Instrukcja obsługi poradników

Igor Rotberg rozmawia z Renatą Pająkowską-Rożen, psycholożką, terapeutką, kulturoznawczynią.

Igor Rotberg: Rynek poradników, artykułów na temat rozwoju osobistego, prelekcji dotyczących poprawy samopoczucia ma się bardzo dobrze. Korzystamy z tego typu publikacji i wystąpień, ponieważ chcemy być szczęśliwi, chcemy, żeby było nam dobrze, żeby nasze problemy się rozwiązały. Dodatkowo w naszym dążeniu wspiera nas kultura masowa, która zachęca do sięgania po kolejny poradnik, jak po tabletkę od bólu głowy. Z jednej strony zestawienia takich tytułów jak „7 wskazówek, jak osiągnąć sukces”, „5 kluczowych zmian, które musisz wprowadzić w życie, żeby osiągnąć spokój”, „6 porad, które uczynią twój związek szczęśliwym” mogą wydawać się banalne i powierzchowne. Z drugiej strony publikacje te zawierają często porcję rzetelnej wiedzy, która może być dla nas pomocna, zwiększając nasz poziom zadowolenia z życia i przynosząc radość.

Renata Pająkowska-Rożen: Rynek wydawniczy i czasopisma branżowe oferują nam różne poradniki, które mają zrewolucjonizować nasze życie i podejście do siebie i świata. Jeśli kupimy poradnik pisany przez specjalistę, jego porady poparte będą wiedzą, wieloletnią praktyką, badaniami naukowymi. Czytelnicy jednak kupują je, czytają, próbują wprowadzić w życie, frustrują się, bo coś nie działa, kupują więc następny poradnik, potem jeszcze inny… i tak bez końca (oraz bez oczekiwanego rezultatu).

Dzieje się tak m.in. dlatego, że pomiędzy kupieniem poradnika a wykorzystaniem praktycznych porad – czy nawet przed kupieniem poradnika – brakuje kluczowego elementu układanki. Tym elementem jest zatrzymanie się, namysł nad tym, czego potrzebuję, gdzie jestem. Po co kupuję ten poradnik? Jaki cel ma mieć zastosowanie zawartych w nim porad? Aby wykorzystać wiedzę zawartą w poradniku, przede wszystkim należy mieć wiedzę o sobie. Najczęściej cała wiedza, jaką posiadamy, to poczucie, że chcemy zmienić swoje życie. Chcemy być spokojni, zadowoleni, mieć dobrą pracę, wysportowaną sylwetkę, częste podróże, slow life, slow food, slow sex. Ale czy aby na pewno tego właśnie potrzebujemy? A może…

IR: To, o czym mówisz, to samoświadomość, to rozpoznawanie własnych potrzeb, ale też wiedza dotycząca szerszej perspektywy wprowadzania zmian. Tymczasem nie zawsze wiemy, czego potrzebujemy i dokąd chcielibyśmy zmierzać. Łatwiej nam jest skupić się na tym, co nas boli, uwiera, z czym jest nam niewygodnie. Trudniej określić, czego chcielibyśmy w zamian, co by to wniosło do naszego życia i jak po tej zmianie miałoby ono wyglądać.

RPR: Spróbujmy zastanowić się, co jest potrzebne, aby w ogóle wiedzieć, jaki poradnik kupić. Przede wszystkim potrzebujemy czasu. Oczywiście czas potrzebny jest zarówno na przeczytanie poradnika, jak też na wprowadzenie w nasze życie wskazówek otrzymanych od jego autora. Jednak w pierwszym rzędzie musimy wygospodarować trochę czasu, by odpowiedzieć sobie na kilka podstawowych pytań: kim jestem, co w moim życiu jest dobre i jakie mam zasoby, potrzeby, a następnie – co chcę zmienić w swoim życiu.

IR: I odpowiedzi na te pytania mogą być dla nas zaskakujące. Okazać się bowiem może, że chcemy zupełnie czegoś innego niż to, co do tej pory nam się wydawało, że chcemy. Dzieje się tak między innymi dlatego, że często posługujemy się pewnymi popularnymi w danym czasie określeniami. I tak na przykład chcemy być bardziej asertywni, mieć poczucie własnej wartości, wyższą samoocenę, większą pewność siebie czy żyć w zgodzie ze sobą. I oczywiście jak najbardziej możemy w tym kierunku zmieniać nasze życie. Warto jednak wiedzieć, co te sformułowania dla nas oznaczają (i jak my je rozumiemy) oraz – do czego są nam w życiu potrzebne.

RPR: To prawda. Współczesny człowiek chce mieć dobrą samoocenę, być asertywnym, mieć plany na przyszłość i prowadzić dobre życie. Najczęściej osoby, które przychodzą na terapię, wiedzą, że tego nie mają. Często nie potrafią określić, co konkretnie dla nich znaczy – mieć dobrą samoocenę czy też być asertywnym. Potrafią podać swoje wady, ograniczenia, ale nie umieją wymienić pozytywnych cech. A żeby zmienić coś swoim życiu należy oprócz określenia “co nie działa dobrze”, zastanowić się również, co na dany moment działa i dopiero wtedy pomyśleć nad zmianami, jakich chcę dokonać. Czego potrzebuję na dziś, ale też, gdzie chcę być za kilka lat? Nasze planowanie nie może ograniczać się do przebiegu kariery zawodowej czy posiadania mieszkania albo działki. Warto także pomyśleć o rzeczach niematerialnych, o dobrostanie psychicznym, o wartościach, które się wyznaje i których chce się przestrzegać.

Jeśli chcemy zmienić coś w swoim życiu i kupić jakiś poradnik, to najpierw zróbmy listę cech, zachowań, poglądów, które chcemy zmienić. Następnie spiszmy swoje aktualne zasoby, rzeczy, które umiemy dobrze robić i które się nam udają. Jeśli mamy z tym kłopot, to poprośmy przyjaciół, aby podali nam kilka rzeczy, za które nas cenią.

IR: Poruszyłaś istotną kwestię, a mianowicie znajomość ważnych dla nas wartości. Spełnienie wszystkich imperatywów, jakie przynosi współczesna kultura, jest niewykonalne. I takie hasła, jak: „Bądź szczęśliwy!”, „Żyj swoją pasją!” „Pielęgnuj swoje hobby!”, „Wysypiaj się!”, „Nie martw się!”, „Bądź asertywny!” „Uwierz w siebie!”, „Kochaj siebie!”, „Okazuj wdzięczność!”, „Bądź w zgodzie ze sobą!”, „Żyj w harmonii!”, zamiast poczucia wzrostu naszego poziomu szczęścia, przynoszą często rozczarowanie i frustrację. Bardziej zasadne jest określenie ważnych w naszym życiu wartości i poruszanie się w kierunku ich urzeczywistnienia. Kierując się bowiem wartościami, a nie imperatywami społecznymi – często sprzecznymi ze sobą nakazami i zakazami, płynącymi z licznych źródeł o charakterze poradnikowym – jesteśmy w stanie podróżować przez życie wraz z naszymi niedoskonałościami, kłopotliwymi myślami czy trudnymi emocjami. Kluczową kwestią staje się zatem poznanie tego, czego JA chcę, co MI jest potrzebne, do czego JA chcę dążyć. I – odnosząc się do tego, co powiedziałaś – na ile to już w swoim życiu realizuję, a na ile potrzebuję owo życie zmienić.

RPR: Dopiero kiedy już wiemy, czego potrzebujemy i dokąd chcemy dotrzeć, możemy zacząć myśleć o realizacji tych potrzeb. Aby wprowadzić zmianę w życie, należy się do niej odpowiednio przygotować. I mieć podjętą decyzję: chcę zmiany, bo chcę osiągnąć to i to. Główną zasadą, której powinniśmy się trzymać, aby zmiana była trwała, jest wprowadzanie jej małymi krokami. A sam sposób… zależy od tego, co konkretnie chcemy zmienić i właśnie tu mogą pomóc poradniki.

IR: O ile oczywiście nie pozostaniemy na etapie konsumowania dużej ilości informacji, mając tylko iluzoryczne poczucie rozwoju. Iluzoryczne, ponieważ w rzeczywistości niewiele w naszym życiu się wtedy zmienia. Przyswojenie wiedzy jest dopiero początkiem na drodze do zmiany. Początek ten stanowi bardzo ważny element, jednak pozbawiony wynikającego zeń działania, staje się całkowicie bezużyteczny, a pieniądze i czas, jaki zainwestowaliśmy w zgromadzenie wiedzy – zmarnowane. Poradniki mogą być dla nas zasobem, mogą stanowić dla nas inspiracje, podsunąć ciekawą perspektywę, rozwiązanie, zachęcić do innego spojrzenia na pewne kwestie. Jednak nie wykonają za nas pracy. Nie sprawią, że samo ich przeczytanie odmieni nasze życie, a cele będą się realizować same właściwie w trakcie lektury.

RPR: Warto nie korzystać z pięciu naraz, tylko zdecydować się na jeden z nich. Poczytać o autorze, jakie ma doświadczenie, na czym opiera swoje porady, z jakich źródeł korzystał? Po dokonaniu wyboru i zakupu zacznijmy działać, powoli rozkręcajmy swoje przeobrażenie. I nie oczekujmy szybkich zmian. Każda zmiana ma swoje własne tempo i swój własny czas.

O rozmówczyni:
Renata Pająkowska-Rożen – absolwentka psychologii (Uniwersytet SWPS w Warszawie) i kulturoznawstwa (Uniwersytet Wrocławski). Ukończyła dwuletnie studium psychoterapii metodą Psychologii Procesu Arnolda Mindella (Instytut Psychologii Procesu w Warszawie) oraz szkolenie terapeutyczne pierwszego i drugiego stopnia w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Posiada certyfikat konsultanta i terapeuty w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach i tą metodą aktualnie pracuje. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielką Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach przy PTP. Specjalizuje się w terapii depresji, stanów zaburzeń nastrojów i oswajaniu procesu zmiany. Prywatnie zwolenniczka minimalistycznego stylu życia i wielbicielka polskiej szkoły filmowej. FB: Psychoterapia Zmiany.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

Reklamy

W ZGODZIE I W KONFLIKCIE

Bycie w związku, poza dostarczaniem pozytywnych doznań oraz zaspokajaniem potrzeb czy realizacją istotnych życiowych wartości, wiąże się również z pewnymi kosztami. Tymi kosztami są między innymi pojawiające się od czasu do czasu konflikty, z którymi pary różnie sobie radzą. Psychologowie uważają, że konflikty stanowią często integralną części rozwoju relacji intymnej. I – chociaż mogą być bardzo trudnymi doświadczeniami – często to dzięki konfliktom para może wzmocnić poczucie bezpieczeństwa oraz własnego sprawstwa.

Bezkonfliktowość

Jednym z powszechnych błędnych przekonań dotyczących kłótni w relacjach intymnych jest to, że konflikty z partnerem są niechybnym znakiem rozpadu związku. Przekonanie to mówi, że szczęśliwy związek to taki, w którym partnerzy zawsze się ze sobą zgadzają, w którym zawsze jest harmonia. Ta pełna zgodność obojga partnerów rozumiana jest niekiedy jako zlanie się ze sobą, bycie absolutną jednością. Stąd też mogą płynąć oczekiwania, że partnerzy wszystko i zawsze muszą robić razem i we wszystkim być jednomyślnymi. Tymczasem, jak podkreślają psychologowie, brak odrębności partnerów uniemożliwia budowanie związku. Oczywiście, poczucie jednomyślności może pojawiać się na początku relacji, kiedy dwoje partnerów jest w fazie zakochania. Natomiast – jak podkreśla to psychoterapeutka Anna Bal – „dojrzała relacja zaczyna się, gdy uczestniczą w niej dwie odrębne osoby ze swoimi światopoglądami, zainteresowaniami, światami”. Wprawdzie są momenty, kiedy partnerzy doświadczają dużego zbliżenia, ale jeśli nie pojawia się przestrzeń na autonomię, trudno mówić o dojrzałej relacji. Z tego też powodu doświadczanie samotności w związku nie musi być czymś niepokojącym. Może oznaczać akceptację własnej odrębności.

Brak różnicy zdań, brak odrębności, a co za tym idzie brak niekiedy kłótni czy sprzeczek może wskazywać, że para nie pozwala sobie rozwijać się relacji. Jak pisze w swojej książce „Psychologia miłości” prof. Bogdan Wojciszke, w miarę trwania związku miłosnego zmiany relacji są nieuchronne i stanowią następstwo zróżnicowanej dynamiki trzech podstawowych składników miłości: namiętności, intymności i zaangażowania. I wprawdzie kiedy ludzie lepiej się poznają, kiedy stają się dla siebie bardziej transparentni, wzrasta ich poziom intymności, jednak jednocześnie spada namiętność. Jak zwraca uwagę terapeutka i badaczka Esther Perel, namiętność podsycana jest przez pewną dawkę tajemniczości, ryzyka, czegoś zaskakującego, nieoczekiwanego. Z tego też względu odrębność życia partnerów jest istotna. Zlanie się może wprawdzie zaprowadzić do stworzenia pięknej relacji przyjaźni, ale jednocześnie całkowicie zabić pożądanie.

Konflikty i kryzysy

Na postrzeganie kryzysu jako niepożądanego elementu w dobrym związku może wpływać hedonistyczny aspekt współczesnej kultury. Wpływ ten wyraża się w oczekiwaniu, że wszystko ma służyć przyjemności i związek również ma dostarczać tylko pozytywnych uczuć i stanów. W związku z tym, kiedy tylko pojawiają się jakiekolwiek trudności, oceniane są albo jako przeciwstawne idei dobrego związku, albo nazywane są często kryzysem, podczas gdy mogą być naturalnymi wyzwaniami, nieuchronnymi w związku. Do takich doświadczeń rozwojowych zaliczają psychologowie np. urodzenie pierwszego dziecka, kiedy to zmieniają się role w parze. Psycholożka i psychoterapeutka Danuta Golec mówi, że „w związkach pojawiają się kryzysy rozwojowe i kryzysy chorobowe i często są mylone. Trudne wyzwania bywają traktowane jak gorączka, którą należy natychmiast zbijać, co może tylko pogarszać stan. Para zakłada, że czegoś nie powinno w ogóle być, a kiedy pojawiają się trudności, no to koniec, trzeba się rozstać”. Tymczasem związek jest miejscem, gdzie jest zarówno miło, jak i trudno, i to właśnie oczekiwanie, że będzie on dobry tylko wtedy, kiedy nie będą przydarzać się żadne negatywne emocje czy doświadczenia, może skutkować rozstaniem dwojga partnerów.

Oczywiście mogą pojawiać się również kryzysy, które nie są związane z naturalnymi wyzwaniami, lecz wskazują na jakieś inne trudności, z którymi zmaga się para. Nie ma jednak gotowej odpowiedzi sugerującej, w których przypadkach para na pewno się rozstanie. I wprawdzie nie warto ratować związku na siłę, jednak jeśli już partnerzy decydują się rozstać – jak mówi wspomniana wcześniej Danuta Golec – „warto, żeby para dowiedziała się, dlaczego się rozstaje. Bo jeśli tego nie zrozumie, to zapewne oboje będą to samo powtarzać w kolejnych związkach”.

Konfliktowość oswojona

Konflikt nie musi stanowić zagrożenia dla związku. Jednak nieporuszanie tematów dotyczących kwestii, w których partnerzy się różnią czy nierozmawianie na trudne tematy jako sposób na uniknięcie nieporozumień może stanowić duże obciążenie dla relacji. Zwłaszcza kiedy takie niewypowiedziane kwestie tkwią w którymś z partnerów przez długi czas. Czasami ludzie mają przekonanie, że tamta druga osoba powinna się domyślić. Często jest to ślepa uliczka. Biorąc pod uwagę, że ta druga osoba może być zmęczona, nieuważna, zajęta swoimi sprawami i potrzebami, tym bardziej trudno oczekiwać, żeby odczytała myśli i intencje swojego partnera. I wcale nie musi to oznaczać, że przestała kochać. Miłość nie obdarza ludzi zdolnościami telepatycznymi. Jak mówi Danuta Golec jest to „przejaw jakiejś fantazji, która jest podsycana kulturowo, że zakochani ludzie powinni mieć rentgeny w oczach i czytać sobie w myślach”.

Konfrontacja z tym, że partnerzy różnią się między sobą, może być trudna. Nie tylko może być powodem konfliktów, ale również godzić w ideę jednomyślności i pełnej zgodności dwojga partnerów. Jednak ani różnica poglądów, ani sam potencjalny konflikt na jej tle nie musi prowadzić od razu do tak poważnej decyzji, jak ta o rozstaniu. W budowaniu związku ważne jest natomiast to, w jaki sposób para umie radzić sobie z konfliktami, czyli jakie sposoby wypracowała do tej pory i na ile jest otwarta na poszukiwanie nowych rozwiązań. Czasami okazuje się bowiem, że takie doświadczenie konfliktowej sytuacji może – wbrew pozorom – umocnić fundament danej relacji, zbudować większe poczucie bezpieczeństwa, dać parterom przekonanie, że ich związek ma solidną konstrukcję. Partnerzy, przechodząc konstruktywnie przez konflikt, zyskują poczucie, że ich związek ma dobre, solidne fundamenty i byle kłótnia nie jest dla niego zagrożeniem.

Oczywiście związek nigdy nie jest stały i niezmienny, więc należy liczyć się z mogącymi pojawić się nowymi trudnościami czy wyzwaniami. Jednak unikanie konfliktów w obliczu trudności nie sprawi, że automatycznie związek stanie się szczęśliwy. Brak konfliktów wcale nie musi oznaczać, że związek jest harmonijny. Może za to wskazywać na jałowość relacji, problemy z komunikacją, brak asertywności któregoś z partnerów, lęk przed rozstaniem, trwanie w relacji nie partnerskiej, lecz symbiotycznej lub wręcz być sygnałem obojętności. Dlatego też takie emocje jak gniew czy złość nie stanowią przeciwstawieństwa miłości. Nieodłączną częścią dojrzałej miłości są bowiem pojawiające się tarcia. To nie konflikty świadczą, że coś niedobrego dzieje się w związku, lecz nieumiejętność ich rozwiązywania.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Jucewicz, A., Sroczyński, G. (2015). Kochaj wystarczająco dobrze, Warszawa: AGORA SA
Jucewicz, A., Sroczyński, G. (2015). Nie muszę z tobą być. Magazyn Świąteczny Wyborcza.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Perel, E. (2013). Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, tłum. Magdalena Zielińska M., Kraków: Znak
Skorupa, M. (2015). Konflikt – mocny fundament związku. Nie bój się kłócić! Zdrowie Gazeta.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sroczyński, G. (2015). Kochaj wystarczająco dobrze: Życie z kosmitą. Wysokieobcasy.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2010). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Entuzjaści pracy

Igor Rotberg rozmawia z dr Jackiem Bucznym, badaczem motywacyjnych mechanizmów zachowania i uzależnień behawioralnych, naukowcem i wykładowcą w Uniwersytecie SWPS w Sopocie.

Igor Rotberg: Zaangażowaniem w życie zawodowe charakteryzują się nie tylko pracoholicy, ale również entuzjaści pracy. Są oni w stanie poświęcać pracy tak samo dużo czasu jak ci pierwsi. Jednak jest kilka rzeczy, które różnią obie te grupy. Jedną z takich rzeczy są pozytywne emocje, które u pracoholików występują jedynie przed pójściem do pracy, u entuzjastów pracy natomiast mogą utrzymywać się przez cały dzień. Entuzjaści pracy mają również większe poczucie sensu. Kieruje nimi wewnętrzna motywacja. Z kolei pracoholików cechuje motywacja zewnętrzna, a praca ma służyć redukcji napięcia. Biorąc pod uwagę wskaźniki zaproponowane przez Janet Spence i Ann Robbins (przymus pracy, zaangażowanie w pracę oraz zadowolenie z pracy), można powiedzieć, że pracoholicy osiągają wysoki poziom na skali przymusu i zaangażowania w pracę oraz niski na skali zadowolenia z pracy. Tymczasem entuzjaści pracy, przy równie wysokim zaangażowaniu w życie zawodowe, nie odczuwają przymusu pracy, natomiast czerpią dużą satysfakcję z wykonywanej przez siebie aktywności zawodowej.

Jacek Buczny: Z pewnością te dwa typy psychologiczne różni taka właśnie dynamika stanu emocjonalnego. Można powiedzieć, parafrazując Pana wypowiedź, że entuzjaści pracy, nie odczuwając tego przykrego napięcia pracy, mogą bardziej koncentrować się, na przykład na przyjemności wynikającej z zadań składających się na wykonywaną pracę. Nie znaczy to, że entuzjaści odczuwają w pracy wyłącznie pozytywne emocje. W doświadczeniu tych osób można znaleźć ślady złości i smutku, i frustracji. Różni ich od pracoholików proporcja odczuwanych emocji i ich źródło. U pracoholików byłoby to odczuwanie przyjemności wynikającej ze spełniania oczekiwań, uzyskania przewagi nad innymi, uniknięcie porażki. Entuzjastów pracy cieszy bardziej osiągnięcie celu wpisanego w pracy, pozytywne relacje ze współpracownikami. Myślę też, że zaangażowanie, które Pan podał ma zupełnie inny charakter. Powiedziałbym, że zaangażowanie pracoholików ma charakter destruktywny, nadmierny, bo jest przejawem nadużywania pracy. Na poziomie bardzo ogólnym, można stwierdzić, że obie grupy są zaangażowane, ale wiedza na temat entuzjazmu i pracoholizmu, nakazuje, aby mówić o różnych formach zaangażowania. Proszę zwrócić uwagę na to, że pracoholicy mają problem z delegowaniem zdaniem, przerwaniem czynności i nakładają na siebie nadmierną ilość obowiązków. Sedno tkwi w tym, że te dwa typy kierują się różnymi motywacjami, więc one nie mogą skutkować tym samym rodzajem zaangażowania.

IR: Dr Kamila Wojdyło, badająca styl osób zapracowanych, zwraca uwagę również na to, że entuzjasta pracy – w odróżnieniu od pracoholika – jest w stanie bardziej oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Można by było pokusić się o stwierdzenie, że skoro jego motywacja jest nastawioną na rozwój osobisty i ponieważ czerpie on satysfakcję z życia zawodowego, może to wpływać pozytywnie na jego życie prywatne.

JB: Zastawiam się, jak ta większa skuteczność w rozdzielaniu życia rodzinnego i zawodowego rzeczywiście wygląda, jakim kosztem zachodzi, co faktycznie ją umożliwia. Skoro entuzjaści pracy działają pod wpływem motywacji wewnętrznej, to pewnie łatwiej zanurzyć im się w pracę i łatwiej jest pracować bez opamiętania. Takie działanie może być przecież mniej kosztowne, bo nie wymaga zmagania się z negatywnymi emocjami, których w pracy doświadczają pracoholicy. Niestety nie znam badań, które pokazywałyby, w jaki sposób to pozytywne zaangażowanie się w pracę miałoby przenosić się na pozytywne funkcjonowanie w rodzinie. Możemy tylko pomyśleć, że istota tego zjawiska może na przykład tkwić w sposobie radzenia sobie z trudnościami. Na przykład, badania pokazały, że pracoholicy często myślą o porażkach i ich przyczynach. Dzieje się tak przede wszystkim w obliczu problemów. Ich myśli bardzo mocno skupiają się na problemie, doświadczenie emocjonalne pełne jest lęku i braku wiary w poradzenie sobie z problemem. Silna tendencja do ruminowania zmniejsza szansę na aktywne radzenie sobie z problemami, których przecież w życiu rodzinnym (prywatnym) nie brakuje.

IR: Pracoholizm nie tylko może wpływać na trudności w radzeniu sobie z problemami, ale oddziałuje również negatywnie na zdrowie i zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego. Dokładnie odwrotnie jest w przypadku entuzjazmu pracy. Warto zatem zastanowić się nad tym, w jaki sposób przeciwdziałać takim zjawiskom jak pracoholizm i jak zachęcać to rozwoju postaw charakterystycznych dla entuzjazmu pracy. Biorąc pod uwagę czynniki odróżniające oba style pracy, jednym z rozwiązań byłoby wpieranie motywacji wewnętrznej, czyli zwracanie uwagi na to, co dla pracowników jest ważne i stwarzanie takiego środowiska pracy, które umożliwiałoby im realizację tych wartości.

JB: Zmniejszanie szansy na wystąpienie pracoholizmu czy jego osłabianie to z pewnością działania, które powinny mieć charakter kompleksowy. Niestety nie są mi znane programy badawcze czy inne systematyczne działania opisane w literaturze fachowej, które elegancko pokazałyby, jak to robić. Musimy poczekać. Najpierw powinniśmy lepiej poznać przyczyny powstawania pracoholizmu, by skupić się na szukaniu sposób radzenia sobie z tym społecznym problemem. Aktualna wiedza podpowiada, że pracoholizm występuje wtedy, gdy zasadniczym źródłem motywacji do pracy są czynniki zewnętrzne o charakterze przymusu oraz silna presja na osiągnięcie wygórowanym standardów. Oznacza to zatem, że wspierając motywację wewnętrzną, pomagamy pracownikowi. Osiągnięcie tego wymaga jednak zmiany optyki w zarządzaniu. Czy wyobrażamy sobie szkołę w której stopniami (jeśli w ogóle) nagradzani są uczniowie za osiągniecie własnych celów, niezależnie od poziomu rówieśników? Czy wyobrażamy sobie edukację, która skupiona jest przede wszystkim na uczniu i jego talentach; szkołę bez egzaminów? Czy wszyscy mogą stać się entuzjastami jakiejś dziedziny? Podobne pytania można byłoby zadać w kontekście funkcjonowania firm. Na ile możliwe jest dopasowanie zindywidualizowanego czy prorozwojowego podejścia do pracownika do tego, że firma skoncentrowana jest na zysku i wskaźnikach efektywności, aby utrzymać się na rynku?

IR: Nie wszystkie zawody są w równym stopniu zagrożone występowaniem pracoholizmu, w niektórych pewnie łatwiej o pojawianie się postawy entuzjazmu pracy. Dr Marcin Żółtak z Wyższej Szkoły Bankowej mówi, że pracoholizm częściej może występować w wolnych zawodach oraz na stanowiskach menedżerskich, a także w nowych branżach, które charakteryzują się szybkim rozwojem. Praca w sztywnych ramach czasowych (np. od 8 do 16) pewnie nie będzie predestynować do umacniania się uzależnienia od pracy. 

JB: Sposób pracowania, struktura zatrudnienia czy gospodarka zmieniały się w ostatnich latach bardzo poważnie. Dzisiaj wielu pracowników stoi przed wyzwaniami, zastanawia się nad własną efektywnością i stara się sprostać wielu oczekiwaniom. Praca znacząco się skomplikowała, z czego wyrosły wymagania, konieczność dokonywania osobistych zmian w imię adaptacji do rynku pracy. Taka dynamika może sprzyjać pojawianiu się niewłaściwych wzorców zachowania, w tym pracoholizmu. Menadżerowie, których Pan wspomniał, należą do tej populacji, ale są w niej także nauczyciele, czy sprzedawcy. Problem pracoholizmu może dotykać grup, które muszą sprostać poważnym wymaganiom zewnętrznym, muszą konkurować, dążąc do rozwoju warsztatu pracy. Byłbym za tym, aby patrzeć na czynniki sprzyjające pojawianiu się pracoholizmu przez pryzmat funkcji pracy, nie grup zawodowych.

IR: Do kompleksowego charakteru działań, o których Pan mówił, wspierających postawy entuzjazmu pracy, a przynajmniej przeciwdziałających występowaniu pracoholizmu, można by było zaliczyć również dbałość pracodawców do zachęcania pracowników do wykorzystywania urlopów, a odwodzenia od rezygnacji z relaksu. Zwiększanie ilości działań opartych na współpracy w stosunku do tych opartych na rywalizacji również może być dobrym pomysłem. Stwarzanie poczucia pewności zatrudnienia także mogłoby pomóc w zmniejszeniu liczby nadgodzin w pracy czy brania obowiązków zawodowych do wykonania w domu. Chociaż nie wiadomo, na ile ten ostatni punkt jest realny do wdrożenia. Z kolei dla samych pracowników ważne byłoby rozwijanie pozazawodowych zainteresowań oraz nauka głębokiego relaksu, z czym pracoholicy często mają problem.

JB: Wiemy także, że pracoholicy nie korzystają z konstruktywnych form radzenia sobie z problemami. W związku z tym oddziaływania służące zmniejszaniu szansy na kształtowanie się pracoholizmu mogłyby polegać na uczeniu pracowników skutecznych i konstruktywnych form radzenia sobie ze stresem. Myślę, że rozwijanie umiejętności czytania reakcji własnego ciała, umiejętności identyfikacji zmęczenia, zdrowego odżywania się powinny przełożyć się na skuteczne budowanie „buforów” zabezpieczających przed pracoholizmem, i jednocześnie wspierających entuzjazm pracy.

 

O rozmówcy:
Jacek Buczny – doktor psychologii, pracownik naukowo-dydaktyczny Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Prowadzi badania naukowe dotyczące samokontroli, w tym uzależnień behawioralnych. We współpracy z badaczami polskimi i niemieckimi opublikował wyniki badań dotyczących pracoholizmu oraz jest współautorem narzędzia służącego do pomiaru pracoholizmu jako uzależnienia od pracy (ang. work craving). Kierował grantami finansowanymi przez Narodowe Centrum Nauki, Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jest autorem międzynarodowych publikacji z zakresu samokontroli i uzależnień behawioralnych.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

WOBEC STRATY

W 1969 roku lekarka Elisabeth Kübler-Ross opublikowała swoją książkę „Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Przedstawiony w niej model przeżywania żałoby początkowo dotyczył ludzi, którzy dowiadywali się, że są śmiertelnie chorzy. Później autorka rozszerzyła go również na osoby, które doświadczyły straty w postaci odejścia kogoś bliskiego. Model ten zakładał istnienie pięciu etapów (faz) żałoby, którymi były: zaprzeczanie, gniew/złość, targowanie się, depresja oraz akceptacja. Współcześnie większość terapeutów czy psychologów, zajmujących się pomocą osobom doświadczającym żałoby, traktuje ten model jedynie jako relikt przeszłości. Wiadome bowiem jest, że ludzie różnie reagują na stratę. Mogą występować różne etapy radzenia sobie z sytuacją odejścia bliskiej osoby. Proces ten jest bardzo indywidualny, zależny od wielu czynników (osobowości danego człowieka, relacji z bliskim, który odszedł, sposobem w jaki odszedł itd.) i nie sposób go opisać w kilkuetapowym modelu teoretycznym.

Społeczne aspekty żałoby

Na charakter samego procesu żałoby wpływ ma kilka czynników. Między innymi są to czynniki osobowościowe, kulturowe czy cywilizacyjne. Te ostatnie wynikają chociażby z szybkiego rozwoju nauk medycznych, który to rozwój skupiony jest głównie wokół ulepszania procesów zdrowienia oraz rozszerzania zakresu działań medycznych. Owo zagarnianie przez medycynę obszarów życia, które pierwotnie nie były uznawane za patologiczne, nosi nazwę medykalizacji. Marcin Moskalewicz, historyk idei i adiunkt w Katedrze Historii Nauk Medycznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, definiuje medykalizację jako proces polegający na „postępującym definiowaniu zjawisk pierwotnie (choć niekoniecznie istotowo) niemedycznych jako zjawisk medycznych, a więc na opisywaniu ich za pomocą języka medycznego, włączaniu w obszar kompetencji i władzy lekarzy oraz radzeniu sobie z nimi za pośrednictwem środków uznawanych za medyczne”. Przyjmując taką definicję za medykalizację można uznać skrócenie w DSM V (klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) czasu żałoby do dwóch tygodni. W poprzedniej edycji tej klasyfikacji czas żałoby określany był na dwa miesiące. W jeszcze wcześniejszej – określany był na rok. Socjolog, Zygmunt Bauman w swojej książce „Ponowoczesność jako źródło cierpień” mówi wręcz, że żałoba poddawana jest współcześnie psychiatryzacji i terapii.

Coraz częściej kwalifikuje się negatywne emocje i doświadczenia jako patologiczne, wymagające szybkiego usunięcia z życia. Socjologowie Allan V. Horwitz i Jerome C. Wakefield zwracają uwagę, że za tym zjawiskiem stoi imperatyw społeczny, wynikający z przyczyn ekonomicznych rynku pracy, który stara się wymusić na jednostkach danego społeczeństwa maksymalizację produktywności i efektywności (np. poprzez zmniejszanie liczby tych dni, kiedy dana osoba jest niedysponowana zawodowo). W ten sposób kształtowane są ludzkie postawy czy sposoby przeżywania doświadczeń życiowych. Uprawomocnione zatem zostaje doświadczanie pozytywnych emocji, podczas gdy negatywne postrzegane są jako pozbawione sensu, a co za tym idzie niepożądane w codziennym funkcjonowaniu człowieka. Odnosząc się do wspomnianych wcześniej norm czasowych, dotyczących przeżywania żałoby, można wyciągnąć wniosek, że doświadczanie negatywnych emocji po stracie bliskiej osoby, trwające dłużej niż dwa tygodnie, powinno być niepokojącym sygnałem, wskazującym na konieczność poddania się terapii lub farmakologii.

Skutkiem tego jest – jak trafnie zauważa psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger – nowe, niepokojące zjawisko, polegające na tym, że do gabinetów terapeutycznych coraz częściej przychodzą ludzie tydzień lub dwa po stracie bliskiej osoby, zaniepokojeni faktem, że cały czas są smutni. Pytają, czy przypadkiem nie potrzebują terapii lub leków. Oczekują, że dwa tygodnie na przeżycie żałoby są wystarczającym okresem, po którym powinni bez problemu wrócić do pracy, a ich motywacja i efektywność powinny być na takim poziomie, jak u innych pracowników.

Psychologiczne aspekty żałoby

Brak dawania sobie czasu na przeżycie żałoby, oczekiwanie, że negatywne emocje nie powinny trwać długo, nie sprawi automatycznie, że te trudne doświadczenia znikną. Mało tego, nieprzeżyta wystarczająco żałoba może odbijać się w przyszłości negatywnymi konsekwencjami w postaci destrukcyjnych zachowań, intruzywnych (wdzierających się masowo do świadomości) myśli czy trudności w kontaktach międzyludzkich. Dzieje się tak, ponieważ zaprzeczając lub marginalizując uczucia smutku, tęsknoty czy żalu związanego z odejściem bliskiej osoby, człowiek nie pozwala, by te negatywne uczucia naturalnie wybrzmiały i odeszły. Zamiast tego mogą utrwalić się one i przerodzić w długotrwały (czasami wieloletni) chroniczny kryzys związany ze stratą.

Jak wskazują na to psychologowie, w przeżywaniu żałoby nie ma drogi na skróty. Manu Keirse, psycholog kliniczny i doktor nauk medycznych, wskazuje, że wprawdzie uciekanie w wir pracy i obowiązków, przyjmowanie postawy, że wszystko jest w porządku, próby niekoncentrowania się na stracie owszem działają, jednak tylko w krótkim okresie. Na dłuższą metę takie zachowania mogą namnażać problemy psychiczne, blokować rozwój, skutkować występowaniem objawów somatycznych czy też dać o sobie znać w trudnych momentach (np. pod postacią nagłych napadów złości czy płaczu).

Przeżycie straty wiąże się zatem z konfrontacją z takimi doświadczeniami, jak smutek, ból, lęk, poczucie winy, samotności, niesprawiedliwości czy przytłoczenia. Warto jednak zaznaczyć, że chodzi nie tylko o to, by dopuścić do siebie trudne uczucia związane z przeżywanie żałoby, ale również by – kiedy przyjdzie na to właściwy moment – pozwolić im odejść. Przeciąganie doświadczania żałoby w nieskończoność może wynikać m. in. z rozpaczliwej chęci zatrzymania osoby, której dotyczy strata. Zgoda na przeminięcie uczuć związanych z żałobą mogłaby wtedy równać się z ostatecznym przyznaniem się do faktu, że danej osoby już nie ma, że odeszła i że trzeba zacząć żyć inaczej, na nowo, w innej rzeczywistości niż ta, która do tej pory była udziałem tej osoby.

Jeszcze jedną kwestią, wartą odnotowania, jest fakt, że proces żałoby nie wiąże się tylko z przeżywaniem negatywnych stanów emocjonalnych, z bólem i cierpieniem. Pojawiać się bowiem mogą zarówno uczucia przykre, jak i przyjemne. Psychiatra i psychoterapeuta, Paweł Brudkiewicz, zwraca uwagę, że „w procesie niepowikłanej żałoby obok przykrych przeżyć mogą się pojawiać w sposób naturalny uczucia ‘pozytywne’, takie jak ulga i uspokojenie (np. po śmierci bliskiej osoby cierpiącej na przewlekłą chorobę). Często te doświadczenia emocjonalne prowadzą do pojawiania się poczucia winy i nielojalności, które utrudniają adaptację do życia po utracie kogoś bliskiego”. Pojawianie się w trakcie trwania żałoby przeżyć bardziej pozytywnych jest więc naturalną i zdrową reakcją na godzenie się ze stratą. Nie istnieje jednak jeden szablon, podług którego miałby przebiegać właściwy proces żałoby. Kryzys ten przeżywany jest przez każdego inaczej. Porównywanie swoich reakcji do sposobów działania i doświadczania innych ludzi może nie tylko nie być pomocne, ale wręcz utrudniać proces adaptacji do nowej rzeczywistości.

Budowanie nowej tożsamości

Pełne przeżycie żałoby, pozwolenie sobie na doświadczanie różnorakich, czasami skrajnych emocji, przechodzenie przez różne etapy godzenia się ze stratą stanowią podstawę zdrowego radzenia sobie z tak ciężkim doświadczeniem, jakim jest odejście bliskiej osoby. Nie ma jednoznacznych kryteriów, za pomocą których można by było ustalić, ile powinien trwać cały proces żałoby. Kiedy – po kilku miesiącach lub nawet dłużej – żałoba się kończy, warto mieć na uwadze, że smutek, łzy i tęsknota mogą się jeszcze pojawić w życiu. Jednak po okresie stopniowej akceptacji nowej rzeczywistości będą pojawiać się już w sposób nieutrudniający funkcjonowanie w życiu.

Czas na żałobę jest potrzebny do zbudowania nowej tożsamości. Zmienia się nie tylko otaczająca rzeczywistość, ale i sam człowiek ulega transformacji. Jest to proces budowania nowego ja poprzez integrowanie i akceptowanie innego stanu rzeczy. Jest to niekiedy czas na szukanie nowego sposobu funkcjonowania w świecie, na znajdywanie być może nowych celów i wartości, na lepsze zrozumienie siebie i świata. Okres żałoby nie jest potrzebny to tego, by wyleczyć się z bólu po stracie – bardziej do nauczenia się tego, jak żyć z bólem i stratą.

Autor: Igor Rotberg
 
 
Dla zainteresowanych:

Bauman, Z. (2000). Ponowoczesność jako źródło cierpień. Warszawa: Wydawnictwo Sic!
Brudkiewicz, P. (2013). Żałoba i depresja w przebiegu żałoby, Medycyna Praktyczna [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Horwitz, A.V., Wakefield, J.C. (2007). Loss Of Sadness: How Psychiatry Transformed Normal Sorrow into Depressive Disorder. New York: Oxford University Press
Keirse, M. (2004). Smutek strata żałoba. Jak sobie z nimi radzić? Jak pomóc innym?, tłum. Wężowska, M., Radom: Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne
Konigsberg, R. D. (2010). The truth about grief: The myth of its five stages and the new science of loss. New York, NY: Simon & Schuster
Kübler-Ross, E. (1979). Rozmowy o śmierci i umieraniu, tłum. Doleżal-Nowicka, I., Poznań: Media Rodzina
Moskalewicz, M. (2012). Medykalizacja: patogeneza i objawy, Academia.edu [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Pawłowicz, B. (2012). Chemicznie sterowani, w Programy Eichelbergera, Zwierciadło [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Znamirowska-Soczawa, B. (2013) Teraz mogę wszystko. Być Kobietą Dojrzałą, Katowice: Stasiówka.

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.

 

Terapia narracyjna

Terapia narracyjna jest jednym z podejść bazujących na ideach społecznego konstrukcjonizmu. Koncentruje się zatem na znaczeniu, jaki posiada język i kultura w procesie interpretowania wydarzeń. Skupia się również na nadawaniu przez ludzi sensu swoim doświadczeniom. Za twórców tego podejścia uważa się Michaela White’a oraz Davida Epstona, którzy zauważyli związki pomiędzy tym, jak dana osoba opisuje siebie i swoje życie a tym, jak go doświadcza i je rozumie. Na przykład jeśli dominującą opowieścią w życiu danej osoby jest narracja opisująca tę osobę jako niezaradną, będzie ona, poprzez swoje zachowania, stawiać się w roli ofiary czy osoby wymagającej pomocy. Proces terapeutyczny w tym ujęciu będzie zatem skupiać się na współtworzeniu nowych znaczeń, które pozwolą zmienić istniejącą narrację.

W podejściu narracyjnym podkreśla się bardzo, że problemem nie jest osoba. Sam kłopot, z którym klient zgłasza się do terapeuty, nie jest rozumiany w kategoriach rzeczywistości zewnętrznej, lecz wyraża się poprzez opisy i znaczenia, jakie zostały mu nadane. Na ogół problemy wynikają z ograniczających przekonań, jakie dana osoba ma na swój temat i na temat swojego życia. Przekonania te sprawiają, że osoba postrzega siebie poprzez deficyty i ułomności, doświadczając trudności w dostrzeżeniu swoich umiejętności i zasobów. Zwraca się również uwagę, że problemy powstają w kontekście kulturowym i systemowym, a więc zależą również od czasu i miejsca.

Klienci postrzegani są tutaj jako jednostki, które posiadają możliwości, siły i mocne strony, które umożliwiają im poradzenie sobie z trudnościami. Są ekspertami od swojego życia i mogą stać się głównymi autorami swojej dominującej narracji. Dzięki przyjrzeniu się, w jaki sposób interpretują oni rzeczywistość i jakie znaczenia nadają swoim doświadczeniom, są w stanie zmienić własną sytuację życiową poprzez rekonstrukcję kluczowej opowieści dotyczącej ich życia. W celu dokonania zmiany w narracji klienci szukają takich momentów, w których udało im się (chociaż na chwilę) pokonać problem. Poprzez takie techniki jak np. eksternalizacja (oddzielanie objawów od osoby) czy personifikacja (praca poprzez metafory, która wzmacnia proces eksternalizacji) również można dokonać dekonstrukcji narracji, która wywołuje trudności w życiu danej osoby.

Dzięki procesowi terapeutycznemu udaje się stworzyć alternatywne historie dotyczące życia i samego siebie. Historie te pomagają odzyskać ukryte zasoby i mocne strony oraz zbudować dla siebie lepszą przyszłość.

Neuroplastyczność

Neuroplastyczność jest definiowana jako zdolność układu nerwowego do regeneracji i budowania nowych połączeń neuronalnych. Jeszcze do końca XX wieku obowiązywało przekonanie, że liczba połączeń nerwowych, wykształconych w okresie rozwoju, jest skończona i może być jedynie zmniejszona poprzez śmierć neuronów. Uważano, że w dorosłych ośrodkach nerwowych nie ma możliwości regeneracji i budowy nowych połączeń. Jednak pod wpływem napływających nowych danych z badań pogląd ten uległ zmianie i od 1998 roku przyjmuje się, że w mózgu osoby dorosłej również powstają nowe neurony.

Oczywiście nadal obowiązuje przekonanie, że duża część połączeń w układzie nerwowym zostaje ukształtowana w trakcie rozwoju genetycznego, jednak dodatkowo istnieje możliwość modyfikowania – choć już nie tak intensywnego – sieci neuronalnej przez całe życie. Pod wpływem wykonywanych przez człowieka czynności i nabywania nowych doświadczeń nie tylko umacniają się niektóre z istniejących już połączeń neuronalnych, ale również pojawiają się połączenia zupełnie nowe.

Obecnie mówi się o neuroplastyczności mózgu w kontekście fazy rozwojowej (kiedy organizm najwięcej się uczy) oraz w kontekście kompensacji i regeneracji sieci neuronalnej dorosłego człowieka, jak również obszarów związanych z pamięcią i uczeniem się (gdzie powstają nowe połączenia neuronalne).

Implikacje nowego paradygmatu funkcjonowania mózgu odnoszą się do wielu sfer funkcjonowania człowieka. Twierdzi się np. że w trakcie depresji dochodzi do zmniejszenia się pewnych struktur mózgowych. Wczesne rozpoznanie depresji i jej leczenie umożliwia regenerację tych struktur. Co ciekawe istnieją opinie, że zmiany w mózgu mogą zachodzić zarówno pod wpływem leków, jak i psychoterapii. Neuroplastyczność wykorzystuje się również na gruncie wytwarzania nowych nawyków i wzorców pamięciowych. Można bowiem poprzez nowe doświadczenia osłabić ścieżki neuronalne odpowiedzialne za dany nawyk, a wzmocnić lub stworzyć nowe połączenia, które będą zarządzały nowymi wzorcami zachowań. Kolejnym obszarem, w którym obserwuje się istnienie neuroplastyczności, są badania nad osobami regularnie medytującymi. Zaobserwowano bowiem u nich wzrost gęstości istoty szarej w hipokampie oraz zmiany w okolicy zbiegu płatu skroniowego i ciemieniowego, jak i w ciele migdałowatym, które z kolei wykazywało mniejszą aktywność, dzięki czemu badani zyskiwali większą stabilność emocjonalną i łatwiej radzili sobie ze stresem.

Współcześnie badania nad neuroplastycznością rozwijają się bardzo szybko. Stanowią też nadzieję dla osób przechodzących rehabilitację po przeżytym udarze czy też po urazie głowy lub zdarzających się niekiedy upośledzeniach wynikłych z wadliwie przeprowadzonej operacji. Mogą stanowić też ważny element w rozumieniu i próbach spowolnienie starzenia się mózgu.

Serendipity

Termin serendipity do naukowego słownictwa wprowadził socjolog Robert Merton jako określenie przypadkowego dokonania ważnego odkrycia, kiedy szuka się zupełnie czego innego. W takim znaczeniu słowo to po raz pierwszy zostało użyte przez hrabiego Horace’a Walpole’a po przeczytaniu perskiej bajki „Trzej książęta z Serendipu”.

Najczęściej przytaczanym przykładem serendipity jest przypadkowe odkrycie penicyliny przez Aleksandra Fleminga. Eksperymentował on z kulturami bakterii w celu opracowanie procedury kontrolowanej hodowli. Przypadkiem odkrył on, że pleśń, która pojawiła się na płytce z bakteriami, wydziela zabójczą dla nich penicylinę. Dalsze badania umożliwiły zastosowanie penicyliny jako leku przeciwbakteryjnego, czyli antybiotyku. Innym wymienianym przykładem jest wyprawa Kolumba, który chcąc dopłynąć do Indii, przez przypadek odkrył Amerykę. Dlatego też Jacek Santorski, psycholog biznesu, woli – zamiast terminu serendipity – używać określenia „syndrom Kolumba”.

Psychologowie zwracają uwagę, że aby do takiego szczęśliwego odkrycia czy rozwiązania mogło dojść, umysł ludzki musi być wcześniej przygotowany pod względem teoretycznym. Osoba powinna więc posiadać jakąś wiedzę z danej dziedziny nauki, a przynajmniej mieć otwarty, bystry umysł, żeby zauważyć coś wyjątkowego. Oczywiście warto tutaj zwrócić również uwagę, że ciągłe zdobywanie wiedzy i nieustanne kształcenie się nie służą kreatywności. Do wystąpienia serendipity, poza przygotowaniem teoretycznym, ważne jest bowiem również podjęcie działania.