoją pasją!” „Pielęgnuj swoje hobby!”, „Wysypiaj się!”, „Nie martw się!”, „Bądź asertywny!” „Uwierz w siebie!”, „Kochaj siebie!”, „Okazuj wdzięczność!”, „Bądź w zgodzie ze sobą!”, „Żyj w harmonii!”, zamiast poczucia wzrostu naszego poziomu szczęścia, przynoszą często rozczarowanie i frustrację. Bardziej zasadne jest określenie ważnych w naszym życiu wartości i poruszanie się w kierunku ich urzeczywistnienia. Kierując się bowiem wartościami, a nie imperatywami społecznymi – często sprzecznymi ze sobą nakazami i zakazami, płynącymi z licznych źródeł o charakterze poradnikowym – jesteśmy w stanie podróżować przez życie wraz z naszymi niedoskonałościami, kłopotliwymi myślami czy trudnymi emocjami. Kluczową kwestią staje się zatem poznanie tego, czego JA chcę, co MI jest potrzebne, do czego JA chcę dążyć. I – odnosząc się do tego, co powiedziałaś – na ile to już w swoim życiu realizuję, a na ile potrzebuję owo życie zmienić.

RPR: Dopiero kiedy już wiemy, czego potrzebujemy i dokąd chcemy dotrzeć, możemy zacząć myśleć o realizacji tych potrzeb. Aby wprowadzić zmianę w życie, należy się do niej odpowiednio przygotować. I mieć podjętą decyzję: chcę zmiany, bo chcę osiągnąć to i to. Główną zasadą, której powinniśmy się trzymać, aby zmiana była trwała, jest wprowadzanie jej małymi krokami. A sam sposób… zależy od tego, co konkretnie chcemy zmienić i właśnie tu mogą pomóc poradniki.

IR: O ile oczywiście nie pozostaniemy na etapie konsumowania dużej ilości informacji, mając tylko iluzoryczne poczucie rozwoju. Iluzoryczne, ponieważ w rzeczywistości niewiele w naszym życiu się wtedy zmienia. Przyswojenie wiedzy jest dopiero początkiem na drodze do zmiany. Początek ten stanowi bardzo ważny element, jednak pozbawiony wynikającego zeń działania, staje się całkowicie bezużyteczny, a pieniądze i czas, jaki zainwestowaliśmy w zgromadzenie wiedzy – zmarnowane. Poradniki mogą być dla nas zasobem, mogą stanowić dla nas inspiracje, podsunąć ciekawą perspektywę, rozwiązanie, zachęcić do innego spojrzenia na pewne kwestie. Jednak nie wykonają za nas pracy. Nie sprawią, że samo ich przeczytanie odmieni nasze życie, a cele będą się realizować same właściwie w trakcie lektury.

RPR: Warto nie korzystać z pięciu naraz, tylko zdecydować się na jeden z nich. Poczytać o autorze, jakie ma doświadczenie, na czym opiera swoje porady, z jakich źródeł korzystał? Po dokonaniu wyboru i zakupu zacznijmy działać, powoli rozkręcajmy swoje przeobrażenie. I nie oczekujmy szybkich zmian. Każda zmiana ma swoje własne tempo i swój własny czas.

O rozmówczyni:
Renata Pająkowska-Rożen – absolwentka psychologii (Uniwersytet SWPS w Warszawie) i kulturoznawstwa (Uniwersytet Wrocławski). Ukończyła dwuletnie studium psychoterapii metodą Psychologii Procesu Arnolda Mindella (Instytut Psychologii Procesu w Warszawie) oraz szkolenie terapeutyczne pierwszego i drugiego stopnia w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Posiada certyfikat konsultanta i terapeuty w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach i tą metodą aktualnie pracuje. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielką Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach przy PTP. Specjalizuje się w terapii depresji, stanów zaburzeń nastrojów i oswajaniu procesu zmiany. Prywatnie zwolenniczka minimalistycznego stylu życia i wielbicielka polskiej szkoły filmowej. FB: Psychoterapia Zmiany.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

Depresja psychologa

Igor Rotberg rozmawia z Renatą Pająkowską-Rożen, psycholożką, terapeutką, kulturoznawczynią.

Igor Rotberg: Psychologia coraz częściej staje się dla ludzi użyteczna w życiu codziennym, psychologowie coraz chętniej zabierają głos w przestrzeni publicznej, a wizyta u terapeuty coraz rzadziej kojarzy się tylko z doświadczaniem ciężkiego zaburzenia psychicznego. Nadal jednak pokutują pewne mity dotyczące tego zawodu. Jeden z nich mówi, że psycholodzy nie mają żadnych problemów, świetnie radzą sobie ze stresem, funkcjonują we wzorcowych związkach i nigdy nie przeżywają lęku czy nie doświadczają takich stanów jak depresja. Przekonanie to mówi, że dobry psycholog nie korzysta z pomocy takich specjalistów jak terapeuta czy psychiatra. Jeśli z czymś sobie nie radzi, to znaczy, że nie jest dobrym psychologiem i być może nie powinien w ogóle wykonywać tego zawodu.

Renata Pająkowska-Rożen: Bo to jest to mityczne przekonanie, według którego psycholog uważany jest za osobę, posiadającą w sprawie duszy ludzkiej wiedzę nieomal tajemną i tak rozległą, że gwarantującą mu szczęśliwe życie zarówno pod względem materialnym, jak i osobistym.

Należałoby tu rozdzielić życie zawodowe psychologa od jego życia prywatnego. Dosyć trudno jest tu postawić wyraźną granicę, ale należy. Bo to, że psycholog jest dobrze wykształcony i ma długoletnią praktykę, wcale nie musi jeszcze oznaczać, że śpiewająco da sobie radę ze swoim życiem prywatnym.

Tymczasem my nie dajemy psychologom prawa do depresji i do zakrętów życiowych. Nie daje im tego prawa społeczeństwo, (co to za specjalista, który nie potrafi się sam ogarnąć?), Ale też nie dają go sobie sami psycholodzy, (bo przecież mamy wszystkie narzędzia, aby sobie poradzić). Co gorsza, wykształcenie i znajomość narzędzi terapeutycznych, może być nawet czynnikiem dodatkowego stresu – bo kiedy czuję, że jestem w depresyjnym stanie, w tyle głowy mam, że nie powinnam w nim być, bo przecież wiem, jak sobie poradzić. Tak naprawdę trudno jest przyznać się psychologowi do depresji, bo nie może jej mieć …psycholog.

IR: Zwracasz uwagę na bardzo ważną kwestię, mianowicie na to, że często ani społeczeństwo, ani sami psycholodzy nie dają sobie prawa do przeżywania trudności. Skutkuje to niechęcią do przyznania się nie tylko przed innymi, ale i przed samym sobą, że zmagam się czy to z lękiem, czy z depresją, czy z innymi trudnymi doświadczeniami. Tymczasem nawet najlepszy terapeuta nie jest wolny od różnych problemów psychicznych, które mogą mu się przydarzać w życiu. Wynika to między innymi z tego, że życie jest złożone i dynamiczne. I pewne wypracowane sposoby, działające w określonym czasie i miejscu, mogą okazać się zupełnie nieskuteczne w radzeniu sobie z problemami, pojawiającymi się w innych okolicznościach życia. Wtedy osoba taka musi odnaleźć lub wypracować nowe sposoby funkcjonowania.

RPR: Dlatego tak ważne jest, aby dać sobie to prawo do smutku, melancholii, nieradzenia sobie w jakiejś sytuacji. Dać sobie prawo do depresji będąc psychologiem. Taka postawa daje możliwość zajęcia się sobą, przyjrzenia się sytuacji, a w konsekwencji podjęcia kroków, aby poradzić sobie z problemem. Świadomość pozwala nam na autorefleksję, która jest potrzebna w poszukiwaniu rozwiązań. Świadomość jest potrzebna, aby wiedzieć czy stan, w którym się znajduję, jest wynikiem obciążenia zawodowego czy też sytuacji życiowej – ostatecznie tylko rzetelna diagnoza umożliwia właściwe działanie.

Wykonując zawód psychologa stale jesteśmy w kontakcie z osobami, które przeżywają osobiste dramaty. Często są to bardzo trudne sytuacje, pozostawiające swój emocjonalny ślad również u doświadczonego terapeuty. Dlatego każdy psycholog powinien bezwzględnie znać narzędzia, które umożliwią mu radzenie sobie z wykonywaniem trudnego zwodu.

IR: I właśnie owo posiadanie narzędzi, wiedzy, doświadczenia pracy z osobami przeżywającymi trudności może ułatwiać psychologowi podjęcie własnej terapii, sprawić, że będzie bardziej otwarty na szukanie pomocy. Nie znaczy to natomiast, że automatycznie nie będzie on miał żadnych problemów. Tak jak lekarz nie zawsze jest zdrowy i zdarza mu się chorować, a nauczyciel nie wychowuje samych genialnych dzieci, które zawsze są grzeczne i przynoszą tylko dobre oceny. Zasobem psychologa może być to, że wcześniej rozpozna u siebie niepokojące obawy i sięgnie po pomoc. Oczywiście kluczowa staje się tutaj ocena, na ile sprawy osobiste wpływają negatywnie na pracę w gabinecie, na proces terapeutyczny. Dlatego dobrym psychologiem nie jest ten, kto nie doświadcza żadnych trudności w życiu, ale ten potrafiący ocenić właściwie, kiedy przychodzi moment, w którym jego własne problemy zaczynają stanowić ograniczenie w pracy zawodowej i należałoby jej na jakiś czas zaprzestać.

RPR: To mamy ten moment… psycholog ma depresję i jest tego stanu świadomy. I co wtedy ma zrobić? Pracować dalej? Pójść na zwolnienie? Istotne jest, aby ktoś z zewnątrz ocenił stan, w którym psycholog się znajduje. Istotna jest samoświadomość, ale równie ważny bywa ogląd z zewnątrz, zasięgnięcie rady u innego terapeuty. Pomoże to znaleźć najlepsze rozwiązania na dany moment.

IR: I tutaj wracamy do kwestii mitu, od którego rozpoczęliśmy rozmowę. Skoro psycholog ma wiedzę z zakresu funkcjonowania psychiki, ma narzędzia i umiejętności, to powinien szybko sam sobie pomóc. Tymczasem okazuje się, że to nie wystarcza i niekiedy potrzebna jest pomoc drugiego specjalisty. Ale szukanie pomocy po pierwsze wiąże się z przyznaniem się przed sobą, że ma się problem, z którym trudno się uporać (tak, psycholodzy również ulegają mitowi, według którego ze wszystkim sami sobie poradzą). A po drugie pracując zawodowo, rozwijając swoje kompetencje, psycholog czy terapeuta często zna bardzo dużo innych psychologów i terapeutów. Więc, jeśli już zdecyduje się na przykład na terapię, do kogo ma się zgłosić?

RPR: Do dobrego psychologa lub terapeuty, pracującego w nurcie, który akceptujemy. I faktycznie może być problem ze znalezieniem takiej osoby, której nie znamy osobiście. Rozwiązaniem może być terapia przez Skype’a z kimś, kto mieszka w innym mieście.

IR: Na pewno przynajmniej warto się skonsultować. Niekoniecznie musi się okazać, że od razu trzeba podjąć farmakoterapię lub rezygnować z pracy. Być może kilka spotkań będzie wystarczających. Jednak bagatelizując problem, możemy doprowadzić zarówno do zaniedbań czy uchybień w wykonywanym zawodzie, jak i do pogorszenia własnego stanu zdrowia.

RPR: Depresja i stany obniżonego nastroju mają bardzo rozległe i różnorodne spektrum objawów. Ważne więc, aby reagować adekwatnie do sytuacji. W pewnych stanach trzeba po prostu sięgnąć po farmakologię i udać się na konsultację do psychiatry, nie przyjmować klientów i odzyskać równowagę psychiczną. Po jakimś czasie zaś elementem terapeutyzującym może być powrót do pracy. Nasza postawa wobec stanu, w jakim się znajdujemy, do jakiegoś stopnia uwiarygodni nasze działania zawodowe. Bo właśnie wtedy pokażemy, czym jest depresja…. chorobą bez ograniczeń wiekowych, statusu majątkowego czy też płci.

IR: Takie doświadczenie, związane z przebyciem np. depresji, z poradzeniem sobie z trudnościami, może być ważnym zasobem psychologa. Oczywiście, żeby być specjalistą, lekarz nie musi przejść wszystkich chorób, psychiatra przetestować wszystkich leków na sobie, a psycholog doświadczyć zaburzeń psychicznych. Jeśli jednak psycholog ma takie doświadczenie, może je – poza narzędziami, które posiada – również wykorzystać w późniejszej pracy zawodowej.

RPR: Doświadczenie przebytej depresji może być ogromnym zasobem. Jeśli już z jakiegoś powodu doświadczyliśmy tego stanu, po czym z niego wyszliśmy, to korzystajmy z tego. Użyjmy tej wiedzy zarówno we własnej sprawie (dlaczego tego doświadczam? jaka informacja z tego doświadczenia dla mnie płynie?), jak i dla lepszego zrozumienia problemów klientów. To może być bardzo korzystne dla relacji terapeutycznej, w której realizuje się każda terapia.

O rozmówczyni:
Renata Pająkowska-Rożen – absolwentka psychologii (Uniwersytet SWPS w Warszawie) i kulturoznawstwa (Uniwersytet Wrocławski). Ukończyła dwuletnie studium psychoterapii metodą Psychologii Procesu Arnolda Mindella (Instytut Psychologii Procesu w Warszawie) oraz szkolenie terapeutyczne pierwszego i drugiego stopnia w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Posiada certyfikat konsultanta i terapeuty w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach i tą metodą aktualnie pracuje. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielką Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach przy PTP. Specjalizuje się w terapii depresji, stanów zaburzeń nastrojów i oswajaniu procesu zmiany. Prywatnie zwolenniczka minimalistycznego stylu życia i wielbicielka polskiej szkoły filmowej. FB: Psychoterapia Zmiany.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

W ZGODZIE I W KONFLIKCIE

Bycie w związku, poza dostarczaniem pozytywnych doznań oraz zaspokajaniem potrzeb czy realizacją istotnych życiowych wartości, wiąże się również z pewnymi kosztami. Tymi kosztami są między innymi pojawiające się od czasu do czasu konflikty, z którymi pary różnie sobie radzą. Psychologowie uważają, że konflikty stanowią często integralną części rozwoju relacji intymnej. I – chociaż mogą być bardzo trudnymi doświadczeniami – często to dzięki konfliktom para może wzmocnić poczucie bezpieczeństwa oraz własnego sprawstwa.

Bezkonfliktowość

Jednym z powszechnych błędnych przekonań dotyczących kłótni w relacjach intymnych jest to, że konflikty z partnerem są niechybnym znakiem rozpadu związku. Przekonanie to mówi, że szczęśliwy związek to taki, w którym partnerzy zawsze się ze sobą zgadzają, w którym zawsze jest harmonia. Ta pełna zgodność obojga partnerów rozumiana jest niekiedy jako zlanie się ze sobą, bycie absolutną jednością. Stąd też mogą płynąć oczekiwania, że partnerzy wszystko i zawsze muszą robić razem i we wszystkim być jednomyślnymi. Tymczasem, jak podkreślają psychologowie, brak odrębności partnerów uniemożliwia budowanie związku. Oczywiście, poczucie jednomyślności może pojawiać się na początku relacji, kiedy dwoje partnerów jest w fazie zakochania. Natomiast – jak podkreśla to psychoterapeutka Anna Bal – „dojrzała relacja zaczyna się, gdy uczestniczą w niej dwie odrębne osoby ze swoimi światopoglądami, zainteresowaniami, światami”. Wprawdzie są momenty, kiedy partnerzy doświadczają dużego zbliżenia, ale jeśli nie pojawia się przestrzeń na autonomię, trudno mówić o dojrzałej relacji. Z tego też powodu doświadczanie samotności w związku nie musi być czymś niepokojącym. Może oznaczać akceptację własnej odrębności.

Brak różnicy zdań, brak odrębności, a co za tym idzie brak niekiedy kłótni czy sprzeczek może wskazywać, że para nie pozwala sobie rozwijać się relacji. Jak pisze w swojej książce „Psychologia miłości” prof. Bogdan Wojciszke, w miarę trwania związku miłosnego zmiany relacji są nieuchronne i stanowią następstwo zróżnicowanej dynamiki trzech podstawowych składników miłości: namiętności, intymności i zaangażowania. I wprawdzie kiedy ludzie lepiej się poznają, kiedy stają się dla siebie bardziej transparentni, wzrasta ich poziom intymności, jednak jednocześnie spada namiętność. Jak zwraca uwagę terapeutka i badaczka Esther Perel, namiętność podsycana jest przez pewną dawkę tajemniczości, ryzyka, czegoś zaskakującego, nieoczekiwanego. Z tego też względu odrębność życia partnerów jest istotna. Zlanie się może wprawdzie zaprowadzić do stworzenia pięknej relacji przyjaźni, ale jednocześnie całkowicie zabić pożądanie.

Konflikty i kryzysy

Na postrzeganie kryzysu jako niepożądanego elementu w dobrym związku może wpływać hedonistyczny aspekt współczesnej kultury. Wpływ ten wyraża się w oczekiwaniu, że wszystko ma służyć przyjemności i związek również ma dostarczać tylko pozytywnych uczuć i stanów. W związku z tym, kiedy tylko pojawiają się jakiekolwiek trudności, oceniane są albo jako przeciwstawne idei dobrego związku, albo nazywane są często kryzysem, podczas gdy mogą być naturalnymi wyzwaniami, nieuchronnymi w związku. Do takich doświadczeń rozwojowych zaliczają psychologowie np. urodzenie pierwszego dziecka, kiedy to zmieniają się role w parze. Psycholożka i psychoterapeutka Danuta Golec mówi, że „w związkach pojawiają się kryzysy rozwojowe i kryzysy chorobowe i często są mylone. Trudne wyzwania bywają traktowane jak gorączka, którą należy natychmiast zbijać, co może tylko pogarszać stan. Para zakłada, że czegoś nie powinno w ogóle być, a kiedy pojawiają się trudności, no to koniec, trzeba się rozstać”. Tymczasem związek jest miejscem, gdzie jest zarówno miło, jak i trudno, i to właśnie oczekiwanie, że będzie on dobry tylko wtedy, kiedy nie będą przydarzać się żadne negatywne emocje czy doświadczenia, może skutkować rozstaniem dwojga partnerów.

Oczywiście mogą pojawiać się również kryzysy, które nie są związane z naturalnymi wyzwaniami, lecz wskazują na jakieś inne trudności, z którymi zmaga się para. Nie ma jednak gotowej odpowiedzi sugerującej, w których przypadkach para na pewno się rozstanie. I wprawdzie nie warto ratować związku na siłę, jednak jeśli już partnerzy decydują się rozstać – jak mówi wspomniana wcześniej Danuta Golec – „warto, żeby para dowiedziała się, dlaczego się rozstaje. Bo jeśli tego nie zrozumie, to zapewne oboje będą to samo powtarzać w kolejnych związkach”.

Konfliktowość oswojona

Konflikt nie musi stanowić zagrożenia dla związku. Jednak nieporuszanie tematów dotyczących kwestii, w których partnerzy się różnią czy nierozmawianie na trudne tematy jako sposób na uniknięcie nieporozumień może stanowić duże obciążenie dla relacji. Zwłaszcza kiedy takie niewypowiedziane kwestie tkwią w którymś z partnerów przez długi czas. Czasami ludzie mają przekonanie, że tamta druga osoba powinna się domyślić. Często jest to ślepa uliczka. Biorąc pod uwagę, że ta druga osoba może być zmęczona, nieuważna, zajęta swoimi sprawami i potrzebami, tym bardziej trudno oczekiwać, żeby odczytała myśli i intencje swojego partnera. I wcale nie musi to oznaczać, że przestała kochać. Miłość nie obdarza ludzi zdolnościami telepatycznymi. Jak mówi Danuta Golec jest to „przejaw jakiejś fantazji, która jest podsycana kulturowo, że zakochani ludzie powinni mieć rentgeny w oczach i czytać sobie w myślach”.

Konfrontacja z tym, że partnerzy różnią się między sobą, może być trudna. Nie tylko może być powodem konfliktów, ale również godzić w ideę jednomyślności i pełnej zgodności dwojga partnerów. Jednak ani różnica poglądów, ani sam potencjalny konflikt na jej tle nie musi prowadzić od razu do tak poważnej decyzji, jak ta o rozstaniu. W budowaniu związku ważne jest natomiast to, w jaki sposób para umie radzić sobie z konfliktami, czyli jakie sposoby wypracowała do tej pory i na ile jest otwarta na poszukiwanie nowych rozwiązań. Czasami okazuje się bowiem, że takie doświadczenie konfliktowej sytuacji może – wbrew pozorom – umocnić fundament danej relacji, zbudować większe poczucie bezpieczeństwa, dać parterom przekonanie, że ich związek ma solidną konstrukcję. Partnerzy, przechodząc konstruktywnie przez konflikt, zyskują poczucie, że ich związek ma dobre, solidne fundamenty i byle kłótnia nie jest dla niego zagrożeniem.

Oczywiście związek nigdy nie jest stały i niezmienny, więc należy liczyć się z mogącymi pojawić się nowymi trudnościami czy wyzwaniami. Jednak unikanie konfliktów w obliczu trudności nie sprawi, że automatycznie związek stanie się szczęśliwy. Brak konfliktów wcale nie musi oznaczać, że związek jest harmonijny. Może za to wskazywać na jałowość relacji, problemy z komunikacją, brak asertywności któregoś z partnerów, lęk przed rozstaniem, trwanie w relacji nie partnerskiej, lecz symbiotycznej lub wręcz być sygnałem obojętności. Dlatego też takie emocje jak gniew czy złość nie stanowią przeciwstawieństwa miłości. Nieodłączną częścią dojrzałej miłości są bowiem pojawiające się tarcia. To nie konflikty świadczą, że coś niedobrego dzieje się w związku, lecz nieumiejętność ich rozwiązywania.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Jucewicz, A., Sroczyński, G. (2015). Kochaj wystarczająco dobrze, Warszawa: AGORA SA
Jucewicz, A., Sroczyński, G. (2015). Nie muszę z tobą być. Magazyn Świąteczny Wyborcza.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Perel, E. (2013). Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, tłum. Magdalena Zielińska M., Kraków: Znak
Skorupa, M. (2015). Konflikt – mocny fundament związku. Nie bój się kłócić! Zdrowie Gazeta.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sroczyński, G. (2015). Kochaj wystarczająco dobrze: Życie z kosmitą. Wysokieobcasy.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2010). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Entuzjaści pracy

Igor Rotberg rozmawia z dr Jackiem Bucznym, badaczem motywacyjnych mechanizmów zachowania i uzależnień behawioralnych, naukowcem i wykładowcą w Uniwersytecie SWPS w Sopocie.

Igor Rotberg: Zaangażowaniem w życie zawodowe charakteryzują się nie tylko pracoholicy, ale również entuzjaści pracy. Są oni w stanie poświęcać pracy tak samo dużo czasu jak ci pierwsi. Jednak jest kilka rzeczy, które różnią obie te grupy. Jedną z takich rzeczy są pozytywne emocje, które u pracoholików występują jedynie przed pójściem do pracy, u entuzjastów pracy natomiast mogą utrzymywać się przez cały dzień. Entuzjaści pracy mają również większe poczucie sensu. Kieruje nimi wewnętrzna motywacja. Z kolei pracoholików cechuje motywacja zewnętrzna, a praca ma służyć redukcji napięcia. Biorąc pod uwagę wskaźniki zaproponowane przez Janet Spence i Ann Robbins (przymus pracy, zaangażowanie w pracę oraz zadowolenie z pracy), można powiedzieć, że pracoholicy osiągają wysoki poziom na skali przymusu i zaangażowania w pracę oraz niski na skali zadowolenia z pracy. Tymczasem entuzjaści pracy, przy równie wysokim zaangażowaniu w życie zawodowe, nie odczuwają przymusu pracy, natomiast czerpią dużą satysfakcję z wykonywanej przez siebie aktywności zawodowej.

Jacek Buczny: Z pewnością te dwa typy psychologiczne różni taka właśnie dynamika stanu emocjonalnego. Można powiedzieć, parafrazując Pana wypowiedź, że entuzjaści pracy, nie odczuwając tego przykrego napięcia pracy, mogą bardziej koncentrować się, na przykład na przyjemności wynikającej z zadań składających się na wykonywaną pracę. Nie znaczy to, że entuzjaści odczuwają w pracy wyłącznie pozytywne emocje. W doświadczeniu tych osób można znaleźć ślady złości i smutku, i frustracji. Różni ich od pracoholików proporcja odczuwanych emocji i ich źródło. U pracoholików byłoby to odczuwanie przyjemności wynikającej ze spełniania oczekiwań, uzyskania przewagi nad innymi, uniknięcie porażki. Entuzjastów pracy cieszy bardziej osiągnięcie celu wpisanego w pracy, pozytywne relacje ze współpracownikami. Myślę też, że zaangażowanie, które Pan podał ma zupełnie inny charakter. Powiedziałbym, że zaangażowanie pracoholików ma charakter destruktywny, nadmierny, bo jest przejawem nadużywania pracy. Na poziomie bardzo ogólnym, można stwierdzić, że obie grupy są zaangażowane, ale wiedza na temat entuzjazmu i pracoholizmu, nakazuje, aby mówić o różnych formach zaangażowania. Proszę zwrócić uwagę na to, że pracoholicy mają problem z delegowaniem zdaniem, przerwaniem czynności i nakładają na siebie nadmierną ilość obowiązków. Sedno tkwi w tym, że te dwa typy kierują się różnymi motywacjami, więc one nie mogą skutkować tym samym rodzajem zaangażowania.

IR: Dr Kamila Wojdyło, badająca styl osób zapracowanych, zwraca uwagę również na to, że entuzjasta pracy – w odróżnieniu od pracoholika – jest w stanie bardziej oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Można by było pokusić się o stwierdzenie, że skoro jego motywacja jest nastawioną na rozwój osobisty i ponieważ czerpie on satysfakcję z życia zawodowego, może to wpływać pozytywnie na jego życie prywatne.

JB: Zastawiam się, jak ta większa skuteczność w rozdzielaniu życia rodzinnego i zawodowego rzeczywiście wygląda, jakim kosztem zachodzi, co faktycznie ją umożliwia. Skoro entuzjaści pracy działają pod wpływem motywacji wewnętrznej, to pewnie łatwiej zanurzyć im się w pracę i łatwiej jest pracować bez opamiętania. Takie działanie może być przecież mniej kosztowne, bo nie wymaga zmagania się z negatywnymi emocjami, których w pracy doświadczają pracoholicy. Niestety nie znam badań, które pokazywałyby, w jaki sposób to pozytywne zaangażowanie się w pracę miałoby przenosić się na pozytywne funkcjonowanie w rodzinie. Możemy tylko pomyśleć, że istota tego zjawiska może na przykład tkwić w sposobie radzenia sobie z trudnościami. Na przykład, badania pokazały, że pracoholicy często myślą o porażkach i ich przyczynach. Dzieje się tak przede wszystkim w obliczu problemów. Ich myśli bardzo mocno skupiają się na problemie, doświadczenie emocjonalne pełne jest lęku i braku wiary w poradzenie sobie z problemem. Silna tendencja do ruminowania zmniejsza szansę na aktywne radzenie sobie z problemami, których przecież w życiu rodzinnym (prywatnym) nie brakuje.

IR: Pracoholizm nie tylko może wpływać na trudności w radzeniu sobie z problemami, ale oddziałuje również negatywnie na zdrowie i zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego. Dokładnie odwrotnie jest w przypadku entuzjazmu pracy. Warto zatem zastanowić się nad tym, w jaki sposób przeciwdziałać takim zjawiskom jak pracoholizm i jak zachęcać to rozwoju postaw charakterystycznych dla entuzjazmu pracy. Biorąc pod uwagę czynniki odróżniające oba style pracy, jednym z rozwiązań byłoby wpieranie motywacji wewnętrznej, czyli zwracanie uwagi na to, co dla pracowników jest ważne i stwarzanie takiego środowiska pracy, które umożliwiałoby im realizację tych wartości.

JB: Zmniejszanie szansy na wystąpienie pracoholizmu czy jego osłabianie to z pewnością działania, które powinny mieć charakter kompleksowy. Niestety nie są mi znane programy badawcze czy inne systematyczne działania opisane w literaturze fachowej, które elegancko pokazałyby, jak to robić. Musimy poczekać. Najpierw powinniśmy lepiej poznać przyczyny powstawania pracoholizmu, by skupić się na szukaniu sposób radzenia sobie z tym społecznym problemem. Aktualna wiedza podpowiada, że pracoholizm występuje wtedy, gdy zasadniczym źródłem motywacji do pracy są czynniki zewnętrzne o charakterze przymusu oraz silna presja na osiągnięcie wygórowanym standardów. Oznacza to zatem, że wspierając motywację wewnętrzną, pomagamy pracownikowi. Osiągnięcie tego wymaga jednak zmiany optyki w zarządzaniu. Czy wyobrażamy sobie szkołę w której stopniami (jeśli w ogóle) nagradzani są uczniowie za osiągniecie własnych celów, niezależnie od poziomu rówieśników? Czy wyobrażamy sobie edukację, która skupiona jest przede wszystkim na uczniu i jego talentach; szkołę bez egzaminów? Czy wszyscy mogą stać się entuzjastami jakiejś dziedziny? Podobne pytania można byłoby zadać w kontekście funkcjonowania firm. Na ile możliwe jest dopasowanie zindywidualizowanego czy prorozwojowego podejścia do pracownika do tego, że firma skoncentrowana jest na zysku i wskaźnikach efektywności, aby utrzymać się na rynku?

IR: Nie wszystkie zawody są w równym stopniu zagrożone występowaniem pracoholizmu, w niektórych pewnie łatwiej o pojawianie się postawy entuzjazmu pracy. Dr Marcin Żółtak z Wyższej Szkoły Bankowej mówi, że pracoholizm częściej może występować w wolnych zawodach oraz na stanowiskach menedżerskich, a także w nowych branżach, które charakteryzują się szybkim rozwojem. Praca w sztywnych ramach czasowych (np. od 8 do 16) pewnie nie będzie predestynować do umacniania się uzależnienia od pracy. 

JB: Sposób pracowania, struktura zatrudnienia czy gospodarka zmieniały się w ostatnich latach bardzo poważnie. Dzisiaj wielu pracowników stoi przed wyzwaniami, zastanawia się nad własną efektywnością i stara się sprostać wielu oczekiwaniom. Praca znacząco się skomplikowała, z czego wyrosły wymagania, konieczność dokonywania osobistych zmian w imię adaptacji do rynku pracy. Taka dynamika może sprzyjać pojawianiu się niewłaściwych wzorców zachowania, w tym pracoholizmu. Menadżerowie, których Pan wspomniał, należą do tej populacji, ale są w niej także nauczyciele, czy sprzedawcy. Problem pracoholizmu może dotykać grup, które muszą sprostać poważnym wymaganiom zewnętrznym, muszą konkurować, dążąc do rozwoju warsztatu pracy. Byłbym za tym, aby patrzeć na czynniki sprzyjające pojawianiu się pracoholizmu przez pryzmat funkcji pracy, nie grup zawodowych.

IR: Do kompleksowego charakteru działań, o których Pan mówił, wspierających postawy entuzjazmu pracy, a przynajmniej przeciwdziałających występowaniu pracoholizmu, można by było zaliczyć również dbałość pracodawców do zachęcania pracowników do wykorzystywania urlopów, a odwodzenia od rezygnacji z relaksu. Zwiększanie ilości działań opartych na współpracy w stosunku do tych opartych na rywalizacji również może być dobrym pomysłem. Stwarzanie poczucia pewności zatrudnienia także mogłoby pomóc w zmniejszeniu liczby nadgodzin w pracy czy brania obowiązków zawodowych do wykonania w domu. Chociaż nie wiadomo, na ile ten ostatni punkt jest realny do wdrożenia. Z kolei dla samych pracowników ważne byłoby rozwijanie pozazawodowych zainteresowań oraz nauka głębokiego relaksu, z czym pracoholicy często mają problem.

JB: Wiemy także, że pracoholicy nie korzystają z konstruktywnych form radzenia sobie z problemami. W związku z tym oddziaływania służące zmniejszaniu szansy na kształtowanie się pracoholizmu mogłyby polegać na uczeniu pracowników skutecznych i konstruktywnych form radzenia sobie ze stresem. Myślę, że rozwijanie umiejętności czytania reakcji własnego ciała, umiejętności identyfikacji zmęczenia, zdrowego odżywania się powinny przełożyć się na skuteczne budowanie „buforów” zabezpieczających przed pracoholizmem, i jednocześnie wspierających entuzjazm pracy.

 

O rozmówcy:
Jacek Buczny – doktor psychologii, pracownik naukowo-dydaktyczny Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Prowadzi badania naukowe dotyczące samokontroli, w tym uzależnień behawioralnych. We współpracy z badaczami polskimi i niemieckimi opublikował wyniki badań dotyczących pracoholizmu oraz jest współautorem narzędzia służącego do pomiaru pracoholizmu jako uzależnienia od pracy (ang. work craving). Kierował grantami finansowanymi przez Narodowe Centrum Nauki, Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jest autorem międzynarodowych publikacji z zakresu samokontroli i uzależnień behawioralnych.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

Praca pod przymusem

Igor Rotberg rozmawia z dr Jackiem Bucznym, badaczem motywacyjnych mechanizmów zachowania i uzależnień behawioralnych, naukowcem i wykładowcą w Uniwersytecie SWPS w Sopocie.

Igor Rotberg: Szacuje się, że pracoholicy stanowią 5% populacji. Nie wiadomo jednak dokładnie, jak bardzo rozpowszechnione jest to zjawisko. Badania często opierają się często na wywiadach, jest to więc jedynie pomiar deklaratywny. Kolejną kwestią trudną do ustalenie jest to, czy na zjawisko pracoholizmu bardziej wpływa kontekst czy czynniki osobowościowe.

Jacek Buczny: Podana przez Pana wartość 5% wyznacza kilka punktów odniesienia. Po pierwsze, wartość ta jest pewnym przybliżeniem, opracowanym wyłącznie na danych pochodzących z polskich badań. Oznaczać to może, że w pewnych firmach lub zawodach procent pracoholików stanowiących grupę pracowników jest znacząco odmienny. Procent pracoholików w różnych krajach również może rozkładać się inaczej niż w Polsce. Po drugie, wartość 5% sygnalizuje, że problem pracoholizmu dotyczy mniejszości pracowników. Może to rodzić pytanie: czym jest pracoholizm? Czasem wydaje nam się, że pracoholizm jest powszechnym zjawiskiem. Można bowiem pomyśleć, że pracoholikami są wszyscy, którzy pracują po godzinach albo dużo o pracy myślą. Po trzecie, takie oszacowanie ma znaczenie, jeśli jesteśmy w stanie obserwować jego zmiany. Każdy wzrost przekraczający margines błędu powinien być niepokojący. Po czwarte, te 5% może zachęcać pracowników do tego, aby lekceważyć problem, bo to przecież nieznacząca mniejszość.

IR: Rzeczywiście waga problemu może być pomniejszana. Zwłaszcza, że bycie nieustanie zajętym i praca okupiona olbrzymim mozołem często postrzegane są jako synonimy bycia ważnym, bycia potrzebnym, jako wyraz dobrego przystosowania się do życia. Stąd też trudności w skonfrontowaniu się z własnym uzależnieniem od pracy. Pracoholizm, jako jedyne uzależnienie, nie jest oceniane negatywnie, a wręcz cieszy się społecznym uznaniem. Osoba, która tak bardzo poświęca się pracy, częściej kojarzona jest z takimi cechami jak pracowitość, sumienność czy zaradność niż z cechami wskazującymi na zaburzenia lub deficyty. Brak ostracyzmu społecznego może zarówno skutkować podtrzymywaniem zjawiska pracoholizmu, jak i sprawiać, że trudno jest określić faktyczną liczbę osób dotkniętych tym problemem.

JB: Problem społeczny, z którym mamy do czynienia, gdy zajmujemy się pracoholizmem wynika między innymi z tego, że praca jest bardzo szanowaną wartością w wielu grupach społecznych – linia oddzielająca wypełnianie zadań nią wyznaczonych i pracoholizm jest dość cienka, trudna do uchwycenia nawet za pomocą pomiaru psychologicznego. Jeśli natomiast to rozdzielimy to zobaczymy, że pracoholik to osoba patologicznie skoncentrowana na pracy, pełna lęku i obaw, dążąca do tego, aby usunąć to napięcie za pomocą działań nawet luźno związanych z pracą. Bowiem czym innym jest kierowanie się wartościami związanymi z pracą, a czym innym uporczywe pracowanie. Uporczywość wynika z bycia owładniętym silnym przymusem pracy ukierunkowanym na budowania własnej wartości opartej na rywalizacji i wypełnianiu zawyżonych (nierealnych) standardów. Innymi słowy, pracoholizm nie jest tożsamy z pracowitością.

IR: Psychologowie wskazują, że poprzez dążenie do tych nierealistycznie wysokich standardów, poczucie niskiej wartości u takiej osoby jest stale wzmacniane. Dzieje się tak dlatego, że pracoholik, oczekując pozytywnych wzmocnień własnej samooceny i redukcji negatywnych emocji związanych ze stresem zawodowym, z powodu owych nierealnych standardów doświadcza przede wszystkim frustracji oraz niższego zadowolenia z pracy w porównaniu z innymi pracownikami. Sprawia to, że stara się pracować jeszcze bardziej intensywnie, nakręcając błędną spiralę pożądania pracy. Definiowanie pracoholizmu przez ilość spędzanych godzin w pracy nie oddaje zatem istoty problemu.

JB: Psychologowie od lat stają przed wyzwaniem określenia, czym jest pracoholizm. Jesteśmy pewni, że jego wyznacznikiem nie jest czas pracy i związane z tym poświęcanie się pracy. Z pewnością, na pracoholizm patrzymy jak na poważne zaburzenie, które powstaje w oparciu o złożony cykl. Hipotezy dotyczące mechanizmów pracoholizmu sugerują, że cykl ten jest szczególnie widoczny u osób o niestabilnej samoocenie, uzależniających poczucie własnej wartości od wyników własnej pracy. Prawdopodobnie sprzyja temu środowisko pracy oparte na silnej konkurencji, wypełnione nierealistyczne celami, wywołujące w pracowniku silne napięcie i lęk oraz nadmierne zaangażowanie w zadania. Koncentracja na pracy i realizacji wyśrubowanych standardów prowadzi do obsesyjnego myślenia o zadaniach i niezdolności do zastopowania wytężonej pracy. Pokonanie kolejnego zadania rodzi ulgę i poprawia samoocenę. Taki przyjemny stan trwa do momentu pojawienia się kolejnych zadań i cykl się zamyka. Warto nadmienić, że uchwycenie roli czynników sytuacyjnych i organizacyjnych wymaga badań – wciąż przed nami pokazanie tego, co przyczynia się do powstania pracoholizmu.

IR: Prof. Lucyna Golińska wskazuje, że pracoholizm może być charakterystycznym sposobem działania dla osobowości narcystycznej, gdzie występuje bardzo wysokie zapotrzebowanie na stymulację i wyzwania, które zmierzają do osiągnięcia sukcesu, przy jednoczesnej olbrzymiej potrzebie uznania przez otoczenie. Bez docenienia i aprobaty ze strony innych ludzi osoby te tracą poczucie własnej wartości. Wzmożonym dążeniem do sukcesu starają się więc kompensować emocjonalne deficyty. Predestynowana może być również osobowość obsesyjno-kompulsywna, gdzie występuje duża potrzeba perfekcyjnego działania.

JB: Z pewnością i narcyzm, i predyspozycje do rozwijania osobowości obsesyjno-kompulsywnej to zaburzenia powiązane z pracoholizmem. Łączy je kilka czynników. Pierwszym z nich jest samoocena. Jej znaczącym źródłem są zarówno opinie innych ludzi, najczęściej osób istotnych (rodziców, nauczycieli), jak i własne działania. Sukces i pochwała, ale i porażka z naganą są istotnymi czynnikami modelującymi samoocenę. Problem może wystąpić, jeśli człowiek nie jest w stanie stworzyć w miarę jednolitego obrazu samego siebie, na przykład ze względu na to, że nie jest w stanie zaakceptować własnych wad, niedoskonałości. Może starać się wtedy rozwiązać problem poprzez uporczywe działanie, ukierunkowane na wykazanie sobie i otoczeniu, że mimo wszystko posiada pewne zdolności. Drugim czynnikiem jest źródło motywacji. Pracoholik kieruje się przede wszystkim standardami zewnętrznymi. Przymus pracy, który odczuwa bierze się przede wszystkim z tego, że za najważniejsze uznał powinności narzucone przez innych, i umniejszył rolę ciekawości oraz pasji w kierowaniu życiem w pracy. Modelowym założeniem jest, że pracoholikiem nie kieruje motywacja wewnętrzna, czyli przyjemność pracy, chęć zagłębienia się w nią, kierowana ciekawością czy potrzebą rozwoju.

IR: Ten przymus pracy, który wyraża się w dużym zaangażowaniu w sprawy zawodowe, często brany jest za pozytywną cechę, pożądaną przez pracodawców. Pracoholik może wydawać się pracownikiem idealnym. I rzeczywiście osoba charakteryzująca się takim sposobem podejścia do pracy może przyczyniać się do zwiększanie obrotów w danej firmie. Być może jednak branie na siebie kolejnych obowiązków będzie pociągało wzrost liczby niewykonanych zadań, a przez to skutkowało pogarszaniem się relacji zarówno z przełożonymi, jak i współpracownikami.

JB: Wewnętrzny przymus pracy jest bardzo ważnym, jeśli nie najważniejszym, przejawem uzależnienia od pracy. Można przyjąć nawet analogię z alkoholizmu – człowiek musi się napić. Dopóki tego nie zrobi, alkoholik odczuwa nieprzyjemne napięcie. W tym miejscu jednak analogia się kończy, bo nadużywanie pracy nie ma taki poważnych konsekwencji jak zbyt staranne i długotrwałe spożywaniu alkoholu. Dla obserwatora, na przykład szefa, intensywne działania pracoholika mogą być oceniane jako poświęcanie się pracy, czyli coś szlachetnego. Pracoholik może myśleć podobnie, odstawiając na bok myślenie o tym, że praca wynika z przymusu (hipoteza). Niestety nie przeprowadzono dotąd badań, aby dokładnie zilustrować,  w jaki sposób rodzi się ten przymus pracy i w jaki sposób ludzie identyfikują go. Nie wiadomo też, czy w ogóle pracoholik neguje problem przymusu – na razie możemy to tylko rozważać. Podobnie jest w relacji między pracoholizmem a efektywnością pracy. W naszym zespole wykonaliśmy tylko kilka badań, dotąd jeszcze niepublikowanych, sugerujących, że pracoholizm ma przełożenie na pewne wskaźniki efektywności pracy. Pracoholik na pewno nie jest idealnym pracownikiem, bo grozić może mu wypalenie zawodowe oraz poważne problemy ze zdrowiem.

IR: Owo poświęcanie się pracy może również być inaczej odbierane przez ludzi z dalszego otoczenia – które w pracoholiku mogą widzieć osobę pracowitą, odpowiedzialną za własną rodzinę – niż przez najbliższych. Często rodzina, a zwłaszcza partnerzy, nie tylko nie dostają wsparcia od innych, ale ich pretensje i żal, poczucie krzywdy czy doświadczanie innych trudności są wręcz oceniane jako bezzasadne, niesprawiedliwe, będące wyrazem braku wdzięczności. Wspomniana już prof. Golińska mówi, że niektórzy partnerzy pracoholików zaczynają mieć negatywne myśli na swój temat, ponieważ wydaje im się, że nie potrafią docenić tego, co mają.

JB: Pana intuicja jest prawdopodobnie trafna, ale nie znam wyników pokazujących jak rodzina i bliscy spostrzegają pracoholików. Z badań wynika, że pracoholicy, w porównaniu z entuzjastami pracy, odczuwają znacznie silniejszy konflikt między życiem zawodowym i życiem rodzinnymi. Konsekwencją nasilonego konfliktu może być silny stres, intensywne myślenie o pracy w domu, jak i intensywne myślenie o rodzinie w pracy. To pochłania umysł, wyczerpuje emocjonalnie. Wiedza o pracoholizmie każe myśleć, że dla pracoholików życie rodzinne może być z jednej strony przeszkodą w pracy, ale jednocześnie pewnym punktem odniesienia – źródłem motywacji do pracowania. Pamiętajmy, że pracoholików cechuje zewnętrzna motywacja do pracy. Mogą oni oczekiwać podziwu ze strony rodziny za to, jak bardzo starają się i jak wiele dają z siebie w pracy, ale to tylko przypuszczenie. Jeśli oczekiwania te są szczególnie rozbudowane, to sygnały wysyłane przez rodzinę raczej nie będą korespondowały z tym, co pracoholik chciałby od niej uzyskać. Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby badania pokazały, że pracoholicy mają realistyczny obraz siebie i własnej roli w rodzinie. Obraz ten musi być zaburzony, by był spójny ze stylem funkcjonowania pracoholika w pracy.

IR: I właśnie nad zmianą tego obrazem samego siebie oraz nieadaptacyjnych przekonań pracuje się w trakcie terapii. Jednak, żeby do tego doszło, pracoholik musi uświadomić sobie, że ma problem, co w przypadku uzależnienia może być trudne. Osoba tak może długo zaprzeczać istnienia problemu, traktując sugestię innych osób (rodziny, przyjaciół) jako np. wyraz braku zrozumienia. Dodatkową trudnością może być to, że jeśli już pracoholik uświadomi sobie sensowność terapii, problemem może być znalezienie czasu na wizyty u terapeuty.

JB: Z pewnością pierwszym etapem terapii powinno być poznanie i uświadomienie przekonań związanych z pracą i ich negatywnego wpływu zarówno na poczucie dobrostanu pracoholika, jak i jego życie rodzinne (relacje z bliskimi osobami). Sądzę, że ten czas się znajdzie, jeśli pracownicy będą wyedukowani w zakresie higieny pracy i niebezpiecznych zjawisk sugerujących wyczerpanie lub pogorszenie zdrowia.

 
O rozmówcy:
Jacek Buczny – doktor psychologii, pracownik naukowo-dydaktyczny Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Prowadzi badania naukowe dotyczące samokontroli, w tym uzależnień behawioralnych. We współpracy z badaczami polskimi i niemieckimi opublikował wyniki badań dotyczących pracoholizmu oraz jest współautorem narzędzia służącego do pomiaru pracoholizmu jako uzależnienia od pracy (ang. work craving). Kierował grantami finansowanymi przez Narodowe Centrum Nauki, Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jest autorem międzynarodowych publikacji z zakresu samokontroli i uzależnień behawioralnych.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

 

Wywiad: Uzależnienie od social media

Agata Puk rozmawia z Igorem Rotbergiem.

Psychologowie coraz częściej skłaniają się ku twierdzeniu, że współcześnie tożsamość człowieka kształtuje się również w oparciu o internet. Aby móc efektywnie funkcjonować w świecie, człowiek stara się zaadaptować do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Sam wpływ rozwoju cywilizacji na zmiany w ludzkiej psychice jest dobrze znany – to, co się zmieniło, to przede wszystkim tempo przemian cywilizacyjnych, gdzie kolejne nowinki technologiczne i rozwiązania internetowe pojawiają się właściwie z dnia na dzień. Jakie wyzwania stają przed nami w dobie powszechnego dostępu do internetu? Jakie wpływ mają na nas portale społecznościowe? Więcej o kwestiach dotyczących rozwoju cyfrowego w WYWIADZIE.