Utrzymać się w siodle zmian

Igor Rotberg rozmawia z Jadwigą Korzeniewską, socjolożką, autorką bloga Laboratorium Zmieniacza. Jadwiga Korzeniewska prowadzi również warsztaty z zakresu kształtowania nawyków w oparciu o sześć źródeł wpływu na zmianę.

 

Jadwiga Korzeniewska: Zdarza się, że gdy człowiek już zacznie wprowadzać zmiany, to nagle znajduje mnóstwo wymówek i usprawiedliwień, modyfikuje swój plan w pamięci tak, by się z niego nie wywiązać… Dlatego moim zdaniem warto spisywać swoje postanowienia, jeśli na serio myślimy o ich wprowadzeniu w czyn. Po pierwsze pamięć jest ulotna – także autobiograficzna, która luki łata tym, co jest dla niej wygodne i zgodne z całą historią naszego życia. Po drugie – do tego, co na piśmie zawsze można wrócić, by się do tego odwołać. Po trzecie – u mnie działało to na zasadzie umowy spisanej z samą sobą, a jako że wartością jest dla mnie dotrzymywanie słowa danego także sobie, bardzo chciałam spełnić warunki, na które się zgodziłam.

Igor Rotberg: Przy spisywaniu warto pamiętać o tym, żeby od razu wpisać w nasz kalendarz te małe kroki. Samo napisanie postanowienia, którego realizacja być może zajmie nam kilka miesięcy, może być dosyć obciążające. Jednak wpisanie do kalendarza nawet najmniejszego kroku, który możemy wykonać już dzisiaj lub w nadchodzącym tygodniu, będzie działało motywująco. Z jednej strony będziemy mieli zapisany cel, do którego się przybliżamy. Z drugiej strony będziemy widzieć, że coś już robimy w tym kierunku, że proces zmiany już się wydarza, że cel ten w jakimś stopniu już się realizuje.

JK: Dokładnie tak – warto stworzyć cały plan zmiany, żeby wiedzieć, co robić krok po kroku i z jakich narzędzi skorzystać. A w razie, gdy zastosowane metody nie działają, wycisnąć z tego maksimum informacji zwrotnej dla nas, zmienić narzędzie, zmodyfikować plan i spróbować raz jeszcze. W sześciu źródłach wpływu na zmianę nazywamy to zamianą złych dni w dobre dane.

IR: Pomoże nam również pamiętanie, że kryzys i spadek motywacji to etapy następujące po każdej ważnej zmianie w życiu człowieka, po pierwszej fazie nauki nowych rzeczy. Jest to idealny moment na wprowadzenie niezbędnych modyfikacji, ponieważ każdy proces zmiany wymaga od nas pewnej analizy.

JK: Kolejną rzeczą, która może podtrzymać zaangażowanie zwłaszcza w pierwszej fazie zmian jest zamiana wyzwania w grę, czyli krótko mówiąc zaadaptowanie mechanizmów grywalizacji do naszej zmiany osobistej. Każdy może sam zaprojektować sobie taką grę, w której będzie się ścigał sam ze sobą lub rywalizował w grupie. Warto, by nasza gra miała określony czas trwania, była podzielona na etapy i pozwalała na jakąś formę zapisywania wyników.

IR: Jednym elementów grywalizacji jest także świętowanie naszych działań i nagradzanie się. Przy czym warto nagradzać się jak najszybciej po wykonaniu określonej czynności oraz zmieniać nagrody.

JK: Zgadza się – dawanie sobie wciąż tej samej nagrody może powodować stan, w którym ona powszednieje i przestaje mieć dla nas rangę czegoś wyjątkowego. Ja obecnie zaprojektowałam sobie grę dotyczącą zmiany nawyków żywieniowych. Chodzi o jedzenie większej ilości warzyw, owoców i ryb. Codziennie zbieram punkty za pewne działania, mogę też „zdobyć” punkty ujemne za niekorzystne dla mnie zachowania. Gra toczy się na przestrzeni blisko 3 miesięcy, przez które muszę zdobyć 200 punktów, aby dostać dużą nagrodę na koniec gry. Po drodze mam oczywiście małe nagrody za małe sukcesy, aby podtrzymać swoje zaangażowanie. Dla zobrazowania postępów korzystam z tabeli wyników, którą sobie zaprojektowałam. Tabelę wypełniam codziennie, a rozliczam się w etapach tygodniowych, dzięki czemu mam stałą kontrolę nad postępami. Efekt jest taki, że nie myślę w kategoriach: „O rany, jeszcze muszę zjeść rybę…”, tylko myślę: „Ale super, jak zjem rybę, to wpadnie dodatkowy punkt!”. Zatem myślenie przestawia się z powinności na dobrą zabawę. A przy tym wyrabia się nawyk zwracania uwagi na to, co jem.

IR: To jest kwestia, którą poruszaliśmy w naszej poprzedniej rozmowie, czyli zmiana sposobu patrzenia, zmiana nawyków myślowych. Dzięki tej zmianie jesteśmy w stanie rozwijać się i eksperymentować oraz traktować nowe doświadczenia jako dobrą zabawę lub przygodę. Nie czujemy się wtedy przygnieceni własnymi oczekiwaniami, co do tego, jak ma wyglądać nasze życie, ale aktywnie i z przyjemnością uczestniczymy w jego modyfikacji.

JK: Bardzo dobrze to podsumowałeś. Myślę, że to czas, by wspomnieć o otoczeniu fizycznym, które ma wpływ na nasze nawyki i na to jak działamy. Mam na myśli przedmioty, którymi się otaczamy. Przykładem niech będzie zwykły talerz obiadowy. Wyniki eksperymentów Briana Wansinka – eksperta ds. żywienia z Uniwersytetu Cornell – unaoczniły ciekawą rzecz. Uczestnicy eksperymentu posługiwali się raz mniejszymi, raz większymi talerzami obiadowymi i sami nakładali sobie porcje. Za każdym razem osoby te deklarowały, że się najadły w momencie, gdy zjadły ok. 92% tego, co sobie nałożyły – dotyczyło to obydwu rozmiarów talerza a zatem obydwu wielkości porcji. Tymczasem różnica w liczbie przyjętych kalorii między użytymi w eksperymentach talerzami wynosiła czasem nawet 33%! Tego typu drobnych rzeczy fizycznych, które mają na nas wpływ, jest mnóstwo i dlatego warto przejąć kontrolę nad swoim otoczeniem fizycznym – rzeczami, a także miejscami, które odwiedzamy.

IR: Tak, ważne jest to, by środowisko było dla nas jak najbardziej motywujące. Oczywiście wiadomo, że nie wszystko możemy tutaj zmienić. Ale nawet drobne zmiany w tym obszarze mogą dodawać nam codziennie większej wiary w siebie, podtrzymywać na duchu i motywować. Chciałbym jednak tutaj podkreślić coś, o czym już wspomnieliśmy, ale myślę, że zawsze warto to przypominać. Przy motywowaniu siebie, zachęcaniu do podjęcia działania, należy nie zapominać o dawaniu sobie prawa do popełniania błędów. Jeśli będziemy oczekiwali od siebie, że skoro już udało nam się rozpocząć jakąś ważną zmianę w naszym życiu, żadne niepowodzenie nas nie dotknie, to za każdym razem, kiedy coś nam nie wyjdzie, będziemy doświadczać dużego rozczarowania, które może skutkować zaprzestaniem kontynuowania zmiany w naszym życiu. Natomiast postrzeganie niepowodzeń jako nowej dziedziny wiedzy, z której możemy wynieść dużo informacji dla siebie, będzie nie tylko utrzymywało naszą motywację, ale również wyznaczało naszą skuteczność.

JK: Zgadzam się z Tobą w 100%. Warto traktować swoją zmianę jako eksperyment. Być jednocześnie badaczem i przedmiotem swoich badań. Sprawdzać, co działa, ewentualnie modyfikować swój plan zmiany, tak aby był uszyty na miarę naszych realnych możliwości i faktycznych potrzeb.

IR: Dzięki temu będziemy mogli wyruszyć w niezwykłą podróż, pełną ciekawych i inspirujących nas rzeczy, bo – cytując psychologa Jacka Walkiewicza – „Życie jest zawsze tam, gdzie robimy krok do przodu i w większości robimy w nieznane”.

Reklamy

POZA BEZPIECZNYM PORTEM

Na psychologiczną przestrzeń bezpieczeństwa składa się na ogół kilka rzeczy. Przede wszystkim są to nasze nawyki, przyzwyczajenia i schematy myślowe, którymi się posługujemy. Wszystko, co umiemy robić, wszystko, co jest dla nas znane, co jesteśmy w stanie wykonać rutynowo zalicza się do strefy komfortu. A zatem nawet niechciana i uciążliwa praca oraz męczący związek – jako, że są to rzeczy, z którymi na co dzień mamy do czynienia – mogą leżeć w tej strefie. I mimo, iż dostarczają negatywnych i trudnych emocji, ciężej jest czasami zrezygnować z takiej pracy czy związku, ponieważ już się do nich przyzwyczailiśmy, a zmiana status quo oznaczałaby wyjście poza schemat i wejście w nieznane, zmierzenie się z zupełnie nowym stanem rzeczy, podjęciem ryzyka. Z psychologicznego punktu widzenia posiadanie takiej przestrzeni jest potrzebne dla poczucia bezpieczeństwa, stabilności, czyli dla dobrego samopoczucia, jednak rozwój nieodzownie wiąże się z poszerzaniem tej strefy, z wchodzeniem w te rejony, które są dla nas nowe, budzące czasami lęk, czasami sprawiające, że czujemy się niekomfortowo.

Jeśli jest tutaj dobrze, to po co się stąd ruszać?

Przede wszystkim opuszczanie psychologicznej przestrzeni bezpieczeństwa jest niezbędne, jeśli chcemy się rozwijać, jeśli chcemy zmienić coś w naszym życiu, z czego nie jesteśmy zadowoleni, jeśli chcemy podjąć się nowych działań, jeśli wreszcie chcemy osiągnąć coś, co do tej pory tylko planowaliśmy lub o czym marzyliśmy. Nowe rozwiązania zawsze pociągają za sobą zmianę znanego, ustalonego porządku. Innowacyjność, pomysłowość, twórcze myślenie i inwencja nierozerwalnie związane są z wychodzeniem poza rutynowe myślenie i działanie w kierunku poszukiwania nowych możliwości. Dobrze oddają to słowa przypisywane Albertowi Einsteinowi: „Tylko ci, którzy podejmują się robienia rzeczy absurdalnych, są zdolni do osiągnięcia niemożliwego”. Wiele takich działań może nie wyjść, może okazać się nietrafionymi, jednak właśnie na tym polega kreatywność – na robieniu różnych dziwnych, czasami absurdalnych rzeczy, przy założeniu, że duża część niekoniecznie musi się udać.

Kurczowe trzymanie się strefy bezpieczeństwa pozbawia nas z kolei cieszenia się wieloma doznaniami, jakie oferuje samo życie. Jak trafnie ujął to ks. Jacek Stryczek: „Zgoda na wygodę niszczy. Nie można równocześnie żyć w bezpiecznym świecie i świecie fajnych wrażeń”. W tym duchu pracowało nad swoimi badaniami dwóch naukowców, Todd B. Kashdan i Robert Biswas-Diener, analizując, co wpływa na subiektywny poziom odczuwanego szczęścia. Odkryli oni, że jest to między innymi umiejętność wychodzenia ze strefy komfortu ku nieznanemu. Okazało się, że najbardziej ciekawe i przyjemne doświadczenia, których ludzie doświadczają w życiu, paradoksalnie, związane są z podejmowaniem działań związanych z pewnym dyskomfortem oraz brakiem stabilności. Tego typu aktywności, które bardziej kojarzą się z doświadczaniem niepewności, korelują pozytywnie ze wzrostem subiektywnego poczucia szczęścia i związane są bezpośrednio z rozwojem oraz podejmowaniem ryzyka. Badacze wysuwają taki oto wniosek: ludzie szczęśliwi, poza dostarczaniem sobie znanych przyjemności, nie boją się wychodzić poza sferę, w której czują się bezpiecznie, podejmując się działań związanych z odczuwaniem niepewności i dyskomfortu. Dzięki temu zarówno zapewniają sobie przeżywanie bardzo zróżnicowanych doświadczeń, jak i sięgają po rzeczy, których pragną, o których marzą. Mogą także wprowadzać do swojego życia zmiany dotyczące różnych obszarów życia: relacji, pracy, pasji, podróży, rodziny, zamieszkania i wielu innych.

Jeśli jest tak fajnie, to dlaczego jest tak trudno?

Skoro zatem wychodzenie poza strefę komfortu rozwija nas, pomaga znaleźć nowe rozwiązania na dotychczasowe problemy, dostarcza przyjemności oraz sprawia, że zwiększa się nasz poziom szczęścia, to dlaczego przekroczenie tej bariery bywa takie trudne? Składa się na to kilka czynników. Jednym z nich jest zmierzenie się z zupełnie nową sytuacją, a co za tym idzie – porzucenie poczucia stabilności. Musimy się wtedy skonfrontować z nowymi bodźcami, z nieznanymi sytuacjami, nowymi ludźmi. To z kolei może rodzić lęk, który jest w stanie skutecznie powstrzymać nas przed podjęciem działania, przed sięgnięciem po to, czego pragniemy. I wcale nie chodzi o to, aby się go obawiać lub tłumić. Jest on bowiem naturalną reakcją na niebezpieczeństwo związane z nieznanym, nowym doświadczeniem. Lęk wywołany jest antycypacją, obawą przed niepewną przyszłością. Boimy się cierpienia, jakie może nieść ze sobą opuszczenie bezpiecznej strefy.

Jako że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, tym, co nas powstrzymuje od zaryzykowania i wejścia w nowe, są również nasze nawykowe, osłabiające podjęcie działania, myśli. „Nie mogę tego zrobić”, „to jest zbyt ryzykowne”,  „na pewno sobie nie poradzę”, „nie da się tego wykonać” – wiele takich sformułowań powtarzamy sami sobie, kiedy wpadnie nam do głowy chęć podjęcia działania wykraczającego poza codzienny, dobrze nam znany schemat funkcjonowania. Umysł ludzki przywiązuje się do wielokrotnie powtarzanych myśli, do raz powziętych wniosków, generalizuje i sprawia, że nie podejmujemy nawet próby podważenia przekonania na dany temat. Ludzie nie sięgają po to, po co by chcieli nie tylko dlatego, że sami sobie powtarzają, iż nie da się tego zrobić, ale również dlatego, że inni podważają sensowność takiego działania. Oczywiście, inni mogą odradzać nam różnych działań troszcząc się o nas, starając się nas przestrzec przed niebezpieczeństwem. Jednak warto przyjrzeć się, czy na pewno wynika to z opiekuńczości, czy raczej z lęku ludzi, którzy nas otaczają, związanego z samą myślą, że można opuścić bezpieczną strefę funkcjonowania. Często zatem poddajemy się już na starcie lub nawet wcześniej, nie próbując nowych rozwiązań. Cytując Michała Anioła: „Największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to że mierzymy za nisko i cel osiągamy”. Tymczasem większość rzeczy, które wydają nam się nieosiągalne, jest w zasięgu naszych możliwości.

Ważnym czynnikiem, powstrzymującym nas przed opuszczeniem strefy bezpieczeństwa, jest obawa przed popełnieniem błędu oraz przed doświadczeniem porażki. Kathryn Schulz, autorka książki ”Being Wrong: Adventures in the Margin of Error” („Myląc się: przygody na marginesie błędu”) zwraca uwagę na to, że bardzo często upieramy się, że mamy rację, bo sprawia to, iż czujemy się błyskotliwi, odpowiedzialni, cnotliwi i bezpieczni. Nauczyliśmy się bowiem, że „jeśli coś nam się nie uda, oznacza to, że coś z nami jest nie tak”. Tymczasem wychodzenie poza strefę komfortu implikuje zarówno popełnianie błędów, jak i doświadczanie porażek. Odbierając porażki osobiście, jako wyraz tego, że nie jesteśmy dość dobrzy, dość skuteczni, dość przewidujący, boimy się nawet próbować. Mirosław Słowikowski, psycholog biznesu i trener, mówi, że wiele osób boi się zakochania z lęku przed popełnieniem błędu skierowania swoich uczuć ku nieodpowiedniej osobie. Wielu ludzi nie próbuje znaleźć takiej pracy, jaka im opowiada, ponieważ boją się porażki. Tymczasem – jak podkreśla psycholog – nasze  życie jest nierozerwalnie związane z błędami.

W związku z tym, że opuszczaniu bezpiecznej przestrzeni towarzyszy odczuwanie niepewności, nasz umysł zaczyna sabotować takie działanie, domagając się poznania prawdopodobnego wyniku naszego przedsięwzięcia. Niestety, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji. Takiej pewność zatem, odnośnie wszystkich przyszłych działań, nigdy mieć nie będziemy. Wyjście ze strefy komfortu utrudniamy sobie oczekując spełnienia idealnych warunków do podjęcia działania: „Dopiero kiedy będę mięć wszystkie rzeczy/odpowiednią atmosferę/właściwych ludzi przy sobie/adekwatny nastój, wtedy zacznę działać”. Rzadko jednak okoliczności są idealne. Dlatego jeśli ulegniemy powyższemu przekonaniu, nigdy nie zaryzykujemy, nie spróbujemy nowych rozwiązań, nawet jeśli intuicyjnie czujemy, że czasami zdecydowanie lepiej jest zacząć działać od razu, posiadając tylko te narzędzia i zasoby, którymi na dany moment dysponujemy.

Jeśli jest tak trudno, to co zrobić, żeby było łatwiej?

Przy okazji omawiania tematu psychologicznej przestrzeni bezpieczeństwa w wielu artykułach, książkach czy prezentacjach autorzy proszą o wykonanie prostego ćwiczenia. Należ skrzyżować ręce na piersi, tak, jak to zazwyczaj czynimy – palce jednej ręki są skierowane ku góry, u drugiej widoczny jest tylko nadgarstek („pozycja zamknięta”). Teraz należy skrzyżować ręce odwrotnie, abyśmy mogli zobaczyć palce tej ręki, u której uprzednio widzieliśmy tylko nadgarstek. Większość ludzi w tym momencie doświadcza dziwnego uczucia, mogą się trochę czuć nieswojo. Dzieje się tak, ponieważ kiedy układamy ręce na odwrót, inaczej niż czynimy to na co dzień, wychodzimy właśnie poza naszą sferę komfortu.

Ten przykład uświadamia, że nie trzeba od razu „skakać na głęboką wodę”, mierząc się z paraliżującymi nas lękami. Oczywiście, samo przełożenie rąk jest tylko drobnym detalem, który zmieniliśmy, ale jeśli sukcesywnie będziemy zmieniać różne drobne nawykowe elementy w naszym życiu, okaże się, że poszerzanie sfery bezpieczeństwa nie jest tak trudne, jak się nam wydawało. Ba, może wręcz sprawiać nam przyjemność, dostarczając ciekawych, nowych, niezwykłych doznań. Zaczynać można od małych zmian, niekoniecznie dotyczących najważniejszych obszarów naszego życia – wtedy też unikniemy ryzyka wpadnięcia w sferę paniki. Kiedy nauczymy się drobnymi krokami wychodzić poza bezpieczny obszar naszych działań, doświadczając tylko niewielkiego dyskomfortu, będziemy z czasem w stanie zmierzyć się z rzeczami, które do tej pory budziły w nas duży lęk, który sprawiał, że odpuszczaliśmy podjęcie jakiekolwiek działania w kierunku realizacji naszych celów, pasji, bądź marzeń. Pamiętajmy, że nawet nieduża zmiana w działaniu może bardzo zmienić naszą perspektywę.

Powstrzymywać przed wchodzeniem w nieznane może również błędne przekonanie, że wraz ze zrobieniem pierwszego kroku nasza przestrzeń bezpieczeństwa zniknie, a my będziemy musieli do końca życia funkcjonować już w inny, zmieniony sposób. Czasami jednak chodzi tylko o samo ćwiczenie czy też doświadczenia czegoś nowego, niekoniecznie o dotarcie do celu. Ważne w praktykowaniu opuszczania bezpiecznej przystani, jako wyrazie troski o siebie, jest dawanie sobie prawa do zmiany decyzji. Nie musimy bowiem trwać przy raz podjętym postanowieniu. Oczywiście, nie chodzi też o to, by za każdym razem wycofywać się z działania tylko dlatego, że odczuwamy niewygodę, ponieważ przy wychodzeniu z naszej strefy bezpieczeństwa zawsze będziemy odczuwać mniejszy lub większy dyskomfort.

Odpuszczenie potrzeby posiadania ciągłej kontroli również jest pomocne przy podejmowaniu działań, leżących poza strefą komfortu. Warto pamiętać, że zawsze znajdą się osoby, które będą nas krytykować (dlatego, że same boją się podjąć działania związane z ryzykiem, jak również dlatego, że ocenianie leży w ich naturze). Chris Guillebeau, przedsiębiorca, podróżnik i pisarz, podkreśla w swojej książce „Nie bój się pójść własną drogą. Sztuka nonkonformizmu”, że zmienianie naszych dotychczasowych działań i modyfikacja naszego funkcjonowania może spotykać się z ostrą krytyką lub inną negatywną reakcją ze strony otoczenia. Dzieje się tak zwłaszcza, kiedy nasz cel i nasze działania wykraczają poza utarte schematy i przekonania innych ludzi. Jeśli chcemy, żeby wszyscy myśleli o nas dobrze i nas wspierali, zaczynamy oceniać i analizować każde nasze działanie. Tymczasem nie da się kontrolować wszystkiego, co ludzie o nas pomyślą. Oczywiście, lęk przed oceną innych jest naturalny i towarzyszyć będzie różnym przedsięwzięciom, chodzi jednak o to, żeby z jednej strony nie oczekiwać, że zniknie, a z drugiej strony działać, pomimo odczuwania go.

Im większą mamy wizję życia i celów, które chcemy osiągnąć, tym większą motywację zyskujemy, aby opuścić bezpieczny port. Jednak nie każdy z nas ma luksus posiadania tak silnego imperatywu wewnętrznego, aby od razu ruszać w nieznane. Jednak nawet bez tej wizji, jesteśmy w stanie wychodzić poza naszą bezpieczną przestrzeń, traktując każde takie działanie jako przygodę, dając sobie prawo do popełniania błędów i nauki. Jak mówi psycholog Jacek Walkiewicz: „Życie jest zawsze tam, gdzie robimy krok do przodu i w większości robimy w nieznane”. Zatem oswojenie się z myślą, że pewnie będziemy czuć się trochę niekomfortowo, trochę dziwnie, może nieswojo, daje nam szansę na realizację naszych celów i na doświadczanie szczęścia oraz wielu innych pozytywnych uczuć, ponieważ – cytując Briana Tracy’ego, eksperta w zakresie rozwoju osobistego oraz sukcesu zawodowego – „możesz wzrastać tylko, jeśli jesteś gotów czuć się dziwnie i niekomfortowo, próbując czegoś zupełnie dla ciebie nowego”.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Biswas-Diener, R. (2012). The Courage Quotient, United Kingdom: John Wiley and Sons
Guillebeau, C. (2011). Nie bój się pójść własną drogą, Warszawa: G+J Gruner+Jahr
Kashdan, T.B.; Ciarrochi, J.V. (2013). Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, Oakland: New Harbinger
Schulz, K. (2010). Being Wrong: Adventures in the Margin of Error, New York: HarperCollins
Słowikowski, M. (2012). Przez błędy do sukcesu?, rozmowę przepr. Dobroń G., PR3 [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

NIE ZAWSZE BĘDZIE DOBRZE

Codziennie człowiek bombardowany jest olbrzymią ilością reklam, których przekaz jest jednoznaczny: wystarczy, że skorzystasz z naszego produktu/usługi, a twój problem zniknie raz na zawsze. Ten jasny komunikat wpisuje się w przekaz kulturowy, podtrzymywany przekonaniami, że jedyne, co potrzebujesz robić, to przeczytać jakiś poradnik lub skończyć odpowiedni kurs, a twoje życie diametralnie się zmieni. Wkroczysz wtedy do krainy wiecznej szczęśliwości. Dokłada się do tego przeświadczenie, że jeśli nie jesteśmy szczęśliwi, coś w naszym życiu szwankuje i wymaga natychmiastowej poprawy. Gonimy więc szczęście ze wszystkich sił, wkładając w to bardzo dużo wysiłku i zaangażowania. Dlaczego zatem ten model funkcjonowania nie sprawdza się? Dlaczego wciąż jesteśmy rozczarowani?

W pogoni za szczęściem

Wiele osób myśli w taki sposób: będę szczęśliwa/szczęśliwy, jeśli będę mieć udany związek/osiągnę sukces/awansuję w pracy/wyjadę z kraju itd. Wzór ten opiera się na założeniu, że po spełnieniu określonych warunków, nasze odczuwanie szczęścia automatycznie wzrośnie i będzie utrzymywać się już na tym poziomie. Okazuje się jednak, że kiedy osiągamy wymarzony cel, często nie czujemy się bardziej szczęśliwi, a czasem wręcz czujemy się rozczarowani. Dzieje się tak dlatego, że zmieniły się jedynie okoliczności zewnętrzne, podczas gdy my często jesteśmy wciąż tacy sami. Badając przez ostatnie kilka lat zależności między szczęściem a sukcesem, Shawn Achor, trener biznesowy i wykładowca na Harvardzie, odkrył, że powyższy wzór działa dokładnie na odwrót. Autor książki „The Happiness Advantage” mówi, że „problem nie sprowadza się do tego, iż nie dążymy do szczęścia, lecz szukamy go używając złej metody”. Sukces bowiem nie jest równoznaczny ze szczęściem. Związek czy praca nie sprawią, że staniemy się od razu szczęśliwi z definicji.

Również nieustanne dążenie do perfekcji, jak i ciągła pogoń za szczęściem, nie powinny stać się celem samym w sobie. Psycholog Mirosław Słowikowski wskazuje, że jeśli motorem doskonalenia się jest ciągłe poczucie bycia nie dość dobrym, wtedy wszystkie porażki i błędy odbierane są jako dowód na naszą nieudolność i mierność, co rodzi poczucie niespełnienia i niezadowolenia. Czujemy się ciągle gorsi. Tezę tę potwierdzają niedawne badania Iris Mauss z Uniwersytetu w Denver. Z badań tych wynika, że duża koncentracja na dążeniu do szczęścia koreluje z gorszą oceną własnego dobrostanu, mniejszą satysfakcją z życia i gorszym samopoczuciem. Zbyt wysokie oczekiwania, wynikające z przemożnego pragnienia bycia szczęśliwym, nie mogą być bowiem w pełni zaspokojone, co prowadzi do rozczarowania i przygnębienia. Dążenie do doskonałości jako celu samego w sobie, bez względu czy odnosi się ona do siebie, relacji z innymi ludźmi czy do warunków w otaczającym świecie, jest z góry skazane na niepowodzenie. W pogoni za szczęściem łatwo można się rozczarować życiem, odnosząc się negatywnie do wszystkich niedoskonałości, porażek czy niechcianych emocji.

Mit szczęśliwości

Wyznaczanie sobie celów, po których osiągnięciu ma być już zawsze dobrze, koncentrowanie się na tym, aby doświadczać jedynie pozytywnych emocji, pragnienie, żeby życie ograniczało się tylko do ciągłego wyrzutu dopaminy, jest częstą przyczyną czucia się nieszczęśliwym. Jednak, jak zwraca uwagę psycholog Rob Archer, życie nie sprowadza się do odczuwania przez nas zadowolenia w każdej minucie. Dodaje, że chwil, w których czuliśmy się najbardziej spełnieni, nie poprzedzało nasze dobre samopoczucie – częściej poprzedzało je zwątpienie i lęk. Część ludzi, w momencie odczuwania negatywnych emocji, stara się za wszelką cenę i jak najszybciej się ich pozbyć. Funkcjonują oni w oparciu o przekonanie, że tylko rozwiązanie problemu (rozumianego jako odczuwanie dyskomfortu) czy kontrolowanie bólu sprawią, że staną się szczęśliwsi, a ich życie się poprawi. Tymczasem Archer sugeruje, że to właśnie nasza nietolerancja na doświadczanie bólu i niepewności jest przyczyną braku odczuwania szczęścia. Umiejętność działania w obecności negatywnych myśli i nieprzyjemnych wrażeń zdaje się więc być kluczem do radości życia.

W świecie jedyną pewną i stałą rzeczą jest jego zmienność. Życie nie było, nie jest i nigdy nie będzie stabilne. Człowiek nie w stanie przewidzieć zmian, jakie mogą nastąpić w jego życiu. Bez względu na to, jak dużo doświadczenia i wiedzy zgromadziłby w życiu, zawsze coś może go zaskoczyć, pójść wbrew planom i założeniom. Pragnienie, aby wieść ustabilizowane życie, jest bardzo złudne, przynosi często zawody życiowe i poczucie niespełnienia. Zmienne jest również nasze samopoczucie. Psycholog Randall Wilson mówi wręcz, że chęć doświadczania ciągłego poczucia zadowolenia jest stanem nienaturalnym – osiągnięcie go jest więc iluzoryczne. Tym, co nas unieszczęśliwia, jest zatem brak akceptacji zmienności naszych odczuć, naszego samopoczucia, jak i akceptacji niestałości otaczającego nas świata oraz oczekiwanie, że przyjdzie kiedyś taka chwila, gdy znikną wszelkie nasze wątpliwości, wahania, rozterki i lęk.

Szczęście pomimo

Mówienie „wszystko będzie dobrze” podtrzymuję wiarę w bezproblemową przyszłość. I nawet jeśli ludzie w większości zdają sobie sprawę, że doświadczanie bólu wpisane jest z ludzkie życie, rozczarowują się za każdym razem, gdy zaskoczy ich choroba, kryzys, niepowodzenie czy strata, ponieważ łudzą się, że może jednak ich życie będzie wyglądało inaczej. Nie chodzi oczywiście o kultywowanie w sobie przygnębiającego przekonania o posępnej przyszłości. Przesadny optymizm i idealizowanie przyszłych zdarzeń mogą jednak wpływać negatywnie na życie, ponieważ nie dość, że dostarczają frustracji i niezadowolenia związanych z faktem, że sprawy nie układają się po naszej myśli, to dodatkowo umniejszają lub wręcz pozbawiają radości z doświadczania chwili obecnej. Postrzegamy bowiem teraźniejszość jako nie dość dobrą, nieidealną, niewartą uwagi.

Tymczasem kryzysy są immanentną cechą ludzkiej egzystencji. Miliony ludzi na świecie właśnie przechodzi przez okres destabilizacji i rozchwiania. Dychotomiczna percepcja czasu, wyrażająca się w postrzeganiu kryzysu jako bezsprzecznie negatywnego momentu w życiu oraz czasu po kryzysie – jako nieprzerwanie trwającej radości, sprawia, że za każdym razem jesteśmy negatywnie zaskoczeni, kiedy coś odbiegło od naszych planów. Lepiej – co podkreśla w jednej ze swoich prelekcji psycholog Jacek Walkiewicz – zamiast mówić: „wszystko będzie dobrze”, powiedzieć „poradzę sobie”. Sprawia to, że będąc mniej roszczeniowymi wobec przyszłych zdarzeń, mniej będziemy doświadczać rozczarowań. Nie będziemy się skupiać wtedy na sprawach, na które nie mamy wpływu, a zyskamy większe zaufanie do siebie.

Przekonanie, że w przyszłości unikniemy cierpienia, powoduje zatem cierpienie, ponieważ ogranicza przeżywanie szczęścia tylko do wyidealizowanej rzeczywistości, która rzadko kiedy staje się naszym udziałem. Przeżywamy stres, złość i irytację,  ponieważ sprawy nie układają się tak, jak byśmy tego oczekiwali. Odczuwać szczęście można jednak pomimo życiowych komplikacji. Autor książki „Minimalizm” Leo Babauta mówi wprost: oczekuj tego, że rzeczy będą rozbieżne z twoimi zamierzeniami. Ale patrz na nie jako na integralną cześć życia. Na swoim blogu Zen Habits pisze: „Oczekuj, że dzieci nabrudzą. Oczekuj, że twój partner lub partnerka nie będą idealni. Oczekuj, że twój przyjaciel nie dotrze czasami na czas. Oczekuj, że rzeczy nie pójdą całkiem zgodnie z planem. Oczekuj, że ludzie czasami mogą się niewłaściwie zachować. Oczekuj, że współpracownicy czasem mogą nie okazać ci wsparcia. Oczekuj, że domownicy czasami po sobie nie pozmywają lub nie pozbierają swoich ubrań. Oczekuj, że szkło się zbije”. Szczęście bowiem jest to stan, kiedy rzeczy nie są doskonałe, a my wciąż jesteśmy zadowoleni.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Achor, S. (2010). The Happiness Advantage, New York: Crown Business
Archer, R. (2011). The Certainty Bias, Working with ACT [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Babauta, L. (2009). A Beautiful Method to Find Peace of Mind, Zen Habits [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Mauss, I., B., Tamir, M., Anderson, C. L., & Savino, N. S. (2011). Can seeking hapiness make people unhappy? Paradoxical effects of valuing happiness, Emotion, 11, 807-815 [pdf]
Wilson, R. ( 2013). Positive Thinking and Other Harmful Advice, Like a Fish in Water [online]. Dostępny w Internecie tutaj

KU ZMIANIE NAWYKÓW

Arystoteles mówił, że jesteśmy tym, co w swoim życiu powtarzamy, a doskonałość nie jest jednorazowym aktem, lecz nawykiem. Wiele wieków później Ralph Waldo Emerson, pisarz i filozof, również zwrócił uwagę na nawykowe myślenie, mówiąc, że „jesteśmy tym, o czym przez cały dzień myślimy”. Truizmem jest dziś powiedzenie, że myśli kształtują nasz charakter, jednak pomimo tego, mało zwracamy na nie uwagę. Przez lata rozwijają się zatem w nas nawyki, z których części wcale nie jesteśmy zadowoleni, lecz zupełnie nie wiemy, jak się z nimi uporać, jak je zmienić, jak wyrobić bardziej nas zadowalające.

Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka

Wielokrotne powtarzanie określonej myśli lub czynności sprawia, że w człowieku wyrabia się bądź to nawykowe myślenie, bądź nawykowe zachowanie. Część wyrobionych nawyków jest zdecydowanie pozytywna i służy dobremu funkcjonowaniu, wspiera nasz rozwój, sprzyjają utrzymaniu dobrej kondycji i zdrowia. Inne nie pracują na naszą korzyść, sprawiając, że nie jesteśmy w stanie osiągnąć zamierzonych celów, podkopując naszą wiarę w siebie, obniżając nasz komfort życia. Bez względu na to, czy nawyki są pozytywne, czy negatywne, z części z nich nie zdajemy sobie sprawy.

O ile zrozumiałe jest funkcjonowanie w oparciu o nawyki pozytywne, o tyle szokujące czasami może się wydawać podtrzymywanie tych przyzwyczajeń, które nie służą człowiekowi. Nawyki często kształtują się w sposób mało uświadomiony. Nierzadko formują się, kiedy jesteśmy w bardzo młodym wieku. Mogą być sposobem na poradzenie sobie z jakimiś trudnościami. Kiedy dużo później sytuacja nie wymaga już zastosowania powyższych metod, nadal stosujemy ten sposób myślenia lub działania właśnie z przyzwyczajenia. Stosujemy go nawet, jeśli nie przynosi nam korzyści. Dzieje się tak dlatego, że zmiana przyzwyczajenia wymaga świadomego działania w kierunku stworzenia nowego nawyku – a to nieodmiennie wiąże się z pracą i wysiłkiem, jaki trzeba w to włożyć.

Mechanizm, który sprawia, że dzięki nawykom lepiej funkcjonujemy, sprawia również trudności w szybkiej zmianie przyzwyczajeń. Zjawisko to bowiem polega na stwarzaniu przez nasz mózg lepszych połączeń neuronalnych, które są bardziej reaktywne w stosunku do innych. Impuls przechodzi sprawniej po ścieżce znanej i utartej. Nawyki więc spełniają taką samą funkcję jak autostrady: ma być szybko i bezpośrednio do celu. Dlatego też tak trudno jest nam wytrwać w podjętych postanowieniach typu: „od jutra biorę się za siebie”, „od przyszłego poniedziałku się zmienię”. Sama chęć zmiany nie wystarczy, żeby zmienić nawyk. Dlatego również podtrzymujemy złe nawyki, gdyż trwanie w nich (pomimo negatywnych skutków, jakie przynoszą) jest łatwiejsze niż próba ich oduczenia.

Ograniczające przekonania

Błędne przekonania mogą w nas tkwić nawet całe życie. Rzadko je weryfikujemy, bo często w ogóle nie wiemy, o ich istnieniu. Przekonania te dotyczyć mogą wszystkich sfer życia: związku, przyjaźni, szczęścia, pieniędzy, pracy, rodziny etc.  Powstają one na drodze internalizacji stwierdzeń powtarzanych przez naszych najbliższych, znajomych, i przyjaciół. W ten sposób przenoszone są również tzw. potoczne mądrości, które, powtarzane po wielokroć, jawią się w świadomości jednostki jako prawdy objawione. Jacek Walkiewicz, psycholog, mówca i trener, w swoim wystąpieniu na konferencji TEDx wskazuje przynajmniej na kilka potocznych powiedzeń, które często powtarzamy bez jakiejkolwiek refleksji. Psycholog wymienia chociażby takie jak: „człowiek uczy się na błędach” (Walkiewicz dodaje, że jest to prawda pod warunkiem, że wie się, że się takie błędy popełniło), „podróże kształcą” (tak, ale tylko wykształconych ludzi – część osób pojedzie i wróci z dalekiej podróży bez żadnej refleksji odnośnie miejsc, które odwiedziła), „co nas nie zabije, to nas wzmocni” (co nas nie zabije, to nas nie zabije, ale może nas sponiewierać, osłabić, upokorzyć). Warto więc przyjrzeć się krytycznie ludowym mądrościom, bo nie wszystkie muszą być prawdziwe.

Wiele z ograniczających przekonań łatwo jest zauważyć w codziennych wypowiedziach, które powtarzamy jak mantry. „Jestem, jaki jestem”, „dzień jak co dzień”, „stara bieda” to tylko niektóre ze sformułowań, za którymi kryją się takie przekonania jak „nic się w moim życiu nie zmieni”, „zawsze już będzie tak samo”, „nie mam co się starać i próbować, bo i tak mi się w życiu nie powiedzie”. Dlatego też tego typu nawykowe myślenie może powodować frustrację, złość czy być przyczyną obniżonej samooceny lub samopoczucia. Przyglądając się wypowiadanym przez nas powiedzeniom dotrzemy do przekonań, które mogą zupełnie nie oddawać rzeczywistości, które mogą nas ograniczać, więzić w nawykowym działaniu. Przekonania bowiem wpływają na nasze zachowanie poprzez kreowanie wizji świata, w który wierzymy. W książce „Moment niedźwiedzia” Olga Tokarczuk, pisarka i psycholog, napisała, że „kiedy wierzono, że świat jest płaski, był on płaski: nie podróżowało się za morza, nie wykraczało się poza krańce”, ponieważ to, jak człowiek postrzega świat, determinuje właśnie jego działania.

Poza przyzwyczajenie

Wyjście poza schemat myślenia, a tym samym poza schemat działania nie jest łatwe, wymaga od nas często wyjścia poza strefę komfortu, a co za tym idzie porzucenie na chwilę stabilizacji i zmierzenie się z nieznaną sytuacją. To może rodzić lęk. W związku z tym, nie próbując nowych działań, nie sprawdzając nawet, czy nasze przekonania są prawdziwe, stajemy się ich niewolnikami. Strefa komfortu, czyli psychologiczna przestrzeń bezpieczeństwa, jest bardzo ponętna: zapewnia nam stabilność, nie prowokuje do zmagania się z nowymi bodźcami, nie zmusza do konfrontacji z lękiem, bo za każdym razem przynosi nam to, co już znamy. Warto tutaj nadmienić, że strefa komfortu może dostarczać nam również negatywnych emocji: stanie w korkach i niechciana praca też mogą leżeć w tej strefie. Jest to coś, do czego się już przyzwyczailiśmy. I pomimo, że zmiana tych emocji wydawać się by mogła dobrym rozwiązaniem, jest jednak trudna, bo wymaga zmierzenia się z zupełnie nowym stanem rzeczy. A jak mówi Danuta Golec, psycholog i psychoterapeutka, „zmiana to ryzyko. Nie tylko dlatego, że może się nie udać, ale też dlatego, że oznacza rozstanie z tym, co znane, zrzucenie starych kapci”.

Mierzenie się jednak z nowym i nieznanym nie musi od razu oznaczać konfrontacji z najgłębszymi lękami. Błędnym przekonaniem jest również to, że jeśli wyjdziemy poza strefę komfortu, owa przestrzeń bezpieczeństwa zniknie raz na zawsze. Wręcz przeciwnie: dzięki zmianie nawykowego myślenia i działania można tę strefę poszerzać. Nie możemy natomiast oczekiwać, że nasze życie się zmieni, przy jednoczesnym zachowaniu starego porządku. Jeśli chcemy nowych rezultatów, musimy powziąć nowe działania, na ogół takie, jakich do tej pory nie podejmowaliśmy. To z kolei wiąże się ze zmianą części nawykowego myślenia. Przekonanie, że wychodzenie poza strefę komfortu jest równoznaczne ze skokiem na głęboką wodę, także jest błędne i może powodować narastający w nas lęk i opór przed zmianą. A przecież możemy zacząć zmiany od rzeczy, które powodują w nas tylko nieduży dyskomfort, a później systematycznie poszerzać tę strefę. Nieprawdą jest również, że jeśli jesteśmy już dorośli, swoich przyzwyczajeń nie jesteśmy w stanie zmienić. Oczywiście, osobie młodej łatwiej jest eksperymentować ze swoim życiem, próbować nowych doznań, sprawdzać własne przekonania i wyobrażenia dotyczące siebie i świata. Jednak będąc nawet w dojrzałym wieku możemy czegoś nowego się nauczyć lub oduczyć czegoś innego. Warto być uważnym, ponieważ, jeśli świadomie nie wypracujemy sobie dobrych nawyków, istnieje niebezpieczeństwo, że zupełnie nieświadomie wyrobimy sobie szkodliwe.

Sam proces modyfikacji nawyków i przyzwyczajeń rządzi się takimi samymi prawami, jak każda duża zmiana w życiu człowieka. Jeśli wywierane są na daną osobę spore naciski zewnętrze, rośnie zdecydowanie opór, który zmniejszy się dopiero wtedy, kiedy presja spadnie, a wzrośnie wewnętrzna motywacja. Przygotowując się do zmiany nawyków dobrze by było poprzedzić tę zmianę jakąś refleksją, przemyśleniem. Warto jest rozpoznać własne zasoby, siły i predyspozycje. Nie chodzi przecież o to, aby po wprowadzeniu zmiany w naszym życiu zapanował totalny chaos i bałagan. Ponieważ żyjemy w systemie powiązań, relacji i zależności – jak mówi w jednym ze swoich artykułów Alina Gutek, felietonistka – „dobrze jest zastanowić się, czy nasz system nas wesprze, czy wprost przeciwnie – będzie nas blokował”. Dodaje również, że warto zaakceptować fakt, że „czasem niektóre relacje muszą odejść, że niemożliwe będzie ich utrzymanie. Umiejętność rezygnacji to też wielka sztuka”.

Metody pracy

Mark Twain napisał kiedyś: „Aby zerwać z nawykiem, wyrób sobie inny, który go wymaże”. W tym duchu pracują właśnie psychologowie z nurtu poznawczo-behawioralnego. W ramach tego podejścia udało się zaobserwować, że głównym wyznacznikiem tego, jakich emocji doświadcza człowiek, a w związku z tym, jakie działania podejmuje, nie jest sama rzeczywistość, lecz to, w jaki sposób dana osoba ją rozumie i interpretuje. Sposób widzenia świata wynika z przekonań, jakimi dysponuje człowiek. Są to tzw. myśli automatyczne, z których część może okazać się zupełnie nieprawdziwa, a wynikająca z „błędów poznawczych”. Wymienia się takie błędy, jak chociażby czarno-białe myślenie, generalizowanie, pomniejszanie pozytywnych wiadomości (przy jednoczesnym wyolbrzymianiu negatywów), wyciąganie wniosków z nieistotnych lub źle zinterpretowanych faktów czy odnoszenie wszystkiego do siebie. Dzięki odpowiednim technikom możemy zaobserwować, które z naszych przekonań są nieprawdziwe, co z kolei pozwoli nam na wytworzenie nowych, zdrowszych myśli alternatywnych. Nie skupiamy się tutaj na walczeniu ze starym, wkładamy naszą energię i zaangażowanie raczej w budowanie nowego wzorca myślenia i działania. Możliwości pracy z przekonaniami dostrzegł już dużo wcześniej William James, filozof i psycholog, kiedy wskazywał na to, że „najlepszą bronią przeciwko stresowi jest umiejętność wyboru jednej myśli ponad inną”.

Jedną z technik, dostępnych w ramach nurtu poznawczo-behawioralnego, jest tzw. eksperyment behawioralny, którego głównym celem jest właśnie testowanie empiryczne i weryfikacja naszych przekonań oraz wypracowanie nowych działań. Dr Tomasz Srebrnicki, psychoterapeuta, zwraca uwagę, że dzięki takiemu testowaniu jesteśmy w stanie zobaczyć, jak dużo wymyślamy. Oczywiście mogą wystąpić zdarzenia nieprzewidziane, negatywne, ale po pierwsze, dzieje się to relatywnie rzadko (w jakichś 5% przypadków), a po drugie, warto jest wtedy dostrzec jakiś pozytywny aspekt danej sytuacji (chociażby taki, że jednak coś udało się nam zrobić, że czegoś się nauczyliśmy). Jak dodaje Srebrnicki, „kłopot tkwi w tym, że nie mamy chęci testowania rzeczywistości i zachowujemy się tak, jakby była ona taka, jak myślimy”. Dzięki nawet prostym eksperymentom behawioralnym możemy łatwo sprawdzić, które z naszych przekonań są prawdziwe, a które błędne, i dzięki temu zmienić je, tworząc nowe, bardziej adekwatne do obrazu rzeczywistości.

Innym sposobem pracy z nawykami jest metoda Kaizen, czyli tzw. metoda małych kroków. Odnosi się ona do koncepcji kształtowania się ludzkiego mózgu w różnych okresach ewolucji. Starsze filogenetycznie struktury mózgowe zarządzają podstawowymi funkcjami organizmu z punktu widzenie przeżycia. Są to np. reakcje walki-ucieczki, system głodu-sytości, jak również odczucia przykrości-przyjemności. Kora mózgowa zalicza się do nowszych struktur i jest odpowiedzialna za porządkowanie informacje o świecie i nas samych. Mózg ludzki rozwijał się w taki sposób, żeby zapewnić przeżycie gatunkowi, w związku z czym, kiedy na horyzoncie pojawiało się niebezpieczeństwo, uruchamiały się te struktury, które były odpowiedzialne za przeżycie człowieka. Dzisiaj nie musimy już mierzyć się każdego dnia z zagrożeniami chociażby ze świata zwierząt. Jednak struktury odpowiedzialne za takie działania są nadal aktywne. Ciało migdałowate, stanowiące część układu limbicznego, odpowiedzialne jest właśnie za odczuwanie strachu. Kiedy więc chcemy zmienić jakiś nawyk, pierwszą rzeczą, którą odczuwamy, jest często lęk przed zmianą, pojawiający się jako reakcja na niebezpieczeństwo zaburzenia integralności działania organizmu. Jeśli wywieramy presję, spotykamy się oporem, z siłą skierowaną w przeciwną stronę. Dlatego też metoda Kaizen proponuje wprowadzanie tak drobnych zmian, żeby nasz mózg nie rejestrował ich w kategoriach zagrożenia, a w związku z tym nie buntował się przeciwko nim. W miarę kontynuowania strategii małych kroków, zaczynają pojawiać się nowe, pożądane przez nas nawyki. Ciało migdałowate nie reaguje pobudzeniem, ponieważ zmiany te są za małe, jednak wprowadzane sukcesywnie, zostają utrwalone jako nowy nawyk.

Barbara Fredrickson, psycholożka społeczna, prowadząca badania w zakresie emocji i psychologii pozytywnej, mówi, że mała zmiana odpowiada często za dużą różnicę, bowiem nawet najdrobniejsze modyfikacje myślenia czy działania mogą być potrzebne do zmiany tych obszarów w naszym życiu, które na początku wydają się niemożliwe do jakiejkolwiek modyfikacji. I o ile często nie jesteśmy w stanie jednego dnia wykorzenić wszystkich negatywnych nawyków i pozbyć się obciążających nas przekonań, o tyle możemy już dzisiaj wprowadzić do naszego życia drobne poprawki, które za jakiś czas zaowocują umocnieniem się nowych, zdrowszych działań podejmowanych przez nas w życiu.

Buntownicy

Warto zmieniać perspektywę, przyjmować inną wersję wydarzeń, sprawdzać przekonania dotyczące siebie i świata. Umysł ludzki posiada skłonność do generalizowania, do przywiązywania się do raz wyciągniętych wniosków. Wynika to z jego funkcji chronienia człowieka – by dobrze spełniać swoje przeznaczenie, dba o to, żeby zawsze mieć rację. Jednak ten mechanizm często powoduje zbyt długie trzymanie się tych nawyków myślenia i działania, które dawno już przestały nam służyć. Dlatego dobrze jest wyrobić w sobie nawyk buntowania się przeciwko niepodważalności swoich racji. Tworzenie nowych zwyczajów oraz akceptacja niepewności na pewno ułatwią przełamanie sztywności poznawczej. Rzeczywistość wokół nas jest w ciągłym procesie tworzenia. Tomasz Misiak-Niedźwiadek, dyplomowany coach managerów po awansie, wskazuje na to, że zrobienie pierwszego, nawet najmniejszego kroku już zmienia perspektywę, a dzięki temu pojawiają się nowe doświadczenia i opcje. Mamy wtedy szerszy wybór naszych myśli i zachowań, co sprawia, że zyskujemy świadomość, które z naszych nawyków są korzystne, pomocne i wspierające, a co za tym idzie – warte utrzymania, a także łatwiej pozbywamy się tych niechcianych, niepożądanych, nieadekwatnych, wyrabiając sobie nowe, zdrowsze i bardziej przydatne.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Beck, J. S. (2005).Terapia poznawcza. Podstawy i zagadnienia szczegółowe, tłum. Cierpisz M., Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Maurer, R. (2007). Filozofia Kaizen. Jak mały krok może zmienić twoje życie, tłum. Matkowski C., Gliwice: Wydawnictwo Helion
Tokarczuk, O. (2012). Moment niedźwiedzia, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

PUŁAPKI ROZWOJU

Usprawnij swoje kompetencje lidera. Doskonal swoje umiejętności komunikacyjne. Wykorzystaj bardziej sprawnie swój czas. Rób lepsze plany. Popraw swoje życie. Możliwości, jakie dają nam warsztaty, szkolenia, kursy, seminaria czy poradniki związane z rozwojem osobistym, zdają się być wprost nieograniczone. Wystarczy wiedzieć, gdzie i co w naszym życiu nie działa tak, jakbyśmy chcieli, a potem już udać się w odpowiednie miejsce szkoleniowe czy nabyć adekwatny do problemu podręcznik i za chwilę będziemy naprawionymi, dobrze funkcjonującymi, świetnie przystosowanymi osobami. Wielu ludzi uległo magii tak pojętego rozwoju. Niestety, okazuje się, że rozwój osobisty nie zawsze idzie w parze ze szczęściem i satysfakcją życiową. Nie wszystko w życiu, co odbiega od oczekiwanych przez nas standardów, trzeba naprawiać. Ba, nie wszystko nawet można.

Szybciej, bardziej, więcej, lepiej.

W świadomości człowieka postęp na ogół jawi się jako korzystny proces mający na celu polepszenie warunków życia jednostki oraz całych społeczeństw. Niezmiennie łączy się go z rozwojem gospodarczym, aczkolwiek od lat 70. ubiegłego wieku znaczenia zaczął nabierać również pogląd, że sam wzrost gospodarczy może mieć konsekwencje zarówno pozytywne, jak i negatywne. Wzrost chorób cywilizacyjnych, rozwarstwienie społeczeństwa pod względem dochodów czy zniszczenie środowiska naturalnego, wynikające z rozwoju przemysłowego, to tylko niektóre z postulowanych negatywnych skutków postępu. Jednak brak rozwoju (indywidualnego, społecznego), ograniczenia w powstawaniu nowych technologii czy odkryć naukowych cały czas odbierane są jako wyraz zacofania społeczeństwa, który pozbawia swoich członków dobrobytu i komfortu życia.

Okazuje się jednak, że myślenie w kategoriach „im więcej, tym lepiej” może być zgubne. Colin Beavan, dziennikarz i autor książek, w filmie Mathieu Roy’a i Harolda Crooksa „Pułapki rozwoju”, zwraca uwagę na fakt, iż „od rewolucji przemysłowej tkwimy w pułapce myślenia, że postęp to więcej tego samego, że trzeba produkować lepsze maszyny i w większej liczbie.” Z kolei Ronald Wright, autor „Krótkiej historii rozwoju” dodaje, że coś, co na początku zdaje się być „ulepszeniem lub postępem, jest atrakcyjne i wydaje się nie mieć minusów”, po osiągnięciu pewnej skali zmienia się jednak w pułapkę lub ślepy zaułek. Autor podkreśla, że w głównej mierze za negatywne skutki tak widzianego postępu odpowiada brak równowagi i krótkowzroczne patrzenie, które może doprowadzić (i w niektórych przypadkach doprowadza) do lekkomyślnego zużycia zasobów, jakimi dysponuję zarówno jednostka, jak i społeczeństwo.

Nadal jednak kurczowo trzymamy się myśli, iż kluczową kwestią w naszym życiu musi być rozwój i postęp, rozumiane jako zwiększanie bądź to dochodów, bądź wytwarzanych, jak i posiadanych dóbr materialnych lub też innych parametrów, które w danym czasie określane są jako istotne (powiększenie ilości robionych zdjęć za sprawą przejścia na aparaty cyfrowe, pomnażanie liczby znajomych na portalach społecznościowych, zwiększanie liczby prezentowanych reklam etc). Wiązać to można z przekazywanym kulturowo (głównie za sprawą mediów) pojęciem dobrobytu, a co za tym idzie – szczęścia jednostki. Tymczasem Matthieu Ricard, buddysta i doktor biologii molekularnej, przekonuje, że tak postrzegane szczęście jest mylone z przyjemnością, która zależy od czasu, obiektu i miejsca. Jest zmienna i wyczerpuje się w trakcie jej doświadczania. Pojmowanie postępu w ten sposób może więc skutkować odwrotnymi efektami: przynosić rozczarowanie, frustrację, zmęczenie i niezadowolenie z życia poprzez funkcjonowanie w paradygmacie konieczności dążenia do maksymalizacji w praktycznie wszystkich obszarach życia. Czując, że cały czas jesteśmy niedoskonali, że moglibyśmy szybciej, bardziej, więcej, lepiej, staramy się nieustannie reperować i usprawniać nasze życie i warunki bytowe.

Życie do poprawki

Pułapką rozwoju osobistego, który stały się modny już jakiś czas temu, może być myślenie, że jeśli będziemy nieustająco pracować nad sobą, rozwiążemy wszystkie nasze problemy – niestety, sam rozwój niekoniecznie musi gwarantować nam, że kłopoty, z którymi się borykamy, przestaną istnieć. Tym dotkliwiej możemy odbierać nasze złe samopoczucie czy przeżywane przez nas negatywne emocje; bo przecież, jak to jest możliwe, że spotykają nas nieprzyjemne rzeczy, skoro tak intensywnie nad sobą pracujemy, chodząc na szkolenia, warsztaty czy też czytając książki samopomocowe. Jak zwraca uwagę Jacek Walkiewicz, psycholog i trener, dużo książek, które możemy kupić w księgarniach, zaczyna się od słowa „jak”: „Jak zmienić…”, „Jak rozwiązać…”, „Jak polepszyć…”, „Jak usprawnić….”. Tytuł takiego poradnika sugeruje, że autor poznał doskonałą metodę, sposób czy praktykę na rozwiązanie danego problemu. Tymczasem, jak przypomina Walkiewicz, jest to tylko opowieść o tym, jak udało się ten problem rozwiązać samemu autorowi i nierozerwalnie związana jest ona z życiem i doświadczeniami tej konkretnej osoby. W pewnym wieku, niektóre problemy same się rozwiązują chociażby przez dystans czy przez sumę doświadczeń.

Z rozwojem, jako ciągłym doskonaleniem się poprzez kolejne kursy, staże czy poradniki, wiążą się jeszcze dwa złudne przekonania. Pierwsze związane jest z tym, że część osób, niestety, pozostaje na etapie konsumowania dużej ilości informacji, mając tylko iluzoryczne poczucie rozwoju. W rzeczywistości jednak niewiele w życiu takich osób się zmienia. Przyswojenie wiedzy jest dopiero początkiem na drodze do zmiany czegokolwiek w życiu. Początek ten stanowi bardzo ważny element, jednak pozbawiony działania, staje się całkowicie bezużyteczny, a pieniądze i czas, jaki zainwestowaliśmy w zgromadzenie wiedzy, zmarnowane. Drugie przekonanie związane jest dychotomicznym postrzeganiem ścieżek rozwoju. Może bowiem zrodzić się w nas pogląd, że jedynie kurs czy szkolenie, na którym jesteśmy czy też koncepcja, którą poznajemy, są słuszne. Zwraca na to uwagę Peter Fenner w swojej książce „Promieniujący umysł”, pokazując, jak łatwo można zafiksować się na pojęciu „właściwej ścieżki”, dyskredytując inne możliwości i rozwiązania. Ważne jest bowiem nie tylko dotarcie do punktu, jaki sobie wyznaczyliśmy, ale również to, kim się stajemy, podążając do określonego celu.

Pułapką, w jaką możemy wpaść, jest również samo traktowanie naszego życia jako problemu, który należy rozwiązać. Przyczyn takiego postrzegania upatrywać można we współczesnym postępie technologicznym, u podstaw którego leży właśnie nasza umiejętność radzenia sobie z trudnościami. Kwestię tę dostrzega Steven C. Hayes, profesor na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Nevada, pisząc w artykule do „Psychology Today”, że nasza kultura hołduje idei naprawiania, zarządzania czy zmieniania „negatywnych” emocji; nie postrzega ich jako naturalnej część egzystencji ludzkiej. „Traktujemy nasze życie jako problem do rozwiązania, jakbyśmy mogli powybierać z niego tylko te doświadczenia, które lubimy, a odrzucić całą resztę” – dodaje profesor. Potwierdzają to również wyniki badań Brené Brown, wykładowczyni nauk społecznych na Uniwersytecie Houston, analizującej zdolność człowieka do współodczuwania i kochania. Z badań tych wynika, że nie jesteśmy w stanie wybiórczo nie czuć kłopotliwych emocji. Jeśli zaczynamy tłumić przeżywanie „negatywnych” uczuć, zaczynamy również tłumić te „pozytywne”.

Umysł ludzki jest świetnym narzędziem, za pomocą którego możemy radzić sobie z problemami, jakie napotykamy zarówno w naszym życiu, jak i takie, z którymi musimy sobie poradzić jako społeczeństwo. Jednak w dobie przestymulowania informacjami często zaczynamy analizować fikcyjne problemy. Zamiast przeżywać, akceptować, obserwować, chcemy wszystko naprawiać, zmieniać, dostosowywać. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby się nie rozwijać. Wręcz przeciwnie. Maria Moneta-Malewska, lekarka i psychoterapeutka, podkreśla, że jeśli ktoś uważa, że nie ma absolutnie nic do zrobienie, do nauczenia, do poznania, to już przegrał swoje życie. Jednak przekonanie, że mogę być szczęśliwa/szczęśliwy tylko wtedy, kiedy już wszystko naprawię, może właśnie pozbawić nas doświadczania tego szczęścia. Jeśli zbyt intensywnie pracujemy nad sobą, chcąc wszystko udoskonalać, ulepszać, poprawiać i za wszelką ceną się rozwijać, możemy wyrobić w sobie poczucie ciągłej niedoskonałości, bycia wybrakowanymi czy w jakiś sposób popsutymi, zapominając, że nasze życie przeżywamy jednak w chwili obecnej i że jeśli będziemy ciągle postrzegać je jako nie dość dobre, cały czas będziemy czuć się źle, nie dając sobie możliwości poczucia szczęścia.

Niedoskonałości

Nie jesteśmy w stanie być dobrymi we wszystkim. Rozpoznanie więc własnych predyspozycji staje się kluczowe. Zamiast tracić czas i pieniądze na kolejne szkolenia czy warsztaty, warto zastanowić się, czy na pewno jest to nam potrzebne – w końcu możemy być świetni tylko w kilku dziedzinach, a na ogół tylko w jednej czy dwóch. Zmierzenie się z prawdą, że części rzeczy nie jesteśmy w stanie się nauczyć, może być bolesne, jednak zacznie być łatwiejsze do zaakceptowania, jeśli uświadomimy sobie, że nie tylko predyspozycje, ale również motywacja odgrywa kluczową kwestię. Zaczyna jej brakować, kiedy tracimy czas na zajmowanie się tym wszystkim, czego nie lubimy, a co obiecują nam liczne szkolenia, przekonując, że możemy nauczyć się absolutnie wszystkiego.

Dając się uwięzić w przekonaniu, że wystarczy chcieć i bardzo dużo pracować nad czymś, żeby odnieść sukces, możemy bardzo rozczarować się swoim życiem. Zaczynamy wtedy porównywać się z innymi, zastanawiając się, co z nami jest nie tak. Obwinianie się za niedoskonałości jest, niestety, bardzo szkodliwe i może skutkować obniżoną samooceną, frustracją czy brakiem energii i chęci do działania. Tymczasem, być może nie chodzi o to, żeby koniecznie naprawiać osobowość. Ona nie musi być popsuta, lecz predestynowana do czegoś zupełnie innego. Takie patrzenie może uwalniać od poczucia winy oraz motywować do podjęcia działania. Fakt, że lubię jedną rzecz, a inną nie bardzo, nie świadczy, że jestem gorszy. Brak poczucia własnej wartości, brak wiary w siebie i w swoje działania mogą się brać właśnie z porównywania się z innymi lub/i z własnym obrazem siebie idealnego.

Wspomniana wcześniej Maria Moneta-Malewska zwraca również uwagę na to, że każdy z nas ma jakieś dziedziny „niepełnosprawności”, czyli takie obszary, w których nie czujemy się kompetentni lub w których nie jesteśmy (z jakichś powodów) w stanie nabyć odpowiednich umiejętności. Zupełnie niepotrzebnym jest fiksowanie naszego umysłu na tym, czego nie możemy zrobić (za co jest odpowiedzialne myślenie w kategoriach wszystko-albo-nic). Istnieje, bowiem, dużo innych celów, do których możemy dojść. Oczywiście, zawsze warto sprawdzić, czy zrobiliśmy wszystko, co można, ale jeśli ktoś nie ma żadnych zdolności managerskich, komputerowych czy też malarskich, to nie zmieni tego ilością wyprofilowanych kursów, na które się zapisze. W takiej sytuacji lepiej powiedzieć sobie: „no dobrze, managerem/informatykiem/malarzem nie będę, a kim jeszcze mogę być?”. Nie chodzi o to, że skoro nie posiadamy danych predyspozycji, jesteśmy w jakiś sposób ułomni, lecz o to, że mamy inne zdolności, które warto rozwijać. Brené Brown podkreśla, że ważne jest posiadanie odwagi, żeby być niedoskonałym oraz posiadanie współczucia dla samego siebie (co nie jest tożsame z litością i użalaniem się nad sobą). Nieustanne poprawianie naszego życia, potrzeba nabycia wszystkich umiejętności oraz ciągła modyfikacja naszej osobowości i naszych emocji mogą doprowadzić do chronicznego poczucia bycia nie dość dobrym, zwiększonego samokrytycyzmu oraz spadku satysfakcji życiowej. Dawanie sobie prawa, żeby w jakieś dziedzinie być bardzo dobrym, w innej przeciętnym, a w jeszcze innej zupełnie kiepskim może zaowocować bardziej rozsądnymi wyborami życiowymi i bardziej wydajnym zarządzaniem własnymi zasobami (czasem, pieniędzmi, umiejętnościami itd.). I nie chodzi tutaj o szukanie wymówek, lecz o nieuleganie presji pogoni za szczęściem, którego warunki spełnienia cały czas zmieniamy.

Szczęście odległe i bliskie

„W życiu chodzi o coś znacznie większego niż tylko przyspieszenie jego tempa” – mówił Mahatma Gandhi. We współczesnym świecie postępu technologicznego oraz kulturze opartej w dużej mierze na idei ciągłego doskonalenia się i poprawiania trudno jest jednak nie poddać się przymusowi uporczywego dążenia do szczęścia. Brak dawania sobie prawa do przeżywania negatywnych emocji, tłumienie tych uczuć, które są niewygodne tylko po to, żeby sprostać modelowi idealnego życia, nie sprawi, że szczęście w nas zagości. Zwraca na to uwagę Tori Rodriguez, dziennikarka i psychoterapeutka, mówiąc, że „mimo, iż warto pielęgnować pozytywne emocje, problemy powstają, kiedy ludzie zaczynają wierzyć, że muszą być uśmiechnięci przez cały czas”. W pogoni za szczęściem łatwo można to szczęście zagubić.

A jeśli nie usilne dążenie do szczęście, to co? Wielu psychologów skłania się ku idei znajdywania szczęścia w tym, co nas otacza i w tym, co mamy. Zaprzestanie szukania szczęścia może się okazać jednak jednym z trudniejszych wyzwań, lecz, paradoksalnie, właśnie cieszenie się tym, co przynosi życie może nas uszczęśliwić. Dr Jarosław Kulbat, psycholog społeczny, konsultant i trener, mówi, że „trwałego szczęścia, wbrew temu, co myśli wielu ludzi, raczej nie znajdziemy wtedy, gdy wszystkie wymarzone przez nas warunki do szczęścia zostaną spełnione”. Oczywiście, na chwilę możemy poczuć się szczęśliwymi, ale jest to stan przemijający, ponieważ człowiek habituuje się do wszystkiego. Więc coś, co było dla nas wyznaczonym celem, warunkami, które spełnione, miały przynieść nam szczęście trwające już od tej pory zawsze, przynosi nam tylko zaspokojenie potrzeb, a szczęście – jak podkreśla Matthieu Ricard – jest głębokim poczuciem spełnienia, a nie chwilową realizacją przyjemności. Rozwój więc jest jak najbardziej wskazany, jednak nie może być on rozumiany jako ściganie się z innymi ani z samym sobą w myśl nieustającego naprawiania siebie, by ostatecznie dotrzeć do wymarzonego punktu w życiu. Celem zdaje się jawić sama podróż, co dobrze ujął Thích Nhất Hanh, wietnamski mnich buddyjski, poeta i działacz ruchów pokojowych, mówiąc, że „do szczęścia się nie dochodzi. Szczęśliwym się jest idąc”.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Fenner, P. (2013). Promieniujący umysł, tłum. Zagajewski Z., Kraków: Wydawnictwo A
Kulbat, J. (2013). Jak żyć, żeby nie żałować?, Polski Portal Psychologii Społecznej [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Ricard, M. (2007). The habits of happiness, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Roy, M., Crooks H (2011). Pułapki rozwoju, Kanada: Against Gravity
Wright, R. (2004). A Short History of Progress, Kanada: House of Anansi Press

SUKCES MA WIELE TWARZY

Czym jest sukces? Czy istnieje jedno kryterium sukcesu? Czy jest nim zasobność portfela, czy może realizacja własnych marzeń albo wychowanie dzieci? Potocznie zwykło się uważać, że wyznacznikiem sukcesu jest szybka kariera oraz pokaźne konto w banku. Pomimo, że docierają do nas z różnych źródeł opowieści o tak szybkich i spektakularnych sukcesach, nie możemy jednak zapominać, że rodzajów sukcesu może być tyle, ilu ludzi, bowiem dla każdego człowieka liczą się inne rzeczy. Każdy może mieć swoją własną hierarchię wartości, inne potrzeby, pragnienia, marzenia.

Mało tego, w świadomości zachodniej cywilizacji istnieje duża społeczna presja sukcesu. Pod koniec XX wieku, wraz z pojawieniem się yuppie, pracoholizm oraz poczucie konieczności odniesienia jakiegoś sukcesu stały się wręcz wszechobecne. W ostatnim czasie, w ramach przeciwwagi, coraz bardziej widoczny staje się ruch Slow Life, którego niezłomnym krzewicielem jest Carl Honoré, autor „Pochwały powolności”. Idee, zawarte w tym nurcie, stopniowo przebijają się do szerszej świadomości, jednak cały czas bycie człowiekiem sukcesu – zwłaszcza w sensie biznesowym – jest postrzegane przez jednostkę jako konieczność, życiową misję, opus magnum.

Tymczasem niekoniecznie trzeba odnieść sukces finansowy, żeby być szczęśliwym. Niekoniecznie trzeba dążyć do sukcesu, żeby postrzegać swoje życie jako spełnione. Dodatkowo istnieje bardzo wiele różnych form sukcesu – nie wszystkie przekładają się bezpośrednio na powiększenie naszego portfela. Ludzie różnią się w swoich dążeniach. Nie ma jednej, modelowej sztancy, podług której należałoby oceniać sukces.

Więcej, lepiej, z pasją

Wielu z nas postrzega, że drogą do sukcesu i doskonałości jest zdobycie jak najbardziej rozległej wiedzy oraz posiadanie jak najwięcej umiejętności. Marcus Buckingham, współautor książki „Po pierwsze, złam wszelkie zasady”, i Donald O. Clifton, dyrektor Centrum Badań Międzynarodowych i Szkolenia w Instytucie Gallupa, twierdzą, że „aby zbudować swoje talenty, trzeba wystrzegać się tej pułapki”. Podkreślają, że zapisywanie się na setki szkoleń, warsztatów i kursów nie jest automatycznie gwarancją odniesienia sukcesu. Jeśli nie posiadamy talentów w tych dziedzinach, będziemy kierować naszą energię i zapał jedynie na „naprawianie niedoskonałości i opanowanie szkód”. Warto zastanowić się, z czego świadomie zrezygnować, żeby móc w pełni wykorzystać swój potencjał, rozwijając własne zainteresowania.

Prawdą jest, że tylko my sami jesteśmy w stanie odkryć nasze pasje. Należy jednak przy tym mieć na uwadze, że talenty nie muszą być tylko artystyczne. Pasją więc nie musi być koniecznie malowanie obrazów, występowanie na scenie czy fotografia. Mogą nią być pozornie błahe zajęcia, takie jak sprzątanie, gotowanie czy prowadzenie samochodu. Specjaliści doradzają, że aby odkryć pasję, warto przyjrzeć się tym działaniom, których się podejmujemy bez względu na to, czy ktoś nam za nie płaci oraz czy ktoś nas za nie nagradza. Dzięki temu jesteśmy w stanie znaleźć nasze unikatowe, mocne strony.

A co, jeśli szukaliśmy pasji, lecz żadnej nie możemy znaleźć? Cass Phillipps, założycielka konferencji FailCon, w jednym ze swoich wystąpień mówiła, że ludziom zdarza się szukać pasji bardzo długo, czasami całe życie. Poszukiwanie pasji, podkreślała, wiąże się często również z porażkami. Dużym szczęściem mogą pochwalić się osoby, które już jako dziecko odkryły swoje zamiłowania, realizując je później sukcesywnie w życiu dorosłym. Większość ludzi jednak, przechodząc przez różne etapy w swoim życiu, podejmowała się wielu działań, próbując swoich sił w rozmaitych obszarach. Pasje bowiem mogą się pojawiać tak samo w życiu, jak mogą też z niego znikać. Posiadanie lub nieposiadanie pasji nie stanowi o tym, że nasze życie będzie szczęśliwe bądź nieszczęśliwe. Może się zdarzyć, że jesteśmy dobrzy w wielu rzeczach, ale w żadnej nie jesteśmy wyjątkowi. To, że nie znaleźliśmy naszej pasji albo fakt, że już nie posiadamy tych zainteresowań, które kiedyś były dla nas ważne, nie świadczy o tym, że nie możemy przeżyć naszego życia, czując się spełnionymi.

Wystarczy chcieć

Zapewne wielu z nas spotkało się z literaturą dotyczącą osiągania sukcesu. Duża część tych pozycji proponuje metody bardzo ponętne, jednak mało skuteczne. Idee tam podane przekonywać mają do tego, że aby osiągnąć sukces, wystarczy chcieć, powtarzać przed snem jak zaklęcia afirmacje pomyślności i czekać, aż los się do nas uśmiechnie, co – jak zapewniają poradniki – zdarzyć się powinno szybciej, niż nam się wydaje. W niewielu książkach można przeczytać, że osiągnięcie sukcesu jest na ogół okupione ciężką pracą, wieloma wyrzeczeniami, rezygnacją z części marzeń i poprzedzone niemałą ilością porażek i trudności. Dlatego sukcesu nie udaje się nam osiągnąć, my go wypracowujemy, ponieważ jak mówi Jacek Walkiewicz, psycholog, mówca i trener, „profesjonalizm nigdy nie jest dziełem przypadku”.

Jeśli przyjrzymy się bliżej biografiom ludzi, którzy w różnych dziedzinach odnieśli sukces, zobaczymy, jak wielu z nich przeżywało ciężkie chwile w swoim życiu.  Niektórzy doświadczali nawet załamania nerwowego, zaznawali spektakularnych porażek finansowych i inwestycyjnych. Czasami musieli zrezygnować z części planów i pragnień, na rzeczy innych marzeń, a wybory te nie zawsze były łatwe. Jednak realizacja marzeń to właśnie pokonywanie trudności. Jeśli chcemy odnieść sukces, możemy być pewni, że jakieś trudności, prędzej czy później, pojawią się na naszej drodze, bo – cytując Franka A. Clarka, amerykańskiego pisarza – „jeśli możesz znaleźć drogę, na której nie ma żadnych przeszkód – prawdopodobnie wiedzie ona donikąd”.

W związku z tym, poza pracą, kluczową kwestią staje się wytrwałość i bycie konsekwentnym. Łatwo jest powziąć jakieś postanowienie, kiedy humor nam dopisuje, dużo trudniej jednak wytrwać w tym zamiarze, kiedy nastroju uniesienia już nie ma, a na drodze piętrzą się przeszkody. Jednak, jak mówi Jerry West, koszykarz, trener i działacz sportowy, nie zdołamy wiele w życiu osiągnąć, jeśli będziemy pracować tylko w te dni, kiedy dopisuje nam samopoczucie. Z kolei Carol Dweck, profesor psychologii z Columbia University, prowadząca badania nad motywacją osiągnięć, wysuwa następujący wniosek: głównymi cechami charakteryzującymi ludzi, którzy osiągają sukces, jest upodobanie do wyzwań oraz wytrwałość okazywana właśnie wtedy, gdy coś idzie nie tak. Dzięki temu ludzie ci potrafią poradzić sobie nawet w najtrudniejszych chwilach. Wiedzą oni również, że ich szansa na osiągnięcie zamierzonego celu rośnie z każdą próbą, nawet jeśli ta próba okazuje się być nieudaną. Również Krystyna Kofta, pisarka i felietonistka, podkreśla, że jeśli chcemy osiągnąć sukces, musimy być wytrwali i cierpliwi. Dodaje również, że „pieniądze przychodzą, ale nie zawsze od razu. To jest stopniowy rozwój. I trzeba się stale czegoś uczyć”.

Szybko, sprawnie i do przodu!

Osiąganie sukcesu jest procesem. Jest na ogół długofalowym przedsięwzięciem. I jak w każdym z tego typu działań, taki i tutaj występują zarówno momenty, kiedy człowiek szybko realizuje zamierzone wcześniej cele, jak i momenty zahamowania. Sam przestój nie jest ani dobry, ani zły. Ograniczenia czy okresy spowolnienia w realizacji przedsięwzięć są naturalnymi zjawiskami. Marcin Fabjański, autor książki „Stoicyzm uliczny” proponuje zastosować technikę „relabelingu”, czyli nazwania danej sytuacji na nowo. Zamiast określać sytuację jako przestój, można zdefiniować ją jako moment odpoczynku, chwilę na zastanowienie się nad dalszymi planami czy też chociażby czas na podjęcie innych działań.

Jednak, poza momentami przestoju, zdarzają się również sytuacje wymagające cofnięcia się, zrobienia kroku w tył, żeby nie brnąć dalej w realizację tych inicjatyw i planów, które w pewnym momencie okazały się nietrafione. Zrozumienie tego bywa czasami trudne, tak bardzo chcemy przeć do przodu. Lecz to właśnie wycofanie się, przyznanie się do porażki lub do błędnej decyzji jest jedną z kluczowych umiejętności potrzebnych na drodze do sukcesu. Taka sytuacja daje na przykład możliwość zobaczenia, że dotychczasowe zasoby przestały działać, a dzięki temu mobilizuje do nauki nowych umiejętności. Tom Peters, pisarz amerykański, stawia tutaj nawet śmiałą tezę, że „to porażka, a nie sukces, pcha świat do przodu”, jako że porażka oznacza zazwyczaj, iż człowiek przekroczył granice własnego komfortu próbując czegoś nowego, „sknocił coś, ale czegoś się przy tej okazji nauczył”.

W procesie dążenia do realizacji celów i zamierzeń zazwyczaj nie zdarza się sytuacja, w której tylko coś zyskujemy, a hossa nieprzerwanie powiększa nasze profity. W przyrodzie krzywa zawsze rosnąca nie istnieje. Oczekiwanie, że – kiedy  wreszcie podjęliśmy decyzję o realizacji naszych planów i skoro zainwestowaliśmy w nie nasz czas, dochody i zaangażowanie – pomyślność zawsze będzie nam już towarzyszyć, jest błędne i często prowadzi do niepotrzebnych frustracji, stresów i napięć.

Sukces zawsze stanowi wartość pozytywną.

Już w 1967 roku dwóch psychiatrów, Thomas Holmes i Richard Rahe, opracowało skalę 43 najbardziej stresogennych wydarzeń życiowych. Wśród wymienionych, oprócz takich jak śmierć współmałżonka, rozwód, zwolnienie z pracy, były tam również takie wydarzenia jak ślub, awans zawodowy, polepszenie sytuacji finansowej. Okazuje się bowiem, że ludzie trudno radzą sobie z tak dużą zmianą w życiu (bez względu na to, czy zmiana ta niesie pozytywne czy negatywne konsekwencje). Dlatego też, kiedy ludzie odnoszą sukces, często reagują stresem, ponieważ sytuacja ta konstytuuje nowe zadania, którym trzeba sprostać. Zarówno wśród bliskiej rodziny, jak i dalszych znajomych, może pojawić się zazdrość czy chęć – w celach odniesienia własnych korzyści – skorzystania z kontaktów z osobą, która odniosła sukces. Ona z kolei, z obawy przed wykorzystaniem, często odcina relacje społeczne, dystansując się do otoczenia, co prowadzi do poczucia osamotnienia, czasem nawet depresji.

Opiewany w kulturze masowej spektakularny sukces wcale zatem nie musi nieść ze sobą tylko pozytywnych konsekwencji. Często jest źródłem cierpienia. Trudno nam jest szybko zaadaptować się do nowej sytuacji. Kiedy do sukcesu dochodzimy stopniowo, doświadczając porażek i nieprzyjemności, uczymy się również radzić sobie z trudnościami, z nieprzewidywanymi zdarzeniami. Ci, którym sukces przyszedł bardzo szybko, przeważnie takiego przygotowania emocjonalnego nie mają. Dobitny wyraz temu daje w swojej książce „Toksyczny sukces. Jak przestać zmagać się z życiem, a zacząć się nim cieszyć” Paul Pearsall, neuropsycholog z Uniwersytetu Hawajskiego w Manoa, wskazując, że sukces „może przynieść ze sobą nie tylko radość, wynikającą z posiadania wielu rzeczy i możliwości, lecz również rozczarowanie i samotną rozpacz, zarówno osobom, które go doświadczają, jak i ich najbliższym”. Autor podkreśla również, że osoby, które odniosły sukces, cierpią często z powodu poczucia niedosytu i zawiedzenia, doświadczają nieustannego stresu i niepokoju, wnikających z presji, aby osiągać jeszcze więcej. Odczuwają również przytłoczenie życiem oraz brakuje im czasu na cieszenie się prostymi przyjemnościami.

50 twarzy sukcesu

Nie istnieje jeden wzorzec sukcesu jak wzorzec metra w Sèvres pod Paryżem. Każdy człowiek może określić go podług własnych potrzeb, oczekiwań, wartości i doświadczeń. Nie każdy jednak musi do niego dążyć za wszelką cenę, by czuć się spełnionym życiowo człowiekiem. Nie każdy sukces również musi się przekładać na wzrost zamożności. Jak mówi prof. dr hab. Janusz Czapiński, specjalizujący się w zakresie psychologii społecznej, poza sukcesem rozumianym jako bogacenie się finansowe lub jako uznanie społeczne, istnieje również rodzaj sukcesu określany jako wewnętrzny, gdzie my sami ustawiamy wysokość poprzeczki. Codziennie możemy go zatem odnosić.

Sukces finansowy i społeczny są tylko dwoma rodzajami sukcesu. Jednak bez względu na to, do jakiego sukcesu dążymy, każdy wiąże się z pracą, byciem konsekwentnym, umiejętnością radzenia sobie z porażkami oraz z odwagą i podjęciem ryzyka wyjścia poza strefę komfortu. Sukces może nieść ze sobą poczucie satysfakcji życiowej, zadowolenia, może stwarzać możliwości realizacji innych projektów, pomocy innym, podjęcia działań charytatywnych. Może również skutkować negatywnymi konsekwencjami, może nas obciążać, zwiększać poziom stresu, frustracji i rozczarowania. Jednak czy wciąż jest to sukces? Stosując definicję Jacka Walkiewicza, raczej nie – ponieważ, jak mówi, sukces można poznać właśnie po tym, że nas wspiera.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Buckingham, M., Coffman C. (2001). Po pierwsze: Złam wszelkie zasady. Warszawa: Wydawnictwo MT Biznes
Dweck, C. (2013). Nowa psychologia sukcesu, tłum. Czajkowska A., Warszawa: Muza
Fabjański, M. (2010). Stoicyzm uliczny, Warszawa: Czarna Owca
Holmes, T. H., & Rahe, R. H. (1967). The social readjustment rating scale. Journal of psychosomatic research, 11, 213
Honoré, C. (2012). Pochwała powolności, tłum. Umiński K., Warszawa: Drzewo Babel
Pearsall, P. (2003). Toksyczny sukces, tłum. Jóźwiak B., Poznań: Rebis
Phillipps, C. (2012). Failure to Find Passion, TEDxGoldenGatePark [online]. Dostępny w Internecie tutaj


Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

MIŁOŚĆ JEST WYZWANIEM

Ryzyko jest nieodłącznym elementem życia. Zarówno jeśli chodzi o realizacje naszych pasji, zamierzeń, bliższych i dalszych celów, jak i o związki, relacje. Podejmujemy ryzyko nie tylko przy próbach szukania partnera, ale również wtedy, kiedy otwieramy się na kogoś, kiedy się zakochujemy i wtedy, kiedy już jesteśmy w związku, przechodząc chociażby przez kryzysy. Ponieważ nie ma złotej recepty na harmonijne związki, decyzje, które podejmujemy zawsze obarczone są w jakiś stopniu niepewnością. Nawet pomimo nabierania z kolejnymi relacjami większego doświadczenia, każdy nowy związek to nowe wyzwania, nowe doświadczenia. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że każda z osób, z którą się wiążemy, jest inna od poprzedniej, ale również dlatego, że my sami się zmieniamy. Zmieniają się nasze potrzeby, zapatrywania, poglądy, uczucia.

Poszukiwanie partnera

Już na bardzo początkowym etapie poszukiwań partnera, zanim jeszcze się zakochamy i zaczniemy budować związek, mogą pojawiać się wątpliwości, lęki, uczucia, które potrafią skutecznie ukrócić wysiłki idące w kierunku znalezienia odpowiedniej osoby.

Pojawia się tutaj lęk przed bliskością. Na ogół jest on na tyle nieuświadomiony, że osoba, która go doświadcza, racjonalizuje swoje działania (lub zaniechanie działań), tłumacząc się, że bycie singlem bardziej jej odpowiada, że jest adekwatne do jej stylu życia, że umożliwia realizowanie większej ilości celów życiowych itd. Jednym z powodów niepodejmowania prób zbudowania związku partnerskiego może być obawa przez odrzuceniem, u podstaw której mogą leżeć dwie przyczyny. Jedną z nich jest zakończenie wieloletniego związku. Przeżycia związane z tak dużą zmianą w życiu mogą być na tyle traumatyczne, że stanowią ogromną przeszkodę na drodze do znalezienia następnego życiowego partnera. Druga przyczyna może leżeć w tym, że osoba ma za sobą wiele krótkich związków zakończonych niepowodzeniami. Jeśli nie wyciąga na bieżąco konstruktywnych wniosków z tych doświadczeń, które mogłyby zaprocentować lepszą znajomością siebie, swoich potrzeb oraz mechanizmów rządzących życiem uczuciowym, grozi jej postrzeganie swojego życia jako pasma samych nieszczęść, istną życiową porażkę. Trudno wtedy podjąć ryzyko i dać sobie szansę na rozpoczęcie nowej relacji.

Zmiana ról społecznych, w których funkcjonujemy, zmiana dotychczasowego porządku w naszym życiu mogą również nieść ze sobą niepokój. Odejście od przyzwyczajeń – nawet jeśli skutkują one nieprzyjemnymi doświadczeniami (np. poczuciem samotności) – jest czasem dużo trudniejsze, niż nam się wydaje. Wymaga bowiem zmierzenia się z sytuacjami, które mogą być dla nas zupełnie nowe, leżące poza naszą strefą komfortu. Ciężko jest jednak poznać przyszłego partnera przy jednoczesnym zachowaniu status quo dotychczasowego życia. Pewien wysiłek, odwaga i chęć zmiany są tutaj nieodzowne. Co ciekawe, brak pewności siebie w obszarze uczuciowym nie musi równocześnie oznaczać bycia nieśmiałym w innych sferach życia. Może nam brakować po prostu pewnego treningu umiejętności społecznych i podczas, gdy na prezentacji w pracy zawodowej radzimy sobie wyśmienicie, kiedy przychodzi do kwestii związanych z poszukiwaniem partnera, odczuwamy niemiłe uczucie połączone z chęcią wycofania się, ucieczki.

U podstaw trudności w znalezieniu partnera może leżeć też lęk przed utratą własnego ja, obawa, że będąc w relacji z partnerem, musimy tłumić nasze potrzeby, ograniczać naszą osobowość, zaniechać realizacji naszych pasji. Niektóre osoby mają trudność w wyobrażeniu sobie takiego kompromisu w relacji partnerskiej, który będzie dla nich satysfakcjonujący. Łączą go bezpośrednio z poświęceniem się, z koniecznością wyrzeczenia się własnego ja, zaprzeczenia sobie. Oczywiście truizmem jest, że związek wymaga od partnerów kompromisów, a co za tym idzie zarówno odwagi, żeby móc przyjrzeć się sobie, jaki i otwartości na zmianę samego siebie. Jednak nie jest prawdą, że wraz z momentem wejścia w relację intymną dwoje partnerów stapia się w całość i od tej pory zaczynają funkcjonować jako jeden organizm. Nie chodzi o to, żeby posiadać zawsze to samo zdanie na każdy temat i w identyczny sposób doświadczać świata. Jednym z warunków zdrowego związku jest bowiem bycie świadomym przez partnerów różnicy zdań i swobodnym wyrażaniu różnych odczuć przy jednoczesnym poczuciu zaangażowania i bliskości.

Warto tutaj jeszcze nadmienić, że jeżeli lęk przed miłością i zaangażowaniem przybiera chorobliwą postać, można przypuszczać, że w grę wchodzi jakieś głębsze zaburzenie, które być może wymaga psychoterapii. Jedną z grup, które mogą tego doświadczać, stanowią osoby wychowywane w różnego typu rodzinach dysfunkcyjnych, jak chociażby w rodzinach z problemem alkoholowym (tzw. Dorosłe Dzieci Alkoholików). Osoby te doświadczały w dzieciństwie często ambiwalentnych uczuć ze strony ich najbliższych, brakowało w ich wychowaniu poczucia bezpieczeństwa i zaufania, które mogłyby dostawać ze strony dorosłych. W rodzinach dysfunkcyjnych nie rozwijała się intymność i wzajemne zrozumienie. U osób wychowanych w takich rodzinach powstaje więc często szereg mechanizmów uniemożliwiających im wejście w intymny związek oparty na zaufaniu. Jak pisze Janet G. Woititz, autorka książki „Lęk przed bliskością”, praca nad zmienieniem tych wzorców jest trudna i wymaga wiele wysiłku. Przekonuje jednak, że wysiłek zdecydowanie warty jest podjęcia.

Motyle w brzuchu

Zakochanie często jawi się nam jako przeżycie niezwykle pożądane, wspaniałe, jako coś, do czego się dąży, za czym się tęskni. Jednak, przyglądając się bliżej zakochaniu, trudno jednoznacznie określić ten stan jako wyłącznie dobry, szczęśliwy, łatwy i przyjemny. Oczywiście, doświadczając zakochania, człowiek przeżywa dużo ekscytacji, uniesienia, jednak jest to też stan, w którym doświadcza się lęku, niepewności, obniżonego nastroju. Wymienione emocje charakteryzują się zresztą dużą labilnością w tym okresie. W związku z tym ten etap życia uczuciowego może być bardzo męczący, ciężki, mocno angażujący. Niektórzy określają go nawet jako stan swoistej psychofizjologicznej psychozy, kiedy jedna myśl przesłania wszystkie inne. Wynikiem tego jest zanik krytycyzmu, problemy z koncentracją, kłopoty w wykonywaniu prac intelektualnych. Cele życiowe, które do tej pory były kierunkowskazem w życiu człowieka, oddalają się lub całkowicie znikają z pola widzenia. I, o ile doświadczanie uczuć uniesienia może być dla nas pociągające, o tyle przeżywanie wszystkich negatywnych, lękowych stanów może być czynnikiem, który sprawia, że wycofujemy się z dalszego angażowania się w relację lub wręcz unikamy kolejnego zakochania się.

Okazuję się również, że bliskość może niepokoić i przestraszać. Dlatego trudno jest czasami odsłonić się, pokazać siebie, podjąć ryzyko. Na tym etapie zaczyna się również rodzić zależność. Możemy więc bać się tego, że dając partnerowi dostęp do siebie, wystawiamy się na możliwość większego zranienia z jego strony. Dzielimy się z drugą osobą naszymi marzeniami, nadziejami, potrzebami. Bliskość taka może jednak sprawiać, że będzie powstawała w nas obawa, że ta druga osoba może nas dotknąć, wykorzystując naszą zależność. Zaryzykowanie i obdarzenie kredytem zaufania drugą osobę wymaga pewnej odwagi.

Na etapie zakochania zmagamy się również z zagrożeniem, jakie niesie dla nas rezygnacja z opanowania emocjonalnego. Jak mówi Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta, „zakochanie się jest nieodłącznie związane z utratą kontroli, z poddaniem się fascynacji, czemuś nieznanemu, nieprzewidywalnemu”. Brak poczucia panowania nad naszymi emocjami może być trudnym dla nas stanem. Kiedy się zakochujemy, zaczynamy budować wspólną przyszłość z drugim człowiekiem, budujemy również jakiś obraz nas samych wokół tej relacji. Nie jesteśmy jednak w stanie przewidzieć, jak potoczy się owa znajomość. Czy przekształci się z intymny związek? Czy po krótkim okresie intensywnego zauroczenia pozostaniemy tylko znajomymi? Czy może też dojdzie do burzliwego rozstania? Brak jednoznacznej prognozy co do dalszego rozwoju niedawno zawartej relacji może budzić w nas opór, lęk. Jest w nim zawarte bowiem ryzyko (rozczarowania, zranienia itd.). Niepewność ta może być jednak również pociągająca. Daje bowiem szansę i nadzieję na coś nowego, ciekawego w naszym życiu.

Ważne więc na etapie zakochania jest pozwolenie sobie na bycie niedoskonałym, poszanowanie własnej wrażliwości oraz odwaga do zmierzenia się z uczuciami i myślami, o które sami siebie nie podejrzewaliśmy. Akceptacja niepewności zdaje się być kluczowa dla budowania związków. W swoich badaniach, Brené Brown – wykładowczyni nauk społecznych na Uniwersytecie Houston, analizująca zdolność człowieka do współodczuwania i kochania – mówi, że jednym z ważniejszych czynników, które sprawiają, że człowiek posiada poczucie własnej wartości (co sprzyja budowaniu związków) jest gotowość do działania, podjęcia akcji właśnie wtedy, kiedy nie ma gwarancji na sukces. Opisuje to między innymi jako gotowość do podjęcia ryzyka, kiedy to wychodzimy z inicjatywą pierwszego spotkania z osobą, na której nam zależy, licząc się z możliwością odmowy. Kiedy jako pierwsi mówimy „kocham cię”, licząc się z tym, że możemy nie usłyszeć tego samego od drugiego człowieka. Opisuje to też jako gotowość do zainwestowania naszej energii, czasu, własnych emocji, marzeń w związek, który może, ale nie musi się udać.

Ryzykowne związki

Wydawać by się mogło, że po trudach szukania miłości, przebrnięciu przez skomplikowany etap zakochania należy się nam jakaś nagroda i że jest nią właśnie związek – miejsca wiecznej szczęśliwości. Takie postrzeganie związku wywodzi się jednak z mitu romantycznego („…i żyli długo i szczęśliwie”) i w większości prowadzi do nieporozumień, rozczarowań i bólu. Jacek Masłowski, filozof, psychoterapeuta i coach, sugeruje, że warto odmitologizować związek, jako miejsce, w którym jest jedynie miło. To jest miejsce, w którym również jest trudno. W związkach bowiem podejmujemy ryzyko, zmagamy się z niepewnością i trudnościami wynikającymi z samej natury relacji intymnych.

Warto również krytycznie przyjrzeć się mitowi dopasowania seksualnego. Oczywiście, prawdą jest, że część osób bardziej do siebie pasuje na początku relacji, jednak, jak mówi Marta Niedźwiecka, psychiatra i psychoterapeutka, „każda para na jakimś etapie swojej historii będzie spotykała się z mniejszym lub większym wyzwaniem w postaci dostosowania komunikacji, potrzeb, temperamentów, sposobu działania”. Dodaje również, że „mit dopasowania oddala nas od sprawczości, decyzyjności”. Ważny staje się tutaj wysiłek, jaki wkładamy w ten obszar naszego związku. To z kolei wiąże się z podejmowaniem ryzyka związanego z komunikowaniem naszych potrzeb, oczekiwań, ale również wiąże się z gotowością do wysłuchania drugiej osoby, z gotowością do przyznania się, że być może jest jakiś problem, że być może trzeba będzie uwzględnić różne cechy naszych charakterów, nasze niedoskonałości, zahamowania.

Związek nie jest nigdy stały, niezmienny, dany raz na zawsze. Michał Czernuszczyk wskazuje na to, że warunkiem dobrego związku jest jego zdolność do zmiany. Dzieje się to chociażby dlatego, że ludzie lepiej się poznają, a ich poziom intymności wzrasta. Zmieniają się ich potrzeby, oczekiwania, zachowania. Rzadko się zdarza, żeby dwoje partnerów zmieniało się w tym samym tempie przez cały czas trwania związku. Relacja intymna wymaga od nas jakieś pracy. Żeby miłość trwała i mogła się rozwijać, a co za tym idzie, przechodzić przez kolejne etapy relacji, trzeba włożyć wysiłek, a u podstaw tworzenia związku zdaje się leżeć umiejętność komunikacji.

Ponieważ relacja intymna podlega transformacji zarówno dlatego, że partnerzy się zmieniają, jak i ze względu na to, że mogą pojawiać się różne, nieprzewidziane zdarzenia losowe, kryzysy bywają nieodłącznymi elementami każdego związku. Są teorie, że w sposób zupełnie naturalny co kilka lat, nawet w dobrze funkcjonującym związku, pojawiają się momenty kryzysowe. Oczywiście, sam kryzys nie jest ani dobry, ani zły – tak jak trudności – natomiast niewątpliwie nie jest łatwą sprawą. Pojawiają się wtedy bardzo trudne uczucia, które mogą wręcz być obezwładniające. Możemy wtedy powiedzieć lub zrobić rzeczy, które nas lub drugą osobę mogą bardzo zaboleć. Jak dodaje Michał Czernuszczyk, w takich chwilach „łatwo się nam nawzajem poranić, obrazić, dotknąć w najczulsze miejsca. Co więcej, mogą to być nieodwracalne dotknięcia i zranienia”.

Kryzys daje nam jednak szansę na zobaczenie siebie i innej osoby w nowym świetle, na przedefiniowanie naszego związku. Umożliwia zobaczenie tych aspektów relacji, które do tej pory były niewidoczne z powodu zrutynizowania relacji. Przeformułowanie związku niesie ze sobą jednak pewne ryzyko. Pojawiają się wątpliwości i pytania. Co mogę zyskać? Co mogę stracić? Czego właściwie chcę? Czy to, co jest teraz, mi odpowiada? Czy chcę czegoś innego? Są to pytanie, które trudno czasami sobie postawić i jeszcze trudniej na nie odpowiedzieć. Są to wątpliwości, które budzą lęk. Wydaje się jednak, że warto je zadawać samemu sobie, nawet jeśli nie zna się na nie na początku odpowiedzi. Nic bowiem bardziej nie generuje problemów, niż trwanie latami w związku, którego bilans, w naszym odczuciu, jest ujemy. Dzięki kryzysom natomiast związek może zacząć się zmieniać w stronę bardziej satysfakcjonującą dla obojga partnerów. Miłość jest wyzwaniem – wymaga odwagi, żeby zacząć związek, żeby go pogłębiać oraz żeby kontynuować pomimo występujących kryzysów i zwątpienia. Oczywiście, czasami może się pojawić decyzja o rozstaniu, lecz – jeśli jest przemyślana i świadoma – może być najlepszą decyzją, jaką podejmiemy.

Lęk i odwaga

Lęk przed bliskością, który w zamyśle ma chronić człowieka przed negatywnymi doświadczeniami, takimi jak porzucenie, odrzucenie, bycie oszukanym, zdradzonym, w rzeczywistości sam staje się przyczyną niepożądanych doświadczeń: poczucia osamotnienia, rozgoryczenia, frustracji, tłumienia swoich wewnętrznych potrzeb emocjonalnych. Warto pamiętać, że lęk jest czymś naturalnym i dosyć powszechnym. Nie należy go tłumić za wszelką cenę. Odwaga bowiem nie oznacza działania pozbawionego lęku. Oznacza działanie, podejmowanie ryzyka, pomimo odczuwania lęku. Ryzyko to więc nie jest ryzykanctwem. Jacek Walkiewicz, psycholog, mówca i trener, wskazuje, że kluczową kwestią konstytuującą odwagę jest zaufanie do samego siebie, wiara we własne możliwości. Podkreśla jednak, że powiedzenie „dam radę” nie oznacza zawsze, że „dobrze będzie”. Nie oznacza to również, że wszystko musimy robić sami, lecz świadczy o tym, że wierzymy, iż znajdziemy ludzi i rozwiązania niezbędne z sytuacji, w której będziemy potrzebowali pomocy.

Miłość sama się nie dzieje, związek sam się nie rozwija. I tak, jak w innych obszarach życia, żeby być spełnionym, tak i w życiu uczuciowym trzeba podjąć pewien wysiłek – wysiłek, który może być też rozumiany jako uważność, przytomność. Z drugiej strony, oczekiwanie, że nic się w życiu nigdy nie popsuje jest dosyć absurdalne i jak mówi Aimee Mullins – amerykańska  sportsmenka i aktorka, której amputowano obydwie nogi poniżej kolan – warto podchodzić do trudności jako do czegoś naturalnego i  stałego w naszym życiu. Podejmując ryzyko, jesteśmy narażeni na trudności, kryzysy, gorsze momenty, rozczarowania, ale nie unikniemy trudności, unikając ryzyka.

Nie da się zacząć związku bez robienia kroku w nieznane. Nie da się pogłębiać relacji, nie ryzykując. Już sam proces szukania partnera wymaga czasu, nakładu energii i zaangażowania. Kiedy się jest w związku, zaangażowanie jest również potrzebne. Na żadnym etapie nie ma gwarancji, że uda się z drugim człowiekiem stworzyć harmonijny, intymny związek oraz że ten związek będzie trwał wiecznie. Oczywiście można się skupiać tylko na lęku przed zranieniem, odrzuceniem, niespełnieniem, wykazując się asekurancką postawą. Można również udawać, że tych niebezpieczeństw nie ma, demonstrując bardziej ryzykanckie zachowanie. Można także być świadomym możliwości bycia zranionym i jednocześnie wchodzić w nieznane. Jednak wiara w to, że warto podejmować ryzyko, jak mówił Erich Fromm, filozof, socjolog i psycholog, autora „Ucieczki od wolności”, wymaga odwagi, a nawet gotowości zaznania bólu i rozczarowania.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Brown, B. (2013). Z wielką odwagą, tłum. Owsiak A., Warszawa: Laurum
Czernuszczyk, M. (2009). Wybieram to, przed czym uciekam, Charaktery [online]. Niedostępny w Internecie.
Woititz, J. G. (2000). Lęk przed bliskością, tłum. Zaremba E., Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne


Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej