Instrukcja obsługi poradników

Igor Rotberg rozmawia z Renatą Pająkowską-Rożen, psycholożką, terapeutką, kulturoznawczynią.

Igor Rotberg: Rynek poradników, artykułów na temat rozwoju osobistego, prelekcji dotyczących poprawy samopoczucia ma się bardzo dobrze. Korzystamy z tego typu publikacji i wystąpień, ponieważ chcemy być szczęśliwi, chcemy, żeby było nam dobrze, żeby nasze problemy się rozwiązały. Dodatkowo w naszym dążeniu wspiera nas kultura masowa, która zachęca do sięgania po kolejny poradnik, jak po tabletkę od bólu głowy. Z jednej strony zestawienia takich tytułów jak „7 wskazówek, jak osiągnąć sukces”, „5 kluczowych zmian, które musisz wprowadzić w życie, żeby osiągnąć spokój”, „6 porad, które uczynią twój związek szczęśliwym” mogą wydawać się banalne i powierzchowne. Z drugiej strony publikacje te zawierają często porcję rzetelnej wiedzy, która może być dla nas pomocna, zwiększając nasz poziom zadowolenia z życia i przynosząc radość.

Renata Pająkowska-Rożen: Rynek wydawniczy i czasopisma branżowe oferują nam różne poradniki, które mają zrewolucjonizować nasze życie i podejście do siebie i świata. Jeśli kupimy poradnik pisany przez specjalistę, jego porady poparte będą wiedzą, wieloletnią praktyką, badaniami naukowymi. Czytelnicy jednak kupują je, czytają, próbują wprowadzić w życie, frustrują się, bo coś nie działa, kupują więc następny poradnik, potem jeszcze inny… i tak bez końca (oraz bez oczekiwanego rezultatu).

Dzieje się tak m.in. dlatego, że pomiędzy kupieniem poradnika a wykorzystaniem praktycznych porad – czy nawet przed kupieniem poradnika – brakuje kluczowego elementu układanki. Tym elementem jest zatrzymanie się, namysł nad tym, czego potrzebuję, gdzie jestem. Po co kupuję ten poradnik? Jaki cel ma mieć zastosowanie zawartych w nim porad? Aby wykorzystać wiedzę zawartą w poradniku, przede wszystkim należy mieć wiedzę o sobie. Najczęściej cała wiedza, jaką posiadamy, to poczucie, że chcemy zmienić swoje życie. Chcemy być spokojni, zadowoleni, mieć dobrą pracę, wysportowaną sylwetkę, częste podróże, slow life, slow food, slow sex. Ale czy aby na pewno tego właśnie potrzebujemy? A może…

IR: To, o czym mówisz, to samoświadomość, to rozpoznawanie własnych potrzeb, ale też wiedza dotycząca szerszej perspektywy wprowadzania zmian. Tymczasem nie zawsze wiemy, czego potrzebujemy i dokąd chcielibyśmy zmierzać. Łatwiej nam jest skupić się na tym, co nas boli, uwiera, z czym jest nam niewygodnie. Trudniej określić, czego chcielibyśmy w zamian, co by to wniosło do naszego życia i jak po tej zmianie miałoby ono wyglądać.

RPR: Spróbujmy zastanowić się, co jest potrzebne, aby w ogóle wiedzieć, jaki poradnik kupić. Przede wszystkim potrzebujemy czasu. Oczywiście czas potrzebny jest zarówno na przeczytanie poradnika, jak też na wprowadzenie w nasze życie wskazówek otrzymanych od jego autora. Jednak w pierwszym rzędzie musimy wygospodarować trochę czasu, by odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań: kim jestem, co w moim życiu jest dobre i jakie mam zasoby, potrzeby, a następnie – co chcę zmienić w swoim życiu.

IR: I odpowiedzi na te pytania mogą być dla nas zaskakujące. Okazać się bowiem może, że chcemy zupełnie czegoś innego niż to, co do tej pory nam się wydawało, że chcemy. Dzieje się tak między innymi dlatego, że często posługujemy się pewnymi popularnymi w danym czasie określeniami. I tak na przykład chcemy być bardziej asertywni, mieć poczucie własnej wartości, wyższą samoocenę, większą pewność siebie czy żyć w zgodzie ze sobą. I oczywiście jak najbardziej możemy w tym kierunku zmieniać nasze życie. Warto jednak wiedzieć, co te sformułowania dla nas oznaczają (i jak my je rozumiemy) oraz – do czego są nam w życiu potrzebne.

RPR: To prawda. Współczesny człowiek chce mieć dobrą samoocenę, być asertywnym, mieć plany na przyszłość i prowadzić dobre życie. Najczęściej osoby, które przychodzą na terapię, wiedzą, że tego nie mają. Często nie potrafią określić, co konkretnie dla nich znaczy – mieć dobrą samoocenę czy też być asertywnym. Potrafią podać swoje wady, ograniczenia, ale nie umieją wymienić pozytywnych cech. A żeby zmienić coś swoim życiu należy oprócz określenia “co nie działa dobrze”, zastanowić się również, co na dany moment działa i dopiero wtedy pomyśleć nad zmianami, jakich chcę dokonać. Czego potrzebuję na dziś, ale też, gdzie chcę być za kilka lat? Nasze planowanie nie może ograniczać się do przebiegu kariery zawodowej czy posiadania mieszkania albo działki. Warto także pomyśleć o rzeczach niematerialnych, o dobrostanie psychicznym, o wartościach, które się wyznaje i których chce się przestrzegać.

Jeśli chcemy zmienić coś w swoim życiu i kupić jakiś poradnik, to najpierw zróbmy listę cech, zachowań, poglądów, które chcemy zmienić. Następnie spiszmy swoje aktualne zasoby, rzeczy, które umiemy dobrze robić i które się nam udają. Jeśli mamy z tym kłopot, to poprośmy przyjaciół, aby podali nam kilka rzeczy, za które nas cenią.

IR: Poruszyłaś istotną kwestię, a mianowicie znajomość ważnych dla nas wartości. Spełnienie wszystkich imperatywów, jakie przynosi współczesna kultura, jest niewykonalne. I takie hasła, jak: „Bądź szczęśliwy!”, „Żyj swoją pasją!” „Pielęgnuj swoje hobby!”, „Wysypiaj się!”, „Nie martw się!”, „Bądź asertywny!” „Uwierz w siebie!”, „Kochaj siebie!”, „Okazuj wdzięczność!”, „Bądź w zgodzie ze sobą!”, „Żyj w harmonii!”, zamiast poczucia wzrostu naszego poziomu szczęścia, przynoszą często rozczarowanie i frustrację. Bardziej zasadne jest określenie ważnych w naszym życiu wartości i poruszanie się w kierunku ich urzeczywistnienia. Kierując się bowiem wartościami, a nie imperatywami społecznymi – często sprzecznymi ze sobą nakazami i zakazami, płynącymi z licznych źródeł o charakterze poradnikowym – jesteśmy w stanie podróżować przez życie wraz z naszymi niedoskonałościami, kłopotliwymi myślami czy trudnymi emocjami. Kluczową kwestią staje się zatem poznanie tego, czego JA chcę, co MI jest potrzebne, do czego JA chcę dążyć. I – odnosząc się do tego, co powiedziałaś – na ile to już w swoim życiu realizuję, a na ile potrzebuję owo życie zmienić.

RPR: Dopiero kiedy już wiemy, czego potrzebujemy i dokąd chcemy dotrzeć, możemy zacząć myśleć o realizacji tych potrzeb. Aby wprowadzić zmianę w życie, należy się do niej odpowiednio przygotować. I mieć podjętą decyzję: chcę zmiany, bo chcę osiągnąć to i to. Główną zasadą, której powinniśmy się trzymać, aby zmiana była trwała, jest wprowadzanie jej małymi krokami. A sam sposób… zależy od tego, co konkretnie chcemy zmienić i właśnie tu mogą pomóc poradniki.

IR: O ile oczywiście nie pozostaniemy na etapie konsumowania dużej ilości informacji, mając tylko iluzoryczne poczucie rozwoju. Iluzoryczne, ponieważ w rzeczywistości niewiele w naszym życiu się wtedy zmienia. Przyswojenie wiedzy jest dopiero początkiem na drodze do zmiany. Początek ten stanowi bardzo ważny element, jednak pozbawiony wynikającego zeń działania, staje się całkowicie bezużyteczny, a pieniądze i czas, jaki zainwestowaliśmy w zgromadzenie wiedzy – zmarnowane. Poradniki mogą być dla nas zasobem, mogą stanowić dla nas inspiracje, podsunąć ciekawą perspektywę, rozwiązanie, zachęcić do innego spojrzenia na pewne kwestie. Jednak nie wykonają za nas pracy. Nie sprawią, że samo ich przeczytanie odmieni nasze życie, a cele będą się realizować same właściwie w trakcie lektury.

RPR: Warto nie korzystać z pięciu naraz, tylko zdecydować się na jeden z nich. Poczytać o autorze, jakie ma doświadczenie, na czym opiera swoje porady, z jakich źródeł korzystał? Po dokonaniu wyboru i zakupu zacznijmy działać, powoli rozkręcajmy swoje przeobrażenie. I nie oczekujmy szybkich zmian. Każda zmiana ma swoje własne tempo i swój własny czas.

O rozmówczyni:
Renata Pająkowska-Rożen – absolwentka psychologii (Uniwersytet SWPS w Warszawie) i kulturoznawstwa (Uniwersytet Wrocławski). Ukończyła dwuletnie studium psychoterapii metodą Psychologii Procesu Arnolda Mindella (Instytut Psychologii Procesu w Warszawie) oraz szkolenie terapeutyczne pierwszego i drugiego stopnia w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Posiada certyfikat konsultanta i terapeuty w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach i tą metodą aktualnie pracuje. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielką Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach przy PTP. Specjalizuje się w terapii depresji, stanów zaburzeń nastrojów i oswajaniu procesu zmiany. Prywatnie zwolenniczka minimalistycznego stylu życia i wielbicielka polskiej szkoły filmowej. FB: Psychoterapia Zmiany.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

RADOŚĆ NIEPEWNEGO ŻYCIA

Przekonanie, że jesteśmy w stanie kontrolować samych siebie, innych ludzi i całą rzeczywistość wokół nas, jest dosyć iluzoryczne. Wszystkiego, co wydarza się w naszym życiu, nie jesteśmy w stanie skontrolować. Nie wszystko da się zaplanować. Skąd więc to dążenie do kontroli? Wynikać ono może z potrzeby posiadania poczucia bezpieczeństwa. Mamy przekonanie, że kontrolując swoje życie, sprawimy, że nasze poczucie bezpieczeństwa będzie na stałym poziomie. Niekiedy do tego może dołączyć się przekonanie, że jeśli na chwilę odpuścimy ciągłą kontrolę, zdarzy się coś złego, nieprzewidzianego, co zburzy spokój i porządek naszego świata. Innym przekonaniem jest to, że tylko kontrolując wszystko, jesteśmy w stanie uniknąć pomyłek i niepowodzeń, które to pomyłki i niepowodzenia odbieramy często jako wyraz naszej niedoskonałości lub niedojrzałości. W tym przypadku budujemy poczucie własnej wartości na nierealnych standardach. Tymczasem właśnie dawanie sobie prawa do pomyłek, jak również proszenie o pomoc i umiejętność jej przyjęcia, świadczą o naszej dojrzałości. Niekiedy odpuszczenie kontroli i przekazanie komuś na chwilę sterów, nawet jeśli jesteśmy na kierowniczym stanowisku, świadczą o trosce i odpowiedzialności za siebie i innych.

Ścisła kontrola

Konsekwencje potrzeby ciągłego kontrolowania siebie oraz otaczającej rzeczywistości są różnorakie i dotykają wielu obszarów życia. Jednym z takich obszarów jest nasz dobowy rytm snu i czuwania. Skutkiem potrzeby nadmiernej kontroli mogą być bowiem problemy z zasypianiem. Dzieje się tak, ponieważ kiedy chcemy mieć pewność, że – wszystko jest pod kontrolą, że wszystko na pewno przypilnowaliśmy, trudniej nam jest się zrelaksować, odpuścić, odpocząć. Ciągle pojawiają się wątpliwości, czy na pewno wszystko jest tak, jakbyśmy chcieli. Generujemy napięcia i stres, rozpatrując w nieskończoność, co mogliśmy zrobić lepiej, a czego nie zrobiliśmy i co jeszcze musimy zrobić. Zwiększa to również prawdopodobieństwo wystąpienia chronicznego zmęczenia, a także wypalenia zawodowego spowodowanych nieumiejętnością podzielenia się obowiązkami z innymi pracownikami czy osobami z najbliższego otoczenia. Brené Brown, autorka „Darów niedoskonałości”, dowodzi w swoich badaniach, że chęć ciągłego kontrolowania otoczenia oraz skłonność do perfekcjonizmu i potrzeba bycia samowystarczalnym, dodatkowo obniża nasz poziom odczuwanego szczęścia.

Taka nadmierna kontrola wpływa również na nasze emocje. Ponieważ nie jesteśmy w stanie skontrolować wszystkiego w naszym życiu, często doświadczamy rozczarowania, szybciej się irytujemy, częściej dochodzi u nas do wybuchów gniewu. Ciężko przychodzi nam zaakceptowanie standardów życia innych osób, na czym mogą tracić nasze związki i przyjaźnie. Dodatkowo, kiedy czasami „puszczą nam hamulce” i na chwilę stracimy kontrolę, możemy wpaść w drugą skrajność i kompulsywnie wydawać pieniądze, pić alkohol przez cały weekend czy leżeć dwa dni przed telewizorem, nie robiąc absolutnie nic. Takie działania sprawiają, że wkrótce odczuwamy poczucie winy i jeszcze bardziej staramy się kontrolować siebie.

Dlatego dla osób, które mają skłonność do perfekcjonizmu, do zamartwiania się tym, czy wszystko jest należycie zrobione oraz do brania zbyt dużej odpowiedzialności na siebie, tak ważna jest nauka odpuszczania potrzeby ciągłej kontroli. Małgorzata Smoczyńska, założycielka Akademii Kobiet Sukcesu oraz autorka wielu warsztatów rozwoju osobistego, radzi, żeby zejść sobie samemu z drogi, czyli przestać na chwilę sterować wszystkim i wszystko planować, odpuścić kontrolę nad odpoczywaniem i planowanie każdej wolnej chwili oraz przestać pilnować tego, żeby nie leżeć bezczynnie dłużej niż 5 minut. Z kolei psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger wskazuje, że warto nauczyć się prosić o pomoc, choć niekiedy może to wydawać się bardzo trudne. Mówi też, że warto skupiać się nie na tym, by robić rzeczy idealnie, lecz wystarczająco dobrze, czyli tak, by zostawić sobie margines na popełnianie błędów.

Poza wyznaczonym planem

Nieustanne kontrolowanie rzeczywistości nie dość, że może wpływać negatywnie na nasze życie osobiste i zawodowe, to dodatkowo – wbrew zamiarom i przekonaniom – nie sprawia, że niespodziewane zdarzenia, przykre sytuacje czy wypadki nigdy nam się nie przydarzą. Akceptacja tego faktu na pewno może ułatwić odpuszczenie chęci ciągłej kontroli. Każdy w nas w jakimś stopniu odczuwa brak poczucia bezpieczeństwa. Można jednak nauczyć się żyć z niepewnością i czuć się z tym dobrze. Doktor psychologii Ronald Siegel wskazuje, że odpuszczenie potrzeby ciągłej kontroli oraz widzenie rzeczy takimi, jakimi one są, ułatwia nam pogodzenie się z nieuchronnością zmian oraz faktem, że nie zawsze wszystko wychodzi tak, jakbyśmy tego chcieli. Wtedy – na co wskazuje Siegel –„zamartwianie się, że coś pójdzie nie tak, które codziennie wypełnia nasze myśli, traci moc. Łatwiej zaakceptować uliczny korek, piknik zepsuty przez deszcz, zgubione klucze i przegapioną wyprzedaż. Nie martwimy się już tak bardzo, że czasem uda nam się umówić na randkę, a czasami nie, że czasem dostaniemy awans, a czasami nie. Kiedy przestaniemy starać się kontrolować całą rzeczywistość, w mniejszym stopniu będziemy przeżywać codzienne życiowe zawirowania, a zarazem będziemy mniej podatni na problemy emocjonalne, takie jak depresja czy stany lękowe, albo inne stany związany ze stresem, choćby bóle i bezsenność”.

Ponieważ życie nie zawsze toczy się zgodnie z planem, nauka obcowania z pewnym dyskomfortem staje się jedną z ważniejszych życiowych umiejętności. Autor książki „Minimalizm” Leo Babauta mówi, że prawdziwą sztuką jest „rozkwitać w niepewności”. Dodaje, że uleganie rozproszeniu uwagi oraz chorobliwe odkładanie spraw na później to formy unikania dyskomfortu. Jeśli więc umiemy sobie radzić z niepewnością, z poczuciem braku bezpieczeństwa, jeśli umiemy odpuszczać chęć ciągłej kontroli, mamy szansę na zrealizowanie wielu interesujących nas zamierzeń i podjęcie się ważnych dla nas działań. Babauta dodaje, że jeśli jednak jeszcze tego nie umiemy, nigdy nie jest za późno, żeby zacząć się uczyć.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Babauta, L. (2014). A Guide for Young People: What to Do With Your Life, Zen Habits [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Eichelberger, W. (2009). Odpuść sobie, rozmowę przepr. Pawłowicz B., Zwierciadło [online]. Niedostępny w Internecie.
Siegel R.D. (2011). Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności, tłum. Gładysek J., Warszawa: Czarna Owca.
Smoczyńska, M. (2014). Skuteczne działanie w stanie FLOW – czyli o sile niedziałania, niezarządzania i niekontrolowania, Życie Pełne Możliwości [online]. Niedostępny w Internecie.

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.

W ŚWIECIE IMPERATYWÓW

Chcemy być szczęśliwi. Chcemy, żeby było nam dobrze. Chcemy, żeby wszystkie nasze problemy udało się rozwiązać. Chcemy czuć radość i zadowolenie. Potrzeby związane z naszym komfortem i dobrym samopoczuciem są jak najbardziej zrozumiałe. Jednak – jak zwracają uwagę psychologowie – istnieje pułapka, którą jest obsesja na punkcie komfortu, zadowolenia i wygody. Oszukujemy siebie, żyjąc w huraoptymistycznym przekonaniu, że wystarczy tylko silna wola, żebyśmy osiągnęli harmonię i spokój, a życie przebiegało nam w przyjemnej atmosferze. Trudno się dziwić temu sposobowi postrzegania świata, ponieważ, jak zauważa terapeuta David Bedrick, często promuje się tylko określony rodzaj psychologii. Jest ona związana ze zdrowiem, szczęściem, brakiem fizycznych symptomów i związkami bez żadnych konfliktów. Rozpowszechniając jednak taki wizerunek psychologii odrzucamy możliwość rozwoju, ponieważ związany jest on również ze smutkiem, chorobą i konfliktem.

Musisz zawsze…! Nie możesz nigdy…!

Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele z rad, odnośnie naszego samopoczucia i komfortu życia, jest podawanych w formie nakazów lub zakazów. Mając na uwadze własne zdrowie, stan psychiczny, dobro naszych najbliższych, często fundujemy sobie literaturę naszpikowaną imperatywami: „Bądź szczęśliwy!”, „Uśmiechaj się codziennie!”, „Przytulaj się przynajmniej kilka razy w ciągu dnia!”, „Pielęgnuj swoje hobby!”, „Zawsze się wysypiaj!”, „Nigdy się nie złość!”, „Spotykaj się często z przyjaciółmi!”, „Uwierz w siebie!”, „Kochaj siebie!”, „Okazuj wdzięczność zawsze i wszędzie!”, „Bądź w zgodzie ze sobą!”, „Żyj w harmonii!”. Zalecenia te można by wymieniać jeszcze bardzo długo. Do tego dołączają się porady, które koniecznie musimy spełnić, żeby nasze życie było szczęśliwe, harmonijne i idealne. Literatura poradnikowa obfituje w dzisiejszych czasach w tytuły takie jak: „7 wskazówek, jak osiągnąć sukces”, „5 kluczowych zmian, które musisz wprowadzić w życie, żeby osiągnąć spokój”, „6 porad, które uczynią twój związek szczęśliwym” itd. Porady te – chociaż w takim zestawie mogą wydawać się banalne i powierzchowne – tak naprawdę zawierają fragmenty rzetelnej wiedzy, które mogą być dla nas pomocne, zwiększając nasz poziom zadowolenia z życia i przynosząc radość. Problem sprowadza się jednak do ilości tych treści w środkach masowego przekazu i prasie. Chcąc, żeby nasze życie czy życie naszych najbliższych było lepsze, ciekawsze, milsze czy po prostu bardziej szczęśliwe, nierzadko staramy się zastosować do wszystkich nakazów i zakazów, które w przekazie społecznym związane są z dobrym samopoczuciem lub zdrowiem. Nie jest odkryciem, że nie jesteśmy w stanie ich wszystkich spełnić. Zamiast poczucia zwiększania się naszego poziomu szczęścia, odczuwamy wtedy rozczarowanie i frustrację.

Na ogół jednak sięgamy po tego typu poradniki lub artykuły nie dlatego, żeby przytłoczyć się dużą ilością koniecznych do spełnienia warunków, ale właśnie dlatego, że szukamy pomocy, że potrzebujemy się zmienić, że chcemy poradzić sobie z trudnościami w naszym życiu. Sięgamy po nie, ponieważ zależy nam na szczęściu i zdrowiu nas samych i naszych najbliższych. Dodatkowo w naszym dążeniu wspiera nas kultura masowa, która zachęca do sięgania po kolejny poradnik, jak po tabletkę od bólu głowy. Reklamy przekonują nas, że możemy sobie poradzić z każdym rodzajem niedogodności w życiu i złagodzić każdy rodzaj trudności.

Poza frustracją, wynikającą z niemożności spełnienia wszystkich imperatywów związanych z dobrym samopoczuciem, innym niebezpieczeństwem – na co zwraca uwagę psycholożka i psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska – jest rozwinięcie w sobie niebezpiecznego poczucia, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, że nawet niemożliwe jest możliwe. Powoduje to, że bardziej niż w świecie realnych sukcesów, możliwości, ale i ograniczeń, zaczynamy żyć w świecie fantazji. Dlatego też, gdy tylko pojawiają się jakieś przeszkody i utrudnienia lub życie nie przynosi nam spektakularnych sukcesów, przeżywamy to bardzo negatywnie. Niekiedy może to skutkować obniżeniem poziomu poczucia własnej wartości, bo brak możliwości zrealizowania wszystkich imperatywów, które w naszym odczuciu powinny nam pomóc, musi oznaczać, że coś z nami jest nie w porządku.

Zawsze pozytywnie

Kiedy analizujemy rolę przekazu społecznego, mającego na celu zwiększenie poziomu odczuwanego szczęścia w naszym życiu, na szczególną uwagę zasługuje kult „pozytywnego myślenia”. Zaszczepia on w nas bowiem ideę, że w życiu przydarzać się nam będą tylko dobre wydarzenia za sprawą samego myślenia o nich, a sama rezygnacja z myślenia o tym, co trudne i nieprzyjemne, sprawi, że nie będziemy doświadczać nieszczęść i niepowodzeń. Idea ta z kolei znalazła wyraz w propagowaniu stosowania pozytywnych afirmacji jako remedium na życiowe problemy lub przynajmniej jako sposób na poprawienie naszego samopoczucia. Kilka lat temu, Joanne Wood, psy­cho­lo­żka z University of Waterloo, postanowiła zweryfikować pogląd, że pozytywne afirmacje skutkują polepszeniem naszego samopoczucia. Wyniki badań pokazały, że o ile afirmacje korelują pozytywnie ze wzrostem samopoczucia u osób z wysoką samooceną, o tyle osoby, które mają niską samoocenę, stosując takie afirmacje, czują się gorzej. Stosowanie afirmacji u tej ostatniej grupy zwiększa bowiem rozdźwięk pomiędzy uwewnętrznionymi negatywnymi przekonaniami oraz tym, jak się te osoby czują w rzeczywistości, a stanem pożądanym. Problem sprowadza się jednak do tego, że na ogół praktykowanie pozytywnych stwierdzeń o sobie jest zalecane właśnie ludziom z niską samooceną.

Afirmacje, pozytywne myślenie, imperatywy mające podnieść nasz poziom zadowolenia z życia to odpryski uproszczonych idei z jednego z nurtów w psychologii, a mianowicie psychologii pozytywnej. Wspomniana wcześniej Zofia Milska-Wrzosińska wskazuje, że teorie zawarte w tym nurcie, zapoczątkowanym przez prace Martina Seligmana, są dużo bardziej złożone, a samo pojawienie się psychologii pozytywnej wniosło ważne zmiany do myślenia o psychice człowieka. Wcześniej bowiem – jak zauważa psychoterapeutka – „przeważało widzenie człowieka jako istoty kruchej, słabej, nieradzącej sobie z trudnymi doświadczeniami”. To, co dobrego wniosła psychologia pozytywna, to spojrzenie na człowieka jako wyposażonego w skuteczne mechanizmy radzenia sobie z życiem. Teorie te są jednak dalekie od naiwnego optymizmu pozytywnego myślenia – dodaje Milska-Wrzosińska.

Z kolei Shawn Achor, autor książki „The Happiness Advantage”, mówi, że warto odróżnić irracjonalny optymizm od realnego optymizmu. Achor wskazuje, że zarówno optymiści, jak i pesymiści, mogą być realistami. Wtedy jedni i drudzy są w stanie ocenić realistycznie aktualną sytuację. To, co ich jednak odróżnia, to sposób w jaki radzą sobie z postrzeganą przez nich rzeczywistością. Podczas, gdy pesymiści widzą problemy jako stałe i wszechobecne, optymiści postrzegają je jako lokalne i czasowe. Innymi słowy, optymiści postrzegają problemy tylko jako część życia, zauważając wiele innych, dobrych rzeczy dziejących się w różnych obszarach ich egzystencji. Achor zwraca uwagę również na to, że błędne jest rozumienie optymizmu jako przymykania oka na niesprawiedliwość oraz ignorowania strat. Dodaje także, że chociaż optymizm może powodować podjęcie realnego działania, nie sprawi, że złe rzeczy znikną lub przestaną nas spotykać.

Idealna przyszłość

Przekaz społeczny pełen imperatywów, każących nam nieustanie doskonalić siebie i swoje życie, wikła nas również w przekonanie, że w przyszłości unikniemy cierpienia. Niestety powoduje to zwiększanie cierpienia, ponieważ sugeruje nie wprost, że możemy przeżywać szczęście tylko w wyidealizowanej, przyszłej rzeczywistości. Robert Biswas-Diener, przedstawiciel wspomnianej wcześniej psychologii pozytywnej, idzie jeszcze dalej w swoich rozważaniach. Wskazuje, że chybionym jest przekonanie, iż jeśli już przepracujemy wszystko, co mamy do przepracowania, zmienimy całkowicie nasz sposób myślenia, naprawimy swój związek lub zmienimy na bardziej harmonijny, wtedy przyszłość przyniesie nam szczęście. Oczywiście nie znaczy to, że należy zarzucić jakąkolwiek pracę nad zmianą swoich przyzwyczajeń, nawyków, szkodliwych przekonań czy destrukcyjnych zachowań. Praca ta pomaga nam bowiem wieść życie zgodnie z tymi wartościami i ku tym celom, które są dla nas ważne. Błędne natomiast jest lokowanie szansy na przeżywanie szczęścia dopiero w przyszłości, która – na co zwraca uwagę Biswas-Diener – jest ze swojej natury i definicji nieprzewidywalna i wysoce niewiarygodna, jeśli chodzi o poziom szczęścia. Może nam bowiem przynieść nie tylko przyjemne momenty, ale również problemy. Powinniśmy sie zatem liczyć z tym, że przyniesie nam ona zarówno szczęście, jak i smutek. I to bez względu na to, jak bardzo będziemy pracować nad sobą.

Wspomniany wcześnie Shawn Achor również zwraca uwagę na to, że umieszczanie szansy na doświadczanie szczęścia w przyszłości sprawia, że po pierwsze obecna chwila jest dla nas mniej satysfakcjonująca. Po drugie nie jesteśmy w stanie nigdy tego szczęścia osiągnąć, ponieważ zawsze są jeszcze jakieś nasze niedoskonałości do naprawienia, problemy do zlikwidowania, niepokoje do zażegnania. Kiedy nawet z wszystkimi już sobie poradzimy, pojawiają się nowe, adekwatne do nowej sytuacji. Możemy więc szukać tego szczęścia w nieskończoność, ciągle będąc rozczarowanymi swoim życiem. Nieustanne myślenie o tym, że przyszłość przyniesie nam szczęście i dobrobyt, zaszczepia nam bowiem dojmujące poczucie ciągłego braku i niespełnienia w życiu. Chęć doskonalenia się jest jak najbardziej zrozumiała, jednak przekonanie, że cały czas nie jesteśmy dość dobrzy, a stan pełnego zadowolenia osiągniemy dopiero w przyszłości, kiedy spełnimy wszystkie określone przez nas warunki, skutkuje obniżeniem się poczucia szczęścia w naszym życiu. Ciągłe traktowanie naszego życia jako problemu do rozwiązania zarówno ogranicza możliwości przeżywania dobrych chwil, które są naszym udziałem, jak i sprawia, że postrzegamy teraźniejszość jako nie dość satysfakcjonującą i niewartą naszej pełnej uwagi. Dodatkowo możemy przeżywać frustrację z powodu tego, że przyszłość – kiedy już staje się teraźniejszością – nie przynosi nam tak idealnego życia, jakie planowaliśmy dla siebie. Więc nie dość, że jesteśmy rozczarowani tym, co przyszłe zdarzenia mają nam do zaoferowanie, to jeszcze możemy obwiniać siebie za nieumiejętność zarządzania swoim życiem tak, by było ono idealne.

Doświadczanie niedoskonałości

Skoro przekonanie, że dzięki własnej woli i pozytywnemu myśleniu jesteśmy w stanie panować nieomal nad wszystkim, przynosi więcej cierpienia niż radości, czy znaczy to, że mamy zanurzyć się z odmętach smutku? Czy psychologia pozytywna przynosi jedynie naiwną wiarę, że wystarczy chcieć, by móc wszystko osiągnąć? Czy już nie mamy prawa być szczęśliwymi? Oczywiście na wszystkie te pytania należy odpowiedzieć negatywnie. Możemy być szczęśliwi, korzystać z wielu badań prowadzonych w nurcie psychologii pozytywnej, a smutek nie musi być naszym jedynym doświadczeniem. Jedyne, na co warto zwrócić uwagę, to presja społeczna, która może być dla nas bardzo obciążająca. Jest to presja, za którą stoi przekaz mówiący, że musimy być zawsze szczęśliwymi, uśmiechniętymi, zdrowymi, pogodzonymi z życiem i ze światem ludźmi sukcesu. Jest to presja, która sprawia, że zamiast cieszyć się życiem, smucimy się, że nie jesteśmy idealni.

Spełnienie wszystkich imperatywów, jakie przynosi współczesna kultura, jest niewykonalne. Nie znaczy to oczywiście, że mamy przestać zmieniać swoje życie. Jednak – jak wskazuje psycholog Steven Hayes – chodzi bardziej o podążanie w swoim życiu od jednego celu do drugiego, kierując się wartościami, niż o zrealizowanie wymarzonego scenariusza życia, po realizacji którego nic złego nigdy nas już nie spotka. Kierunki bowiem – jak tłumaczy Hayes – „nie są czymś, do czego można w jakikolwiek sposób dotrzeć, tak jak dociera się do jakiegoś celu lub do miasta”, tak samo jak wartości nie można posiąść niczym przedmiotów, „ponieważ stanowią cechy rozwijających się działań, a nie poszczególnych rzeczy”. Wartości wyznaczają kierunki, w których chcemy się poruszać, ale nie oznaczają koniecznie, że musimy osiągnąć sukces w pięciu krokach, nigdy się nie złościć, być zawsze szczęśliwymi czy wdzięcznymi za wszystko, co nas spotyka. Kierując się zatem wartościami, a nie imperatywami – często sprzecznymi ze sobą nakazami i zakazami płynącymi z licznych źródeł o charakterze poradnikowym – jesteśmy w stanie podróżować przez życie wraz z naszymi niedoskonałościami, kłopotliwymi myślami czy trudnymi emocjami.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Achor, S. (2011). Are You an Irrational Optimist?, Psychology Today [online]. Dostępny w internecie tutaj
Achor, S. (2010). The Happiness Advantage, New York: Crown Business
Bedrick, D. (2014). Into the Dark: A Psychology of Soul, Shadow, and Diversity, Psychology Today [online]. Dostępny w internecie tutaj
Hayes, S., C., Smith, S. (2014). W pułapce myśli. Jak skutecznie poradzić sobie z depresją, stresem i lękiem, tłum. Wojciechowski  A., Sopot: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Milska-Wrzosińska, Z. (2014).  „Czarno to widzę”. Jakie są korzyści z pesymizmu?, rozmowę przepr. Jucewicz A., Wysokie Obcasy [online]. Dostępny w internecie tutaj
Wood, J. V., Perunovic, W. Q. E., & Lee, J.  (2009). Positive thinking:  Power for some, peril for others. Psychological Science, 20, 860-866

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.

CO Z TYM SZCZĘŚCIEM?

Dążenie do szczęścia i dobrostanu jednostki jest jedną z kluczowych idei, jakie oddziałują na człowieka żyjącego w XXI wieku. Z jednej strony badania psychologiczne skupiają się wokół maksymalizacji pozytywnych emocji, przy jednoczesnej minimalizacji negatywnych stanów psychicznych. Ludzie odczuwają więc potrzebę nieustannej pracy związanej z polepszaniem warunków życiowych, kondycji psychicznej, ogólnego samopoczucia. Z drugiej strony dane empiryczne wskazują, że duża koncentracja na dążeniu do szczęścia wpływa negatywnie na samopoczucie oraz satysfakcję z życia. Ciągle niezaspokojone potrzeby bycia szczęśliwym oraz zewnętrzna presja do przeżywania wyłącznie pozytywnych doznań, rodzą rozczarowania i przygnębienie. Czy mamy zatem dążyć do szczęścia ze wszystkich sił, narażając się przy tym na zniechęcenie i frustrację, czy też zaniechać chęci bycia szczęśliwymi, prowadząc jałowe, przygnębiające życie? Czy istnieje inne niż owo dychotomiczne postrzeganie problemu? Co z tym szczęściem począć?

Mogę być szczęśliwa, szczęśliwy.

Szczęście jest niezwykle indywidualną kwestią. Nie istnieje jedna sztanca, podług której można by było mierzyć poziom zadowolenia życiowego człowieka. Co więcej, okazuje się, że takie czynniki jak dochody, wykształcenie, płeć czy stan cywilny nie mają większego wpływu na poziom szczęścia. Takie wnioski płyną z badań dwóch psychologów, Matthew Killingswortha oraz Daniela Gilberta, którzy stworzyli aplikację Track Your Happiness (Trop swoje szczęście), pozwalającą im zbierać dane dotyczące uczuć użytkowników, które to dane pozyskiwano w realnym czasie. Z przytoczonych badań wynika, że znacząca poprawa warunków bytowych wcale nie przekłada się na wzrost odczuwanego zadowolenia z życia. Odkryto za to, że szczęście ma związek z doświadczaniem chwili obecnej. Jak określają to badacze, „umysł ludzki jest umysłem wędrującym”. Implikacją tego odkrycia jest fakt, że im częściej ludzie błądzą myślami, tym bardziej spada odczuwany przez nich poziom szczęścia. Badacze zwracają również uwagę na to, że przy błądzeniu myślami szczęście maleje bez względu na to, jakie zajęcie wykonuje dana osoba. Nie ma znaczenia zatem, czy odpływamy myślami, stojąc w korku ulicznym czy leżąc na sofie. Nie ma również większego znaczenia rodzaj myśli (czy martwimy się o jutrzejszy dzień w pracy czy też marzymy o słonecznej plaży), bowiem nawet przyjemne myśli zmniejszają odrobinę poziom szczęścia. Killingsworth i Gilbert mówią wprost: człowiek jest najszczęśliwszy wtedy, kiedy żyje w pełni chwilą obecną.

Nie tylko błądzenie myślami, ale również nadmierna analiza, dotycząca zarówno życia zewnętrznego, jak i przeżyć wewnętrznych człowieka, nie wpływa pozytywnie na poziom odczuwanego szczęścia. Do takich wniosków doszło dwóch naukowców, Todd B. Kashdan i Robert Biswas-Diener, badających czynniki oddziałujące na szczęście. Okazało się, że ludzie deklarujący wysoki poziom zadowolenia z życia rzadziej przyjmują perspektywę analityczną, mniejszą wagę przywiązując do szczegółów. Nie są nadmiernie pedantyczni. Badacze stwierdzili również, że szczęśliwi ludzie nie boją się wychodzić poza swoją strefę komfortu, podejmując się działań związanych z odczuwaniem niepewności i niewygody. Przeczy to powszechnemu przekonaniu, że szczęście związane jest jedynie z komfortem, luksusem czy bezpiecznymi sytuacjami, które są pozbawione wszelkich trudności.

Korelacje pomiędzy trudnościami czy życiowymi problemami a szczęściem badał również wspomniany wcześniej Daniel Gilbert. Z badań tych wynika, że – wbrew obiegowym opiniom – człowiek nie musi być nieszczęśliwy w sytuacjach, gdy nie dostaje tego, czego pragnął. Odpowiada za to „psychologiczny system odpornościowy” (wykształcony w procesie ewolucji), który pozwala czuć się szczęśliwym nawet wtedy, gdy rzeczy nie układają się po naszej myśli. Gilbert wskazuje na dwa rodzaje szczęścia. Pierwsze, naturalne, jest doświadczane przez człowieka wtedy, gdy dostaje to, o czym marzył. Drugie jest szczęściem, które możemy sami tworzyć właśnie wtedy, kiedy rzeczy nie idą zgodnie z naszym planem. Poziom radości wynikający z obydwu jest podobny – dodaje psycholog. Co więcej, szczęście przez nas wytworzone jest tak samo prawdziwe jak naturalne i tak samo trwałe.

Z kolei Elizabeth Dunn, profesor psychologii na University of British Columbia w Vancouver w Kanadzie, oraz Michael Norton, profesor marketingu w Harvard Business School badali zależność pomiędzy pieniędzmi a poziomem szczęścia, sprawdzając, czy to prawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Początkowo wydawało się, że zależność pomiędzy tymi dwoma czynnikami jest bardzo słaba. Jednak prowadząc wnikliwe badania Dunn i Norton stwierdzili, iż pieniądze jednak dają szczęście. Zależność ta występuje jednak tylko w dwóch przypadkach. Pierwszy odnosi się do sytuacji, kiedy pieniądze nie służą nam do kupowania dóbr materialnych, a do kupowania „doświadczeń”. Mogą to być podróże, wycieczki, na których zwiedzamy ciekawe miejsca, obiad zjedzony w interesującej restauracji, warsztaty, na których coś ciekawego przeżyjemy itd. Istotne jest również, żeby te doświadczenia były intensywne i unikatowe, a więc takie, o których można opowiadać jeszcze długo po ich przeżyciu i którym nie grozi spowszednienie. Druga okoliczność, w której pieniądze mogą dawać szczęście, odnosi się do sytuacji, kiedy używamy ich do uszczęśliwiania innych ludzi. I nie chodzi tutaj o jakieś olbrzymie sumy pieniędzy. Badacze wykazali, że już niewielkie sumy wydawane dla innych mogą wpływać na wzrost naszego poziomu zadowolenia.

Na ważką kwestię związaną ze szczęściem, rozumianym jako przeżywanie pozytywnych emocji, zwróciło uwagę dwóch ekspertów: Barbara Fredrickson, naukowiec i psycholożka, specjalizująca się w pozytywnych emocjach oraz Steve Cole, badacz w dziedzinie genetyki i psychiatrii. W swoich badania doszli do wniosku, że ważnym czynnikiem, wpływającym na poziom szczęścia, jest poczucie sensu życia. Ludzie, którzy przeżywają pozytywne uniesienia, lecz nie posiadają silnego poczucia sensu, odbierają swoje życie jedynie w kategoriach hedonistycznych przyjemności. Często zatem mierzą się z frustracją i zniechęceniem (przyjemności bowiem nie trwają wiecznie). Nie chodzi oczywiście o to, że hedonistyczna przyjemność sama w sobie jest czymś złym i problematycznym. Jednak, na co zwraca uwagę Fredrickson, jeśli sens i przeżywanie przyjemności się rozmijają, ludzie doświadczają tego, co psycholożka określa jako „puste pozytywne emocje” – dokładnie takich samych doświadcza się podczas sztucznie wywołanej euforii (za sprawą np. narkotyków lub alkoholu). Z badań tych płynie zatem wniosek, że samo czucie się dobrze to za mało, że potrzebne jest jeszcze poczucie sensu życia, by można było mówić o doświadczaniu szczęścia.

Nie muszę być szczęśliwa, szczęśliwy.

W czasach, kiedy bycie szczęśliwym niekiedy postrzegane jest jako konieczność, kiedy dobre samopoczucie nie jest już wyborem, lecz przymusem, ludzie czują się często sfrustrowani i winni z powodu nie dość doskonałego życia, odbiegającego modelem od proponowanego społecznie wzorca. Za sprawą zalewu poradników, w których autorzy przekonują, że właściwie można zmodyfikować życie, jak się chce i osiągnąć szczęście, dobrobyt, sukces i miłość właściwie już za chwilę, zaczyna się w ludziach rodzić przekonanie omnipotencji. Owo złudne poczucie wszechmocy i całkowitej kontroli nad swoim życiem sprawia, że kiedy nasze emocje nie dają się poskromić, zdrowie – wbrew powziętym zaleceniom – zaczyna szwankować, a kariera nie nabiera takiego tempa, jakie założyliśmy, czujemy się zawiedzeni i oszukani. Renata Salecl, filozofka, socjolożka i teoretyczka prawa, zwraca uwagę na przygniatające poczucie obowiązku bycia szczęśliwym. W konsekwencji takie pojmowanie szczęścia przynosi więcej cierpienia niż korzyści. Ideał szczęścia, prezentowany głównie w mediach, dla większości osób jest nieosiągalny. Będąc pod presją dążenia do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, znaczna część ludzi czuje się gorsza i ułomna z powodu trudności w osiągnięciu wymarzonego celu, co prowadzi do bycia jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Każdy sygnał bowiem, wskazujący na to, że nie jest się szczęśliwym tak, jak być się powinno, odbierany jest bardzo negatywnie. Dołącza się do tego zatem biegunowość stanów emocjonalnych: po przeżyciach pozytywnych następuje załamanie, spowodowane niemożnością utrzymania dłużej stanu zadowolenia.

Przy tak restrykcyjnych wzorcach sukcesu i szczęśliwego życia, trudno jest czasami dostrzec inne sposoby funkcjonowania w świecie. Ray Bennett w swojej książce „The Underachiever’s Manifesto: The Guide to Accomplishing Little and Feeling Great” zwraca uwagę, że w świecie tak silnie dominuje retoryka sukcesu, osiągnięć i bycia najlepszym, iż często nie zdajemy sobie sprawy z możliwości wyboru innych rozwiązań w życiu. Takim przykładowym rozwiązaniem – co postuluje z kolei w swojej ostatniej książce psycholog Jonathan Rottenberg – mogła by być chociażby akceptacja negatywnych przeżyć i uczuć oraz rozpoznanie ich jako nieodłączny element życia człowieka, ważny na równi z doświadczaniem szczęścia. Autor książki „The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic” sugeruje, że może warto byłoby odejść od dążenia do szczęścia jako celu samego w sobie. Psycholog proponuje również zerwanie z ideą koncentrowania się przede wszystkim na kulcie wiecznej młodości, gloryfikacji bezproblemowego życia i spychania ludzi cierpiących na obrzeża świadomości społecznej oraz skończenie z tłumieniem własnych niechcianych doznań, żeby sprostać wymogom szczęśliwego życia.

Akceptacja własnych ograniczeń, negatywnych przeżyć oraz tego, że nie zawsze jesteśmy szczęśliwi, sprawia, że możemy kochać samych siebie oraz nawiązywać głębokie relacje z innymi. Takie wnioski wypływają z wieloletnich badań Brené Brown, autorki „Darów niedoskonałości”. Badaczka dowodzi, że ludzie, którzy nie dążą do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, są – wbrew pozorom – bardziej zadowoleni z życia od tych, których cechuje perfekcjonizm i poczucie samowystarczalności, którzy dążą do dopasowania się do określonego modelu doświadczania życia. Ci pierwsi, akceptując swoje niedoskonałości, nie muszą koniecznie zarabiać więcej, znaleźć natychmiast partnera, urodzić dziecko czy przepracować wszystkie swoje zaprzeszłe, negatywne doświadczenia na terapii, by czuć się dobrze ze sobą. Osoby te popełniają błędy w życiu, ale nie postrzegają tych porażek w kategoriach nieszczęścia czy bycia gorszymi. Dają sobie nie tylko prawo do niepowodzeń, ale również do różnych uczuć i myśli, do gorszych dni i gorszego samopoczucia. Akceptują niepewność, jaką niesie samo życie. Ponieważ szczęście nie jest dla nich priorytetem, nie czują frustracji i złości z powodu tego, że ich życie nie jest idealne, a oni sami wiecznie szczęśliwi.

Z przytoczonych badań szczęście jawi się raczej jako możliwość, nie konieczność, a już na pewno nie jako cel sam w sobie. Odejście od społecznego przymusu ciągłego dążenia do polepszania swojego samopoczucie daje nam więcej możliwości doświadczania życia oraz ułatwia samoakceptację. Nie chodzi jednak o to, aby rozsiąść się na własnym nieszczęściu, odrzucając możliwość przeżywania jakichkolwiek pozytywnych chwil w życiu. Chodzi raczej o zauważenie, że pozytywne i negatywne doznania są częścią psychicznego życia człowieka. Samo doświadczanie przyjemnych lub nieprzyjemnych stanów nie jest kłopotem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy usilnie koncentrujemy się na doświadczaniu tylko jednego rodzaju doznań. Warto korzystać z wiedzy i badań dotyczących problematyki szczęścia (w końcu jeśli możemy wpłynąć pozytywnie na nasze samopoczucie, to czemu tego nie zrobić?). Jednak dobrze jest co jakiś czas zadać sobie pytanie, czy nie przekroczyliśmy już tej cienkiej linii, za którą dążenie do idealnego, nierealnego życia wiecznej szczęśliwości stało się naszą nadrzędną wartością.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bennett, R. (2006). The Underachiever’s Manifesto: The Guide to Accomplishing Little and Feeling Great, San Francisco: Chronicle Books
Biswas-Diener, R. (2012). The Courage Quotient, United Kingdom: John Wiley and Sons
Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Dunn, E., Norton, M. (2013). Happy money: The science of smarter spending, New York: Simon & Schuster
Gilbert, D. (2007). Na tropie szczęścia, tłum. Rajewska E., Poznań: Media Rodzina
Kashdan, T.B.; Ciarrochi, J.V. (2013). Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, Oakland: New Harbinger
Killingsworth, M. (2011). Want to be happier? Stay in the moment, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Rottenberg J. (2014) The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic, New York: Basic Books
Salecl, R. (2013). Tyrania wyboru, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Smith, E. E. (2013). Meaning Is Healthier Than Happiness, The Atlantic [online]. Dostępny w Internecie tutaj

WOKÓŁ MITU ROMANTYCZNEJ MIŁOŚCI

W 2012 roku dr Jeremy Osborn z Albion College przeprowadził badania, opublikowane w czasopiśmie „Mass Communication”, z których wniosek był następujący: istnieje zależność pomiędzy tym, że ktoś wierzy, iż romantyczna miłość z hollywoodzkiego filmu może się mu przydarzyć a spadkiem zaangażowania w aktualną relację, w której żyje. Wiara w filmowy czy powieściowy ideał miłości może zatem wpływać negatywnie na istniejący związek. Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości” mówi, że „kult miłości romantycznej jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony co niedorzeczny”. Wskazuje również, że jest to promocja jednej tylko formy miłości, która uważana jest za wartą przeżywania i która zasługuje na to, by być uwiecznianą przez sztukę. „Jest to pewien nonsens. To tak, jakby skoncentrować się w opisie życia człowieka wyłącznie na czternastym roku życia. Przecież to tylko jeden rok, więc dlaczego akurat na nim się skupiać?” – dodaje psycholog. Jednak kultura i sztuka lubują się w wychwalaniu tego krótkotrwałego stanu upojenia hormonalnego. Miłość romantyczna, jako towar sprzedawany przez reżyserów, pisarzy czy kompozytorów, ma poczesne miejsce w zbiorowej świadomości. Tymczasem przez większość życia kochamy partnerów w inny, nieromantyczny sposób. Zasadzając nasze przekonania o miłości głównie na wyobrażeniach, zaczerpniętych z filmów i powieści romantycznych, nie wiemy, co ciekawego i godnego uwagi można robić z uczuciem i związkiem, kiedy romantyczna faza przemija.

Szukanie ideału

Współczesna forma mitu romantycznego mówi nam, że istnieje gdzieś w świecie odpowiednia dla nas osoba, która jest naszym dopełnieniem. Bez niej jesteśmy wybrakowani. Razem natomiast, jak złożone dwie połówki jabłka, stanowimy idealną całość. Rozpoznajemy tę osobę po fakcie zakochania się, które musi być obezwładniające i całkowite. Mit romantyczny mówi nam również, że po znalezieniu takiej osoby, będziemy szczęśliwi już do końca naszego życia. Niestety takie spojrzenie na intymne relacje jest często powodem wielu nieporozumień, konfliktów, frustracji i rozczarowań. Może nieść niebezpieczeństwo ciągłego szukania ideału, który spełni wszystkie odpowiednie kryteria i wymagania. Tymczasem w świecie jest wiele osób, z którymi potencjalnie możemy stworzyć satysfakcjonujący związek. Wynika to między innymi z tego, że – jak to ujmuje wspomniany wcześniej  Bogdan Wojciszke – o udanym związku decyduje nie to, jakie stałe cechy osobowości posiadają partnerzy, lecz jak funkcjonują w związku. To, że ktoś jest miły, ciepły i towarzyski albo wycofany, nerwowy i roztargniony nie znaczy, że związek z tą osobą będzie udany lub nie. Wzajemne funkcjonowanie w intymnej relacji dwóch osób to coś więcej niż suma ich stałych cech charakteru. Związek może wydobywać to, co w nas najlepsze. Może też ujawniać naszą mroczną, nieprzyjazną stronę, której istnienia w sobie nawet nie podejrzewaliśmy.

Faza zakochania również nie jest predyktorem dobrego związku. Wskazuje ona jedynie na pewne procesy zachodzące w naszej psychice, jak i naszym ciele. Na ogół charakteryzuje się tym, że jedna myśl (o obiekcie naszych uczuć) przesłania wszystkie inne myśli. Spada poziom naszego krytycyzmu, pojawiają się problemy z koncentracją, trudności w wykonywaniu prac intelektualnych. Jesteśmy niezwykle podekscytowani i skłonni do podejmowania szeregu aktywności, które wcześniej nie przyszłyby nam do głowy. Cele życiowe, które do tej pory były dla nas ważne, mogą odchodzić na dalszy plan lub całkowicie znikać. Na poziomie somatycznym możemy odczuwać spadek łaknienia, jak również mogą występować problemy ze snem. To wszystko świadczy tylko o tym, że nasze ciało i nasza psychika znalazły się w fazie zakochania – nie wskazuje natomiast na to, że związek z osobą, w której jesteśmy zakochani, okaże się w przyszłości satysfakcjonujący. Często faza zakochania może być bardzo dla nas myląca w ocenie przyszłego związku, ponieważ na ogół oznacza, że oczarowała nas nie prawdziwa osoba, lecz jej wyidealizowany przez nas obraz. Utożsamianie akurat tej postaci uczucia do drugiego człowieka z miłością oraz jej idealizowanie wpływa negatywnie na budowanie przyszłej relacji. Pozbawia bowiem chęci poszukiwania innych wzorców kochania drugiego człowieka i nieuchronnie prowadzi do rozczarowania, obwiniania siebie lub partnera, ponieważ ten etap związku zawsze przemija.

Pragnienie stałości

Uczucia, które na początku relacji charakteryzowały się dużą intensywnością, wraz z kontynuowaniem znajomości ulegają ochłodzeniu. Faza uniesień i zachwytów drugą osoba zawsze ma swój kres. Większość osób jest jednak przekonana, że początkowa namiętność, dla której charakterystyczne są takie określenia jak „obsesja” czy „widzenie tunelowe”, jest właśnie taką, jaka być powinna w związku. Buntują się przeciwko temu, że po kilku miesiącach lub latach stygnie ona do pewnej normy (która to norma uzależniona jest od indywidualnych cech danej osoby, takich jak wiek, stan zdrowia czy styl życia). Stawiając jako punkt odniesienia początkową intensywność uczuć, mają trudności w zaakceptowaniu, że ich niższy poziom okazuje się być właściwą namiętnością, adekwatną do dojrzałej relacji. Jednak, jak pisze w swojej książce „Psychologia miłości” Bogdan Wojciszke, „z faktu, że namiętność zanika po prostu dlatego, iż taka jest jej natura, wynika jeden wniosek praktyczny. Jeżeli wygasa czy słabnie namiętność jednego czy obojga partnerów, to nie ma większego sensu twierdzenie jakoby przyczyną były negatywne cechy któregokolwiek z nich („On nie potrafi kochać”) czy ich związku („To nie była prawdziwa miłość”). Równie bezsensowne byłoby obwinianie drzew, że opadły z nich liście, albo twierdzenie, że lata tak naprawdę nie było, skoro po nim nadeszła jesień. Akceptacja tej prawdy mogłaby uchronić wiele par przed goryczą rozczarowań czy rozstań”.

Jeśli zatem związek ma istnieć dalej, partnerzy potrzebują zdać sobie sprawę z faktu, że ulega on zmianie oraz być gotowymi na stworzenie relacji opartej na innych podstawach niż tylko początkowa namiętność. W odróżnieniu od zakochania, które obezwładnia i rozwija się właściwie poza kontrolą, związek partnerski wymaga zaangażowania i działania, ponieważ sam się nie tworzy. Na ogół przyjmuje się, że związek nacechowany romantycznymi uniesieniami trwa przeciętnie od dwóch do czterech lat. Ten czas – na co zwraca uwagę psycholog, Bartłomiej Dobroczyński – jest potrzebny na to, by nauczyć się siebie, zbudować związek partnerski i znaleźć nowe rodzaje więzi. Jest potrzebny na podjęcie decyzji o tym, czy chce się dalej być razem. Jeśli partnerzy pozostają w związku dłużej, wtedy do już nie tak intensywnej jak na początku namiętności dołączają się przyjaźń, a później przywiązanie, czasami też wspólne interesy. Zatem „w miarę trwania związku miłosnego nie tylko mogą pojawić się ważne zmiany w jego treści i intensywności, ale zmiany takie są wręcz nieuchronne jako następstwo zróżnicowanej dynamiki trzech podstawowych składników miłości” – pisze z kolei w swojej książce Wojciszke. Te podstawowe składniki to: namiętność, intymność i zaangażowanie. Wszystkie, wraz w trwaniem relacji miłosnej, ulegają zmianie. Oczekiwanie stałości w związku jest więc z góry skazane na niepowodzenie i rozczarowanie.

Ma być tylko przyjemnie

Romantyczne przekonanie, sprowadzające się do sformułowania „I żyli długo i szczęśliwie”, niesie ze sobą oczekiwanie, że związek będzie cały czas taki sam (czyli intensywność uczuć będzie niezmienna) oraz że po trudach szukania miłości i przejścia przez etap zakochania partnerzy będą doświadczać tylko pozytywnych uczuć i stanów. Tymczasem związek jest miejscem, gdzie jest zarówno miło, jak i trudno. Miejscem, w którym doświadcza się poczucia szczęścia i spełnienia, jak również zmaga się z niepewnością i trudnościami. Oczekiwanie, że związek będzie udany wtedy, gdy będzie pozbawiony kłótni, nieporozumień i kryzysów, wynika z braku zrozumienia dynamiki związku. Nieobecność kłótni i kryzysów nie świadczy o tym, że związek jest idealny. Wręcz przeciwnie: może (chociaż oczywiście nie musi) wskazywać na problemy z komunikacją, na brak asertywności któregoś z partnerów, na trwanie w relacji nie partnerskiej, lecz symbiotycznej, na lęk przed rozstaniem lub na wiele innych kwestii. Przekonanie, że kryzys pojawia się tylko jako zapowiedź końca relacji, utrudnia rozwiązanie trudnej sytuacji, podczas gdy to właśnie dzięki kryzysom związek może zacząć się zmieniać w stronę bardziej satysfakcjonującą dla obojga partnerów, co oczywiście wymaga jakiejś pracy. Proces zmian w związku, jego kolejne fazy oraz dynamika (polegająca na braku stałości) są naturalne dla intymnych relacji. Wynika to m. in. z tego, że ludzie się zmieniają (zarówno pod wpływem związku, jak i ze względu na nowe doświadczenia w ich życiu). Mają na to wpływ również względy kulturowe, społeczne czy ekonomiczne. Jednak żeby związek mógł trwać i rozwijać się, a co za tym idzie, przechodzić przez kolejne etapy, trzeba włożyć pewnie wysiłek w jego rozwój. Psycholog Robert Epstein uważa, że przeświadczenie, iż związek powinien być stały i zawsze szczęśliwy, jest bardzo niebezpiecznym mitem. Przekonanie to bowiem wpływa negatywnie na poziom zaangażowania w związek. Ludzie rezygnują z relacji w momencie, kiedy pojawiają się w niej jakieś kłopoty. Zapominają, że uczucia są z definicji bardzo krótkotrwałe. By związek mógł trwać, potrzebne jest zaangażowanie.

Do przekonania, że związek ma przynosić tylko pozytywne doświadczenia, może dołączać się również oczekiwanie, że relacja intymna ma być remedium na kłopoty. Takie przeświadczenie może prowadzić do bolesnych rozczarowań i stanowić początek końca tej miłości. Wynika bowiem z niego błędny wniosek, że związek miłosny trwa tak długo, jak długo jest w nim przyjemnie. Istotą związku nie jest jednak sprawienie, że problemy partnerów przestaną istnieć, co uczyni ich życie na zawsze szczęśliwym. Nie jest nią również naprawianie osobowości (jak chociażby zwiększanie poczucia własnej wartości). Upatrywanie w relacji intymnej schronienia, które ma uchronić przed przyszłymi zranieniami czy kłopotami, daje tylko złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Ludzie często przeceniają wpływ związku na własne życie. Bogdan Wojciszke mówi, że „związek to jedno z uwarunkowań zewnętrznych o stosunkowo małym wpływie na nasze poczucie szczęścia. Dlatego nie ma się co łudzić, że jeżeli będzie się miało następnego partnera, a prowadziło podobny tryb życia i realizowało te same cele, to coś nagle radykalnie się zmieni”.

Seks doskonały

Ma być romantycznie. Ma być idealnie. Mało tego, za każdym razem ma być tak samo dobrze i namiętnie. Tego typu przekonania często rodzą wiele frustracji, ponieważ nie uwzględniają zarówno zmian, jakie zachodzą w relacji intymnej, jak również wysiłku, jaki jest potrzebny do tworzenia dojrzałego seksu. Jest zupełnie naturalną sprawą fakt, że seks z czasem może tracić na atrakcyjności. Dzieje się tak nawet w parach, które nadal bardzo się kochają. Namiętność spada między innymi dlatego, że ludzie lepiej się poznają i wzrasta ich poziom intymności. Jak zwraca na to uwagę terapeutka i badaczka Esther Perel, u podstaw podtrzymywania pożądania w trwałym związku leży pogodzenie dwóch wzajemnie sprzecznych fundamentalnych potrzeb: bezpieczeństwa, przewidywalności, niezawodności, pewności, trwałości oraz przygody, nowości, tajemnicy, ryzyka, niebezpieczeństwa, czegoś zaskakującego, nieoczekiwanego. Autorka „Inteligencji erotycznej” dodaje, że w pożądaniu nie ma troski i opieki, które są bardziej wyznacznikami silnej miłości, ale również są silnymi anty-afrodyzjakami. Miłość wiąże się z bezinteresownością, podczas gdy w pożądaniu jest pewna dawka samolubstwa. Również wzrost poczucia bezpieczeństwa oraz przewidywalność, powstająca w związku, oddalają seksualnie partnerów od siebie, ponieważ pożądanie, by rosło, potrzebuje aspektów nieznanych, niespełnionych. Potrzebna jest niepewność. Perel mówi wprost: im bardziej partner czuje się przy drugiej osobie odpowiedzialny, tym mniej potrafi się przy niej zapomnieć. Warto ten mechanizm mieć na uwadze, inaczej „budzi się roszczeniowa postawa wobec partnerów. Chcemy, żeby zapewniali nam poczucie stabilizacji, komfortu, żeby byli przewidywalni, a jednocześnie dostarczali ekscytujących przeżyć i nowych wrażeń okrytych aurą tajemniczości” – dodaje Perel. Oczekiwanie, że życie seksualne nie będzie ulegało zmianie, że zawsze będzie idealnie, romantycznie i zmysłowo nie tylko stwarza niebezpieczeństwo rozczarowania samym seksem, ale również partnerem i samym związkiem, a także może rodzić poczucie winy i być przyczyną samooskarżania.

Idea romantycznego seksu zakłada również jego pełną spontaniczność. Tymczasem, aby seks był udany, potrzebne jest włożenie weń pewnego wysiłku. Zaskakujące jest to, że jeśli spojrzymy wstecz na seks, który wydawał nam się spontaniczny, kiedy byliśmy nastolatkami, okazuje się, że wcale taki nie był. Często nieświadomie poczyniliśmy pewne przygotowania, żeby miłosne igraszki mogły się wydarzyć. Szykowaliśmy się specjalnie na spotkanie czy imprezę. Być może piliśmy alkohol, żeby mieć poczucie większej swobody. To wszystko były przygotowania do późniejszego aktu miłosnego. Jednak czasami powstaje wyobrażenie, że kiedyś seks był spontaniczny oraz oczekiwanie, żeby taki był teraz. Niestety niesie to ze sobą niebezpieczeństwo zaniechania jakiegokolwiek działania oraz zdejmowania z siebie odpowiedzialności za nieudany seks. Marty Klein, seksuolog, zwraca uwagę, że wielu ludzi odrzuca ideę wkładania wysiłku w tworzenie dorosłego seksu, tkwiąc cały czas w wyobrażeniach, jakie mieli, będąc nastolatkami. Ograniczają swoje życie seksualne jedynie do przygód miłosnych lub oczekują, że będzie ono układało się podług powieści romantycznych. Nie biorą pod uwagę tego, że dorosły seks uwzględnia wszystkie nasze cechy, nasze trudności, zalety i słabości. A żeby mieć udane życie seksualne, trzeba się postarać.

Poza romantycznym schematem

Jeśli romantyczne podejście do miłości nie gwarantuje satysfakcjonującego związku, a wręcz może być utrudnieniem dla stworzenie relacji partnerskiej, jak również przyczyniać się do jej zakończenia, co zatem ułatwia budowanie dojrzałej relacji? Wojciszke wskazuje, że czynnikiem, wpływającym na utrzymywanie się związku na satysfakcjonującym poziomie, jest robienie wspólnie różnych ekscytujących rzeczy. Psycholog dodaje, że „nuda jest tym, co podstępnie zabija relację dwojga ludzi. Emocje, czy silne, czy słabe, karmią się bowiem pobudzeniem fizjologicznym, a to zawsze wymaga jakiegoś łamania schematów”. Autor „Psychologii miłości” mówi również, że cieszenie się szczęściem partnera wpływa pozytywnie na utrzymanie miłości. Nie jest to znowu tak oczywiste, ponieważ  niektórzy ludzie nie potrafią tego robić i czują się nieszczęśliwi z powodu satysfakcji drugiej osoby. Nate Bagley, który przez rok przeprowadzał wywiady z zakochanymi parami, do czynników, które czynią związek udanym, dodaje między innymi kochanie i akceptowanie samego siebie. Innymi czynnikami, jakie wymienia są zaufanie, które tworzy się nie przez słowa, a przez działanie oraz zachęcanie partnerów do podążania za ich osobistymi celami i marzeniami, nawet jeśli dzieje się to kosztem własnego dyskomfortu lub niewygody.

Z kolei wspominana wcześnie Esther Perel, która odwiedziła ponad 20 krajów, badając, co wpływa na udane życie erotyczne w parach o długim stażu, mówi, że pary te rozumieją, że każdy ma swoją erotyczną przestrzeń i seksualna prywatność. Rozumieją również, że gra wstępna nie zaczyna się na pięć minut przez aktem seksualnym, ale z końcem poprzedniego orgazmu. Rozumieją, że erotyka polega na tym, by czasami przestać być odpowiedzialnym – atrakcyjność partnerów bowiem rośnie, kiedy dostrzega się nich nie opiekunów, lecz ciekawą osobowość. Rozumieją wreszcie, że namiętność nie jest stała, ale umieją ją też wskrzesić, ponieważ nie funkcjonują w oparciu o mit dotyczący spontaniczności. Perel mówi wprost, że zaangażowany seks to seks zaplanowany. Jest on świadomy i celowy. Dodaje również, że „większą satysfakcję seksualną niż inni odczuwają ci, którzy mają realistyczne oczekiwania wobec partnera. Ich seks nie zawsze jest pełen pasji, ale jest wystarczająco dobry, by dawać przyjemność (….) To ludzie zadowoleni ze swojej seksualności, z własnego ciała, mający dość wysokie poczucie seksualnej wartości, a to prowadzi do dobrej komunikacji seksualnej i zapewnia większą satysfakcję”.

Romantyczne przekonanie, że prawdziwa miłość nie zna granic i jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody, samo w sobie jest niekiedy największą przeszkodą na drodze do tego, by związek mógł trwać. Sama miłość (rozumiana jako uczucie) nie wystarcza. Potrzebne jest jeszcze zaangażowanie i wysiłek włożony w budowanie relacji opartej nie tylko na początkowym uczuciu. Jak podsumowuje to Bagley, szczęśliwe pary wiedzą, że jeśli będzie ciężko – albo zwłaszcza gdy będzie ciężko – lepiej będzie im razem. Nie jest to spowodowane wiarą, że niesie ich magiczne, bliżej nieokreślone uczucie romantycznej miłości, lecz tym, że zdają sobie sprawę, iż kryzysy i trudne momenty są naturalną częścią każdej intymnej relacji. Nauczyli się pracować razem nad związkiem, mają zatem zaufanie do siebie i partnera i wiedzą, że cokolwiek się zdarzy, będą razem próbować pokonać trudności – dzięki temu maja większe szanse poradzić sobie z trudną sytuacją.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Dobroczyński, B. (2014) Miłość to nie uczucie, MojaPsychologia.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Epstein, R. (2002) Love frenzy: Can I learn to love the media? Psychology Today [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gannon, M. (2012) Belief in TV Romances May Hurt Your Love Life, Purch [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Klein, M. (2012) Inteligencja seksualna, tłum. Sławińska M., Kraków: MIROKU
Perel, E. (2008) Czy małżeństwo zabija seks, rozmowę przepr. Florek-Moskal, M., Wprost [online]. Dostępny w Internecie  tutaj
Perel, E. (2013) Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, tłum. Magdalena Zielińska M., Kraków: Znak
Willett, M. (2014) A Single Guy Quit His Job And Spent A Year Interviewing Couples In Love — This Is The Best Relationship Advice He Learned, Business Insider [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2008). Miłość ci wszystko wypaczy, rozmowę przepr. Rotkiewicz M., Polityka [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2010). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

DOBRE NIEDOBRE EMOCJE

Warsztaty i kursy rozwoju osobistego, spopularyzowanie się pozytywnego myślenia oraz poglądu, że człowiek posiada wpływ na swoje myśli i emocje, wniosły dużo dobrego do życia poszczególnych ludzi. Dzięki rozwojowi i pracy nad sobą można czerpać więcej zadowolenia z życia, mieć poczucie większej harmonii ze sobą i światem, odczuwać więcej spokoju i radości. Niestety, zachłyśnięcie się pozytywnym myśleniem i kursami samodoskonalenia sprawiały, że zrodziła się wiara w omnipotencje człowieka w kwestii jego możliwości modyfikacji własnego życia w taki sposób, aby mógł doświadczać tylko przyjemnych doznań i nie przeżywać żadnych negatywnych. Pragnienie ciągłego ulepszania swojego życia, nieustanna pogoń za szczęściem i tyrania optymizmu sprawiają, że ludzie tłumią negatywne emocje, zmuszając się często, żeby być cały czas radosnymi, zadowolonymi, przeżywającymi szczęście osobami. Inspiracja i pomoc, które w założeniu miały wspierać rozwój, zaczynają go ograniczać i powstrzymywać.

Dopóki się uśmiechamy

Jeden z przekazów społecznych we współczesnym świecie kultury zachodniej, z którym dosyć często się stykamy, mówi, że dopóty będziemy akceptowani i doceniani, dopóki będziemy radośni i produktywni. Powinniśmy zatem prowadzić zrównoważone, szczęśliwe życie, pozostawiając na boku nasze lęki, obawy, wątpliwości. Jakby w opozycji do szybkiego tempa współczesnego życia, które sprawia, że trudno jest osiągnąć spokój umysłu, nie powinniśmy odczuwać zdenerwowania i napięcia. Powinniśmy za to nieustannie cieszyć się życiem, będąc opanowanymi, jednocześnie zwiększając naszą wydajność i kreatywność. W skrajnej postaci – na co zwraca uwagę Mari Ruti, profesor teorii krytyki na Uniwersytecie Toronto – kult „pozytywnego myślenia” zaszczepia nam ideę, że w życiu przydarzać nam się będą tylko dobre wydarzenia za sprawą samego myślenie o nich.

Imperatyw dotyczący przeżywania tylko pozytywnych emocji i usilnego dążenia do pozbycia się wszystkich nieprzyjemnych doznań jest czasami tak głęboko zakorzeniony, że boimy się nawet nazywać nasze emocje, powodowani wstydem i lękiem przed tym, że możemy być ocenieni jako gorsi, nie dość dobrzy. Dlatego też nie dajemy sobie prawa do choroby, obniżonego nastroju czy lęku. Nie pozwalamy sobie na momenty zatrzymania się w pędzie ku wymarzonemu szczęściu, nawet jeśli nasz organizm bardzo tego potrzebuje. Działamy często na przyspieszonych obrotach, żeby przypadkiem nie zwolnić i w konsekwencji nie poczuć niechcianych emocji. Zdarza się jednak opaść w końcu z sił, zachorować lub mieć gorszy dzień – wtedy jest dla nas jedna rada: musimy jak najszybciej się naprawić!

Przymus doświadczania tylko dobrych emocji wywodzi się przekazu społecznego dotyczącego tego, czego powinniśmy doświadczać, a czego unikać w życiu. Psycholog Randall Wilson wskazuje na zasady, do których, na przestrzeni wieków, został sprowadzony ów przekaz. Po pierwsze: nieprzyjemne myśli i emocje są złe, a przyjemne – dobre. Po drugie: jeśli człowiek doświadcza negatywnych myśli i emocji, oznacza to, że nie funkcjonuje dobrze i że powinien jak najszybciej pozbyć się tych „szkodliwych” stanów psychicznych. Po trzecie: można prowadzić dobre życie tylko pod warunkiem, że doświadcza się przyjemnych odczuć. Zasady te można zawrzeć w ogólnym stwierdzeniu, że dobre życie jest równoznaczne z dobrym samopoczuciem. Jak dodaje z kolei Marcin Fabjański, filozof: „Poszatkowaliśmy rzeczywistość na to, co dobre i złe, przyjemne i nieprzyjemne, i stosujemy strategię konia na szachownicy”. Chcemy jak najszybciej z pola oznaczającego złe, nieprzyjemne odczucia przeskoczyć na pole, w którym możemy doświadczać jedynie pozytywnych i miłych doznań.

Stłamszeni

Brak odpowiedniego treningu, który pomógłby w radzeniu sobie z negatywnymi emocjami, sprawia, że człowiek stara się tłumić negatywne doświadczenia. Obawia się nie tylko nieprzychylnego nastawienia lub krytyki ze strony innych ludzi, ale również boi się konfrontacji z niechcianymi uczuciami. Spadek energii, smutek, bezsilność, potrzeba wycofania, gniew, rozżalenie, lęk i wiele innych odczuć jest codziennie przez nas zagłuszanych na wiele różnych sposobów. Psycholog Tomasz Jamroziak wskazuje, że wiele osób, które doświadczają depresji, to ludzie z zablokowaną złością. W ich otoczeniu bowiem smutek był bardziej akceptowany niż wyrażanie złości. Psychoterapeutka Tori Rodriguez mówi z kolei, że próby tłumienia niechcianych myśli i uczuć mogą odnosić odwrotny skutek i powodować, że, paradoksalnie, będziemy doświadczać jeszcze większej ilości niechcianych stanów psychicznych, co systematycznie będzie wpływało na obniżenie poziomu naszego zadowolenia życiowego.

Jeszcze jedną konsekwencją tłumienia niepożądanych myśli i uczuć jest fakt, że stajemy się również nieczuli na cierpienie innych. Zakładamy, że jeśli nie są oni perfekcyjni, absolutnie szczęśliwi, wiecznie zadowoleni, to coś z nimi jest nie w porządku i prawdopodobnie przyczyna leży w tym, że nie starają się wystarczająco mocno. Silny nacisk na ciągłe doskonalenie swojego życia, na nieprzerwane doświadczanie dobrego samopoczucia, sprawia, że ludzie zaczynają bardzo szybko przypisywać negatywne oceny tym, którym trudno się jest dostosować do właściwego sposobu działania i przeżywania życia. Z jednej strony człowiek, pod wpływem huraoptymizmu, doświadcza przymusu przeżywania jak największej ilości pozytywnych odczuć, z drugiej strony jednak zmaga się z poczuciem, że pozytywne emocje nie mogą trwać wiecznie. Czując, że przecież szczęście nie będzie trwało w nieskończoność, że każda chwila nieuchronnie zbliża go do obniżenia się nastroju i pogorszenia samopoczucia, zaczyna równocześnie oczekiwać zbliżającego się nieszczęścia, co powoduje wzrost niepokoju związanego z przyszłością.

Oczywiście – co sygnalizuje również wspomniana wcześniej Mari Ruti – nie chodzi o fetyszyzowanie braku psychicznej lub emocjonalnej stabilności, który jest często olbrzymim obciążeniem, wielką trudnością, z którą na co dzień trzeba się zmagać. Wielu ludzi cierpi z powodu przeżywanego lęku, doświadczania depresji czy innych poważnych stanów psychicznych. Jednak postrzeganie negatywnych doświadczeń jako przeciwstawnych dobrze przeżytemu życiu jest dużym nieporozumieniem. Są one bowiem naturalnym i stałym elementem ludzkiego życia.

Oswajanie niesfornego

Lubienie przyjemnych rzeczy oraz nielubienie rzeczy niemiłych jest jak najbardziej normalne i nie stanowi problemu. Kłopoty pojawiają się wtedy, kiedy obsesyjnie zaczynamy pragnąć, żeby dobre rzeczy trwały zawsze, a nieprzyjemne nigdy się nie pojawiały. A przecież nasz charakter, jak mówi Mari Ruti, „to nie tylko to, co jest miłe i przyjemne, ale również to, co niestałe, nieuporządkowane, kłopotliwe, a nawet nieco wzburzone lub przygnębiające”. Randall Wilson posuwa się jeszcze dalej i mówi, że bycie cały czas szczęśliwym i nieustanne dobre samopoczucie są nienaturalne i odbiegają od zdrowego stanu ludzkiej egzystencji. Dążenie do maksymalizacji przyjemnych odczuć, przy jednoczesnym niepozwalaniu sobie na przeżywanie niemiłych, jest więc z góry skazane na niepowodzenie.

Doświadczaniu niechcianych odczuć i myśli towarzyszy przekonanie, że jest to wyraz naszej słabości. Postrzegamy siebie jako zbyt wrażliwych, podczas gdy – w myśl zasady o ciągłym doskonaleniu się – powinniśmy wziąć się w garść i naprawić, uleczyć, zmienić. Brené Brown, autorka książki „Dary niedoskonałości”, mówi, że wrażliwość nie jest oznaką słabości. Podkreśla, że jest to bardzo niebezpieczny mit. Definiuje wrażliwość jako emocjonalne ryzyko, okazywanie uczuć, niepewność. Jest ona napędową siłą życia, bowiem z niej powstaje innowacja, kreatywność i zmiana. „Wrażliwość jest najbardziej rzetelną miarą odwagi: do otwarcia się przed innymi, do bycia szczerym” – dodaje autorka. To odwaga do przeżywania zarówno pozytywnych, jak i negatywnych emocji. Jeśli bowiem możemy poczuć miłość do innej osoby, poczujemy również smutek i stratę, kiedy ją utracimy.

Jak zatem oswoić niechciane myśli i uczucia? Jak oswoić trudne doświadczenia? Jak zmierzyć się ze stratą, bólem, złością, smutkiem czy samotnością? Marcin Fabjański wskazuje, że praktykowanie uważności jest dobrym sposobem na zmierzenie się chociażby z poczuciem samotności. Badania pokazują, że zwrócenie uwagi na samego siebie podczas medytacji, wbrew pozorom, nie zwiększa poczucia osamotnienia. Oswaja natomiast doświadczenie samotności. Oswaja również i inne doznania, często określane jako nieprzyjemne, trudne. Tori Rodriguez również uważa, że doświadczanie i akceptacja takich doznań mają kluczowe znaczenie w stosunku do zdrowia psychicznego. W treningu uważności nie chodzi jednak o zmniejszenie ilości nieprzyjemnych odczuć, lecz o nauczenie się funkcjonowania w życiu w obecności  negatywnych myśli czy uczuć – dodaje psychoterapeutka. Niezależnie od tego, czy praktykujemy uważność, czy też nie, zawsze możemy podchodzić do doświadczanych przez nas uczuć i myśli z troską, nie starając się na siłę i za wszelką cenę zatrzymywać dobrych, rugując złe.

Żadna myśli czy emocja nie jest z natury dobra lub zła. To naturalne doświadczenia, wynikające z bycia człowiekiem. Smutek ma takie samo prawo do obecności w życiu jak radość – zwraca uwagę Randall Wilson. Dodaje, że „gdybyśmy wszyscy robili to, co sprawia że czujemy się dobrze lub co nas uszczęśliwia, nic znaczącego czy trudnego nigdy nie zostałoby ukończone”. Patrząc na nasze największe osiągnięcia w życiu, widzimy, że nie czuliśmy się dobrze przez cały czas, kiedy pracowaliśmy nad ich urzeczywistnieniem. Wszystko, co znaczące i trudne wiąże się również z nieprzyjemnymi uczuciami, wychodzimy bowiem wtedy poza naszą strefę komfortu, doświadczając takich odczuć, jak choćby niepewność, lęk czy zniechęcenie. Szczęście oznacza nie tylko robienie rzeczy przyjemnych i doznawanie pozytywnych emocji, ale również robienie czegoś znaczącego i ważnego, co niekoniecznie musi być (i często nie jest) związane z przeżywaniem tylko dobrych uczuć i pogodnych myśli. Oznacza to, że szczęście, dobre samopoczucie, radość i pogodny nastrój mogą – jak to określa Wilson – jedynie towarzyszyć nam podczas drogi ku rzeczom ważnym. Mogą pojawiać się i znikać. Warto więc cieszyć się nimi, kiedy ich doświadczamy, ale nie przywiązywać się do nich i nie traktować je jako cel sam w sobie.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Fabjański, M. (2013). Oswajanie samotności, Coaching, nr 6/2013 (21), s. 32 – 34
Jamroziak, T. (2013). Nieświęty spokój, rozmowę przepr. Rokita Z., Coaching, nr 6/2013 (21), s. 28 – 31
Rodriguez, T. (2013). Negative Emotions Are Key to Well-Being, Scientific American [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Ruti, M. (2014). Happiness and Its Discontents, The Chronicle of Higher Education [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wilson, R. (2013). Positive Thinking and Other Harmful Advice, Like a Fish in Water [online]. Dostępne w Internecie tutaj

POZA BEZPIECZNYM PORTEM

Na psychologiczną przestrzeń bezpieczeństwa składa się na ogół kilka rzeczy. Przede wszystkim są to nasze nawyki, przyzwyczajenia i schematy myślowe, którymi się posługujemy. Wszystko, co umiemy robić, wszystko, co jest dla nas znane, co jesteśmy w stanie wykonać rutynowo zalicza się do strefy komfortu. A zatem nawet niechciana i uciążliwa praca oraz męczący związek – jako, że są to rzeczy, z którymi na co dzień mamy do czynienia – mogą leżeć w tej strefie. I mimo, iż dostarczają negatywnych i trudnych emocji, ciężej jest czasami zrezygnować z takiej pracy czy związku, ponieważ już się do nich przyzwyczailiśmy, a zmiana status quo oznaczałaby wyjście poza schemat i wejście w nieznane, zmierzenie się z zupełnie nowym stanem rzeczy, podjęciem ryzyka. Z psychologicznego punktu widzenia posiadanie takiej przestrzeni jest potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czyli dla dobrego samopoczucia, jednak rozwój nieodzownie wiąże się z poszerzaniem tej strefy, z wchodzeniem w te rejony, które są dla nas nowe, budzące czasami lęk, czasami sprawiające, że czujemy się niekomfortowo.

Jeśli jest tutaj dobrze, to po co się stąd ruszać?

Przede wszystkim opuszczanie psychologicznej przestrzeni bezpieczeństwa jest niezbędne, jeśli chcemy się rozwijać, jeśli chcemy zmienić coś w naszym życiu, z czego nie jesteśmy zadowoleni, jeśli chcemy podjąć się nowych działań, jeśli wreszcie chcemy osiągnąć coś, co do tej pory tylko planowaliśmy lub o czym marzyliśmy. Nowe rozwiązania zawsze pociągają za sobą zmianę znanego, ustalonego porządku. Innowacyjność, pomysłowość, twórcze myślenie i inwencja nierozerwalnie związane są z wychodzeniem poza rutynowe myślenie i działanie w kierunku poszukiwania nowych możliwości. Dobrze oddają to słowa przypisywane Albertowi Einsteinowi: „Tylko ci, którzy podejmują się robienia rzeczy absurdalnych, są zdolni do osiągnięcia niemożliwego”. Wiele takich działań może nie wyjść, może okazać się nietrafionymi, jednak właśnie na tym polega kreatywność – na robieniu różnych dziwnych, czasami absurdalnych rzeczy, przy założeniu, że duża część niekoniecznie musi się udać.

Kurczowe trzymanie się strefy bezpieczeństwa pozbawia nas z kolei cieszenia się wieloma doznaniami, jakie oferuje samo życie. Jak trafnie ujął to ks. Jacek Stryczek: „Zgoda na wygodę niszczy. Nie można równocześnie żyć w bezpiecznym świecie i świecie fajnych wrażeń”. W tym duchu pracowało nad swoimi badaniami dwóch naukowców, Todd B. Kashdan i Robert Biswas-Diener, analizując, co wpływa na subiektywny poziom odczuwanego szczęścia. Odkryli oni, że jest to między innymi umiejętność wychodzenia ze strefy komfortu ku nieznanemu. Okazało się, że najbardziej ciekawe i przyjemne doświadczenia, których ludzie doświadczają w życiu, paradoksalnie, związane są z podejmowaniem działań związanych z pewnym dyskomfortem oraz brakiem stabilności. Tego typu aktywności, które bardziej kojarzą się z doświadczaniem niepewności, korelują pozytywnie ze wzrostem subiektywnego poczucia szczęścia i związane są bezpośrednio z rozwojem oraz podejmowaniem ryzyka. Badacze wysuwają taki oto wniosek: ludzie szczęśliwi, poza dostarczaniem sobie znanych przyjemności, nie boją się wychodzić poza sferę, w której czują się bezpiecznie, podejmując się działań związanych z odczuwaniem niepewności i dyskomfortu. Dzięki temu zarówno zapewniają sobie przeżywanie bardzo zróżnicowanych doświadczeń, jak i sięgają po rzeczy, których pragną, o których marzą. Mogą także wprowadzać do swojego życia zmiany dotyczące różnych obszarów życia: relacji, pracy, pasji, podróży, rodziny, zamieszkania i wielu innych.

Jeśli jest tak fajnie, to dlaczego jest tak trudno?

Skoro zatem wychodzenie poza strefę komfortu rozwija nas, pomaga znaleźć nowe rozwiązania na dotychczasowe problemy, dostarcza przyjemności oraz sprawia, że zwiększa się nasz poziom szczęścia, to dlaczego przekroczenie tej bariery bywa takie trudne? Składa się na to kilka czynników. Jednym z nich jest zmierzenie się z zupełnie nową sytuacją, a co za tym idzie – porzucenie poczucia stabilności. Musimy się wtedy skonfrontować z nowymi bodźcami, z nieznanymi sytuacjami, nowymi ludźmi. To z kolei może rodzić lęk, który jest w stanie skutecznie powstrzymać nas przed podjęciem działania, przed sięgnięciem po to, czego pragniemy. I wcale nie chodzi o to, aby się go obawiać lub tłumić. Jest on bowiem naturalną reakcją na niebezpieczeństwo związane z nieznanym, nowym doświadczeniem. Lęk wywołany jest antycypacją, obawą przed niepewną przyszłością. Boimy się cierpienia, jakie może nieść ze sobą opuszczenie bezpiecznej strefy.

Jako że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, tym, co nas powstrzymuje od zaryzykowania i wejścia w nowe, są również nasze nawykowe, osłabiające podjęcie działania, myśli. „Nie mogę tego zrobić”, „to jest zbyt ryzykowne”,  „na pewno sobie nie poradzę”, „nie da się tego wykonać” – wiele takich sformułowań powtarzamy sami sobie, kiedy wpadnie nam do głowy chęć podjęcia działania wykraczającego poza codzienny, dobrze nam znany schemat funkcjonowania. Umysł ludzki przywiązuje się do wielokrotnie powtarzanych myśli, do raz powziętych wniosków, generalizuje i sprawia, że nie podejmujemy nawet próby podważenia przekonania na dany temat. Ludzie nie sięgają po to, po co by chcieli nie tylko dlatego, że sami sobie powtarzają, iż nie da się tego zrobić, ale również dlatego, że inni podważają sensowność takiego działania. Oczywiście, inni mogą odradzać nam różnych działań troszcząc się o nas, starając się nas przestrzec przed niebezpieczeństwem. Jednak warto przyjrzeć się, czy na pewno wynika to z opiekuńczości, czy raczej z lęku ludzi, którzy nas otaczają, związanego z samą myślą, że można opuścić bezpieczną strefę funkcjonowania. Często zatem poddajemy się już na starcie lub nawet wcześniej, nie próbując nowych rozwiązań. Cytując Michała Anioła: „Największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to że mierzymy za nisko i cel osiągamy”. Tymczasem większość rzeczy, które wydają nam się nieosiągalne, jest w zasięgu naszych możliwości.

Ważnym czynnikiem, powstrzymującym nas przed opuszczeniem strefy bezpieczeństwa, jest obawa przed popełnieniem błędu oraz przed doświadczeniem porażki. Kathryn Schulz, autorka książki ”Being Wrong: Adventures in the Margin of Error” („Myląc się: przygody na marginesie błędu”) zwraca uwagę na to, że bardzo często upieramy się, że mamy rację, bo sprawia to, iż czujemy się błyskotliwi, odpowiedzialni, cnotliwi i bezpieczni. Nauczyliśmy się bowiem, że „jeśli coś nam się nie uda, oznacza to, że coś z nami jest nie tak”. Tymczasem wychodzenie poza strefę komfortu implikuje zarówno popełnianie błędów, jak i doświadczanie porażek. Odbierając porażki osobiście, jako wyraz tego, że nie jesteśmy dość dobrzy, dość skuteczni, dość przewidujący, boimy się nawet próbować. Mirosław Słowikowski, psycholog biznesu i trener, mówi, że wiele osób boi się zakochania z lęku przed popełnieniem błędu skierowania swoich uczuć ku nieodpowiedniej osobie. Wielu ludzi nie próbuje znaleźć takiej pracy, jaka im opowiada, ponieważ boją się porażki. Tymczasem – jak podkreśla psycholog – nasze  życie jest nierozerwalnie związane z błędami.

W związku z tym, że opuszczaniu bezpiecznej przestrzeni towarzyszy odczuwanie niepewności, nasz umysł zaczyna sabotować takie działanie, domagając się poznania prawdopodobnego wyniku naszego przedsięwzięcia. Niestety, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji. Takiej pewność zatem, odnośnie wszystkich przyszłych działań, nigdy mieć nie będziemy. Wyjście ze strefy komfortu utrudniamy sobie oczekując spełnienia idealnych warunków do podjęcia działania: „Dopiero kiedy będę mięć wszystkie rzeczy/odpowiednią atmosferę/właściwych ludzi przy sobie/adekwatny nastój, wtedy zacznę działać”. Rzadko jednak okoliczności są idealne. Dlatego jeśli ulegniemy powyższemu przekonaniu, nigdy nie zaryzykujemy, nie spróbujemy nowych rozwiązań, nawet jeśli intuicyjnie czujemy, że czasami zdecydowanie lepiej jest zacząć działać od razu, posiadając tylko te narzędzia i zasoby, którymi na dany moment dysponujemy.

Jeśli jest tak trudno, to co zrobić, żeby było łatwiej?

Przy okazji omawiania tematu psychologicznej przestrzeni bezpieczeństwa w wielu artykułach, książkach czy prezentacjach autorzy proszą o wykonanie prostego ćwiczenia. Należ skrzyżować ręce na piersi, tak, jak to zazwyczaj czynimy – palce jednej ręki są skierowane ku góry, u drugiej widoczny jest tylko nadgarstek („pozycja zamknięta”). Teraz należy skrzyżować ręce odwrotnie, abyśmy mogli zobaczyć palce tej ręki, u której uprzednio widzieliśmy tylko nadgarstek. Większość ludzi w tym momencie doświadcza dziwnego uczucia, mogą się trochę czuć nieswojo. Dzieje się tak, ponieważ kiedy układamy ręce na odwrót, inaczej niż czynimy to na co dzień, wychodzimy właśnie poza naszą sferę komfortu.

Ten przykład uświadamia, że nie trzeba od razu „skakać na głęboką wodę”, mierząc się z paraliżującymi nas lękami. Oczywiście, samo przełożenie rąk jest tylko drobnym detalem, który zmieniliśmy, ale jeśli sukcesywnie będziemy zmieniać różne drobne nawykowe elementy w naszym życiu, okaże się, że poszerzanie sfery bezpieczeństwa nie jest tak trudne, jak się nam wydawało. Ba, może wręcz sprawiać nam przyjemność, dostarczając ciekawych, nowych, niezwykłych doznań. Zaczynać można od małych zmian, niekoniecznie dotyczących najważniejszych obszarów naszego życia – wtedy też unikniemy ryzyka wpadnięcia w sferę paniki. Kiedy nauczymy się drobnymi krokami wychodzić poza bezpieczny obszar naszych działań, doświadczając tylko niewielkiego dyskomfortu, będziemy z czasem w stanie zmierzyć się z rzeczami, które do tej pory budziły w nas duży lęk, który sprawiał, że odpuszczaliśmy podjęcie jakiekolwiek działania w kierunku realizacji naszych celów, pasji, bądź marzeń. Pamiętajmy, że nawet nieduża zmiana w działaniu może bardzo zmienić naszą perspektywę.

Powstrzymywać przed wchodzeniem w nieznane może również błędne przekonanie, że wraz ze zrobieniem pierwszego kroku nasza przestrzeń bezpieczeństwa zniknie, a my będziemy musieli do końca życia funkcjonować już w inny, zmieniony sposób. Czasami jednak chodzi tylko o samo ćwiczenie czy też doświadczenia czegoś nowego, niekoniecznie o dotarcie do celu. Ważne w praktykowaniu opuszczania bezpiecznej przystani, jako wyrazie troski o siebie, jest dawanie sobie prawa do zmiany decyzji. Nie musimy bowiem trwać przy raz podjętym postanowieniu. Oczywiście, nie chodzi też o to, by za każdym razem wycofywać się z działania tylko dlatego, że odczuwamy niewygodę, ponieważ przy wychodzeniu z naszej strefy bezpieczeństwa zawsze będziemy odczuwać mniejszy lub większy dyskomfort.

Odpuszczenie potrzeby posiadania ciągłej kontroli również jest pomocne przy podejmowaniu działań, leżących poza strefą komfortu. Warto pamiętać, że zawsze znajdą się osoby, które będą nas krytykować (dlatego, że same boją się podjąć działania związane z ryzykiem, jak również dlatego, że ocenianie leży w ich naturze). Chris Guillebeau, przedsiębiorca, podróżnik i pisarz, podkreśla w swojej książce „Nie bój się pójść własną drogą. Sztuka nonkonformizmu”, że zmienianie naszych dotychczasowych działań i modyfikacja naszego funkcjonowania może spotykać się z ostrą krytyką lub inną negatywną reakcją ze strony otoczenia. Dzieje się tak zwłaszcza, kiedy nasz cel i nasze działania wykraczają poza utarte schematy i przekonania innych ludzi. Jeśli chcemy, żeby wszyscy myśleli o nas dobrze i nas wspierali, zaczynamy oceniać i analizować każde nasze działanie. Tymczasem nie da się kontrolować wszystkiego, co ludzie o nas pomyślą. Oczywiście, lęk przed oceną innych jest naturalny i towarzyszyć będzie różnym przedsięwzięciom, chodzi jednak o to, żeby z jednej strony nie oczekiwać, że zniknie, a z drugiej strony działać, pomimo odczuwania go.

Im większą mamy wizję życia i celów, które chcemy osiągnąć, tym większą motywację zyskujemy, aby opuścić bezpieczny port. Jednak nie każdy z nas ma luksus posiadania tak silnego imperatywu wewnętrznego, aby od razu ruszać w nieznane. Jednak nawet bez tej wizji, jesteśmy w stanie wychodzić poza naszą bezpieczną przestrzeń, traktując każde takie działanie jako przygodę, dając sobie prawo do popełniania błędów i nauki. Jak mówi psycholog Jacek Walkiewicz: „Życie jest zawsze tam, gdzie robimy krok do przodu i w większości robimy w nieznane”. Zatem oswojenie się z myślą, że pewnie będziemy czuć się trochę niekomfortowo, trochę dziwnie, może nieswojo, daje nam szansę na realizację naszych celów i na doświadczanie szczęścia oraz wielu innych pozytywnych uczuć, ponieważ – cytując Briana Tracy’ego, eksperta w zakresie rozwoju osobistego oraz sukcesu zawodowego – „możesz wzrastać tylko, jeśli jesteś gotów czuć się dziwnie i niekomfortowo, próbując czegoś zupełnie dla ciebie nowego”.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Biswas-Diener, R. (2012). The Courage Quotient, United Kingdom: John Wiley and Sons
Guillebeau, C. (2011). Nie bój się pójść własną drogą, Warszawa: G+J Gruner+Jahr
Kashdan, T.B.; Ciarrochi, J.V. (2013). Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, Oakland: New Harbinger
Schulz, K. (2010). Being Wrong: Adventures in the Margin of Error, New York: HarperCollins
Słowikowski, M. (2012). Przez błędy do sukcesu?, rozmowę przepr. Dobroń G., PR3 [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

W ZMIENNYM TEMPIE ŻYCIA

Współczesny człowiek żyje w świecie wielu zmian, które dzieją się jednocześnie i to z dużą szybkością. Przyspieszenie postępu technologicznego wymusza potrzebę przystosowania się do transformacji w różnych obszarach funkcjonowania człowieka: zawodowym, społecznym, towarzyskim, edukacyjnym itd. Przyzwyczajenie się do pośpiechu, społeczna presja sukcesu czy chociażby nieustanna pogoń za szczęściem sprawiają, że cały czas staramy się biec do przodu bez zatrzymania, odpoczynek i sen redukując do niezbędnego minimum. W dążeniu do dobrostanu, do poczucia szczęścia, do niezależności finansowej, rozwoju kariery czy posiadania kolejnych dóbr materialnych, nie ma nic złego. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy oczekiwać, że nasz rozwój, nasza kariera czy nasza droga ku szczęściu będzie przebiegać bez żadnych zakłóceń, cały czas w takim samym lub nawet szybszym tempie niż teraz. Nie uwzględniając momentów spowolnienia, zatrzymania, a także takich sytuacji, kiedy niezbędne staje się wykonania kroku w tył, oczekujemy tylko zysków i nieprzerwanej hossy. Tymczasem krzywa zawsze rosnąca w przyrodzie nie istnieje. Zakładając, że nieustannie będziemy realizować nasze zamierzenia w takim tempie i zakresie, w jakim to sobie zaplanowaliśmy, buntujemy się bardzo w tych momentach, kiedy życie w jakiś sposób (czy to przez wymogi zdrowotne, rodzinne czy zawodowe) zmusza nas chociażby do spowolnienia. Traktujemy przeszkody na naszej drodze rozwoju i kariery jako wydarzenia, które nie powinny mieć miejsca, które świadczą o naszej nieudolności i słabości.

O ile niechęć do konfrontowania się z przykrymi zdarzeniami, z sytuacjami, które wyrywają nas z utartych kolein, jest zrozumiała (wymaga od nas wszak przystosowania się do zupełnie nowej sytuacji), o tyle narastające w nas poczucie winy, samooskarżanie czy sabotowanie poczucia własnej wartości jest nieuzasadnione, ponieważ wynika z przeświadczenia, że zawsze będziemy niezawodni w dążeniu do celu, że nigdy nie przytrafią nam się żadne kłopoty, że organizm i psychika są stworzone do całodobowej pracy na najwyższych obrotach przez okrągły rok. Tymczasem zdarzenia, które odbieramy jako przeszkody, są naturalną częścią naszej drogi rozwoju, kariery, samorealizacji czy spełniania marzeń.

Spowolnienie

Kryzys i spadek motywacji to etapy następujące po każdej ważnej zmianie w życiu człowieka, po pierwszej fazie nauki nowych rzeczy. Andrzej Bubrowiecki, coach rozwoju osobistego i trener w biznesie, zwraca uwagę na fakt, iż ów moment spowolnienia jest świetnym czasem na wprowadzenie poprawek i niezbędnych modyfikacji, ponieważ każdy proces zmiany wymaga od nas analizy. Zmieniające się warunki, dotyczące danego przedsięwzięcia (bez względu na to, czy jest ono związane z życiem zawodowy czy na przykład z naszym hobby), zmuszają nas do zastanowienia się nad kierunkiem i tempem wprowadzanych zmian oraz skutecznością już powziętych kroków. Kryzysy i niepowodzenia są wpisane w scenariusz zmian w życiu. Mogą nawet być przyczynkiem do zwiększenia się naszej operatywności i twórczego myślenia. Phil Hansen, multimedialny artysta, który musiał zmagać się z problemami neurologicznymi, powodującymi drżenie rąk, mówi, że zaakceptowanie ograniczeń może wzmóc kreatywność. Artysta dodaje, że uczenie się kreatywności w ramach obostrzeń, na które się napotykamy, daje nam szansę na zmianę nas samych i przekształcenie świata.

Biorąc pod uwagę samo postrzeganie czasu, warto zauważyć, że podczas gdy w wielu kulturach czas ma charakter cykliczny, a więc uważa się go za zasób odnawialny, w kulturze zachodu ma charakter liniowy, w związku z czym ludzie odnoszą wrażenie, że jego zasoby są ograniczone i cały czas ich ubywa. Carl Honoré, autor „Pochwały powolności”, podkreśla, że postrzeganie czasu w sposób liniowy zaszczepia w człowieku przekonanie, iż czasu jest mało i te chwile, które nie zostaną wykorzystane, przepadną bezpowrotnie. Skutkuje to przyspieszaniem tempa życia, próbą zrobienia więcej w coraz mniejszej jednostce czasu. Skupianie się na jednej rzeczy jest więc często postrzegane jako strata czasu. Postęp technologiczny zachęca dodatkowo do robienia kilku rzeczy naraz. Ścigamy się z innymi i sami ze sobą, robiąc wszystko w możliwie szybkim tempie. Kiedy mamy chwilę, w której akurat nie musimy wykonywać wielu rzeczy jednocześnie, kiedy możemy na moment przestać działać, czujemy się dziwnie. Dlatego też wielu z nas postrzega spowolnienie tempa zmian czy rozwoju jako zło konieczne. Tymczasem, jak wskazuje na to Carl Honoré, może być ono pożądaną wartością w życiu, ponieważ kiedy ludzie zwalniają w odpowiednich momentach, odkrywają, że mogą robić wszystko dużo lepiej, że są – wbrew pozorom – bardziej produktywni.

Rozumiane w ten sposób świadome zwolnienie tempa życia, na co wskazuje, psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, nie jest zaciąganiem hamulca, tylko raczej zdejmowaniem nogi z gazu. Slow life nie jest nurtem przeciw dorobkowi cywilizacji, lecz bardziej stylem życia, którego celem jest ratowanie się przed katastrofą cywilizacyjną – dodaje psychoterapeuta. Buntowanie się przeciwko doświadczaniu wszystkiego w jak najkrótszym czasie, nie skutkuje tym, że coś przechodzi nam koło nosa, że coś tracimy. Świadome spowolnienie tempa funkcjonowania sprawia, że samo życie staje się bardziej ciekawe. W końcu nurt slow life wyszedł od smakowania różnorodnych i przepysznych potraw wraz z rodziną czy przyjaciółmi, powstając jako alternatywa do idei fast foodów, w której nie ma miejsca na delektowanie się jedzeniem.  Mitem natomiast jest, że na wolniejsze życie mogą pozwolić sobie tylko zamożni ludzie w odpowiednim już wieku. Jak mówi Malwina Puchalska, psycholożka i trenerka, „bycie na emeryturze i posiadanie wielkiego majątku nie wystarczy, by wieść szczęśliwe życie”. Również nieporozumieniem jest łączenie idei slow life z koniecznością przeprowadzenia się na wieś, hodowania kóz i uprawy organicznych marchewek. Wielkie miasta oraz technologia nie są wrogiem powolnego życia. To kwestia decyzji, jak używamy chociażby urządzeń elektronicznych i na jaki styl życia się decydujemy w miejscu, gdzie mieszkamy. Możemy bowiem żyć w wielkim pośpiechu mieszkając również na wsi. Slow life – jak określa to Carl Honoré – jest stanem umysłu. Sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: jak używamy czasu? Jeśli staramy się przeżywać każdy moment nie tak szybko jak to możliwe, ale tak dobrze jak to możliwe, wtedy wybieramy powolność. I możemy w ten sposób funkcjonować zarówno w leśniczówce i chatce w górach, jak i na Manhattanie, w Tokyo, Londynie czy w Warszawie.

Zatrzymanie

Bez względu na to, jak oceniamy te momenty w życiu, w których musimy się na chwilę zatrzymać, nie są one ani dobre, ani złe. Przypisywanie momentom przestoju wartości negatywnych może natomiast prowadzić do zwątpienia w siebie, zniechęcenia czy utraty wiary w powzięte przedsięwzięcie czy rozpoczęty projekt. Marcin Fabjański, filozof, pisarz i trener, w swojej książce „Stoicyzm uliczny” wskazuje na to, że możemy zastąpić negatywne określenia tych etapów w życiu, kiedy musimy się z jakichś powodów zatrzymać (stojąc na przykład w korku ulicznym) na bardziej neutralne czy budujące. Nazywając tę sytuację na nowo, możemy określić ją jako chwilę odpoczynku, czas na przemyślenie i zastanowienia się nad dalszymi planami czy moment na podjęcie innych działań. Dzięki temu nie wściekamy się, nie irytujemy i nie stresujemy w czasie, kiedy przez jakiś czas musimy pozostać w jednym miejscu.

Awersja do momentów przestoju, jakie się w życiu przydarzają, może powstawać w związku z tym, że w trakcie szybkiego tempa życia nie musimy konfrontować się z naszymi obawami, niechcianymi uczuciami i wszystkimi myślami, które odpychamy od siebie. Po prostu nie mamy na nie czasu. W momencie, kiedy życie sprawia, że musimy się na jakiś czas zatrzymać, mamy czasami wrażenie, że te wszystkie niepokojące myśli i odczucia zalewają nas. Taki sam mechanizm występuje, kiedy świadomie zatrzymujemy się na chwilę, na przykład podczas medytacji. Możemy mieć wtedy poczucie, że mamy więcej myśli i uczuć, niż nam się wydawało. Zjawisko to opiera się na fakcie, że podczas praktyki medytacyjnej czy momentów przestoju w życiu pozwalamy sobie na konfrontację z tymi wszystkim wewnętrznymi stanami, których na co dzień nie dopuszczamy do siebie. Będąc zajętymi i zapracowanymi, nie zaznajamiamy się ze sobą, w własnymi emocjami i myślami. Jon Kabat-Zinn, lekarz i terapeuta w swojej książce „Gdziekolwiek jesteś, bądź” zwraca uwagę, że jeśli się na chwilę zatrzymamy w uważności, mniej potem ulegamy naszym lękom i rzadziej doświadczamy przytłoczenia przez kołowrót myśli. Takie zatrzymanie – dodaje autor – nie ma nic wspólnego z biernością. Metaforycznie mówiąc: kiedy zdecydujemy się znowu ruszyć, będzie to już inny jakościowo ruch, ponieważ właśnie się zatrzymaliśmy. Nasze działanie stanie się żywsze, bogatsze i konkretniejsze, a my sami będziemy mogli doświadczyć więcej równowagi w życiu.

Pozytywne aspekty zatrzymania dostrzegli już dawno temu Włosi celebrując chwilę, jedzenie, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, które to świętowanie określają jako dolce far niente (czyli „słodka bezczynność”, „miłe nieróbstwo”). W myśl tej idei, im bardziej wspaniale i rozkosznie potrafimy nic nie robić, tym większe są nasze życiowe osiągnięcia. I wcale nie musimy być bogaci, by tego doświadczyć. Nauka nicnierobienia bez odczuwania napięcia, wynikającego z poczucia zaniedbywania obowiązków czy marnowania czasu, jest podstawą dobrego relaksu. Wyrobienie sobie zdrowego nawyku „słodkiej bezczynności”, umiejętność świadomego zatrzymania się na jakiś czas w biegu, pozwala utrzymać we właściwej perspektywie sprawy, o które się martwimy i z którymi się źle czujemy.

Krok w tył

Kiedy w trakcie realizacji planów i zamierzeń konfrontujemy się z sytuacją, polegającą na tym, że musimy wykonać krok w tył, odbieramy to jako porażkę, niepowodzenie czy wręcz klęskę. Przerwanie studiów, utrata pracy czy zakończenie związku postrzegane są często jako ostateczna przegrana w życiu. Mówimy wtedy: „nie udało się, niestety”. Tymczasem momenty, kiedy – w naszym odczuciu – musimy się cofnąć do poprzedniego etapu (np. znowu zdawać egzaminy na inne studia, po raz kolejny ubiegać się o pracę czy jeszcze raz zacząć chodzić na randki) zdarzają się wszystkim ludziom. Są potrzebnymi elementami życia w tym znaczeniu, że czasami warto wiedzieć, z czego świadomie zrezygnować na rzecz innych marzeń, planów czy potrzeb. Chociaż wybory te nie są łatwe, nie jesteśmy w stanie uniknąć ich w życiu.

Zrobienie kroku w tył często wiąże się z przyznaniem się do błędu, do tego, że decyzje, jakie podjęliśmy, okazały się być nietrafionymi. Błędy popełnia się na każdym etapie życia. Same w sobie są immanentną cechą człowieka. Jednak prawdziwą dojrzałością jest umieć wycofać się z podjętej decyzji, kiedy już zauważymy, że to był błąd. Czasami jest to trudne, ponieważ umysł lubi mieć rację, lubi przywiązywać się do raz wyciągniętych wniosków. Kiedy celność naszych decyzji zostanie podważona, nie czujemy się komfortowo. Dlatego też część ludzi trwa przy błędnych decyzjach bardzo długo, chociaż wszystkie informacje wskazują na to, że warto by było się wycofać, zrobić ten krok w tył. Przyznanie się do porażki czy błędu jest kluczową umiejętnością na drodze do sukcesu czy w trakcie realizacji naszych marzeń i planów. Zrozumienie, że dotychczasowe zasoby przestały działać czy też niewłaściwie obraliśmy kierunek, daje nam szansę na naukę nowych umiejętności, poszerzenie dotychczasowej wiedzy czy weryfikację celów.

Dynamika życia

Dążenie do dobrostanu psychicznego, wspinanie się po szczeblach kariery, realizacja marzeń są procesami, które składają się z kilku elementów. Progres jest jednym z nich. Warto pamiętać jednak, że równie naturalnymi elementami są spowolnienia, konieczność zatrzymania się czy potrzeba wycofania się z podjętych decyzji. Ocenianie któregoś z tych elementów jednoznacznie negatywnie wynika z braku zrozumienia dynamiki życia. Każde z tych zdarzeń jest całkowicie naturalne i stanowi nieodłączną część ludzkiej egzystencji. Nie jesteśmy w stanie ciągle przeć do przodu, zwiększając tempo. Przy takim postępowaniu, prędzej czy później, nastąpi załamanie, krach, choroba. Warto więc zdawać sobie sprawę, że zdarzenia, rozumiane przez nas jako przeszkody, będą pojawiać się jeszcze wielokrotnie w naszym życiu. Może więc nie trzeba się na nie złościć, lecz wręcz przeciwnie: celowo decydować się na zmniejszenie tempa życia, na chwile odpoczynku i refleksji oraz świadomie wycofywać się z nietrafionych wyborów, aby nie tkwić latami przy błędnie podjętych decyzjach.

Przekonanie, że zawsze będziemy już biec do przodu, jest tak samo chybione, jak przekonanie, że będą nas spotykały tylko same nieszczęścia. Oba przeświadczenia narażają nas na obniżenie komfortu życia, czy to za sprawą rozczarowań, czy też z powodu antycypowania lęku i zniechęcenia. Zaakceptowanie stałej dynamiki zmian w naszym życiu oraz tego, że nie zawsze możemy być najlepsi, wygrani i na czele, może przyczynić się pozytywnie do redukcji stresu i napięć, których sami sobie dostarczamy.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bubrowiecki, A. (2009). O skuteczności działań cz.1, rozmowę przepr. Kosiorek T., radio Euro (Bis) [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Eichelberger, W., Kłak, M., Sztark, M. (2013). Rozmowy po zmroku, rozmowę przepr. Wilk P., PR2 [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Hansen, P. (2013). Embrace The Shake, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Honoré, C. (2012). Pochwała powolności, tłum. Umiński K., Warszawa: Drzewo Babel
Kabat-Zinn, J. (2007). Gdziekolwiek jesteś, bądź, tłum. Smagacz H., Warszawa: IPSI Press
Puchalska, M. (2011) Zwolnij, odkryj uroki slow life, rozmowę przepr. Biszewska J., Gazeta.pl Kobieta [online].

NIE ZAWSZE BĘDZIE DOBRZE

Codziennie człowiek bombardowany jest olbrzymią ilością reklam, których przekaz jest jednoznaczny: wystarczy, że skorzystasz z naszego produktu/usługi, a twój problem zniknie raz na zawsze. Ten jasny komunikat wpisuje się w przekaz kulturowy, podtrzymywany przekonaniami, że jedyne, co potrzebujesz robić, to przeczytać jakiś poradnik lub skończyć odpowiedni kurs, a twoje życie diametralnie się zmieni. Wkroczysz wtedy do krainy wiecznej szczęśliwości. Dokłada się do tego przeświadczenie, że jeśli nie jesteśmy szczęśliwi, coś w naszym życiu szwankuje i wymaga natychmiastowej poprawy. Gonimy więc szczęście ze wszystkich sił, wkładając w to bardzo dużo wysiłku i zaangażowania. Dlaczego zatem ten model funkcjonowania nie sprawdza się? Dlaczego wciąż jesteśmy rozczarowani?

W pogoni za szczęściem

Wiele osób myśli w taki sposób: będę szczęśliwa/szczęśliwy, jeśli będę mieć udany związek/osiągnę sukces/awansuję w pracy/wyjadę z kraju itd. Wzór ten opiera się na założeniu, że po spełnieniu określonych warunków, nasze odczuwanie szczęścia automatycznie wzrośnie i będzie utrzymywać się już na tym poziomie. Okazuje się jednak, że kiedy osiągamy wymarzony cel, często nie czujemy się bardziej szczęśliwi, a czasem wręcz czujemy się rozczarowani. Dzieje się tak dlatego, że zmieniły się jedynie okoliczności zewnętrzne, podczas gdy my często jesteśmy wciąż tacy sami. Badając przez ostatnie kilka lat zależności między szczęściem a sukcesem, Shawn Achor, trener biznesowy i wykładowca na Harvardzie, odkrył, że powyższy wzór działa dokładnie na odwrót. Autor książki „The Happiness Advantage” mówi, że „problem nie sprowadza się do tego, iż nie dążymy do szczęścia, lecz szukamy go używając złej metody”. Sukces bowiem nie jest równoznaczny ze szczęściem. Związek czy praca nie sprawią, że staniemy się od razu szczęśliwi z definicji.

Również nieustanne dążenie do perfekcji, jak i ciągła pogoń za szczęściem, nie powinny stać się celem samym w sobie. Psycholog Mirosław Słowikowski wskazuje, że jeśli motorem doskonalenia się jest ciągłe poczucie bycia nie dość dobrym, wtedy wszystkie porażki i błędy odbierane są jako dowód na naszą nieudolność i mierność, co rodzi poczucie niespełnienia i niezadowolenia. Czujemy się ciągle gorsi. Tezę tę potwierdzają niedawne badania Iris Mauss z Uniwersytetu w Denver. Z badań tych wynika, że duża koncentracja na dążeniu do szczęścia koreluje z gorszą oceną własnego dobrostanu, mniejszą satysfakcją z życia i gorszym samopoczuciem. Zbyt wysokie oczekiwania, wynikające z przemożnego pragnienia bycia szczęśliwym, nie mogą być bowiem w pełni zaspokojone, co prowadzi do rozczarowania i przygnębienia. Dążenie do doskonałości jako celu samego w sobie, bez względu czy odnosi się ona do siebie, relacji z innymi ludźmi czy do warunków w otaczającym świecie, jest z góry skazane na niepowodzenie. W pogoni za szczęściem łatwo można się rozczarować życiem, odnosząc się negatywnie do wszystkich niedoskonałości, porażek czy niechcianych emocji.

Mit szczęśliwości

Wyznaczanie sobie celów, po których osiągnięciu ma być już zawsze dobrze, koncentrowanie się na tym, aby doświadczać jedynie pozytywnych emocji, pragnienie, żeby życie ograniczało się tylko do ciągłego wyrzutu dopaminy, jest częstą przyczyną czucia się nieszczęśliwym. Jednak, jak zwraca uwagę psycholog Rob Archer, życie nie sprowadza się do odczuwania przez nas zadowolenia w każdej minucie. Dodaje, że chwil, w których czuliśmy się najbardziej spełnieni, nie poprzedzało nasze dobre samopoczucie – częściej poprzedzało je zwątpienie i lęk. Część ludzi, w momencie odczuwania negatywnych emocji, stara się za wszelką cenę i jak najszybciej się ich pozbyć. Funkcjonują oni w oparciu o przekonanie, że tylko rozwiązanie problemu (rozumianego jako odczuwanie dyskomfortu) czy kontrolowanie bólu sprawią, że staną się szczęśliwsi, a ich życie się poprawi. Tymczasem Archer sugeruje, że to właśnie nasza nietolerancja na doświadczanie bólu i niepewności jest przyczyną braku odczuwania szczęścia. Umiejętność działania w obecności negatywnych myśli i nieprzyjemnych wrażeń zdaje się więc być kluczem do radości życia.

W świecie jedyną pewną i stałą rzeczą jest jego zmienność. Życie nie było, nie jest i nigdy nie będzie stabilne. Człowiek nie w stanie przewidzieć zmian, jakie mogą nastąpić w jego życiu. Bez względu na to, jak dużo doświadczenia i wiedzy zgromadziłby w życiu, zawsze coś może go zaskoczyć, pójść wbrew planom i założeniom. Pragnienie, aby wieść ustabilizowane życie, jest bardzo złudne, przynosi często zawody życiowe i poczucie niespełnienia. Zmienne jest również nasze samopoczucie. Psycholog Randall Wilson mówi wręcz, że chęć doświadczania ciągłego poczucia zadowolenia jest stanem nienaturalnym – osiągnięcie go jest więc iluzoryczne. Tym, co nas unieszczęśliwia, jest zatem brak akceptacji zmienności naszych odczuć, naszego samopoczucia, jak i akceptacji niestałości otaczającego nas świata oraz oczekiwanie, że przyjdzie kiedyś taka chwila, gdy znikną wszelkie nasze wątpliwości, wahania, rozterki i lęk.

Szczęście pomimo

Mówienie „wszystko będzie dobrze” podtrzymuję wiarę w bezproblemową przyszłość. I nawet jeśli ludzie w większości zdają sobie sprawę, że doświadczanie bólu wpisane jest z ludzkie życie, rozczarowują się za każdym razem, gdy zaskoczy ich choroba, kryzys, niepowodzenie czy strata, ponieważ łudzą się, że może jednak ich życie będzie wyglądało inaczej. Nie chodzi oczywiście o kultywowanie w sobie przygnębiającego przekonania o posępnej przyszłości. Przesadny optymizm i idealizowanie przyszłych zdarzeń mogą jednak wpływać negatywnie na życie, ponieważ nie dość, że dostarczają frustracji i niezadowolenia związanych z faktem, że sprawy nie układają się po naszej myśli, to dodatkowo umniejszają lub wręcz pozbawiają radości z doświadczania chwili obecnej. Postrzegamy bowiem teraźniejszość jako nie dość dobrą, nieidealną, niewartą uwagi.

Tymczasem kryzysy są immanentną cechą ludzkiej egzystencji. Miliony ludzi na świecie właśnie przechodzi przez okres destabilizacji i rozchwiania. Dychotomiczna percepcja czasu, wyrażająca się w postrzeganiu kryzysu jako bezsprzecznie negatywnego momentu w życiu oraz czasu po kryzysie – jako nieprzerwanie trwającej radości, sprawia, że za każdym razem jesteśmy negatywnie zaskoczeni, kiedy coś odbiegło od naszych planów. Lepiej – co podkreśla w jednej ze swoich prelekcji psycholog Jacek Walkiewicz – zamiast mówić: „wszystko będzie dobrze”, powiedzieć „poradzę sobie”. Sprawia to, że będąc mniej roszczeniowymi wobec przyszłych zdarzeń, mniej będziemy doświadczać rozczarowań. Nie będziemy się skupiać wtedy na sprawach, na które nie mamy wpływu, a zyskamy większe zaufanie do siebie.

Przekonanie, że w przyszłości unikniemy cierpienia, powoduje zatem cierpienie, ponieważ ogranicza przeżywanie szczęścia tylko do wyidealizowanej rzeczywistości, która rzadko kiedy staje się naszym udziałem. Przeżywamy stres, złość i irytację,  ponieważ sprawy nie układają się tak, jak byśmy tego oczekiwali. Odczuwać szczęście można jednak pomimo życiowych komplikacji. Autor książki „Minimalizm” Leo Babauta mówi wprost: oczekuj tego, że rzeczy będą rozbieżne z twoimi zamierzeniami. Ale patrz na nie jako na integralną cześć życia. Na swoim blogu Zen Habits pisze: „Oczekuj, że dzieci nabrudzą. Oczekuj, że twój partner lub partnerka nie będą idealni. Oczekuj, że twój przyjaciel nie dotrze czasami na czas. Oczekuj, że rzeczy nie pójdą całkiem zgodnie z planem. Oczekuj, że ludzie czasami mogą się niewłaściwie zachować. Oczekuj, że współpracownicy czasem mogą nie okazać ci wsparcia. Oczekuj, że domownicy czasami po sobie nie pozmywają lub nie pozbierają swoich ubrań. Oczekuj, że szkło się zbije”. Szczęście bowiem jest to stan, kiedy rzeczy nie są doskonałe, a my wciąż jesteśmy zadowoleni.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Achor, S. (2010). The Happiness Advantage, New York: Crown Business
Archer, R. (2011). The Certainty Bias, Working with ACT [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Babauta, L. (2009). A Beautiful Method to Find Peace of Mind, Zen Habits [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Mauss, I., B., Tamir, M., Anderson, C. L., & Savino, N. S. (2011). Can seeking hapiness make people unhappy? Paradoxical effects of valuing happiness, Emotion, 11, 807-815 [pdf]
Wilson, R. ( 2013). Positive Thinking and Other Harmful Advice, Like a Fish in Water [online]. Dostępny w Internecie tutaj

PUŁAPKI ROZWOJU

Usprawnij swoje kompetencje lidera. Doskonal swoje umiejętności komunikacyjne. Wykorzystaj bardziej sprawnie swój czas. Rób lepsze plany. Popraw swoje życie. Możliwości, jakie dają nam warsztaty, szkolenia, kursy, seminaria czy poradniki związane z rozwojem osobistym, zdają się być wprost nieograniczone. Wystarczy wiedzieć, gdzie i co w naszym życiu nie działa tak, jakbyśmy chcieli, a potem już udać się w odpowiednie miejsce szkoleniowe czy nabyć adekwatny do problemu podręcznik i za chwilę będziemy naprawionymi, dobrze funkcjonującymi, świetnie przystosowanymi osobami. Wielu ludzi uległo magii tak pojętego rozwoju. Niestety, okazuje się, że rozwój osobisty nie zawsze idzie w parze ze szczęściem i satysfakcją życiową. Nie wszystko w życiu, co odbiega od oczekiwanych przez nas standardów, trzeba naprawiać. Ba, nie wszystko nawet można.

Szybciej, bardziej, więcej, lepiej.

W świadomości człowieka postęp na ogół jawi się jako korzystny proces mający na celu polepszenie warunków życia jednostki oraz całych społeczeństw. Niezmiennie łączy się go z rozwojem gospodarczym, aczkolwiek od lat 70. ubiegłego wieku znaczenia zaczął nabierać również pogląd, że sam wzrost gospodarczy może mieć konsekwencje zarówno pozytywne, jak i negatywne. Wzrost chorób cywilizacyjnych, rozwarstwienie społeczeństwa pod względem dochodów czy zniszczenie środowiska naturalnego, wynikające z rozwoju przemysłowego, to tylko niektóre z postulowanych negatywnych skutków postępu. Jednak brak rozwoju (indywidualnego, społecznego), ograniczenia w powstawaniu nowych technologii czy odkryć naukowych cały czas odbierane są jako wyraz zacofania społeczeństwa, który pozbawia swoich członków dobrobytu i komfortu życia.

Okazuje się jednak, że myślenie w kategoriach „im więcej, tym lepiej” może być zgubne. Colin Beavan, dziennikarz i autor książek, w filmie Mathieu Roy’a i Harolda Crooksa „Pułapki rozwoju”, zwraca uwagę na fakt, iż „od rewolucji przemysłowej tkwimy w pułapce myślenia, że postęp to więcej tego samego, że trzeba produkować lepsze maszyny i w większej liczbie.” Z kolei Ronald Wright, autor „Krótkiej historii rozwoju” dodaje, że coś, co na początku zdaje się być „ulepszeniem lub postępem, jest atrakcyjne i wydaje się nie mieć minusów”, po osiągnięciu pewnej skali zmienia się jednak w pułapkę lub ślepy zaułek. Autor podkreśla, że w głównej mierze za negatywne skutki tak widzianego postępu odpowiada brak równowagi i krótkowzroczne patrzenie, które może doprowadzić (i w niektórych przypadkach doprowadza) do lekkomyślnego zużycia zasobów, jakimi dysponuję zarówno jednostka, jak i społeczeństwo.

Nadal jednak kurczowo trzymamy się myśli, iż kluczową kwestią w naszym życiu musi być rozwój i postęp, rozumiane jako zwiększanie bądź to dochodów, bądź wytwarzanych, jak i posiadanych dóbr materialnych lub też innych parametrów, które w danym czasie określane są jako istotne (powiększenie ilości robionych zdjęć za sprawą przejścia na aparaty cyfrowe, pomnażanie liczby znajomych na portalach społecznościowych, zwiększanie liczby prezentowanych reklam etc). Wiązać to można z przekazywanym kulturowo (głównie za sprawą mediów) pojęciem dobrobytu, a co za tym idzie – szczęścia jednostki. Tymczasem Matthieu Ricard, buddysta i doktor biologii molekularnej, przekonuje, że tak postrzegane szczęście jest mylone z przyjemnością, która zależy od czasu, obiektu i miejsca. Jest zmienna i wyczerpuje się w trakcie jej doświadczania. Pojmowanie postępu w ten sposób może więc skutkować odwrotnymi efektami: przynosić rozczarowanie, frustrację, zmęczenie i niezadowolenie z życia poprzez funkcjonowanie w paradygmacie konieczności dążenia do maksymalizacji w praktycznie wszystkich obszarach życia. Czując, że cały czas jesteśmy niedoskonali, że moglibyśmy szybciej, bardziej, więcej, lepiej, staramy się nieustannie reperować i usprawniać nasze życie i warunki bytowe.

Życie do poprawki

Pułapką rozwoju osobistego, który stały się modny już jakiś czas temu, może być myślenie, że jeśli będziemy nieustająco pracować nad sobą, rozwiążemy wszystkie nasze problemy – niestety, sam rozwój niekoniecznie musi gwarantować nam, że kłopoty, z którymi się borykamy, przestaną istnieć. Tym dotkliwiej możemy odbierać nasze złe samopoczucie czy przeżywane przez nas negatywne emocje; bo przecież, jak to jest możliwe, że spotykają nas nieprzyjemne rzeczy, skoro tak intensywnie nad sobą pracujemy, chodząc na szkolenia, warsztaty czy też czytając książki samopomocowe. Jak zwraca uwagę Jacek Walkiewicz, psycholog i trener, dużo książek, które możemy kupić w księgarniach, zaczyna się od słowa „jak”: „Jak zmienić…”, „Jak rozwiązać…”, „Jak polepszyć…”, „Jak usprawnić….”. Tytuł takiego poradnika sugeruje, że autor poznał doskonałą metodę, sposób czy praktykę na rozwiązanie danego problemu. Tymczasem, jak przypomina Walkiewicz, jest to tylko opowieść o tym, jak udało się ten problem rozwiązać samemu autorowi i nierozerwalnie związana jest ona z życiem i doświadczeniami tej konkretnej osoby. W pewnym wieku, niektóre problemy same się rozwiązują chociażby przez dystans czy przez sumę doświadczeń.

Z rozwojem, jako ciągłym doskonaleniem się poprzez kolejne kursy, staże czy poradniki, wiążą się jeszcze dwa złudne przekonania. Pierwsze związane jest z tym, że część osób, niestety, pozostaje na etapie konsumowania dużej ilości informacji, mając tylko iluzoryczne poczucie rozwoju. W rzeczywistości jednak niewiele w życiu takich osób się zmienia. Przyswojenie wiedzy jest dopiero początkiem na drodze do zmiany czegokolwiek w życiu. Początek ten stanowi bardzo ważny element, jednak pozbawiony działania, staje się całkowicie bezużyteczny, a pieniądze i czas, jaki zainwestowaliśmy w zgromadzenie wiedzy, zmarnowane. Drugie przekonanie związane jest dychotomicznym postrzeganiem ścieżek rozwoju. Może bowiem zrodzić się w nas pogląd, że jedynie kurs czy szkolenie, na którym jesteśmy czy też koncepcja, którą poznajemy, są słuszne. Zwraca na to uwagę Peter Fenner w swojej książce „Promieniujący umysł”, pokazując, jak łatwo można zafiksować się na pojęciu „właściwej ścieżki”, dyskredytując inne możliwości i rozwiązania. Ważne jest bowiem nie tylko dotarcie do punktu, jaki sobie wyznaczyliśmy, ale również to, kim się stajemy, podążając do określonego celu.

Pułapką, w jaką możemy wpaść, jest również samo traktowanie naszego życia jako problemu, który należy rozwiązać. Przyczyn takiego postrzegania upatrywać można we współczesnym postępie technologicznym, u podstaw którego leży właśnie nasza umiejętność radzenia sobie z trudnościami. Kwestię tę dostrzega Steven C. Hayes, profesor na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Nevada, pisząc w artykule do „Psychology Today”, że nasza kultura hołduje idei naprawiania, zarządzania czy zmieniania „negatywnych” emocji; nie postrzega ich jako naturalnej część egzystencji ludzkiej. „Traktujemy nasze życie jako problem do rozwiązania, jakbyśmy mogli powybierać z niego tylko te doświadczenia, które lubimy, a odrzucić całą resztę” – dodaje profesor. Potwierdzają to również wyniki badań Brené Brown, wykładowczyni nauk społecznych na Uniwersytecie Houston, analizującej zdolność człowieka do współodczuwania i kochania. Z badań tych wynika, że nie jesteśmy w stanie wybiórczo nie czuć kłopotliwych emocji. Jeśli zaczynamy tłumić przeżywanie „negatywnych” uczuć, zaczynamy również tłumić te „pozytywne”.

Umysł ludzki jest świetnym narzędziem, za pomocą którego możemy radzić sobie z problemami, jakie napotykamy zarówno w naszym życiu, jak i takie, z którymi musimy sobie poradzić jako społeczeństwo. Jednak w dobie przestymulowania informacjami często zaczynamy analizować fikcyjne problemy. Zamiast przeżywać, akceptować, obserwować, chcemy wszystko naprawiać, zmieniać, dostosowywać. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby się nie rozwijać. Wręcz przeciwnie. Maria Moneta-Malewska, lekarka i psychoterapeutka, podkreśla, że jeśli ktoś uważa, że nie ma absolutnie nic do zrobienie, do nauczenia, do poznania, to już przegrał swoje życie. Jednak przekonanie, że mogę być szczęśliwa/szczęśliwy tylko wtedy, kiedy już wszystko naprawię, może właśnie pozbawić nas doświadczania tego szczęścia. Jeśli zbyt intensywnie pracujemy nad sobą, chcąc wszystko udoskonalać, ulepszać, poprawiać i za wszelką ceną się rozwijać, możemy wyrobić w sobie poczucie ciągłej niedoskonałości, bycia wybrakowanymi czy w jakiś sposób popsutymi, zapominając, że nasze życie przeżywamy jednak w chwili obecnej i że jeśli będziemy ciągle postrzegać je jako nie dość dobre, cały czas będziemy czuć się źle, nie dając sobie możliwości poczucia szczęścia.

Niedoskonałości

Nie jesteśmy w stanie być dobrymi we wszystkim. Rozpoznanie więc własnych predyspozycji staje się kluczowe. Zamiast tracić czas i pieniądze na kolejne szkolenia czy warsztaty, warto zastanowić się, czy na pewno jest to nam potrzebne – w końcu możemy być świetni tylko w kilku dziedzinach, a na ogół tylko w jednej czy dwóch. Zmierzenie się z prawdą, że części rzeczy nie jesteśmy w stanie się nauczyć, może być bolesne, jednak zacznie być łatwiejsze do zaakceptowania, jeśli uświadomimy sobie, że nie tylko predyspozycje, ale również motywacja odgrywa kluczową kwestię. Zaczyna jej brakować, kiedy tracimy czas na zajmowanie się tym wszystkim, czego nie lubimy, a co obiecują nam liczne szkolenia, przekonując, że możemy nauczyć się absolutnie wszystkiego.

Dając się uwięzić w przekonaniu, że wystarczy chcieć i bardzo dużo pracować nad czymś, żeby odnieść sukces, możemy bardzo rozczarować się swoim życiem. Zaczynamy wtedy porównywać się z innymi, zastanawiając się, co z nami jest nie tak. Obwinianie się za niedoskonałości jest, niestety, bardzo szkodliwe i może skutkować obniżoną samooceną, frustracją czy brakiem energii i chęci do działania. Tymczasem, być może nie chodzi o to, żeby koniecznie naprawiać osobowość. Ona nie musi być popsuta, lecz predestynowana do czegoś zupełnie innego. Takie patrzenie może uwalniać od poczucia winy oraz motywować do podjęcia działania. Fakt, że lubię jedną rzecz, a inną nie bardzo, nie świadczy, że jestem gorszy. Brak poczucia własnej wartości, brak wiary w siebie i w swoje działania mogą się brać właśnie z porównywania się z innymi lub/i z własnym obrazem siebie idealnego.

Wspomniana wcześniej Maria Moneta-Malewska zwraca również uwagę na to, że każdy z nas ma jakieś dziedziny „niepełnosprawności”, czyli takie obszary, w których nie czujemy się kompetentni lub w których nie jesteśmy (z jakichś powodów) w stanie nabyć odpowiednich umiejętności. Zupełnie niepotrzebnym jest fiksowanie naszego umysłu na tym, czego nie możemy zrobić (za co jest odpowiedzialne myślenie w kategoriach wszystko-albo-nic). Istnieje, bowiem, dużo innych celów, do których możemy dojść. Oczywiście, zawsze warto sprawdzić, czy zrobiliśmy wszystko, co można, ale jeśli ktoś nie ma żadnych zdolności managerskich, komputerowych czy też malarskich, to nie zmieni tego ilością wyprofilowanych kursów, na które się zapisze. W takiej sytuacji lepiej powiedzieć sobie: „no dobrze, managerem/informatykiem/malarzem nie będę, a kim jeszcze mogę być?”. Nie chodzi o to, że skoro nie posiadamy danych predyspozycji, jesteśmy w jakiś sposób ułomni, lecz o to, że mamy inne zdolności, które warto rozwijać. Brené Brown podkreśla, że ważne jest posiadanie odwagi, żeby być niedoskonałym oraz posiadanie współczucia dla samego siebie (co nie jest tożsame z litością i użalaniem się nad sobą). Nieustanne poprawianie naszego życia, potrzeba nabycia wszystkich umiejętności oraz ciągła modyfikacja naszej osobowości i naszych emocji mogą doprowadzić do chronicznego poczucia bycia nie dość dobrym, zwiększonego samokrytycyzmu oraz spadku satysfakcji życiowej. Dawanie sobie prawa, żeby w jakieś dziedzinie być bardzo dobrym, w innej przeciętnym, a w jeszcze innej zupełnie kiepskim może zaowocować bardziej rozsądnymi wyborami życiowymi i bardziej wydajnym zarządzaniem własnymi zasobami (czasem, pieniędzmi, umiejętnościami itd.). I nie chodzi tutaj o szukanie wymówek, lecz o nieuleganie presji pogoni za szczęściem, którego warunki spełnienia cały czas zmieniamy.

Szczęście odległe i bliskie

„W życiu chodzi o coś znacznie większego niż tylko przyspieszenie jego tempa” – mówił Mahatma Gandhi. We współczesnym świecie postępu technologicznego oraz kulturze opartej w dużej mierze na idei ciągłego doskonalenia się i poprawiania trudno jest jednak nie poddać się przymusowi uporczywego dążenia do szczęścia. Brak dawania sobie prawa do przeżywania negatywnych emocji, tłumienie tych uczuć, które są niewygodne tylko po to, żeby sprostać modelowi idealnego życia, nie sprawi, że szczęście w nas zagości. Zwraca na to uwagę Tori Rodriguez, dziennikarka i psychoterapeutka, mówiąc, że „mimo, iż warto pielęgnować pozytywne emocje, problemy powstają, kiedy ludzie zaczynają wierzyć, że muszą być uśmiechnięci przez cały czas”. W pogoni za szczęściem łatwo można to szczęście zagubić.

A jeśli nie usilne dążenie do szczęście, to co? Wielu psychologów skłania się ku idei znajdywania szczęścia w tym, co nas otacza i w tym, co mamy. Zaprzestanie szukania szczęścia może się okazać jednak jednym z trudniejszych wyzwań, lecz, paradoksalnie, właśnie cieszenie się tym, co przynosi życie może nas uszczęśliwić. Dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny, konsultant i trener, mówi, że „trwałego szczęścia, wbrew temu, co myśli wielu ludzi, raczej nie znajdziemy wtedy, gdy wszystkie wymarzone przez nas warunki do szczęścia zostaną spełnione”. Oczywiście, na chwilę możemy poczuć się szczęśliwymi, ale jest to stan przemijający, ponieważ człowiek habituuje się do wszystkiego. Więc coś, co było dla nas wyznaczonym celem, warunkami, które spełnione, miały przynieść nam szczęście trwające już od tej pory zawsze, przynosi nam tylko zaspokojenie potrzeb, a szczęście – jak podkreśla Matthieu Ricard – jest głębokim poczuciem spełnienia, a nie chwilową realizacją przyjemności. Rozwój więc jest jak najbardziej wskazany, jednak nie może być on rozumiany jako ściganie się z innymi ani z samym sobą w myśl nieustającego naprawiania siebie, by ostatecznie dotrzeć do wymarzonego punktu w życiu. Celem zdaje się jawić sama podróż, co dobrze ujął Thích Nhất Hanh, wietnamski mnich buddyjski, poeta i działacz ruchów pokojowych, mówiąc, że „do szczęścia się nie dochodzi. Szczęśliwym się jest idąc”.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Fenner, P. (2013). Promieniujący umysł, tłum. Zagajewski Z., Kraków: Wydawnictwo A
Kulbat, J. (2013). Jak żyć, żeby nie żałować?, Polski Portal Psychologii Społecznej [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Ricard, M. (2007). The habits of happiness, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Roy, M., Crooks H (2011). Pułapki rozwoju, Kanada: Against Gravity
Wright, R. (2004). A Short History of Progress, Kanada: House of Anansi Press