DOBRE NIEDOBRE EMOCJE

Warsztaty i kursy rozwoju osobistego, spopularyzowanie się pozytywnego myślenia oraz poglądu, że człowiek posiada wpływ na swoje myśli i emocje, wniosły dużo dobrego do życia poszczególnych ludzi. Dzięki rozwojowi i pracy nad sobą można czerpać więcej zadowolenia z życia, mieć poczucie większej harmonii ze sobą i światem, odczuwać więcej spokoju i radości. Niestety, zachłyśnięcie się pozytywnym myśleniem i kursami samodoskonalenia sprawiały, że zrodziła się wiara w omnipotencje człowieka w kwestii jego możliwości modyfikacji własnego życia w taki sposób, aby mógł doświadczać tylko przyjemnych doznań i nie przeżywać żadnych negatywnych. Pragnienie ciągłego ulepszania swojego życia, nieustanna pogoń za szczęściem i tyrania optymizmu sprawiają, że ludzie tłumią negatywne emocje, zmuszając się często, żeby być cały czas radosnymi, zadowolonymi, przeżywającymi szczęście osobami. Inspiracja i pomoc, które w założeniu miały wspierać rozwój, zaczynają go ograniczać i powstrzymywać.

Dopóki się uśmiechamy

Jeden z przekazów społecznych we współczesnym świecie kultury zachodniej, z którym dosyć często się stykamy, mówi, że dopóty będziemy akceptowani i doceniani, dopóki będziemy radośni i produktywni. Powinniśmy zatem prowadzić zrównoważone, szczęśliwe życie, pozostawiając na boku nasze lęki, obawy, wątpliwości. Jakby w opozycji do szybkiego tempa współczesnego życia, które sprawia, że trudno jest osiągnąć spokój umysłu, nie powinniśmy odczuwać zdenerwowania i napięcia. Powinniśmy za to nieustannie cieszyć się życiem, będąc opanowanymi, jednocześnie zwiększając naszą wydajność i kreatywność. W skrajnej postaci – na co zwraca uwagę Mari Ruti, profesor teorii krytyki na Uniwersytecie Toronto – kult „pozytywnego myślenia” zaszczepia nam ideę, że w życiu przydarzać nam się będą tylko dobre wydarzenia za sprawą samego myślenie o nich.

Imperatyw dotyczący przeżywania tylko pozytywnych emocji i usilnego dążenia do pozbycia się wszystkich nieprzyjemnych doznań jest czasami tak głęboko zakorzeniony, że boimy się nawet nazywać nasze emocje, powodowani wstydem i lękiem przed tym, że możemy być ocenieni jako gorsi, nie dość dobrzy. Dlatego też nie dajemy sobie prawa do choroby, obniżonego nastroju czy lęku. Nie pozwalamy sobie na momenty zatrzymania się w pędzie ku wymarzonemu szczęściu, nawet jeśli nasz organizm bardzo tego potrzebuje. Działamy często na przyspieszonych obrotach, żeby przypadkiem nie zwolnić i w konsekwencji nie poczuć niechcianych emocji. Zdarza się jednak opaść w końcu z sił, zachorować lub mieć gorszy dzień – wtedy jest dla nas jedna rada: musimy jak najszybciej się naprawić!

Przymus doświadczania tylko dobrych emocji wywodzi się przekazu społecznego dotyczącego tego, czego powinniśmy doświadczać, a czego unikać w życiu. Psycholog Randall Wilson wskazuje na zasady, do których, na przestrzeni wieków, został sprowadzony ów przekaz. Po pierwsze: nieprzyjemne myśli i emocje są złe, a przyjemne – dobre. Po drugie: jeśli człowiek doświadcza negatywnych myśli i emocji, oznacza to, że nie funkcjonuje dobrze i że powinien jak najszybciej pozbyć się tych „szkodliwych” stanów psychicznych. Po trzecie: można prowadzić dobre życie tylko pod warunkiem, że doświadcza się przyjemnych odczuć. Zasady te można zawrzeć w ogólnym stwierdzeniu, że dobre życie jest równoznaczne z dobrym samopoczuciem. Jak dodaje z kolei Marcin Fabjański, filozof: „Poszatkowaliśmy rzeczywistość na to, co dobre i złe, przyjemne i nieprzyjemne, i stosujemy strategię konia na szachownicy”. Chcemy jak najszybciej z pola oznaczającego złe, nieprzyjemne odczucia przeskoczyć na pole, w którym możemy doświadczać jedynie pozytywnych i miłych doznań.

Stłamszeni

Brak odpowiedniego treningu, który pomógłby w radzeniu sobie z negatywnymi emocjami, sprawia, że człowiek stara się tłumić negatywne doświadczenia. Obawia się nie tylko nieprzychylnego nastawienia lub krytyki ze strony innych ludzi, ale również boi się konfrontacji z niechcianymi uczuciami. Spadek energii, smutek, bezsilność, potrzeba wycofania, gniew, rozżalenie, lęk i wiele innych odczuć jest codziennie przez nas zagłuszanych na wiele różnych sposobów. Psycholog Tomasz Jamroziak wskazuje, że wiele osób, które doświadczają depresji, to ludzie z zablokowaną złością. W ich otoczeniu bowiem smutek był bardziej akceptowany niż wyrażanie złości. Psychoterapeutka Tori Rodriguez mówi z kolei, że próby tłumienia niechcianych myśli i uczuć mogą odnosić odwrotny skutek i powodować, że, paradoksalnie, będziemy doświadczać jeszcze większej ilości niechcianych stanów psychicznych, co systematycznie będzie wpływało na obniżenie poziomu naszego zadowolenia życiowego.

Jeszcze jedną konsekwencją tłumienia niepożądanych myśli i uczuć jest fakt, że stajemy się również nieczuli na cierpienie innych. Zakładamy, że jeśli nie są oni perfekcyjni, absolutnie szczęśliwi, wiecznie zadowoleni, to coś z nimi jest nie w porządku i prawdopodobnie przyczyna leży w tym, że nie starają się wystarczająco mocno. Silny nacisk na ciągłe doskonalenie swojego życia, na nieprzerwane doświadczanie dobrego samopoczucia, sprawia, że ludzie zaczynają bardzo szybko przypisywać negatywne oceny tym, którym trudno się jest dostosować do właściwego sposobu działania i przeżywania życia. Z jednej strony człowiek, pod wpływem huraoptymizmu, doświadcza przymusu przeżywania jak największej ilości pozytywnych odczuć, z drugiej strony jednak zmaga się z poczuciem, że pozytywne emocje nie mogą trwać wiecznie. Czując, że przecież szczęście nie będzie trwało w nieskończoność, że każda chwila nieuchronnie zbliża go do obniżenia się nastroju i pogorszenia samopoczucia, zaczyna równocześnie oczekiwać zbliżającego się nieszczęścia, co powoduje wzrost niepokoju związanego z przyszłością.

Oczywiście – co sygnalizuje również wspomniana wcześniej Mari Ruti – nie chodzi o fetyszyzowanie braku psychicznej lub emocjonalnej stabilności, który jest często olbrzymim obciążeniem, wielką trudnością, z którą na co dzień trzeba się zmagać. Wielu ludzi cierpi z powodu przeżywanego lęku, doświadczania depresji czy innych poważnych stanów psychicznych. Jednak postrzeganie negatywnych doświadczeń jako przeciwstawnych dobrze przeżytemu życiu jest dużym nieporozumieniem. Są one bowiem naturalnym i stałym elementem ludzkiego życia.

Oswajanie niesfornego

Lubienie przyjemnych rzeczy oraz nielubienie rzeczy niemiłych jest jak najbardziej normalne i nie stanowi problemu. Kłopoty pojawiają się wtedy, kiedy obsesyjnie zaczynamy pragnąć, żeby dobre rzeczy trwały zawsze, a nieprzyjemne nigdy się nie pojawiały. A przecież nasz charakter, jak mówi Mari Ruti, „to nie tylko to, co jest miłe i przyjemne, ale również to, co niestałe, nieuporządkowane, kłopotliwe, a nawet nieco wzburzone lub przygnębiające”. Randall Wilson posuwa się jeszcze dalej i mówi, że bycie cały czas szczęśliwym i nieustanne dobre samopoczucie są nienaturalne i odbiegają od zdrowego stanu ludzkiej egzystencji. Dążenie do maksymalizacji przyjemnych odczuć, przy jednoczesnym niepozwalaniu sobie na przeżywanie niemiłych, jest więc z góry skazane na niepowodzenie.

Doświadczaniu niechcianych odczuć i myśli towarzyszy przekonanie, że jest to wyraz naszej słabości. Postrzegamy siebie jako zbyt wrażliwych, podczas gdy – w myśl zasady o ciągłym doskonaleniu się – powinniśmy wziąć się w garść i naprawić, uleczyć, zmienić. Brené Brown, autorka książki „Dary niedoskonałości”, mówi, że wrażliwość nie jest oznaką słabości. Podkreśla, że jest to bardzo niebezpieczny mit. Definiuje wrażliwość jako emocjonalne ryzyko, okazywanie uczuć, niepewność. Jest ona napędową siłą życia, bowiem z niej powstaje innowacja, kreatywność i zmiana. „Wrażliwość jest najbardziej rzetelną miarą odwagi: do otwarcia się przed innymi, do bycia szczerym” – dodaje autorka. To odwaga do przeżywania zarówno pozytywnych, jak i negatywnych emocji. Jeśli bowiem możemy poczuć miłość do innej osoby, poczujemy również smutek i stratę, kiedy ją utracimy.

Jak zatem oswoić niechciane myśli i uczucia? Jak oswoić trudne doświadczenia? Jak zmierzyć się ze stratą, bólem, złością, smutkiem czy samotnością? Marcin Fabjański wskazuje, że praktykowanie uważności jest dobrym sposobem na zmierzenie się chociażby z poczuciem samotności. Badania pokazują, że zwrócenie uwagi na samego siebie podczas medytacji, wbrew pozorom, nie zwiększa poczucia osamotnienia. Oswaja natomiast doświadczenie samotności. Oswaja również i inne doznania, często określane jako nieprzyjemne, trudne. Tori Rodriguez również uważa, że doświadczanie i akceptacja takich doznań mają kluczowe znaczenie w stosunku do zdrowia psychicznego. W treningu uważności nie chodzi jednak o zmniejszenie ilości nieprzyjemnych odczuć, lecz o nauczenie się funkcjonowania w życiu w obecności  negatywnych myśli czy uczuć – dodaje psychoterapeutka. Niezależnie od tego, czy praktykujemy uważność, czy też nie, zawsze możemy podchodzić do doświadczanych przez nas uczuć i myśli z troską, nie starając się na siłę i za wszelką cenę zatrzymywać dobrych, rugując złe.

Żadna myśli czy emocja nie jest z natury dobra lub zła. To naturalne doświadczenia, wynikające z bycia człowiekiem. Smutek ma takie samo prawo do obecności w życiu jak radość – zwraca uwagę Randall Wilson. Dodaje, że „gdybyśmy wszyscy robili to, co sprawia że czujemy się dobrze lub co nas uszczęśliwia, nic znaczącego czy trudnego nigdy nie zostałoby ukończone”. Patrząc na nasze największe osiągnięcia w życiu, widzimy, że nie czuliśmy się dobrze przez cały czas, kiedy pracowaliśmy nad ich urzeczywistnieniem. Wszystko, co znaczące i trudne wiąże się również z nieprzyjemnymi uczuciami, wychodzimy bowiem wtedy poza naszą strefę komfortu, doświadczając takich odczuć, jak choćby niepewność, lęk czy zniechęcenie. Szczęście oznacza nie tylko robienie rzeczy przyjemnych i doznawanie pozytywnych emocji, ale również robienie czegoś znaczącego i ważnego, co niekoniecznie musi być (i często nie jest) związane z przeżywaniem tylko dobrych uczuć i pogodnych myśli. Oznacza to, że szczęście, dobre samopoczucie, radość i pogodny nastrój mogą – jak to określa Wilson – jedynie towarzyszyć nam podczas drogi ku rzeczom ważnym. Mogą pojawiać się i znikać. Warto więc cieszyć się nimi, kiedy ich doświadczamy, ale nie przywiązywać się do nich i nie traktować je jako cel sam w sobie.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Fabjański, M. (2013). Oswajanie samotności, Coaching, nr 6/2013 (21), s. 32 – 34
Jamroziak, T. (2013). Nieświęty spokój, rozmowę przepr. Rokita Z., Coaching, nr 6/2013 (21), s. 28 – 31
Rodriguez, T. (2013). Negative Emotions Are Key to Well-Being, Scientific American [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Ruti, M. (2014). Happiness and Its Discontents, The Chronicle of Higher Education [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wilson, R. (2013). Positive Thinking and Other Harmful Advice, Like a Fish in Water [online]. Dostępne w Internecie tutaj

Reklamy

PUŁAPKI ROZWOJU

Usprawnij swoje kompetencje lidera. Doskonal swoje umiejętności komunikacyjne. Wykorzystaj bardziej sprawnie swój czas. Rób lepsze plany. Popraw swoje życie. Możliwości, jakie dają nam warsztaty, szkolenia, kursy, seminaria czy poradniki związane z rozwojem osobistym, zdają się być wprost nieograniczone. Wystarczy wiedzieć, gdzie i co w naszym życiu nie działa tak, jakbyśmy chcieli, a potem już udać się w odpowiednie miejsce szkoleniowe czy nabyć adekwatny do problemu podręcznik i za chwilę będziemy naprawionymi, dobrze funkcjonującymi, świetnie przystosowanymi osobami. Wielu ludzi uległo magii tak pojętego rozwoju. Niestety, okazuje się, że rozwój osobisty nie zawsze idzie w parze ze szczęściem i satysfakcją życiową. Nie wszystko w życiu, co odbiega od oczekiwanych przez nas standardów, trzeba naprawiać. Ba, nie wszystko nawet można.

Szybciej, bardziej, więcej, lepiej.

W świadomości człowieka postęp na ogół jawi się jako korzystny proces mający na celu polepszenie warunków życia jednostki oraz całych społeczeństw. Niezmiennie łączy się go z rozwojem gospodarczym, aczkolwiek od lat 70. ubiegłego wieku znaczenia zaczął nabierać również pogląd, że sam wzrost gospodarczy może mieć konsekwencje zarówno pozytywne, jak i negatywne. Wzrost chorób cywilizacyjnych, rozwarstwienie społeczeństwa pod względem dochodów czy zniszczenie środowiska naturalnego, wynikające z rozwoju przemysłowego, to tylko niektóre z postulowanych negatywnych skutków postępu. Jednak brak rozwoju (indywidualnego, społecznego), ograniczenia w powstawaniu nowych technologii czy odkryć naukowych cały czas odbierane są jako wyraz zacofania społeczeństwa, który pozbawia swoich członków dobrobytu i komfortu życia.

Okazuje się jednak, że myślenie w kategoriach „im więcej, tym lepiej” może być zgubne. Colin Beavan, dziennikarz i autor książek, w filmie Mathieu Roy’a i Harolda Crooksa „Pułapki rozwoju”, zwraca uwagę na fakt, iż „od rewolucji przemysłowej tkwimy w pułapce myślenia, że postęp to więcej tego samego, że trzeba produkować lepsze maszyny i w większej liczbie.” Z kolei Ronald Wright, autor „Krótkiej historii rozwoju” dodaje, że coś, co na początku zdaje się być „ulepszeniem lub postępem, jest atrakcyjne i wydaje się nie mieć minusów”, po osiągnięciu pewnej skali zmienia się jednak w pułapkę lub ślepy zaułek. Autor podkreśla, że w głównej mierze za negatywne skutki tak widzianego postępu odpowiada brak równowagi i krótkowzroczne patrzenie, które może doprowadzić (i w niektórych przypadkach doprowadza) do lekkomyślnego zużycia zasobów, jakimi dysponuję zarówno jednostka, jak i społeczeństwo.

Nadal jednak kurczowo trzymamy się myśli, iż kluczową kwestią w naszym życiu musi być rozwój i postęp, rozumiane jako zwiększanie bądź to dochodów, bądź wytwarzanych, jak i posiadanych dóbr materialnych lub też innych parametrów, które w danym czasie określane są jako istotne (powiększenie ilości robionych zdjęć za sprawą przejścia na aparaty cyfrowe, pomnażanie liczby znajomych na portalach społecznościowych, zwiększanie liczby prezentowanych reklam etc). Wiązać to można z przekazywanym kulturowo (głównie za sprawą mediów) pojęciem dobrobytu, a co za tym idzie – szczęścia jednostki. Tymczasem Matthieu Ricard, buddysta i doktor biologii molekularnej, przekonuje, że tak postrzegane szczęście jest mylone z przyjemnością, która zależy od czasu, obiektu i miejsca. Jest zmienna i wyczerpuje się w trakcie jej doświadczania. Pojmowanie postępu w ten sposób może więc skutkować odwrotnymi efektami: przynosić rozczarowanie, frustrację, zmęczenie i niezadowolenie z życia poprzez funkcjonowanie w paradygmacie konieczności dążenia do maksymalizacji w praktycznie wszystkich obszarach życia. Czując, że cały czas jesteśmy niedoskonali, że moglibyśmy szybciej, bardziej, więcej, lepiej, staramy się nieustannie reperować i usprawniać nasze życie i warunki bytowe.

Życie do poprawki

Pułapką rozwoju osobistego, który stały się modny już jakiś czas temu, może być myślenie, że jeśli będziemy nieustająco pracować nad sobą, rozwiążemy wszystkie nasze problemy – niestety, sam rozwój niekoniecznie musi gwarantować nam, że kłopoty, z którymi się borykamy, przestaną istnieć. Tym dotkliwiej możemy odbierać nasze złe samopoczucie czy przeżywane przez nas negatywne emocje; bo przecież, jak to jest możliwe, że spotykają nas nieprzyjemne rzeczy, skoro tak intensywnie nad sobą pracujemy, chodząc na szkolenia, warsztaty czy też czytając książki samopomocowe. Jak zwraca uwagę Jacek Walkiewicz, psycholog i trener, dużo książek, które możemy kupić w księgarniach, zaczyna się od słowa „jak”: „Jak zmienić…”, „Jak rozwiązać…”, „Jak polepszyć…”, „Jak usprawnić….”. Tytuł takiego poradnika sugeruje, że autor poznał doskonałą metodę, sposób czy praktykę na rozwiązanie danego problemu. Tymczasem, jak przypomina Walkiewicz, jest to tylko opowieść o tym, jak udało się ten problem rozwiązać samemu autorowi i nierozerwalnie związana jest ona z życiem i doświadczeniami tej konkretnej osoby. W pewnym wieku, niektóre problemy same się rozwiązują chociażby przez dystans czy przez sumę doświadczeń.

Z rozwojem, jako ciągłym doskonaleniem się poprzez kolejne kursy, staże czy poradniki, wiążą się jeszcze dwa złudne przekonania. Pierwsze związane jest z tym, że część osób, niestety, pozostaje na etapie konsumowania dużej ilości informacji, mając tylko iluzoryczne poczucie rozwoju. W rzeczywistości jednak niewiele w życiu takich osób się zmienia. Przyswojenie wiedzy jest dopiero początkiem na drodze do zmiany czegokolwiek w życiu. Początek ten stanowi bardzo ważny element, jednak pozbawiony działania, staje się całkowicie bezużyteczny, a pieniądze i czas, jaki zainwestowaliśmy w zgromadzenie wiedzy, zmarnowane. Drugie przekonanie związane jest dychotomicznym postrzeganiem ścieżek rozwoju. Może bowiem zrodzić się w nas pogląd, że jedynie kurs czy szkolenie, na którym jesteśmy czy też koncepcja, którą poznajemy, są słuszne. Zwraca na to uwagę Peter Fenner w swojej książce „Promieniujący umysł”, pokazując, jak łatwo można zafiksować się na pojęciu „właściwej ścieżki”, dyskredytując inne możliwości i rozwiązania. Ważne jest bowiem nie tylko dotarcie do punktu, jaki sobie wyznaczyliśmy, ale również to, kim się stajemy, podążając do określonego celu.

Pułapką, w jaką możemy wpaść, jest również samo traktowanie naszego życia jako problemu, który należy rozwiązać. Przyczyn takiego postrzegania upatrywać można we współczesnym postępie technologicznym, u podstaw którego leży właśnie nasza umiejętność radzenia sobie z trudnościami. Kwestię tę dostrzega Steven C. Hayes, profesor na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Nevada, pisząc w artykule do „Psychology Today”, że nasza kultura hołduje idei naprawiania, zarządzania czy zmieniania „negatywnych” emocji; nie postrzega ich jako naturalnej część egzystencji ludzkiej. „Traktujemy nasze życie jako problem do rozwiązania, jakbyśmy mogli powybierać z niego tylko te doświadczenia, które lubimy, a odrzucić całą resztę” – dodaje profesor. Potwierdzają to również wyniki badań Brené Brown, wykładowczyni nauk społecznych na Uniwersytecie Houston, analizującej zdolność człowieka do współodczuwania i kochania. Z badań tych wynika, że nie jesteśmy w stanie wybiórczo nie czuć kłopotliwych emocji. Jeśli zaczynamy tłumić przeżywanie „negatywnych” uczuć, zaczynamy również tłumić te „pozytywne”.

Umysł ludzki jest świetnym narzędziem, za pomocą którego możemy radzić sobie z problemami, jakie napotykamy zarówno w naszym życiu, jak i takie, z którymi musimy sobie poradzić jako społeczeństwo. Jednak w dobie przestymulowania informacjami często zaczynamy analizować fikcyjne problemy. Zamiast przeżywać, akceptować, obserwować, chcemy wszystko naprawiać, zmieniać, dostosowywać. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby się nie rozwijać. Wręcz przeciwnie. Maria Moneta-Malewska, lekarka i psychoterapeutka, podkreśla, że jeśli ktoś uważa, że nie ma absolutnie nic do zrobienie, do nauczenia, do poznania, to już przegrał swoje życie. Jednak przekonanie, że mogę być szczęśliwa/szczęśliwy tylko wtedy, kiedy już wszystko naprawię, może właśnie pozbawić nas doświadczania tego szczęścia. Jeśli zbyt intensywnie pracujemy nad sobą, chcąc wszystko udoskonalać, ulepszać, poprawiać i za wszelką ceną się rozwijać, możemy wyrobić w sobie poczucie ciągłej niedoskonałości, bycia wybrakowanymi czy w jakiś sposób popsutymi, zapominając, że nasze życie przeżywamy jednak w chwili obecnej i że jeśli będziemy ciągle postrzegać je jako nie dość dobre, cały czas będziemy czuć się źle, nie dając sobie możliwości poczucia szczęścia.

Niedoskonałości

Nie jesteśmy w stanie być dobrymi we wszystkim. Rozpoznanie więc własnych predyspozycji staje się kluczowe. Zamiast tracić czas i pieniądze na kolejne szkolenia czy warsztaty, warto zastanowić się, czy na pewno jest to nam potrzebne – w końcu możemy być świetni tylko w kilku dziedzinach, a na ogół tylko w jednej czy dwóch. Zmierzenie się z prawdą, że części rzeczy nie jesteśmy w stanie się nauczyć, może być bolesne, jednak zacznie być łatwiejsze do zaakceptowania, jeśli uświadomimy sobie, że nie tylko predyspozycje, ale również motywacja odgrywa kluczową kwestię. Zaczyna jej brakować, kiedy tracimy czas na zajmowanie się tym wszystkim, czego nie lubimy, a co obiecują nam liczne szkolenia, przekonując, że możemy nauczyć się absolutnie wszystkiego.

Dając się uwięzić w przekonaniu, że wystarczy chcieć i bardzo dużo pracować nad czymś, żeby odnieść sukces, możemy bardzo rozczarować się swoim życiem. Zaczynamy wtedy porównywać się z innymi, zastanawiając się, co z nami jest nie tak. Obwinianie się za niedoskonałości jest, niestety, bardzo szkodliwe i może skutkować obniżoną samooceną, frustracją czy brakiem energii i chęci do działania. Tymczasem, być może nie chodzi o to, żeby koniecznie naprawiać osobowość. Ona nie musi być popsuta, lecz predestynowana do czegoś zupełnie innego. Takie patrzenie może uwalniać od poczucia winy oraz motywować do podjęcia działania. Fakt, że lubię jedną rzecz, a inną nie bardzo, nie świadczy, że jestem gorszy. Brak poczucia własnej wartości, brak wiary w siebie i w swoje działania mogą się brać właśnie z porównywania się z innymi lub/i z własnym obrazem siebie idealnego.

Wspomniana wcześniej Maria Moneta-Malewska zwraca również uwagę na to, że każdy z nas ma jakieś dziedziny „niepełnosprawności”, czyli takie obszary, w których nie czujemy się kompetentni lub w których nie jesteśmy (z jakichś powodów) w stanie nabyć odpowiednich umiejętności. Zupełnie niepotrzebnym jest fiksowanie naszego umysłu na tym, czego nie możemy zrobić (za co jest odpowiedzialne myślenie w kategoriach wszystko-albo-nic). Istnieje, bowiem, dużo innych celów, do których możemy dojść. Oczywiście, zawsze warto sprawdzić, czy zrobiliśmy wszystko, co można, ale jeśli ktoś nie ma żadnych zdolności managerskich, komputerowych czy też malarskich, to nie zmieni tego ilością wyprofilowanych kursów, na które się zapisze. W takiej sytuacji lepiej powiedzieć sobie: „no dobrze, managerem/informatykiem/malarzem nie będę, a kim jeszcze mogę być?”. Nie chodzi o to, że skoro nie posiadamy danych predyspozycji, jesteśmy w jakiś sposób ułomni, lecz o to, że mamy inne zdolności, które warto rozwijać. Brené Brown podkreśla, że ważne jest posiadanie odwagi, żeby być niedoskonałym oraz posiadanie współczucia dla samego siebie (co nie jest tożsame z litością i użalaniem się nad sobą). Nieustanne poprawianie naszego życia, potrzeba nabycia wszystkich umiejętności oraz ciągła modyfikacja naszej osobowości i naszych emocji mogą doprowadzić do chronicznego poczucia bycia nie dość dobrym, zwiększonego samokrytycyzmu oraz spadku satysfakcji życiowej. Dawanie sobie prawa, żeby w jakieś dziedzinie być bardzo dobrym, w innej przeciętnym, a w jeszcze innej zupełnie kiepskim może zaowocować bardziej rozsądnymi wyborami życiowymi i bardziej wydajnym zarządzaniem własnymi zasobami (czasem, pieniędzmi, umiejętnościami itd.). I nie chodzi tutaj o szukanie wymówek, lecz o nieuleganie presji pogoni za szczęściem, którego warunki spełnienia cały czas zmieniamy.

Szczęście odległe i bliskie

„W życiu chodzi o coś znacznie większego niż tylko przyspieszenie jego tempa” – mówił Mahatma Gandhi. We współczesnym świecie postępu technologicznego oraz kulturze opartej w dużej mierze na idei ciągłego doskonalenia się i poprawiania trudno jest jednak nie poddać się przymusowi uporczywego dążenia do szczęścia. Brak dawania sobie prawa do przeżywania negatywnych emocji, tłumienie tych uczuć, które są niewygodne tylko po to, żeby sprostać modelowi idealnego życia, nie sprawi, że szczęście w nas zagości. Zwraca na to uwagę Tori Rodriguez, dziennikarka i psychoterapeutka, mówiąc, że „mimo, iż warto pielęgnować pozytywne emocje, problemy powstają, kiedy ludzie zaczynają wierzyć, że muszą być uśmiechnięci przez cały czas”. W pogoni za szczęściem łatwo można to szczęście zagubić.

A jeśli nie usilne dążenie do szczęście, to co? Wielu psychologów skłania się ku idei znajdywania szczęścia w tym, co nas otacza i w tym, co mamy. Zaprzestanie szukania szczęścia może się okazać jednak jednym z trudniejszych wyzwań, lecz, paradoksalnie, właśnie cieszenie się tym, co przynosi życie może nas uszczęśliwić. Dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny, konsultant i trener, mówi, że „trwałego szczęścia, wbrew temu, co myśli wielu ludzi, raczej nie znajdziemy wtedy, gdy wszystkie wymarzone przez nas warunki do szczęścia zostaną spełnione”. Oczywiście, na chwilę możemy poczuć się szczęśliwymi, ale jest to stan przemijający, ponieważ człowiek habituuje się do wszystkiego. Więc coś, co było dla nas wyznaczonym celem, warunkami, które spełnione, miały przynieść nam szczęście trwające już od tej pory zawsze, przynosi nam tylko zaspokojenie potrzeb, a szczęście – jak podkreśla Matthieu Ricard – jest głębokim poczuciem spełnienia, a nie chwilową realizacją przyjemności. Rozwój więc jest jak najbardziej wskazany, jednak nie może być on rozumiany jako ściganie się z innymi ani z samym sobą w myśl nieustającego naprawiania siebie, by ostatecznie dotrzeć do wymarzonego punktu w życiu. Celem zdaje się jawić sama podróż, co dobrze ujął Thích Nhất Hanh, wietnamski mnich buddyjski, poeta i działacz ruchów pokojowych, mówiąc, że „do szczęścia się nie dochodzi. Szczęśliwym się jest idąc”.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Fenner, P. (2013). Promieniujący umysł, tłum. Zagajewski Z., Kraków: Wydawnictwo A
Kulbat, J. (2013). Jak żyć, żeby nie żałować?, Polski Portal Psychologii Społecznej [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Ricard, M. (2007). The habits of happiness, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Roy, M., Crooks H (2011). Pułapki rozwoju, Kanada: Against Gravity
Wright, R. (2004). A Short History of Progress, Kanada: House of Anansi Press