Miłość to gotowość na pewną niewygodę

Kochać to znaczy być gotowym na pewną niewygodę. Nie w sensie poświęcania siebie, rezygnowania z granic czy znoszenia tego, co rani. Raczej w sensie zgody na to, że bliskość nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy mamy na nią siłę, przestrzeń i idealnie uporządkowany stan emocjonalny. Bywa, że przejawia się w zatrzymaniu się przy drugiej osobie mimo własnego zmęczenia. Innym razem w podjęciu kolejnej próby porozumienia, kiedy wcześniejsze rozmowy nie przyniosły oczekiwanego efektu. Czasem oznacza świadome wybranie zaangażowania zamiast odruchowego odsunięcia się od siebie, nawet jeśli to drugie wydaje się prostsze. Jednym z fundamentów bliskości jest responsywność, czyli gotowość do tego, by zobaczyć drugą osobę nie tylko wtedy, kiedy jest spokojna, miła i łatwa w kontakcie, lecz także wtedy, kiedy jest poruszona, pogubiona, napięta albo przestraszona.

Dojrzała miłość nie polega więc na tym, że druga osoba nigdy nas nie obciąża. Polega raczej na tym, że jej potrzeby nie są traktowane jak przeszkoda w naszym życiu, ale jak część spotkania z nią. To nie znaczy, że mamy odpowiadać na wszystko natychmiast, bez granic i bez troski o siebie. Dojrzała bliskość nie jest całodobową gotowością ratunkową. Jest raczej zdolnością do powracania do kontaktu, do naprawiania pęknięć, do rozpoznawania subtelnych sygnałów świadczących o potrzebie emocjonalnego kontaktu, wsparcia, zrozumienia czy odbudowania poczucia bliskości po chwilowym oddaleniu. Jeśli chcemy być blisko tylko wtedy, gdy druga osoba jest spokojna, wyrozumiała i niewymagająca, możemy kochać raczej wygodę niż osobę. Prawdziwa bliskość zaczyna się bowiem tam, gdzie drugi człowiek przestaje być źródłem regulacji własnego komfortu psychicznego, a staje się kimś, z kim warto budować wzajemne porozumienie i świadomie rozwijać więź, nawet kiedy jest niewygodnie.

Fot. IR / Unsplash

Lęk przed odrzuceniem

Niedawno miałem przyjemność rozmawiać z Alicją Sękowską w podcaście Well Be Stories o tym, skąd bierze się lęk przed odrzuceniem i dlaczego u części osób tak łatwo uruchamia się bolesne przekonanie: „jestem nie do pokochania”.

Rozmawialiśmy o tym, jak bliskie relacje wpływają na nasze emocje, dlaczego nawet drobny dystans partnera może być przeżywany jak zapowiedź porzucenia oraz czemu odrzucenie potrafi uderzać nie tylko w relację, ale także w poczucie własnej wartości. W takich momentach często nie reagujemy wyłącznie na to, co dzieje się tu i teraz. Obecna sytuacja może dotykać dawnych doświadczeń, które wciąż pozostają żywe w naszej psychice.

Niepewność jest naturalną częścią bliskości. Nie każda obawa oznacza zaburzenie czy głębszy problem. Trudność pojawia się wtedy, gdy zwykła cisza, chłodniejszy ton, opóźniona odpowiedź albo chwilowe oddalenie uruchamiają katastroficzne scenariusze. W odcinku mówimy więc także o tym, jak radzić sobie z napięciem, jak zmniejszać wstyd związany z własnymi emocjami i jak lepiej rozpoznawać momenty, w których przeszłość zaczyna nakładać się na teraźniejszość.

Poruszyliśmy również temat niskiego poczucia własnej wartości oraz tego, jak można budować bliższe, bezpieczniejsze i bardziej satysfakcjonujące relacje. Zmiana utrwalonych schematów zwykle nie następuje z dnia na dzień, ale jest możliwa. Czasem zaczyna się od prostego, choć wcale niełatwego kroku: zauważenia własnej reakcji i zadania sobie pytania, czy odpowiadam na to, co dzieje się teraz, czy na coś, co zostało we mnie z dawnych relacji.

Zapraszam do obejrzenia ROZMOWY.

Podsumowanie rozmowy TUTAJ.

Miłość nie usuwa różnic

Wiele osób wchodzi w relację z cichym oczekiwaniem, że dobra miłość powinna przypominać trwały stan entuzjazmu. Ma być lekko, zgodnie, intensywnie, bez większego tarcia. A kiedy pojawia się różnica, ambiwalencja, rozczarowanie albo zwykły dyskomfort codzienności, łatwo pomyśleć: „to chyba nie to”. Tymczasem bycie z kimś nie oznacza ciągłego potwierdzania, że „dobrze wybraliśmy”. Oznacza raczej gotowość do tego, żeby nie każdą niezgodność traktować jak dowód pomyłki.

W związkach wiele spraw nie jest prostymi problemami do rozwiązania, ale paradoksami, które trzeba wspólnie unosić: potrzeba bliskości i potrzeba autonomii, bezpieczeństwo i pragnienie nowości, współzależność i wolność, podobieństwo i różnica. To wymaga czegoś mniej efektownego niż romantyczny zachwyt, ale często znacznie ważniejszego: zdolności do rozmowy, ciekawości wobec drugiej osoby, odpowiedzialności za własny udział w relacji i tolerowania ambiwalencji.

Miłość bowiem nie polega na odnalezieniu kogoś, kto we wszystkim się z nami zgadza, kto ma podobne zainteresowania, podobne tempo życia, podobną wrażliwość. Częściej zaczyna się tam, gdzie spotykamy drugiego człowieka jako odrębnego, nie w pełni przewidywalnego, czasem fascynującego, czasem trudnego, czasem rozczarowująco innego niż nasze wyobrażenie. Dojrzała relacja nie usuwa różnicy, ale uczy nas z nią żyć.

Fot. Mark Vletter / Unsplash

Dyskomfort różnicy

Większość par zgłaszających się na terapię mówi o problemach z komunikacją. I często rzeczywiście tak to wygląda. Partnerzy myślą: „gdybyśmy tylko potrafili lepiej ze sobą rozmawiać, nasze problemy by zniknęły”. Kiedy jednak zaczyna się praca nad słuchaniem siebie nawzajem, nad lepszym rozumieniem własnych emocji i potrzeb, bardzo często okazuje się, że trudność nie dotyczy wyłącznie samej komunikacji. Pod nią zaczyna wyłaniać się coś znacznie głębszego.

Jedną z rzeczy, która bardzo często pojawia się w terapii par, jest spotkanie z innością drugiej osoby. Z jednej strony różnica potrafi fascynować, rozwijać i być źródłem pożądania. Z drugiej, bywa też trudna, frustrująca i uruchamiająca silny dyskomfort. Dotyczy to zarówno codziennych nawyków, jak i głębszych kwestii: sposobu przeżywania emocji, wartości, przekonań czy potrzeb w relacji. Problemem często nie jest sama różnica, ale to, jak bardzo trudno bywa wytrzymać napięcie, które ta różnica w nas uruchamia.

I właśnie tutaj pojawiają się ważne pytania: jak reagujemy na inność drugiej osoby? Co dzieje się w nas, kiedy partner lub partnerka myśli, czuje albo doświadcza świata inaczej niż my? Bardzo często w takich momentach uruchamia się potrzeba oceniania: kto ma rację, a kto się myli, z kim „jest coś nie tak”. Tymczasem część pracy nad relacją polega na czymś znacznie trudniejszym, na zgodzie na to, że druga osoba nie musi być taka sama jak my. Dopiero wtedy można zacząć pytać: jak ja chcę z tym być? Co potrzebuję w sobie zmienić? Gdzie przebiega granica między akceptacją różnicy a rezygnacją z siebie? To często staje się głęboką pracą nad tolerowaniem dyskomfortu i budowaniem relacji, w której różnica nie musi oznaczać konieczności niwelowania jej.

Fot. Esther Tuttle / Unsplash

Trzy wymiary miłości

Miłość postrzegana jako uczucie jest z natury efemeryczna. Nasze myśli, potrzeby czy otoczenie wpływają na to, jak silnie je odczuwamy. Odczuwanym emocjom towarzyszy silne pobudzenie, ale mają one nietrwały charakter. Możemy w tej samej chwili stać obok ukochanej osoby i czuć zmęczenie, irytację czy obojętność i nie doświadczamy wtedy ciepłych uczuć miłości. Nie oznacza to jednak, że nasza potrzeba bycia kochanym nagle znika. Pytania: „Czy mnie kochasz?” bez odniesienia do konkretnego czasu bywa pułapką, bo zakłada, iż uczucia mogą być niezmienne. Miłość jako uczucie nie istnieje w oderwaniu od chwili. Fundament miłości leży zatem głębiej niż tylko w emocjach. Znajduje się w naszych potrzebach i świadomych decyzjach.

Więcej o trzech wymiarach miłości przeczytacie w moim artykule „Czuję, potrzebuję, działam”, który znajdziecie w formie PDF lub w wydaniu papierowym, dostępnym TUTAJ.

Fot. Maksym Kaharlytskyi / Unsplash

Kiedy bliska osoba doświadcza meltdownu

Autystyczny meltdown nie jest wahaniem nastroju. To reakcja organizmu, która zachodzi, gdy układ nerwowy tej osoby osiąga maksymalną wydolność i po prostu nie jest w stanie przyjąć już nic więcej (o samym meltdownie możecie przeczytać w moim POŚCIE ze stycznia).

Jeśli bliska Ci osoba w spektrum autyzmu doświadcza meltdownu, Twoim zadaniem nie jest to naprawić. Możesz jednak nauczyć się, co robić, żeby nie pogarszać tego stanu.

To nie jest o Tobie

Po pierwsze, nie zakładaj, że ten stan ma związek z Tobą. Meltdown to przeciążenie, a nie „robienie dramy”. To nie jest odrzucenie Ciebie. To kwestia instynktu samozachowawczego, kwestia przetrwania. Badania pokazują, że podczas meltdownu mózg przełącza się w tryb alarmowy: aktywuje się układ limbiczny, a obszary odpowiedzialne za racjonalne myślenie są praktycznie wyłączone. To czysta, instynktowna reakcja obronna organizmu

Zmniejszanie przeciążenia

Możesz ograniczyć obciążenie sensoryczne: przygaś światło, wycisz dźwięki. W tym czasie warto też zmniejszyć oczekiwania wobec tej osoby. Nawet jeśli milczy, bliska Ci osoba nie jest teraz „spokojna”, tylko desperacko próbuje się ochronić.

Oferuj pocieszenie, a nie pytania

Unikaj przesłuchiwania typu: „Pytania w rodzaju „Co się dzieje?”, „Wszystko w porządku?”, „Coś się stało?” często dodatkowo obciążają. Zamiast tego zaproponuj bardziej proste wybory: „Chcesz kocyk czy nie?”, „Zrobić herbatę czy wolisz ciszę?”. Krótkie komunikaty są w tym stanie znacznie łatwiejsze do przyjęcia.

Daj przestrzeń, nie znikając

Bądź blisko, ale nie domagaj się bliskości. Pozostań w pobliżu, żeby móc w razie potrzeby udzielić wsparcia, ale jednocześnie na tyle daleko, by ona nie czuła się obserwowana. Nie zmuszaj jej do kontaktu wzrokowego ani do rozmowy. Nie dotykaj jej bez pozwolenia. Wiele osób w meltdownie nie toleruje fizycznego kontaktu w takiej chwili. Używaj prostych, krótkich zdań: żadnych metafor, żadnych emocjonalnych rozważań. Jej psychika i ciało dosłownie przełączają się teraz na tryb oszczędzania energii. Dlatego stała, znajoma rutyna bywa w tym momencie najlepszą “emocjonalną resuscytacją”.

Powrót we właściwym czasie

Daj jej czas! Meltdown to nie jest szybki „reset”. Najtrafniejsze porównanie, na jakie trafiłem, mówi, że układ nerwowy zachowuje się wtedy tak, jakby przeprowadzał pełną aktualizację systemu, pracując na zaledwie 1% naładowania baterii.

Gdy kryzys minie i osoba zacznie wracać do względnej równowagi, nawiązuj z nią kontakt bardzo delikatnie. Pamiętaj, że po wszystkim prawdopodobnie będzie skrajnie wyczerpana i może odczuwać wstyd albo poczucie winy z powodu utraty kontroli. Dlatego nie mów: „Przestraszyłaś mnie” albo „Musimy pogadać”. Zamiast tego powiedz na przykład: „Jeśli czegoś potrzebujesz – jestem obok”, „Już jest bezpiecznie”, „Nie musisz się z niczym spieszyć”.

Fot. Annie Spratt / Pixabay

Związek partnerski nie jest nigdy stały i niezmienny

Związek partnerski nie jest nigdy stały, niezmienny, dany raz na zawsze. Warunkiem dobrego związku jest jego zdolność do zmiany. Dzieje się to chociażby dlatego, że ludzie lepiej się poznają, a ich poziom intymności wzrasta. Zmieniają się ich potrzeby, oczekiwania, zachowania. Rzadko się zdarza, żeby dwoje partnerów zmieniało się w tym samym tempie przez cały czas trwania związku. Relacja intymna wymaga od nas jakiejś pracy. Żeby miłość trwała i mogła się rozwijać, a co za tym idzie, przechodzić przez kolejne etapy relacji trzeba włożyć wysiłek.

Ponieważ relacja intymna podlega transformacji, naturalne jest, że pojawiają się kryzysy. I pomimo, że mogą pojawiać się wtedy bardzo trudne uczucia, kryzysy dają nam szanse na zobaczenie siebie i innej osoby w nowym świetle, na przedefiniowanie naszego związku. Umożliwiają zobaczenie tych aspektów relacji, które do tej pory były niewidoczne z powodu zrutynizowania relacji. Dzięki kryzysom związek może zacząć się zmieniać w stronę bardziej satysfakcjonującą dla obojga partnerów. Miłość jest wyzwaniem – wymaga odwagi, żeby zacząć związek, żeby go pogłębiać oraz żeby kontynuować pomimo występujących kryzysów i zwątpienia. 


Tekst pochodzi z mojego artykułu Miłość to wyzwanie.

Fot. Micah & Sammie Chaffin / Unsplash

Lęk przed opuszczeniem, bliskością i odrzuceniem

Lęk przed opuszczeniem i porzuceniem. Lęk przed bliskością. Lęk przed odrzuceniem. Lęk przed zatraceniem się w relacji.

W ramach wakacyjnego cyklu po raz kolejny miałem przyjemność gościć u Kamy Wojtkiewicz w podcaście Sznurowadła myśli. Tym razem rozmawialiśmy o tym, które z lęków w miłości to lęki do zaakceptowania i samodzielnego opracowania. A które zaczynają być już kliniczne i wymagają wsparcia specjalisty? Jak pracuje się z lękiem przed opuszczeniem w terapii? I co pomaga nam wzmacniać się w bezpiecznym przywiązaniu?

Dodatkowo z tego odcinka dowiecie się o tym, jak doświadczenia z dzieciństwa wpływają na nasze dorosłe relacje, o tym, jak trauma złożona (CPTSD) może intensyfikować lęk w miłości, o tym, dlaczego boimy się zlać z drugą osobą i utracić własną tożsamość oraz o tym skąd bierze się przekonanie, że nie zasługujemy na miłość i jak wpływa ono na nasze zachowanie.

Dzielę się praktycznymi wskazówkami, jak zacząć pracę nad tymi lękami, zarówno samodzielnie, jak i w terapii.

Nagrania można odsłuchać na stronie podcastu, Spotify, YouTube, Apple Podcasts oraz Google Podcasts.

Psychoterapia par – odwaga spojrzenia w siebie

Psychoterapia par to często podróż przez ukryte warstwy wewnętrznego świata każdej osoby w związku. Partnerzy rzadko wiążą się ze sobą wyłącznie na poziomie świadomych decyzji. Często przyciąga ich do siebie to, co nieuświadomione – potrzeby, które nie zostały zaspokojone w dzieciństwie, tęsknoty za uznaniem, bezpieczeństwem czy bezwarunkową obecnością. Związek staje się miejscem, gdzie – niekiedy po cichu – rozgrywa się nadzieja na symboliczną naprawę dawnych zranień. Kiedy te nadzieje pozostają niespełnione, pojawia się frustracja, rozczarowanie i poczucie niezrozumienia. A przecież partner nie może i nie powinien stać się figurą matki czy ojca – choć bywa, że właśnie tego po cichu oczekujemy.

Proces terapeutyczny pary polega więc nie tylko na „naprawie relacji”, ale na głębszym rozumieniu, co każde z partnerów wnosi do tej wspólnej historii. Psychoterapia zaprasza do odkrycia, za czym tak naprawdę się tęskni, kiedy czuje się niezauważoną czy niezauważonym, niedocenioną czy niedocenionym, pomijaną czy pomijanym. Taka praca otwiera przestrzeń nie na oskarżenia, lecz na współczucie – wobec siebie i drugiej osoby. Bo zrozumienie tego, że nasza złość to często wyraz bólu niespełnionej potrzeby, pozwala nie atakować, ale opowiadać. Uczy, jak mówić z miejsca dojrzałości, a nie tylko reaktywności.

Związek nie jest po to, by uzdrowić nasze rany, ale może być miejscem, gdzie uczymy się widzieć je wspólnie – z uważnością i odpowiedzialnością. W terapii nie chodzi więc o to, by zmienić partnera. Chodzi o to, by każde z nas było gotowe zajrzeć w swoje wnętrze, wziąć odpowiedzialność za swoje reakcje i podjąć trud zmiany własnych wzorców. Relacja może się wtedy przekształcić – z pola walki w przestrzeń spotkania. Tam, gdzie wcześniej był mur, może pojawić się most. Ale nie buduje się go z żądań wobec drugiej osoby, tylko z odwagi spojrzenia w siebie.

Fot. Toa Heftiba / Unsplash

Związki koluzyjne i zdrowa współzależność

Czym różnią się związki współzależne od zależnych? Dlaczego tak trudno wyjść z roli ratownika i co ma do tego chemia schematów? Czy wyrażenie złości może grozić utratą bliskości? I jak przestać wchodzić w relacje koluzyjne?

Już po raz trzeci gościłem u Kamy Wojtkiewicz w podcaście Sznurowadła myśli. Porozmawialiśmy o związkach koluzyjnych, w których dysfunkcyjny schemat jednego z partnerów jest komplementarny do schematu drugiego, co utrudnia budowanie bezpiecznej więzi. Rozmawialiśmy również o zdrowej współzależności, jak i zalewaniu miłością i nadmiernej zależności, która pozbawia nas poczucia Ja i autonomii. Zastanawiamy się nad tym, dlaczego dla wielu osób wyrażenie złości na partnera jest tak trudne i jakie inne zastępcze emocje wychodzą wtedy na wierzch. Jeżeli zdarza Wam się wchodzić w rolę ratownika czy ratowniczki lub osoby wymagającej ratunku, albo ciągle gonić za niedostępnymi emocjonalnie osobami, być może znajdziecie w tej rozmowie cenne tropy. Zapraszamy do posłuchania!

Nagrania można odsłuchać na stronie podcastu, Spotify, YouTube, Apple Podcasts oraz Google Podcasts.

Sznurowadła - koluzje