Opuszczając krainę „Kiedyś”

Igor Rotberg rozmawia z Jadwigą Korzeniewską, socjolożką, autorką bloga Laboratorium Zmieniacza. Jadwiga Korzeniewska prowadzi również warsztaty z zakresu kształtowania nawyków w oparciu o sześć źródeł wpływu na zmianę.

 

Jadwiga Korzeniewska: Wielkimi krokami zbliża się okres, w którym wiele osób robi rachunek sumienia i rozlicza się przed sobą z tego, co z noworocznych postanowień udało się wdrożyć. Niejednokrotnie okazuje się wtedy, że postanowienia pozostały w fazie decyzji i nie zmieniły się w działanie. Znam te momenty i wiem jak są bolesne. Czy masz podobne doświadczenia lub obserwacje?

Igor Rotberg: Znam takie momenty i znam wiele osób, które dokonują takich spostrzeżeń. Uwzględniając fakt, że często trudno jest dotrzymać noworocznych postanowień lub – jak wspomniałaś – pozostają one jedynie w fazie decyzji, można generalnie podzielić ludzi na dwie grupy. Pierwsza z nich mówi, że co jak co, ale w tym nowym roku na pewno uda się przełożyć postanowienia noworoczne na realne kroki i w nich wytrwać. Z kolei osoby z drugiej grupy, zmęczone kolejnymi, niezrealizowanymi planami, mówią, że tym razem nie będą podejmowały żadnych postanowień noworocznych. Skoro i tak nigdy nie udaje im się niczego zrealizować, dlaczego miałoby się to teraz wydarzyć. Pierwsza grupa, bardziej optymistyczna, nadal wierzy w sukces. Druga – bardziej pesymistyczna – odpuszcza.

JK: Zwracasz uwagę na ciekawą rzecz – dwie odrębne perspektywy spojrzenia na kwestię podjęcia kolejnej próby. W podanym przykładzie obydwie grupy mają za sobą niepowodzenia, jednak zachowują się w ich obliczu zgoła odmiennie. Może to mieć związek z tym jak odczytują porażkę, kolejną nieudaną próbę – jako wyzwanie czy też jako informację zwrotną od świata, że nie nadają się do niczego. Zdecydowanie pierwsze podejście zostawia o wiele większą przestrzeń do działania. A zatem mówimy tu o pewnych nawykach w myśleniu, które mogą albo pozwalać nam się rozwijać, eksperymentować, albo zakładają nam betonowe buty na stopy.

IR: Tak, jedna i druga grupa doświadczyła porażki polegającej na niezrealizowaniu własnych planów i zamierzeń. I rzeczywiście jest tak, że postrzeganie niepowodzeń wpływa na to, jakie dalsze działania podejmujemy. Nawykowe myślenie jest tutaj bardzo istotnym elementem. Trudno jest bowiem cokolwiek zmienić w życiu, jeśli nie weźmie się pod uwagę dojmującej roli nawyków w sposobie postrzegania rzeczywistości.

JK: Można zatem rzec, że podwaliny sukcesu – nie tylko w realizacji postanowień noworocznych – leżą w naszej głowie. W tym, co sądzimy o świecie, o ludziach, o sobie i swoich możliwościach. A tego z kolei w dużej mierze uczymy się w toku socjalizacji przez modelowanie. Warto przyjrzeć się krytycznie swoim myślom i zadać sobie pytanie: dlaczego uważam, że tak jest? Przykładowo: dlaczego uważam, że porażka to komunikat mówiący o mnie, że jestem do niczego?

IR: Takie przyjrzenie się własnym przekonaniom może zaowocować zobaczeniem, jak wiele posiadamy nawykowych myśli, które osłabiają podjęcie decyzji. „Nie mogę tego zrobić”, „To jest zbyt ryzykowne”, „Na pewno sobie nie poradzę”, „Nie da się tego wykonać” – wiele takich sformułowań powtarzamy sami sobie, kiedy wpadnie nam do głowy chęć podjęcia działania wykraczającego poza codzienny, dobrze nam znany schemat funkcjonowania. Dlatego też w wielu przypadkach włącza się wtedy mechanizm samoutrudniania, który torpeduje nasze pomysły dotyczące zmiany w życiu.

JK: Strach przed zmianą to produkt naszej głowy. Paradoksalnie ten produkt ma za zadanie chronić nas przed niebezpieczeństwem – a tym dla naszego mózgu jest sytuacja nowa, sytuacja zmiany. Z moich doświadczeń wynika, że nie ma co czekać na to, że ten strach minie. Jak już mówiliśmy w poprzednich rozmowach – to naturalny element procesu zmian, dlatego warto nauczyć się działać pomimo niego, zamiast się mu poddawać. Powstaje zatem pytanie: jak to zrobić?

IR: Na pewno warto zwrócić uwagę na rolę innych osób w naszym życiu. Ponieważ żyjemy w systemie wzajemnych zależności i powiązań, uświadomienie sobie, czy będziemy mieć wokół siebie ludzi, którzy będą nas wspierać, czy wręcz przeciwnie, jest dosyć istotnie. Oczywiście nawet w sytuacji, kiedy przewidujemy, że nasza zmiana spowoduje krytyczną ocenę ze strony innych, nie znaczy to, że musimy poddać się na starcie. Zawsze bowiem znajdą się osoby, które będą nas krytykować. Dzieje się tak dlatego, że prawdopodobnie same boją się podjąć działania związane z ryzykiem lub ocenianie leży po prostu w ich naturze. Nie da się jednak kontrolować wszystkiego, co ludzie o nas pomyślą.

JK: Z moich doświadczeń wynika, że sabotowanie nas przez innych ludzi na naszej drodze do zmiany wynika z jeszcze jednego aspektu – braku zrozumienia dlaczego to robimy. Ja miałam roczny projekt zmiany nawyków żywieniowych, kiedy to nie jadłam słodyczy i słonych przekąsek. Zdarzało się, że ktoś na jakiejś imprezie, gdy słyszał, jak odmawiam zjedzenia np. ciasta, tłumacząc, że nie jem słodyczy, patrzył na mnie i mówił: „Daj spokój, dobrze wyglądasz, możesz sobie pozwolić na to ciasto!”. Dla niego bowiem mój projekt oznaczał, że się odchudzam. Tymczasem dla mnie był to element większego projektu pt. zdrowsze i dłuższe życie. Warto mówić ludziom o tym, jaką ważną dla nas wartość realizujemy poprzez swoją zmianę. Moje doświadczenia potwierdzają, że to diametralnie zmienia nastawienie innych osób do sprawy.

IR: Poruszyłaś tutaj bardzo ważną sprawę, a mianowicie kwestię wartości, które stoją za daną zmianą w życiu. Warto w tym momencie oddzielić cele od wartości. Wartości są bowiem tymi drogowskazami, które wyznaczają kierunki w naszym życiu. Na tej drodze z kolei realizujemy poszczególne cele i projekty. Uświadomienie sobie zatem, jakie wartości leżą u podstawy danej zmiany w życiu, może być bardzo motywujące dla nas oraz – jak wspomniałaś – może być pomocne w rozmowie z innymi, za sprawą której nasze wybory staną się bardziej zrozumiałe dla naszego otoczenia.

JK: Świetnie to ująłeś. Gdy inni rozumieją nasze działania, inaczej się do nich odnoszą. Nawet wtedy, jeśli nie są w stanie nam dopomóc, to niejednokrotnie powstrzymają się od szkodzenia nam. I bywa, że to wystarczy.

IR: Kolejną sprawą, która ułatwi nam na pewno podjęcie decyzji dotyczącej jakiejś zmiany w naszym życiu, jest porzucenie oczekiwania, że ruszymy do przodu dopiero wtedy, kiedy wszystkie niezbędne warunki zostaną spełnione. Czekanie na idealny moment może zakończyć się tym, że nigdy nie rozpoczniemy niczego nowego w naszym życiu.

JK: O tak, to jest paraliż decyzyjny, który znam bardzo dobrze, bo jest typowy dla neurotycznych perfekcjonistów. Teraz jestem na odwyku od tego, dzięki czemu sukcesywnie poruszam się do przodu. Kiedy człowiek robi jakiekolwiek postanowienie zmiany, może go przerażać ranga wyzwania. Napisać 200 stron pracy magisterskiej, zrzucić 10 kg, rzucić palenie – to wszystko są ogromne działania. A można je – jak już wspominaliśmy w poprzedniej rozmowie – podzielić na mniejsze kroki, zgodnie z duchem filozofii kaizen. Właśnie po to, by osłabić też siłę naszego strachu.

IR: Otóż to! Barbara Fredrickson, naukowiec i psycholożka, specjalizująca się w pozytywnych emocjach, mówi, że czasami nawet drobne modyfikacje myślenia czy działania mogą wpływać na zmianę tych obszarów w naszym życiu, które na początku wydają się niemożliwe do jakiejkolwiek modyfikacji. Przemeblowanie w jeden dzień całego naszego życia jest często niewykonalne. Możemy natomiast już dzisiaj wprowadzić do naszego życia drobne zmiany, które za jakiś czas zaowocują umocnieniem się nowych, pożądanych przez nas oczekiwań.

JK: Mamy zatem już kilka istotnych komponentów wprowadzania zmian: przyjrzenie się swoim nawykom w myśleniu, porozmawianie z ludźmi, którzy mogą nas sabotować lub wesprzeć na naszej drodze do zmiany i podzielenie wyzwania na mniejsze etapy.

IR: A więc do dzieła!

Reklamy

Terapia Poznawcza Oparta na Uważności (MBCT)

MBCT (Mindfulness-Based Cognitive Therapy), czyli Terapia Poznawcza Oparta na Uważności została opracowana przez grupę naukowców, profesorów Zindela Segala, Marka Williamsa i Johna Teasdale’a, którzy bazowali na programie uważności stworzonym przez prof. J. Kabat-Zinna. National Institute for Clinical Excellence zatwierdził MBCT jako skuteczną metodę zapobiegania nawrotom depresji. Metoda ta jest stosowana również w trudnościach w radzeniu sobie z negatywnymi emocjami, przy zaburzeniach lękowych, zaburzeniach odżywiania, zaburzeniach snu, a także w uzależnieniach. 

MBCT, opierając się na programie MBSR (Redukcji Stresu Opartej na Uważności), jest wzbogacona o techniki terapii poznawczo-behawioralnej używane w terapii zaburzeń nastroju. Istotą jest zmiana, charakterystycznych dla zaburzeń nastroju, stanów umysłu oraz rozwijanie nowych, niestosowanych do tej pory sposobów reagowania. Osiąga się to poprzez obserwowanie doznań płynących z umysłu i z ciała, nie reagując na nie automatycznie. Dzięki temu zwiększa się świadomość własnych myśli i uczuć oraz zyskuje się szerszą perspektywę patrzenia na własne myśli i emocje, bez konieczności utożsamiania się z nimi.

MBCT pomaga zatem stać się świadomym wczesnych znaków ostrzegawczych, zapowiadających możliwe nawroty depresji, stanów lękowych lub innych zaburzeń związanych np. z wahaniami nastroju. Pozwala redukować tendencje do unikania tych sygnałów oraz uczy, jak radzić sobie w obecności trudnych myśli i emocji. W związku z tym osoby uczestniczące w terapii MBCT łatwiej radzą sobie z negatywnymi skutkami stresu, reagują mniej neurotycznie na trudne sytuacje, czerpią większą satysfakcję z życia, a także mają bardziej stabilną samoocenę, która jest mniej zależna od czynników zewnętrznych.

OD NIECHCENIA DO ROBIENIA

Działanie w myśl przysłowia „co się odwlecze, to nie uciecze” w wielu wypadkach nie powoduje bardzo nieprzyjemnych konsekwencji. Jeśli jednak stanie się nawykiem, może bardzo utrudniać realizację planów czy wpływać niekorzystnie na samopoczucie. W tym roku zostały opublikowane wyniki badań zespołu naukowców, którym kierował Daniel Gustavson z University of Colorado Boulder, wskazujące na to, że odwlekanie działań w czasie może mieć przyczyny genetyczne. Naukowcy zwracają uwagę, że prokrastynacja może stanowić spuściznę po przodkach i być skutkiem ubocznym impulsywności. Wskazują jednak, że to rozwój cywilizacyjny i konieczność skupiania się na długofalowych planach spowodowały zwiększone występowanie prokrastynacji we współczesnym świecie. Jakkolwiek wyżej wymienione wyniki badań dostarczają nowych implikacji dotyczących omawianego zjawiska, niniejszy artykuł skupia się przede wszystkim na psychologicznych przyczynach oraz sposobach radzenia sobie z prokrastynacją.

Co masz zrobić dziś – zrób jutro

Tendencja do ciągłego odwlekania działania i przesuwania realizacji planów na późniejszy termin często jest kojarzona z byciem leniwym, z folgowaniem sobie, z nieróbstwem. Tymczasem – na co zwraca uwagę psycholożka, trenerka i kognitywistka Katarzyna Juszczak – ma niewiele wspólnego z lenistwem, wręcz przeciwnie: bliżej jej do pracoholizmu. Zarówno osoby z tendencją do prokrastynacji, jak i pracoholicy „skarżą się na brak czasu, nadmiar zobowiązań, przemęczenie i ciągłe poczucie, że robią za mało, że trzeba więcej i więcej” – dodaje psycholożka. Ludzie, którzy odwlekają działanie, są wbrew pozorom wciąż w coś zaangażowani, posiadając bardzo dużo planów, które zamierzają realizować. Często wykazują się dużą ambicją. Stąd też cierpią wtórnie z powodu niezrealizowanych zamierzeń lub wykonania ich na nie dość dobrym poziomie, odbierając to jako porażkę, własną niedoskonałość czy słabość.

Julia Wahl, psychoterapeutka i psycholożka, wskazuje z kolei, że nadmierna aktywność może być inną formą lenistwa. Jest to lenistwo polegające na tym, że człowiek nie chce stanąć twarzą w twarz z tym, co ważne. Chociaż osoby, które mają skłonność do prokrastynacji, robią bardzo dużo rzeczy, w większość nie zajmują się tymi zadaniami, które są naprawdę istotne. Często podświadomie liczą, że sprawy same się rozwiążą w czasie, kiedy oni zajmują się innymi rzeczami. Jest to oczywiście myślenie życzeniowe, powodujące niekiedy torpedowanie własnych projektów i marzeń.

Warto przy okazji zwrócić uwagę jeszcze na trzy kwestie. Pierwsza dotyczy tego, że prokrastynacja jest na ogół nawykiem. W związku z tym, tak jak w przypadku wszystkich nawyków, może być trudna do zmienienia z dnia na dzień, ale również – jak w pracy z innymi nawykami – można sobie z nią poradzić. Drugą kwestią jest to, że odwlekanie działania nie musi występować (i na ogół nie występuje) we wszystkich obszarach życia człowieka. Dlatego prokrastynacja, dotycząca zobowiązań zawodowych czy obowiązków domowych, może zupełnie nie występować w innych dziedzinach życia. Trzecia kwestia związana jest z konsekwencjami chorobliwego odkładania. O ile w samym momencie odłożenia danego zadania na późniejszy termin można poczuć chwilowe obniżenie napięcia (związanego chociażby z lękiem dotyczącym realizacji powziętego zadania), o tyle w dłuższej perspektywie prokrastynacja obciąża człowieka poczuciem winy, sprawiając, że obwiniania on siebie za zaniechanie obowiązków. Jeśli występuje w skrajnej postaci, może doprowadzić do stanów lękowych czy depresyjnych. Nie zawsze jednak musi mieć negatywne skutki dla funkcjonowania jednostki. Jeśli osoba dobrze pracuje pod presją czasu i – pomimo tendencji do prokrastynacji – jest w stanie zawsze zakończyć ważne zadania na czas, nie trzeba przesadnie martwić się tendencją do zwlekania.

Dlaczego tak trudno zabrać się do pracy?

Prokrastynację może powodować wiele rzeczy. Istnieje społeczne przekonanie, że przyczyną może być perfekcjonizm. Pogląd ten mówi, że osoby niedopuszczające myśli o swoich błędach na poziomie samych wyobrażeń, dotyczących rezultatu podjętych działań, są skłonne antycypować możliwe negatywne konsekwencje. Tym sposobem nie podejmują żadnego działania, lub – jak było to wcześniej wspomniane – zajmują się innymi zadaniami, czyniąc je dobrymi wymówkami lub czynnikami uniemożliwiającymi skupienie się na właściwej pracy. Jednak we współczesnej psychologii istnieje również odmienna teoria, według której perfekcjonizm słabo koreluje z prokrastynacją. Piers Steel, psycholog z University of Calgary, zajmujący się badaniami z zakresu motywacji i prokrastynacji, dowodzi w swoich pracach, że perfekcjoniści nie odkładają spraw na później częściej niż inni ludzi. Steel uważa, że cechą, która wpływa na osobowość skłonną do prokrastynacji, jest impulsywność (co jest zbieżne w omawianymi wcześniej wynikami prac badawczych zespołu Daniela Gustavsona). Osoby impulsywne mają problem z samokontrolą. Dlatego też działając pod wpływem nagłych emocji czy chwilowego nastroju, doświadczają większych trudności w koncentracji na działaniu o odroczonej gratyfikacji. Szybciej ulegają pokusom, które dostarczają przyjemności tu i teraz, a duża ilość czynników rozpraszających w ich środowisku tylko zwiększa skłonność do odwlekania. Mają zatem problemy ze zmotywowaniem się do podjęcia działań, z których satysfakcję można czerpać po upływie jakiegoś czasu. Dopiero kiedy termin końcowy staje się realny (czyli dotyczy dnia dzisiejszego) są w stanie zmotywować się do pracy.

Wzrost prokrastynacji mogą również powodować trudne do wykonania zadania. Jeśli do tego są one nużące lub mało konkretne, a wykonanie ich zajmuje dużo czasu, tendencja do odwlekania będzie prawdopodobnie się nasilać. Do tego może dokładać się poczucie posiadania niewystarczających kompetencji lub braku talentu, co nie zawsze odpowiada rzeczywistemu stanowi rzeczy. Poczucie to może wynikać z zaniżonej wartości siebie i przez to zniekształconego obrazu własnej osoby. Prokrastynację nasilać mogą mieć również problemy z koncentracją i skupieniem uwagi. Brak dobrej organizacji pracy, poczucie, że na wykonanie danej czynności jest za mało czasu oraz brak umiejętności dzielenia zadań na mniejsze, jak również delegowania obowiązków – to kolejne możliwe przyczyny, dla których ludzie ulegają tendencji od przekładania realizacji planów na później.

Również lęk pełni istotną rolę w omawianym zjawisku. Przede wszystkim jest to lęk przed odniesieniem porażki oraz osiągnięciem sukcesu. Lęk przed porażką może być spowodowany zarówno wychowaniem, jak i wysokimi wymaganiami stawianymi przez otoczenie w wieku dorosłym. Brak akceptacji własnych niedoskonałości wzmacnia wzrost poziomu stresu, kiedy człowiek konfrontuje się z myślą, że dane zadanie mogłoby nie zostać wykonane. Wspomniana wcześniej Katarzyna Juszczak zwraca uwagę, że osoby, doświadczające takiego lęku, wybierają w ich odczuciu mniejsze zło: wolą myśleć o sobie, że są trochę leniwi, niż ponieść porażkę, która mogłaby wpłynąć negatywnie na poczucie własnej wartości. Z kolei lęk przed sukcesem wiąże się z wzięciem odpowiedzialności za swoje działania. Lęk ten bierze się na ogół z obawy, że człowiek nie poradzi sobie czy to z zazdrością innych ludzi o jego sukces, czy też z większą odpowiedzialnością i dalszymi wyzwaniami, które – w mniemaniu tej osoby – będę o wiele trudniejsze niż aktualne. Takie przekonania często kształtują się już we wczesnych etapach rozwoju, nierzadko podchwycone od osób z najbliższego otoczenia.

Jeannetta Williams, Shannon Stark i Erica Foster, badacze zajmujący się relacjami między samowspółczuciem, motywacją i prokrastynacją, odkryli, że przyczyn odkładania spraw na potem można szukać również w ciągłej samokrytyce, która zmniejsza poziom motywacji. Nieustanne krytykowanie siebie zaniża poczucie własnej wartości. Poczucie bycia beznadziejnym, mało wartościowym, nie nadającym się do niczego, sprawia, że osoby charakteryzujące się takimi odczuciami wikłają się w działania samoutrudniające, między innymi takie jak prokrastynacja. Ponieważ potencjalne niepowodzenie podjętego działania skutkuje bezpośrednio negatywnym ocenieniem siebie, osoby te czasami w ogóle nie podejmują działań. Prokrastynacja w tym przypadku nie wynika bezpośrednio z samego doświadczenia niepowodzenia, lecz z negatywnych uczuć pojawiających się w momencie samokrytycznego wewnętrznego dialogu.

Żeby się chciało tak, jak się nie chce

Nie ma jednej recepty, która sprawiłaby, że nawyk prokrastynacji przestanie istnieć. Ważne staje się rozpoznanie konkretnej przyczyny i dobranie odpowiednich narzędzi, które pomogą uporać się z czynnikiem wywołującym tendencje do odkładania rzeczy na później. Ponieważ prokrastynacja może być nawykową czynnością, oduczenie się takiego postępowania i wypracowanie innego, alternatywnego sposobu działania może zająć jakiś czas.

Psychologowie i trenerzy motywacyjni, w odniesieniu do zadań, których wielkość lub stopień trudności może wywoływać przewidywanie nieporadzenia sobie z nimi, polecają rozpisanie całości zobowiązania na mniejsze części. Jeśli problem dotyczy zmobilizowania się do rozpoczęcia realizacji danego zadania, takie podzielenie na jak najmniejsze, ale bardzo konkretne etapy oraz skupienie się tylko na pierwszym, małym zadaniu, jest szansą na przezwyciężenie nawyku odkładania spraw na później. Jeśli natomiast problem dotyczy etapu kontynuowania danego zadania, wynikający ze słabej samokontroli, ważne zdaje się być usunięcie z otoczenia na czas wykonywania danej czynności, możliwie dużej liczby czynników rozpraszających. Również uatrakcyjnienie zadania może pomóc w poradzeniu sobie z prokrastynacją, która odnosi się do trudności w podtrzymywaniu raz podjętego działania. Choć może to się wydawać trudne dla osób skłonnych do prokrastynacji, zajęcie się w pierwszej kolejności najmniej przyjemnymi sprawami wpływa na zmniejszenie napięcia i ułatwia poradzenie sobie z ewentualnym zwlekaniem. Również ważnym elementem w radzeniu sobie z prokrastynacją jest dobra (odpowiednia dla danej osoby) organizacja pracy. Umiejętność dobrania właściwej ilości zadań na dany dzień oraz pogodzenia czasu pracy z okresami przeznaczonymi na głęboki odpoczynek i relaks może być wspierana przez odpowiednie narzędzia, przeznaczone do organizacji dnia pracy (np. GTD, czyli pięcioetapowy proces zarządzania zadaniami lub technika Pomodoro, czyli metoda optymalizująca czas przerw). Bez względu jednak na to, jakich narzędzi się użyje, kluczowe jest rozpoznanie przyczyn prokrastynacji. Może się bowiem okazać, że jest ona jedynie konsekwencją innych życiowych kwestii, które domagają się rozwiązania.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych

Gustavson, D. E., Miyake, A., Hewitt, J. K., Friedman, N. P. (2014). Genetic Relations Among Procrastination, Impulsivity, and Goal-Management Ability: Implications for the Evolutionary Origin of Procrastination, Psychological Science, vol. 25, nr 6, s. 1178-1188
Juszczak, K. (2013). Prokrastynacja – też to masz?, Hello Zdrowie [online]. Dostępne w internecie tutaj
Steel, P. (2010). Procrastination and the Perfectionism Myth, Psychology Today [online]. Dostępne w internecie tutaj
Wahl, J. (2014). Samotność nie jest zawsze zła, naTemat [online]. Dostępne w internecie tutaj
Williams, J. G., Stark, S. K., Foster, E. E. (2008). Start today or the very last day? The relationships among self-compassion, motivation, and procrastination, American Journal of Psychological Research, nr 4, s 37-44

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.

Wielozadaniowość

Przyspieszanie tempa życia skutkuje próbami robienia większej liczby rzeczy w coraz mniejszych jednostkach czasu. Skupianie się na jednej czynności jest więc często postrzegane jako strata czasu. Postęp technologiczny zachęca dodatkowo do robienia kilku rzeczy naraz. Ścigamy się z innymi i sami ze sobą, robiąc wszystko w możliwie szybkim tempie. Tymczasem pojawia się coraz więcej opinii dotyczących pułapki wielozadaniowości. Z licznych badań wynika, że takie działania mogą przynosić odwrotne skutki od zamierzonych.

Z badań, które przeprowadzili Zheng Wang i John Tchernev z Uniwersytetu Stanowego Ohio, wynika, że efektywność pracowników, zajmujących się kilkoma zadaniami równocześnie, maleje. Obniża się produktywność w zadaniach, które w danym momencie powinny być priorytetem. Potwierdzają to również badania Clifforda Nassa, specjalisty ds. nauk kognitywnych  z Uniwersytetu Stanforda. Poza spadkiem wydajności, z badań Nassa wynika, że obniża się również poziom koncentracji oraz zdolność przyswajania nowego materiału.

Niektórzy nawet twierdzą, że nie istnieje coś takiego, jak wielozadaniowość, a jedynie przerzucanie się między poszczególnymi zadaniami. Nie wykonujemy więc kilku rzeczy naraz, lecz każdą z tych rzeczy robimy na przemian przez bardzo krótki czas. Owo ciągłe przerzucanie uwagi skutkuje kilkoma znaczącymi konsekwencjami:

  1. Przede wszystkim tracimy czas. Szacuje się, że możemy marnować nawet do 30% swojego czasu w trakcie wykonywania zadań jednocześnie. Dzieje się tak również dlatego, że powrót do przerwanego zadania wymaga cofnięcia się do wcześniejszych ustaleń. Analizując, gdzie skończyliśmy poprzednie zadanie, wydłużamy czas na jego realizację.
  2. Odczuwamy stres wynikający z lęku przez niewywiązaniem się w terminie z wykonaniem danej czynności.
  3. Ponieważ nieustanne przełączanie się pomiędzy czynnościami pochłania dużo naszej energii, dopada nas zmęczenie, a co za tym idzie, popełniamy więcej błędów niż w przypadku, gdybyśmy wykonywali jedną czynność naraz.

Czasami lepiej jest ograniczyć liczbę wykonywanych zadań, gdyż – wbrew pozorom – zyskamy więcej czasu, który będziemy mogli przeznaczyć na inne czynności. Psychologowie zwracają uwagę, że tak naprawdę wielozadaniowość ma sens jedynie, kiedy któraś z czynności jest na tyle prosta, że nie ma potrzeby dużego koncentrowania się na niej (kiedy wykonujemy ją machinalnie).

OPOWIEŚĆ O SZLACHETNYM UMIERANIU

Umieranie jest częścią istnienia. Nie da się od niego uciec. Stykamy się z nim, kiedy odchodzą nasi bliscy. Temat ten pojawia się także w prawie każdych wiadomościach w telewizji, które podają liczbę zabitych w wypadkach czy w przebiegu działań wojennych. Problematyka ta dotyka nas również wtedy, kiedy dowiadujemy się o śmierci kogoś znanego, kogo ceniliśmy i lubiliśmy. Wreszcie konfrontujemy się z myślami o śmierci, kiedy słyszymy nieprzychylną diagnozę w gabinecie lekarskim. A jednak pomimo ciągłej obecności zjawiska śmierci w naszym życiu często nie umiemy o nim rozmawiać, niekiedy traktujemy je jako temat tabu, obsesyjnie starając się odsuwać myśli o własnej lub czyjejś śmiertelności. Jak zatem mamy poruszać kwestię umierania? Czy rozmawiać o śmierci z dziećmi? Czy przeżywać żałobę? I o czym rozmawiać z umierającymi? Terapeuta David Bedrick mówi, że nie chodzi o to, „by patrzeć na śmierć jako na wroga, którego należy pokonać”. Świadome zbliżenie się do tematu śmierci może być jednym z najbardziej dogłębnie transformujących i intymnych życiowych doświadczeń, ułatwiających nam akceptację i pogodzenie się z umieraniem.

Zjawisko śmierci we współczesnej kulturze

Otaczający nas świat nastawiony jest przede wszystkim na rozwój, wzrost i żywotność. Umieranie, jako przeciwstawne temu podejściu, jest zatem często spychane na obrzeża kultury. Trudności w rozmowach o śmierci być może należy szukać również w zanikaniu rodzin wielopokoleniowych oraz w tym, że popkultura wciąż w niewielkim stopniu porusza kwestie związane z godnym umieraniem, pokazywanym jako nieunikniona i naturalna część życia. Nieżyjąca już polska aktorka i nauczycielka zen, Małgorzata Braunek, w jednym z wywiadów podkreślała, że „dominuje dzisiaj nastawienie na skuteczność. Musimy osiągać konkretne cele w naszym życiu. W tym dążeniu brak miejsca na niedołężność, bezradność i w końcu śmierć. Dlatego wyrzucamy je z naszego życia. Ideałem współczesnym jest nadal człowiek młody, piękny, zdrowy i skuteczny”.

Trudno więc się dziwić, że staramy się nie myśleć o śmierci i o niej nie rozmawiać. Nawet osoby, które umierają, często skupiają się na wszystkich innych rzeczach, a nie na procesie odchodzenia. Stephen Jenkinson, który przez wiele lat pracował z ludźmi umierającymi, ich rodzinami oraz osobami pogrążonymi w żałobie, mówi, że również otoczenie nie ułatwia pokonywania oporów przed rozmawianiem o umieraniu osobom, które zbliżają się do śmierci. Wypowiadając słowa: „Jaki cmentarz? Jaki pogrzeb! Niech mama już nie opowiada głupot! Przecież mama jeszcze żyje!” nie pomagamy osobie, która zmaga się z trudnymi uczuciami dotyczącymi umierania. Oczywiście wynika to głównie z tego, że sami czujemy lęk przed podjęciem tego tematu, nie wiedząc, co mielibyśmy powiedzieć.

Jenkinson zwraca również uwagę na kwestię uczestnictwa dzieci zarówno w procesie odchodzenia bliskiej osoby, jak i obrzędu pochówku. Zżymamy się na samą myśl o zabraniu naszych dzieci chociażby do szpitala, chroniąc je przed widokiem umierającego członka rodziny. Jenkinson podkreśla, że wprawdzie umierający często wyglądają kiepsko i patrzenie na nich jest trudne, jednak odsuwanie dzieci od tematyki śmierci zaszczepia w nich przekonanie, że tematu umierania należy unikać, że nie wolno o nim dyskutować. Tymczasem warto by było, żeby miały one możliwość zbliżenia się do tematu śmierci w naturalny dla siebie sposób.

Również dr Tomasz Dangel, anestezjolog i założyciel Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci, uważa, że nie tylko potrzebne jest otwarte mówienie o śmierci na forum publicznym, ale również powinno być ono obowiązkowym elementem nauczania w szkole. „Ostatecznie skoro ma ona nas przygotować do życia w społeczeństwie, nie powinna pomijać tego aspektu” – dodaje Dangel. Zarówno na lekcjach biologii, jak i na przedmiotach takich, jak „wychowanie do życia w rodzinie”, oprócz tematów związanych z dojrzewaniem, rozrodczością czy seksualnością, powinny się znaleźć również zagadnienia odnoszące się na przykład do tego, jak pożegnać się z umierającymi bliskimi osobami. Wiedza dotycząca umierania jest potrzebna również osobom, których praca sprawia, że często stykają się ze śmiercią (policjantom, strażakom, ratownikom medycznym itd.). Nie tylko potrzebują wiedzieć, jak wspierać chorych czy umierających i ich rodziny, ale również muszą umieć radzić sobie z tak dużym obciążeniem psychicznym, jakie pociąga za sobą wykonywany zawód.

Pełne przeżycie żałoby

Często traktujemy negatywne emocje jedynie jako bezsensowny dyskomfort, którego należy się jak najszybciej pozbyć. Imperatyw dotyczący przeżywania tylko pozytywnych emocji i usilnego dążenia do pozbycia się wszystkich nieprzyjemnych doznań wynika po pierwsze z przekazu społecznego nakazującego dążenie do szczęścia i przyjemności jako wartości nadrzędnych. Po drugie wynika on z szybko rozwijających się nauk medycznych, których główne cele skupione są na pomocy chorym, procesie zdrowienia, leczeniu, naprawianiu i ratowaniu. W tym kontekście żałoba traktowana jest jako jednostka chorobowa (w DSM V, klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, skrócono właśnie czas żałoby z dwóch miesięcy do dwóch tygodni), a proces odchodzenia oraz sama śmierć – jako porażka systemu medycznego oraz starań lekarzy. Tracimy więc możliwość prawdziwego poznania, czym jest umieranie, stwarzając pozory świata pozbawionego ciemnych stron.

Kiedy zatem doznajemy głębokiej straty, kiedy umiera nam ktoś bliski, okazuje się, że często zostajemy sami z naszymi trudnymi emocjami, którymi ciężko jest się z kimś podzielić, ponieważ w społeczeństwie istnieje przekonanie, że powinniśmy szybko „wziąć się w garść”. Jeśli tego nie robimy, świadczyć to może o naszym słabym charakterze lub o bezsensownym przeżywaniu straty. Niekiedy zostajemy odizolowani od reszty znajomych i możemy do nich powrócić, jak tylko „uporamy się” ze swoją żałobą. Publiczne przeżywanie żałoby nie jest dobrze widziane. Tymczasem psychologowie wskazują, że właśnie pełne przeżycie żałoby, pozwolenie sobie na doświadczanie różnych, czasami skrajnych emocji oraz przejście przez kolejne etapy godzenia się ze stratą stanowią podstawę zdrowego radzenia sobie z takimi ciężkimi doświadczeniami jak śmierć bliskiej osoby. Dodatkowo jeśli żałobnik ma wsparcie w grupie społecznej, łatwiej mu poradzić sobie ze smutkiem czy rozpaczą. Niektórzy twierdzą, że musi upłynąć wiele miesięcy, żeby w pełni zintegrować nową rzeczywistość. Z tego powodu być może mądrym rozwiązaniem byłoby jednak – choć zwyczaj ten zanika – gdybyśmy mogli swobodnie przeżywać żałobę przez rok, czyli przez cały ten czas, kiedy doświadczamy wszystkich świąt czy ważnych wydarzeń rodzinnym bez zmarłego, oswajając się powoli z brakiem bliskiej osoby.

Lęk przed śmiercią

Jesteśmy śmiertelni. Ta świadomość może przerażać, dlatego szukamy sposobów na poradzenie sobie z nią. Pisarz i filozof Stephen Cave wskazuje, że ludzkość zawsze szukała jakiegoś eliksiru życia, jakiegoś mitu czy opowiadania, które pozwalałyby poradzić sobie ze świadomością własnej śmiertelności. Dodaje, że obecnie nadal to robimy, ale używamy innego niż dawniej języka. Współcześnie dostarcza nam go nomenklatura naukowa. Kiedy w zeszłym stuleciu odkryto hormony, mieliśmy nadzieję, że rozwiążą one problemy związane ze starzeniem się i chorobami. Dziś z kolei pokładamy nadzieję w komórkach macierzystych, inżynierii genetycznej i nanotechnologii. Motywy naszego postępowania pozostają jednak te same: tak jak dawniej, również współcześnie towarzyszy nam lęk przed śmiercią i – nieodmiennie – także dzisiaj staramy się w ten czy inny sposób poradzić sobie z faktem, że nie będziemy żyć wiecznie.

Lęk ten zresztą jest uzasadniony, ponieważ, jak mówi neurochirurg prof. Mirosław Ząbek: „Wobec śmierci wszyscy jesteśmy debiutantami. I ten, kto odchodzi, i jego najbliżsi”. Mimo, że już kiedy się rodzimy, mamy zagwarantowane, że umrzemy, nasza śmiertelność i tak budzi w nas lęk. Prof. Ząbek podkreśla, że boimy się nie tylko samej śmierci, ale procesu umierania, tego, jak będziemy wyglądać czy tego, co się stanie z naszą świadomością. Skoro lęk w konfrontacji z nieznanym, ze bezpowrotną stratą, z końcem życia jest naturalną reakcją, zatem warto sobie pozwolić na przeżywanie go tak, jak potrafimy. Oczywiście popadanie w skrajne przygnębienie lub obsesyjne lęki dotyczące śmierci (własnej lub cudzej) oraz zachorowania (np. kancerofobia, hipochondria) wymagają na ogół psychologicznej lub psychoterapeutycznej konsultacji. Z kolei na drugim krańcu znajdują się ci z nas, który starają się za wszelką cenę unikać tematu umierania, pokładając naiwną wiarę w to, że nic złego ich nie spotka, że żadne choroby nie będą się imać ani ich samych, ani ich bliskich. Przekonanie, że nie poruszając tematu śmierci czy chorowania unikniemy negatywnych zdarzeń, a nasi bliscy będą żyć wiecznie w zdrowiu, jest nielogiczne i dodatkowo przysparza nam bólu, zwłaszcza w tych momentach, kiedy rzeczywiście musimy się zmierzyć ze śmiertelną chorobą czy odejściem kogoś bliskiego.

Opowieść o szlachetnym umieraniu

Pomimo, że śmierć stanowi element procesu życia, nie da się jej oswoić, nie da się jej uporządkować, wcisnąć w ramy rozumowe. Za to na pewno można oswoić rozmowy o umieraniu, chorowaniu, o naszych lękach, nadziejach, emocjach. Wiele niepokojów i niejasności, które mają osoby chore terminalnie, zasadza się na niewyjaśnionych kwestiach, co z ich ciałem zrobią ci, którzy pozostaną, czy ktoś zauważy ich odejście, jak zostaną rozwiązane sprawy spadkowe, prawne, majątkowe czy okołopogrzebowe. Ważne dla ciężko chorych osób jest bycie wysłuchanymi, zrozumianymi. Istotne jest, żeby miały również wpływ na ostatnie chwile swego życia, żeby – jeśli będą miały taką potrzebę – mogły się pożegnać z bliskimi czy przystąpić do ważnych dla siebie sakramentów. Chirurg i publicysta, dr Atul Gawande zwraca uwagę, że rozmowa, nie tylko z bliskimi, ale i ze specjalistami od opieki paliatywnej, jest kluczowa dla ciężko chorych. Pomaga im bowiem oswoić się z lękami, zmniejsza ich cierpienie, poprawia kontakty z rodziną, jest również jednym z czynników przeciwdziałających depresji.

Pacjenci potrzebują też zdrowej nadziei. Jak mówi psychiatra dr Mariusz Wirga, nadzieja taka „nie oznacza, że to, czego pragniemy, będzie osiągnięte. Przekonanie: ‘na pewno wyzdrowieję’ nie jest nadzieją tylko myśleniem pozytywnym lub życzeniowym”. Wyrazem zdrowej nadziei jest natomiast przekonanie „mogę wyzdrowieć niezależnie od tego jak ciężko jestem chory”. Co więcej, jest oparte na faktach, ponieważ znane są przypadki wyzdrowienia z bardzo zaawansowanych chorób. Niestety współczesna medycyna zamiast badać, jakie procesy za tym się kryją, kwituje je stwierdzeniem ‘spontaniczna remisja’ – dodaje Wirga.

Zdrowa nadzieja nie jest jednak tym, do czego przyzwyczaiła nas dzisiejsza sztuka lekarska, a mianowicie przekonaniem, że zawsze da się coś jeszcze zrobić ku wyleczeniu pacjenta i – co ważniejsze – zawsze trzeba coś zrobić. W związku z tym większość umiera w szpitalach wśród sprzętu podtrzymującego życie. Takie podejście zaszczepia w nas poczucie, że musimy walczyć w własną chorobą do końca, który nie zawsze jest szlachetny i humanitarny. Poczucie to sprawia również, że nakłaniamy naszych bliskich do tego samego, zmuszając ich często do podjęcia kolejnego, jeszcze bardziej wycieńczającego leczenia. Zjawisko to, zwane uporczywą terapią, przynosi wiele negatywnych skutków nie tylko rodzinie chorego, ale i samemu choremu. W swojej książce “Being Mortal” Atul Gawande wskazuje, że uporczywa terapia często oddziela chorego od jego najbliższych, a śmierć przychodzi wtedy, kiedy pacjent – będąc zwykle nieświadomym – jest już wycieńczony chorobą i negatywnymi skutkami leczenia.

Kwestię tę porusza też pisarka i dziennikarka Amanda Bennett, zwracając uwagę, że w zachodniej cywilizacji mamy opowieść o szlachetnej walce, związanej z pokonywaniem choroby, radzeniem sobie z niedomaganiem, szukaniem nowych sposobów leczenia, heroicznym ratowaniem. Brakuje nam jednak opowieści o szlachetnym umieraniu. A przecież nie istnieje i nie istniał nigdy lekarz, któremu udało się dać pacjentowi życie wieczne. Tymczasem, przyglądając się samemu językowi, jakiego używamy do opisywania walki z chorobą, możemy zauważyć, że cenimy tylko te opowieści, w których chory wyzdrowiał. „Ona przegrała walkę z rakiem”, „Niestety, nie udało się mu przeżyć”, „Choroba go pokonała” – te wszystkie wypowiedzi wskazują, że nie dopuszczamy do siebie myśli o tym, że odchodzenie może być godne, szlachetne, poza dyskursem związanym ze zwycięstwem lub przegraną. Dlatego też – co zauważa Bennett – traktujemy hospicja jako miejsca niegodne umierającego człowieka, bo przecież trzeba walczyć do końca, nigdy się nie poddawać, szukać nowych, skuteczniejszych leków i bardziej agresywnej terapii. Patrząc z takiej perspektywy zgoda na hospicjum jest równoznaczna z przyznaniem się do niepowodzenia, do bezsilności. Dlatego potrzebujemy narracji, która nie będzie zrównywała umierania z rezygnacją z życia, z nieskutecznością starań zarówno naszych, jak i lekarzy. Bennett dodaje, że potrzebujemy obu opowieści: tej związanej w walką i leczeniem, ale też tej związanej ze szlachetnym umieraniem i godnym pożegnaniem z życiem.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bedrick, D. (2014). Into the Dark: A Psychology of Soul, Shadow, and Diversity, Psychology Today [online]. Dostępny w internecie tutaj
Bennet, A. (2013). Zacznijmy myśleć o umieraniu jako bohaterskiej walce, TED [online]. Dostępne w internecie tutaj
Braunek, M. (2014). Czas i akceptacja – rozmowa z Małgorzatą Braunek, rozmowę przepr. Pająk P., Charaktery [online]. Dostępne w internecie tutaj
Gawande, A. (2014). Being Mortal: Medicine and What Matters in the End, New York: Metropolitan Books
Gawande, A. (2010). Letting Go. What should medicine do when it can’t save your life?, The New Yorker [online]. Dostępne w internecie tutaj
Jenkinson, S. (2013) Jak mogłoby być. Podręcznik dla umierających i tych, którzy ich kochają, tłum. Korżyk K., Kraków : Fundacja Pathways
Jenkinson, S. (2013) Przewodnik po śmierci: Piękna jak życie, rozmowę przepr. Kula A, Tygodnik Powszechny [online]. Dostępne w internecie tutaj
Stradowski, J., Selimi, M. (2013). Dobra śmierć: umieranie z uśmiechem, Focul.pl [online]. Dostępne w internecie tutaj
Wirga, M. (2009). Pokładajmy nadzieję, póki możemy, Charaktery [online]. Dostępne w internecie tutaj

Terapia Akceptacji i Zaangażowania (ACT)

Terapia Akceptacji i Zaangażowania (Acceptance and Commitment Therapy, ACT) jest kierunkiem w psychoterapii, który wywodzi się z nurtu terapii poznawczo-behawioralnych i zaliczany jest do tzw. trzeciej fali tego nurtu. Podejście to pod koniec lat 80. ubiegłego wieku rozwinęli Steven C. Hayes, Kelly G. Wilson oraz Kirk Strosahl. Podstawy teoretyczne ACT stanowi Teoria Ram Relacyjnych.

Głównych przyczyn problemów psychicznych (takich jak lęk, depresja itd.) oraz innych form cierpienia, Terapia Akceptacji i Zaangażowania upatruje w braku elastyczności psychologicznej (psychological flexibility). Nadrzędnym celem terapii jest zatem pomoc w zwiększeniu elastyczności psychologicznej pacjenta, która jest definiowana jako bycie w pełni obecnym „tu i teraz”, ze wszystkimi swoimi myślami, emocjami i doznaniami i jednoczesne dokonywanie wyborów i kierowanie zachowaniem w taki sposób, by służyło ono realizacji osobistych wartości. Uzyskuje się to poprzez strategie terapeutyczne oparte na praktyce uważności, akceptacji oraz modyfikacji zachowania. Strategie te polegają po pierwsze w nauce, jakie sposoby radzenia sobie, zamiast pomagać, nasilają występowanie problemów. Po drugie dotyczą redukcji zachowań mających na celu unikania doświadczenia. Dzięki zwiększeniu elastyczności psychologicznej pacjenci są w stanie bardziej zaangażować się w realizacje tych celów, które są zgodne z ich osobistymi wartościami. Nadają swojemu życiu większe znaczenie i sens.

Wartym podkreślenia jest fakt, że celem terapii nie jest jednak samo w sobie pozbycie się symptomów zaburzeń. Ustępowanie symptomów zaburzeń w tym podejściu jest postrzegane jako uboczny efekt podejmowanych zmian w życiu pacjenta.

Skuteczność tej terapii jest poparta licznymi badaniami opisywanymi w fachowej literaturze. Wyniki tych badań wskazują, że ACT jest szczególnie użyteczna w leczeniu takich problemów jak szerokie spektrum zaburzeń lękowych, depresje, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, zespół stresu pourazowego (PTSD), zaburzenia odżywiania czy uzależnienia. Omawiane podejście jest również skuteczną metodą radzenia sobie ze skutkami różnych długotrwałych problemów o podłożu somatycznym (np. chroniczne bóle). ACT sprawdza się również w pracy z gniewem, agresją czy prokrastynacją.

ABSORBUJĄCA NUDA

Stan znudzenia jest prawdopodobnie znany większości ludzi. Czy zatem jest wpisany w ludzką naturę, czy może raczej wynika z czynników cywilizacyjnych? Erich Fromm mówił, że „nuda jest najstraszliwszą plagą naszych czasów”, jednak psychologowie zwracają uwagę, że zjawisko to jest dosyć złożone. Prawdą jest, że nuda może negatywnie wpływać na zdrowie. Może być również twórcza, a także wynikać z własnych, nierozwiązanych problemów. Często wyraża się w obojętności, utracie zainteresowania lub próbach znalezienia jakiegokolwiek sposobu na przerwanie doświadczania negatywnego stanu, jakim jest znudzenie. Czy należy unikać nudy, czy też dobrze jest się czasami ponudzić?

Negatywne oblicza nudy

Zjawisko nudy nie jest nowe. Już od dawna interesuje badaczy i psychologów. Nie jest jednorodnym zjawiskiem. Jego przyczyn można upatrywać zarówno w powtarzalności sytuacji i czynności, czyli monotonii życia, jak również w nadmiarze bodźców. Ten ostatni czynnik może wynikać z przestymulowania człowieka bodźcami we współczesnym świecie. W odpowiedzi na dużą ilość doznań czy informacji płynących ze świata zewnętrznego, człowiek obojętnieje na otaczającą go rzeczywistość. Proces rutynizacji nowości może dotyczyć również bardzo pozytywnych zmian i doznań, które przynoszą ludziom korzyści. Znudzenie, będąc wynikiem ciągłej pogoni za nowością, jaką oferuje otaczająca rzeczywistość, może odnosić się zarówno do rzeczy, osób jak i sytuacji. Może przyczyniać się do wzrostu częstości podejmowanych działań w celu dostarczenia sobie jeszcze większej ilości bodźców (czasami są to ryzykowne zachowania), albo wręcz przeciwnie – może skutkować chęcią ograniczenia podejmowanych wyzwań. Oba zachowania prowadzić mogą do znużenia, zniecierpliwienie czy obniżenia satysfakcji życiowej.

Ciekawe badania przeprowadzili naukowcy z University College London. Annie Britton i Martin Shipley  przeanalizowali kwestionariusze wypełnione w latach 1985-88 przez ponad 7500 londyńskich urzędników w wieku od 35 do 55 lat. Respondenci byli pytani, czy przez ostatni miesiąc czuli się znudzeni w swojej pracy. Naukowcom udało się ustalić, że do 2010 roku wielu z uczestników tych badań zmarło. Okazało się, że ci, którzy w kwestionariuszu zaznaczali znudzenie, byli 2,5 razy bardziej narażeni na problemy sercowe niż ci, którzy się nie nudzili. Wprawdzie po wprowadzeniu korekty statystycznej dotyczącej innych czynników ryzyka (takich jak np. poziom aktywności fizycznej), korelacja ta nie była już tak wysoka, niemniej – na tyle duża, aby przypuszczać, że istnieje związek pomiędzy nudą a problemami kariologicznymi. Być może ma to związek z wynikami badań przeprowadzonych z kolei na University of Waterloo. Wynikało z nich, że fizjologicznie nuda objawia się często tak samo jak stres, a więc wzmożonym biciem serca oraz wzrostem poziomu kortyzolu. Mogłoby więc mieć to przełożenie na kardiologiczne dolegliwości osób doświadczających nudy.

Korzyści z leniuchowania

Jak zostało to wspomniane wcześniej, nuda nie jest zjawiskiem jednorodnym. Spojrzenie na kwestię od strony pejoratywnej nie wyjaśnia całej złożoności problemu. Nuda bowiem może być ważnym impulsem do zmiany, do szukania nowych rozwiązań w życiu. Może więc stanowić ważny element na drodze rozwoju człowieka. Istnieje w psychologii zjawisko twórczej nudy lub nudy poszukiwawczej, a więc takiej, której rezultatem jest wygenerowanie nowych pomysłów lub podjęcie działań mających na celu przerwanie nieprzyjemnego stanu. W takim ujęciu nuda może korzystnie wpływać na jednostkę.

Również na poziomie strukturalnym zauważono korzyści wynikające z lenistwa. Naukowiec i dziennikarz Ulrich Schnabel w książce „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia” przytacza słynne badania neurobiologa z Washington University w St. Louis, Marcusa Raichle’a, które dowiodły, że w czasie, kiedy człowiek odpoczywa, mózg pracuje bardzo intensywnie, w niektórych obszarach zwiększając nawet aktywność. Dzieje się tak zarówno, kiedy człowiek ucina sobie popołudniową drzemkę oraz podczas snu nocnego, jak również kiedy jego myśli gdzieś odpływają w ciągu dnia. Choć istnieje kilka hipotez tego zjawiska (porządkowanie nabytych informacji, jak również tworzenie nowych połączeń neuronalnych oraz reorganizowanie już istniejących), naukowcy ciągle stawiają nowe pytania dotyczące przeznaczenia tych procesów mózgowych. Faktem jest, że skoro umysł wydatkuje na to tak dużo energii, funkcje te muszą być życiowo istotne.

Gra pozorów

Na kwestię lenistwa można spojrzeć od jeszcze innej strony: może być to wyraz maskowania innych problemów. Małgorzata Smoczyńska, założycielka Akademii Kobiet Sukcesu oraz autorka wielu warsztatów rozwoju osobistego, mówi nawet, że „nie istnieje coś takiego, jak lenistwo – problemem jest albo zbyt niska motywacja, albo brak odwagi, albo źle określony cel”. Kiedy zredefiniuje się cel, okazuje się, że wzrasta poziom motywacji. Również lęki, powstrzymujące przed działaniem, mogą przyczyniać się wzrostu tendencji do lenistwa. Lęki te biorą się często ze zbyt ambitnego celu, który, rozbity na mniejsze odcinki, spowoduje zmniejszenie obaw, a tym samym wzrost gotowości i chęci do działania. Wszystkie wymienione czynniki, zwłaszcza kiedy są nieuświadomione, mogą skutecznie wpływać na reagowanie nudą na sytuacje, z którymi ciężko sobie poradzić.

Pomimo, że zjawisko nudy nie doczekało się jeszcze jednoznacznej i spójnej definicji naukowej, jest znane od bardzo dawna. Oczywiście czynniki cywilizacyjne mogą wpływać na nudę, sprawiając, że staje się ona bardziej męcząca. Żyjąc w świecie ciągłej stymulacji bodźcami, ludzie często przyzwyczajają się do stanu nieustannej ekscytacji i pobudzenia. Wtedy trudniej radzą sobie z momentami przestoju w życiu codziennym, które to momenty odbierają jako bardzo niekomfortowe. Warto jednak czasami pozwolić sobie na nudę. Bywa ona niekiedy bardzo twórcza i podsuwa umysłowi ciekawe rozwiązania problemów.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Britton, A, Shipley, MJ. (2010). Bored to death?, Int J Epidemiology, nr 39 (2), s. 370-371. Dostępny w internecie tutaj
Schnabel, U. (2014). Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia, tłum. Grotowicz V., Warszawa: Muza SA
Shellenbarger, S. (2013). A Smart Answer to the Season of ‚I’m Bored’, The Wall Street Journal [online]. Dostępny w internecie tutaj
Smoczyńska, M. (2013). Dość odwlekania!, Magazyn Coaching [online]. Dostępne w internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej