ABSORBUJĄCA NUDA

Stan znudzenia jest prawdopodobnie znany większości ludzi. Czy zatem jest wpisany w ludzką naturę, czy może raczej wynika z czynników cywilizacyjnych? Erich Fromm mówił, że „nuda jest najstraszliwszą plagą naszych czasów”, jednak psychologowie zwracają uwagę, że zjawisko to jest dosyć złożone. Prawdą jest, że nuda może negatywnie wpływać na zdrowie. Może być również twórcza, a także wynikać z własnych, nierozwiązanych problemów. Często wyraża się w obojętności, utracie zainteresowania lub próbach znalezienia jakiegokolwiek sposobu na przerwanie doświadczania negatywnego stanu, jakim jest znudzenie. Czy należy unikać nudy, czy też dobrze jest się czasami ponudzić?

Negatywne oblicza nudy

Zjawisko nudy nie jest nowe. Już od dawna interesuje badaczy i psychologów. Nie jest jednorodnym zjawiskiem. Jego przyczyn można upatrywać zarówno w powtarzalności sytuacji i czynności, czyli monotonii życia, jak również w nadmiarze bodźców. Ten ostatni czynnik może wynikać z przestymulowania człowieka bodźcami we współczesnym świecie. W odpowiedzi na dużą ilość doznań czy informacji płynących ze świata zewnętrznego, człowiek obojętnieje na otaczającą go rzeczywistość. Proces rutynizacji nowości może dotyczyć również bardzo pozytywnych zmian i doznań, które przynoszą ludziom korzyści. Znudzenie, będąc wynikiem ciągłej pogoni za nowością, jaką oferuje otaczająca rzeczywistość, może odnosić się zarówno do rzeczy, osób jak i sytuacji. Może przyczyniać się do wzrostu częstości podejmowanych działań w celu dostarczenia sobie jeszcze większej ilości bodźców (czasami są to ryzykowne zachowania), albo wręcz przeciwnie – może skutkować chęcią ograniczenia podejmowanych wyzwań. Oba zachowania prowadzić mogą do znużenia, zniecierpliwienie czy obniżenia satysfakcji życiowej.

Ciekawe badania przeprowadzili naukowcy z University College London. Annie Britton i Martin Shipley  przeanalizowali kwestionariusze wypełnione w latach 1985-88 przez ponad 7500 londyńskich urzędników w wieku od 35 do 55 lat. Respondenci byli pytani, czy przez ostatni miesiąc czuli się znudzeni w swojej pracy. Naukowcom udało się ustalić, że do 2010 roku wielu z uczestników tych badań zmarło. Okazało się, że ci, którzy w kwestionariuszu zaznaczali znudzenie, byli 2,5 razy bardziej narażeni na problemy sercowe niż ci, którzy się nie nudzili. Wprawdzie po wprowadzeniu korekty statystycznej dotyczącej innych czynników ryzyka (takich jak np. poziom aktywności fizycznej), korelacja ta nie była już tak wysoka, niemniej – na tyle duża, aby przypuszczać, że istnieje związek pomiędzy nudą a problemami kariologicznymi. Być może ma to związek z wynikami badań przeprowadzonych z kolei na University of Waterloo. Wynikało z nich, że fizjologicznie nuda objawia się często tak samo jak stres, a więc wzmożonym biciem serca oraz wzrostem poziomu kortyzolu. Mogłoby więc mieć to przełożenie na kardiologiczne dolegliwości osób doświadczających nudy.

Korzyści z leniuchowania

Jak zostało to wspomniane wcześniej, nuda nie jest zjawiskiem jednorodnym. Spojrzenie na kwestię od strony pejoratywnej nie wyjaśnia całej złożoności problemu. Nuda bowiem może być ważnym impulsem do zmiany, do szukania nowych rozwiązań w życiu. Może więc stanowić ważny element na drodze rozwoju człowieka. Istnieje w psychologii zjawisko twórczej nudy lub nudy poszukiwawczej, a więc takiej, której rezultatem jest wygenerowanie nowych pomysłów lub podjęcie działań mających na celu przerwanie nieprzyjemnego stanu. W takim ujęciu nuda może korzystnie wpływać na jednostkę.

Również na poziomie strukturalnym zauważono korzyści wynikające z lenistwa. Naukowiec i dziennikarz Ulrich Schnabel w książce „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia” przytacza słynne badania neurobiologa z Washington University w St. Louis, Marcusa Raichle’a, które dowiodły, że w czasie, kiedy człowiek odpoczywa, mózg pracuje bardzo intensywnie, w niektórych obszarach zwiększając nawet aktywność. Dzieje się tak zarówno, kiedy człowiek ucina sobie popołudniową drzemkę oraz podczas snu nocnego, jak również kiedy jego myśli gdzieś odpływają w ciągu dnia. Choć istnieje kilka hipotez tego zjawiska (porządkowanie nabytych informacji, jak również tworzenie nowych połączeń neuronalnych oraz reorganizowanie już istniejących), naukowcy ciągle stawiają nowe pytania dotyczące przeznaczenia tych procesów mózgowych. Faktem jest, że skoro umysł wydatkuje na to tak dużo energii, funkcje te muszą być życiowo istotne.

Gra pozorów

Na kwestię lenistwa można spojrzeć od jeszcze innej strony: może być to wyraz maskowania innych problemów. Małgorzata Smoczyńska, założycielka Akademii Kobiet Sukcesu oraz autorka wielu warsztatów rozwoju osobistego, mówi nawet, że „nie istnieje coś takiego, jak lenistwo – problemem jest albo zbyt niska motywacja, albo brak odwagi, albo źle określony cel”. Kiedy zredefiniuje się cel, okazuje się, że wzrasta poziom motywacji. Również lęki, powstrzymujące przed działaniem, mogą przyczyniać się wzrostu tendencji do lenistwa. Lęki te biorą się często ze zbyt ambitnego celu, który, rozbity na mniejsze odcinki, spowoduje zmniejszenie obaw, a tym samym wzrost gotowości i chęci do działania. Wszystkie wymienione czynniki, zwłaszcza kiedy są nieuświadomione, mogą skutecznie wpływać na reagowanie nudą na sytuacje, z którymi ciężko sobie poradzić.

Pomimo, że zjawisko nudy nie doczekało się jeszcze jednoznacznej i spójnej definicji naukowej, jest znane od bardzo dawna. Oczywiście czynniki cywilizacyjne mogą wpływać na nudę, sprawiając, że staje się ona bardziej męcząca. Żyjąc w świecie ciągłej stymulacji bodźcami, ludzie często przyzwyczajają się do stanu nieustannej ekscytacji i pobudzenia. Wtedy trudniej radzą sobie z momentami przestoju w życiu codziennym, które to momenty odbierają jako bardzo niekomfortowe. Warto jednak czasami pozwolić sobie na nudę. Bywa ona niekiedy bardzo twórcza i podsuwa umysłowi ciekawe rozwiązania problemów.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Britton, A, Shipley, MJ. (2010). Bored to death?, Int J Epidemiology, nr 39 (2), s. 370-371. Dostępny w internecie tutaj
Schnabel, U. (2014). Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia, tłum. Grotowicz V., Warszawa: Muza SA
Shellenbarger, S. (2013). A Smart Answer to the Season of ‚I’m Bored’, The Wall Street Journal [online]. Dostępny w internecie tutaj
Smoczyńska, M. (2013). Dość odwlekania!, Magazyn Coaching [online]. Dostępne w internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

Błędy poznawcze

W ramach nurtu poznawczo-behawioralnego mówi się, że na emocje, jakich doświadcza człowiek, ma wpływ nie sama rzeczywistość, lecz to, w jaki sposób dana osoba ją rozumie i interpretuje. Sposób widzenia świata wynika z przekonań. Nie wszystkie z tych przekonań muszą być jednak prawdziwe. Wynika to z tzw. błędów poznawczych. Najczęściej wymienia się następujące zniekształcenia poznawcze:

  1. Generalizacja – czyli wyciąganie ogólnych wniosków bez posiadania wystarczającej liczby informacji na dany temat (np. „Wszyscy są w garniturach. Na pewno będzie sztywno, nie będę mógł się poczuć swobodnie”).
  2. Czarno-białe myślenia – widzenie skrajności, dzielenie świata, innych, własnych odczuć na jedynie złe lub dobre, bez poczucia kontinuum. (np. „Skoro nie mam wymiarów modelki, to znaczy, że jestem gruba”).
  3. Czytanie w myślach – przekonanie, że wiemy, co inni ludzie myślą bez uwzględniania prawdopodobnych przyczyn czyjegoś zachowania (np. „Ona ziewnęła. To dlatego, że nudzi ją moja wypowiedź. Jestem do niczego!”)
  4. Wyolbrzymianie znaczenia negatywnych aspektów i/lub pomniejszanie znaczenia pozytywów (np. „To, że mnie chwalili po prezentacji nie ma znaczenia, bo przecież i tak ktoś miał jedną uwagę do mojego wystąpienia”)
  5. Myślenie jednotorowe – postrzegamy tylko negatywne aspekty danej sytuacji (np. „Wszystko poszło źle – pominąłem jeden slajd w prezentacji. Wykazałem się brakiem jakiegokolwiek profesjonalizmu!”)
  6. Lekceważenie lub pomijanie pozytywnych informacji – pomniejszanie znaczenia faktów o pozytywnym charakterze, bez opierania się na rozsądnych przesłankach (np. „Rozwiązałem zadanie, ale nie świadczy to o tym, że jestem dobry, po prostu miałem szczęście”)
  7. Personalizacja – przekonanie, że jesteśmy powodem negatywnych zachowań innych ludzi, bez uwzględniania bardziej prawdopodobnych powodów ich zachowania (np. „Tak się dziwnie na mnie spojrzał, kiedy wychodził. Na pewno coś mu musiałam niemiłego powiedzieć”)
  8. Katastrofizacja – przewidywanie negatywnej przyszłości, bez brania pod uwagę innych możliwości (np. „To już koniec! Nic dobrego nigdy mnie w życiu już nie spotka!”)

Krok w nieznane

Igor Rotberg rozmawia z Jadwigą Korzeniewską, socjolożką, autorką bloga. Jadwiga Korzeniewska prowadzi również warsztaty z zakresu kształtowania nawyków w oparciu o sześć źródeł wpływu na zmianę.

Igor Rotberg: Bardzo często chcemy rozpocząć coś nowego w życiu, ale nie wiemy, jak się do tego zabrać. Jak zatem zacząć?

Jadwiga Korzeniewska: Otwierasz temat, a ja jestem zdenerwowana jak na maturze z języka polskiego. Zaciekawiona, ale i lekko zestresowana – i to jest moim zdaniem dobry objaw, który towarzyszy zabraniu się za myślenie o nowym początku, o zmianach. Z jednej strony – motyle w brzuchu, z drugiej – niepokój. Dla mnie jedno i drugie to dobry omen.

IR: Zdecydowanie tak! Oczekiwanie, że dzięki doświadczeniu i wiedzy uda się zacząć coś nowego w życiu bez żadnych trudnych emocji – takich jak chociażby wymieniony przez Ciebie niepokój – jest iluzoryczne. Początek, zmiana, nowy rozdział w życiu zawsze są związane z wychodzeniem poza naszą strefę komfortu, czyli bezpieczną psychologicznie przestrzeń. Jest to wychodzenie ku nieznanemu, a nieznane ma to do siebie, że – poza zaciekawieniem, fascynacją – może rodzić również niepokój, lęk, opór. Każdy ma inny sposób radzenia sobie z tymi emocjami. Jak zatem Ty radzisz sobie z nimi?

JK: Z trudnymi emocjami nie walczę, bo upychanie ich po kieszeniach prowadzi moim zdaniem do hodowania demonów. A zatem jeśli odczuwam strach, lęk przed nieznanym, odbieram to jako naturalny element procesu zmian i staram się te emocje przepracować.

IR: Masz rację: lęk jest naturalną emocją, która pojawia się właśnie w momencie wychodzenia poza strefę komfortu. Unikanie jej lub tłumienie na pewno nie będzie służyło poradzeniu sobie ze zmianą. Warto, kiedy zauważymy, że się boimy, powiedzieć sobie: „Wszystko jest w porządku. Mam prawo się bać. W końcu jestem poza moją bezpieczną przestrzenią i póki się z nią nie oswoję, lęk czy niepokój jest zupełnie naturalny”.

JK: Pięknie przedstawiłeś ten „monolog” do własnego lęku. Z moich doświadczeń wynika, że to naprawdę pomaga. Strach w początkowej fazie zmian może być mobilizujący, jeśli zrozumie się jego podłoże i zaakceptuje, że zmiana jest dla niego „naturalnym środowiskiem”.

IR: Są badania pokazujące, że sposób, w jaki postrzegamy stres, wpływa na nasze zachowanie. Badania te przeprowadziła Kelly McGonigal, psycholożka zdrowia na Uniwersytecie Stanforda. Okazało się, że osoby, które nauczyły się postrzegać reakcję stresową jako wspierającą, a nie utrudniającą, w trakcie wystąpienia publicznego były zdecydowanie mniej zestresowane, mniej lękliwe i bardziej pewne siebie od grupy kontrolnej. To pokazuje, że postrzeganie nawet nieprzyjemnych emocji, które odczuwamy, może nam pomagać lub przeszkadzać. Kiedy w momencie próbowania czegoś nowego w życiu, będziemy postrzegać lęk jako naturalną emocję, łatwiej nam będzie go zaakceptować. A przez to działać pomimo odczuwania niepokoju.

JK: Kolejnym ważnym elementem dążenia do zmian jest zaakceptowanie tego, że porażka, potknięcie jest naturalnym składnikiem procesu zmian. O tym jest mowa w psychologii pozytywnej i w sześciu źródłach wpływu na zmianę – zamieniaj złe dni w dobre dane, czyli kiedy powinie ci się noga, weź z tego doświadczenia jak najwięcej informacji zwrotnych, zrewiduj swój plan działania i spróbuj raz jeszcze. Jednocześnie bądź dla siebie wyrozumiały, bo to doświadczenie oznacza, że próbujesz, działasz, idziesz do przodu.

IR: Postrzeganie porażki jako naturalnego elementu na drodze zmiany czy rozwoju jest niezwykle ważne. Przekaz społeczny lub wychowanie nierzadko zaszczepiają w nas takie przekonanie, że niepowodzenia świadczą o naszej indolencji, o braku dojrzałości lub o tym, że się za mało staramy. Tymczasem jest dokładnie tak, jak mówisz: porażka oznacza, że próbujemy, że wychodzimy poza bezpieczną przestrzeń, że ryzykujemy, że podejmujemy nowe wyzwania. Brak porażek może oznaczać z kolei, że ugrzęźliśmy w starych nawykach i od długiego czasu tkwimy w tych samych koleinach. Thomas Watson powiedział kiedyś, że „najszybszą drogą do sukcesu jest podwojenie ilości błędów, które popełniamy”, ponieważ za tym stoi innowacyjność, kreatywność, pomysłowość.

JK: Moment, w którym to zrozumiałam, był dla mnie jak rozkodowanie Matrixa. Jest wiele „prawd” sprzedawanych w trakcie socjalizacji, z których człowiek się z czasem otrząsa, jeśli ma odwagę i siłę zweryfikować ich prawdziwość na własnym przykładzie. Jednym z takich schematów było dla mnie właśnie postrzeganie porażki. I tu przychodzi mi do głowy kolejny ważny składnik procesu zmian, a mianowicie wspierające otoczenie społeczne. Warto moim zdaniem dać osobom nam bliskim sygnał, że oto zamierzamy wyruszyć w kierunku nowego i że liczymy na ich wsparcie. To wsparcie jest bowiem niezwykle pomocne w momentach kryzysowych, kiedy na drodze do zmian pojawiają się np. wspomniana porażka, zwątpienie w kierunek zmian, spadek motywacji itp.

IR: Zwróciłaś uwagę na bardzo ważny aspekt dotyczący procesu zmiany w życiu, a mianowicie na wpływ otoczenia. Żyjemy w systemie powiązań, zależności i relacji. Zmiana, której się podejmujemy, nie dzieje się w pustce. Zawsze pociąga za sobą zmianę całego systemu. Warto więc zastanowić się, jaka część tego systemu będzie nas wspierać, a jaka hamować. Może się okazać, że część z naszych znajomych lub rodziny będzie reagowała oporem na nasze decyzje, podczas gdy inni będą pomocni chociażby w momentach kryzysowych. Niestety nie wszystkie relacje da się utrzymać podejmując się zmiany. Ale też czy warto trwać w relacjach, które dają nam wsparcie jedynie wtedy, kiedy zachowujemy status quo i nie podejmujemy żadnych zmian idących w kierunku naszego rozwoju?

JK: Dobrym pomysłem jest przegadanie – jeśli ktoś nie chce pomóc, to może chociaż będzie w stanie powstrzymać się od szkodzenia. Jeśli jednak ktoś nie chce nas wesprzeć choćby przez zaniechanie szkodzenia, to moim zdaniem w takich momentach warto się zastanowić, co jest ważniejsze: relacja czy mój cel? Co ma jaką rangę? Czasem bywa też tak, że ludzie boją się naszych zmian, bo boją się utraty relacji z nami – tych warto przeciągnąć na swoją „stronę mocy” właśnie poprzez szczerą rozmowę.

IR: Komunikowanie swoich potrzeb oraz pomysłów dotyczących zmiany w życiu jest dobrym rozwiązaniem. Niektórzy boją się naszej zmiany, bo boją się nieznanego. Przybliżenie im naszego punktu widzenia może być pomocne. Oczywiście nie wszyscy są otwarci na dyskusję. Wtedy jednak, tak jak mówisz, pojawia się kwestia ważności, czyli tego, co jest dla mnie bardziej istotne: zachowanie relacji i porzucenie zmiany w życiu czy też podjęcie się zmiany z ryzykiem utraty danej znajomości? Często nie są to łatwe wybory, dlatego też warto je skonsultować z innymi osobami, niekiedy przegadać z psychologiem albo z samym sobą.

JK: Co ciekawe – bywa i tak, że projektujemy sobie, co bliscy nam powiedzą, kiedy opowiemy im o swoim planie zmian. Jak w tej anegdocie: pewien mężczyzna potrzebował młotka. Wiedział, że jego sąsiad ma młotek i że może mu go pożyczyć. Od razu jednak zaczął myśleć o tym, jak ten sąsiad zareaguje na jego prośbę: „Na pewno mnie wyśmieje, że nie mam swojego młotka”, „Nie pożyczy mi młotka, bo będzie się bał, że nie oddam.”, „Pewnie powie, że nie ma młotka, żeby mnie oszukać”. Przytłoczony tymi myślami, w końcu zebrał się w sobie, zapukał do drzwi sąsiada, a gdy ten mu otworzył, mężczyzna wykrzyknął: „Mam w d… twój młotek!”. Z moich doświadczeń wynika, że warto podjąć rozmowę, bo reakcja drugiej strony może pozytywnie nas zaskoczyć. A nawet jeśli nie, to będziemy wiedzieć, na czym stoimy – i to też jest krok do przodu.

IR: Myślę, że tutaj docieramy do istotnego punktu w naszych rozważaniach dotyczących rozpoczynania różnych rzeczy w życiu. Otóż, ludzie często odmawiają podjęcia nowych działań, wyjścia poza strefę komfortu, ponieważ boją zmierzyć się z nieznanym. Wyobrażają sobie, że jest to skok na głęboką wodę. Tymczasem istnieją również inne sposoby na poradzenie sobie z nieznanym. Chociażby tzw. metoda małych kroków (czyli filozofia Kaizen), która mówi, że konfrontacja z nieznanym, z nowym, nie musi być tak bardzo stresująca.

JK: Dokładnie tak. Uogólniając są dwie drogi do zmian: innowacja i małe kroki. Zmiana innowacyjna, jest gwałtowna, szybka, często radykalna i prowadzi do spektakularnych efektów. Zdarza się jednak, iż pojawiają się problemy z ich utrzymaniem. Zmiana zgodna z duchem filozofii Kaizen, to metoda małych kroków, systematyczna i dziejąca się pomału. Przy okazji pozwala na to, by obejść nasz wewnętrzny system alarmowy, czyli struktury naszego mózgu, które tak bardzo boją się drogi w nieznane, za to bezpiecznie czują się w znanych schematach i rutynach.

IR: Dobrze, że zwracasz uwagę, że rozpoczynając coś w życiu, nie ma jednego utartego schematu, podług którego musimy działać. To nie zawsze musi być rewolucja, tak jak nie zawsze musi być to bardzo powolny i żmudny proces. Istnieje bowiem wiele dróg i metod na podjęcie nowego działania. Istotne zdaje się tutaj dopasowanie takich metod, które nam odpowiadają, dzięki którym czujemy się dobrze i które pozwalają nam na podejmowanie nowych przedsięwzięć w życiu.

JK: I tu dochodzimy do sedna naszych rozważań: warto eksperymentować, szukać rozwiązań. Nie musimy wchodzić w ramy już istniejącej drogi – możemy stworzyć własną ścieżkę w kierunku zmian, korzystając z materiałów, jakie znajdziemy po drodze. Bo w osiąganiu celu najpiękniejszym doświadczeniem jest w moim odczuciu droga, która do niego prowadzi.

Racjonalna Terapia Zachowania (RTZ)

Jest to metoda psychologiczna stworzona przez Maxie C. Maultsby’ego. Wywodzi się z nurtu terapii poznawczo-behawioralnej i bazuje na przekonaniu, że to nie fakty wywołują nasze emocje, ale nasze przekonania o tych faktach. Metoda ta może stanowić uzupełnienie warsztatu psychoterapeutycznego osób pracujących w różnych nurtach i ukierunkowana jest na zmianę ograniczających przekonań.

Aby sprawdzić, które przekonanie nas ogranicza, a które jest zdrowe, wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań:

  1. Czy to przekonanie jest oparte na faktach?
  2. Czy pozwala mi osiągać moje bliższe i dalsze cele?
  3. Czy pomaga mi rozwiązywać konflikty lub unikać ich powstawania?
  4. Czy pozawala mi czuć się tak, jak chcę się czuć (bez wpływu alkoholu lub narkotyków)?
  5. Czy chroni moje życie, zdrowie i poczucie mojej wartości?

Na pytania odpowiada się „tak” lub „nie”. Jeśli odpowiedź „tak” padła przynajmniej przy trzech z powyższych pytań, przekonanie uznaje się za zdrowe. Jeśli co najmniej trzy odpowiedzi były negatywne, świadczy to o niezdrowym, ograniczającym nawyku myślowym. W trakcie sesji terapeuta aktywnie prowadzi tzw. zdrową debatę, podważając destrukcyjne przekonania osoby, z którą pracuje. Jednak to ostatecznie ta osoba formułuje nowe, zdrowe myśli alternatywne, które potem są przez nią utrwalane. RTZ uczy sposobów radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, dzięki temu osoby otrzymują narzędzia do samodzielnego rozpoznawania, oceniania i zmiany negatywnych przekonań.

W STRONĘ ŻYCZLIWOŚCI

Obwiniamy się o porażki. Mamy do siebie pretensje o zaniechania w naszym życiu lub przeciwnie – wciąż wyrzucamy sobie, że podjęliśmy się działań, których nie trzeba było podejmować. Ganimy się za to, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Krytykujemy się za opieszałość, nierealizowanie planów, za spędzanie życia nie tak, jakbyśmy tego chcieli. Codziennie upominamy siebie o większą samodyscyplinę, o lepsze wykorzystanie wolnego czasu, a każdego poranka rugamy siebie za to, że tego czasu nie wykorzystaliśmy dobrze.

Wszystkie te działania wobec samych siebie to tylko mała część samokrytyki, którą stosujemy na co dzień, często – w sposób zupełnie nieświadomy. Trudno się dziwić, że – będąc pod pręgierzem tak dużej dezaprobaty i pretensji do siebie – nie mamy motywacji do jakiejkolwiek zmiany albo, jeśli już podejmujemy się zmian w życiu, sami sobie rzucamy kłody pod nogi torpedując własne pomysły i działania. Czy możliwe jest zatem pozbycie się ciągłej autokrytyki? Współcześni badacze problemu mówią, że tak, a odpowiedzią na to jest postawa troski o samego siebie.

Samokrytyka i samowspółczucie

Istnieje społeczne przekonanie, że jednym z najskuteczniejszych narzędzi motywacji i zmiany jest krytyka. Że jeśli będziemy bardzo oceniający i strofujący w stosunku do siebie, jeśli będziemy wystarczająco siebie musztrować, osiągniemy sukces, będziemy szczęśliwi, kochani i wreszcie pogodzeni ze sobą. Wynika to m. in. ze społecznej presji nieustannego zdobywania osiągnięć zawodowych oraz pogoni za szczęściem i doskonałością. Oczywiście warto wyznaczać sobie cele i później je realizować, jednak – jak zauważa Emma Seppälä, wicedyrektor w Centrum Edukacji i Badań nad Współczuciem i Altruizmem (CCARE) – większość z nas rzadko zastanawia się nad tym, czy samokrytyka oraz nastawienie do rywalizacji rzeczywiście pomagają nam te cele osiągać, czy wręcz przeciwnie – stanowią utrudnienie. Nie ułatwia tego dychotomiczny sposób postępowania z naszymi emocjami. Z jednej strony bowiem mamy społeczne przyzwolenie na przeżywanie pozytywnych emocji związanych z sukcesem (takich jak: radość czy zadowolenie), z drugiej strony nauczyliśmy się tłumić te, które kojarzą się z porażką (np. smutek czy złość). Krytycznie zatem odnosimy się do przeżywanych przez nas nieprzyjemnych uczuć, starając się je ukryć, oceniając je jako gorsze. Tymczasem Steven Hayes i Spencer Smith, autorzy książki „W pułapce myśli”, wskazują, że istnieje wiele naukowych dowodów na to, że supresja negatywnych uczuć paradoksalnie nasila częstość ich występowania. Dodatkowo, tłumienie emocji może prowadzić do spadku motywacji, pogłębiania się depresji czy zaburzeń lękowych. Samokrytyka zatem pozbawia nas sił i chęci do działania.

Dlaczego więc to robimy? Tami Simon, autorka projektu o samoakceptacji (The Self-Acceptance Project) mówi, że krytykujemy siebie, ponieważ jako istoty społeczne chcemy być akceptowani przez innych. Boimy się wykluczenia i ostracyzmu. Nieustannie zatem strofujemy się, żeby sprostać oczekiwaniom innych oraz normom społecznym. I w tym sensie samokrytyka jest bardzo ludzka i nie dotyczy nas jedynie personalnie, ale jest ogólnoludzkim doświadczeniem.

Współczesne badania wskazują, że współczucie wobec samego siebie (self-compassion) może być dobrą odpowiedzią na wszechobecną samokrytykę. Prof. Kristin Neff, pionierka badań nad samowspółczuciem, mówi, że na troskę o siebie składają się trzy składniki. Pierwszym jest bycie życzliwym i opiekuńczym wobec samego siebie w sytuacjach, kiedy konfrontujemy się z bólem czy porażką. Drugim składnikiem jest postrzeganie naszych doświadczeń z szerszego punktu widzenia – z perspektywy bycia po prostu człowiekiem. A więc nie chodzi o izolowanie tego, co przeżywamy poprzez myślenie, że tylko my tego doświadczamy, lecz o zrozumienie, że wiele doświadczeń dzielimy z milionami ludzi na całym świecie. Trzecim elementem jest uważność (mindfulness), czyli widzenie rzeczy i problemów takimi, jakim one są, bez ignorowania i bez wyolbrzymiania ich. Sprowadza się ona do zauważania bolesnych myśli i emocji bez nadmiernego utożsamiania się z nimi oraz bez konieczności ich tłumienia. Dzięki postawie uważności jesteśmy w stanie pozwolić sobie na doświadczanie nieprzyjemnych emocji i stanów. Jak mówi o tym Tami Simon: nie odwracamy się od bólu, lecz zwracamy się ku niemu i go obejmujemy.

Wewnętrzny dialog

W pracy nad współczuciem wobec samego siebie szczególną uwagę zwraca się na wewnętrzny dialog, który nieustannie prowadzimy w naszych umysłach. Brené Brown, badaczka analizująca zdolność człowieka do współodczuwania i kochania, mówi, że kluczowe w kwestii troski o samego siebie jest prowadzenie takiej rozmowy z samym sobą, jak z człowiekiem, którego byśmy kochali, dla którego chcielibyśmy jak najlepiej, którego byśmy wspierali, o którego byśmy dbali i troszczyli się. Jest to szczególnie ważne w momentach, kiedy doświadczamy poczucia winy, niepewności, złości, żalu, smutku czy też po prostu w okresach, kiedy jesteśmy osłabienie, kiedy niedomagamy, kiedy odnieśliśmy porażkę lub doświadczyliśmy rozczarowania. Zamiast wtedy zwymyślać siebie, oceniać i pogłębiać cierpienie, warto jest wrócić się do siebie z empatią i zrozumieniem.

Prowadzenie dialogu wewnętrznego w taki sposób skutkuje kilkoma znaczącymi zmianami w postrzeganiu siebie, reagowaniu na świat i podejmowaniu działania. Przede wszystkim, ponieważ wyrażamy życzliwość wobec siebie w momencie zauważania trudnych i niekomfortowych stanów i emocji, zaczynamy postrzegać porażki jako części życia. Dodatkowo obniża się nasz poziom napięcia związany z rozpamiętywaniem błędów z przeszłości, a także szybciej stajemy na nogi po niepowodzeniach, obierając kolejny cel w życiu. Ważną konsekwencją prowadzenia takiego dialogu wewnętrznego jest również to, że jeśli decydujemy się na zmianę w życiu, nie jest ona powodowana poczuciem nieadekwatności, bezwartościowości czy brakiem wiary w siebie, lecz troską o siebie. To sprawia – co  potwierdzają liczne badania w zakresie samowspółczucia – że wzrasta poziom naszej motywacji. Emma Seppälä zwraca uwagę, że troska o siebie nie oznacza, że przestajemy pracować i dążyć do sukcesu. Troska ta bowiem stanowi podstawę uczenia się i wewnętrznej siły, ponieważ postrzegamy wtedy porażki nie jako bolesne oznaki naszej nieporadności życiowej, lecz jako szansę do nauki i rozwoju. „Postawa samowspółczucia pozwala nam utrzymać spokój umysłu i tym samym zachować naszą energię” – mówi Seppälä, dodając, że „pozostając spokojnymi i pełnymi rozumienia w obliczu odrzucenia, porażki lub krytyki, rozwijamy opanowanie, siłę i stabilność emocjonalną, które z kolei prowadzą do wyższej jakości życia, zwiększają produktywność i naszą skuteczność”. Dzięki temu możemy pozostawać bardziej zmotywowanymi do ćwiczeń, porzucenia jakiegoś nałogu czy trzymania się diety.

Wzmacnianie postawy troski o samego siebie, poprzez prowadzenie życzliwego i wspierającego wewnętrznego dialogu, obniża również poziom stresu. Badania w tym zakresie nadal trwają i nie ma jednoznacznych wyników, jednak Kristin Neff zaproponowała prosty hipotetyczny model oparty na wpływie hormonów na ludzki organizm. Model ten zakłada, że samokrytyka uruchamia współczulny układa nerwowy (odpowiedzialny za reakcję „walcz” lub „uciekaj”), podnosząc poziom kortyzolu (hormonu stresu) we krwi. Tymczasem rozwijanie postawy samowspółczucia podnosi poziom oksytocyny – hormonu związanego z zaufaniem, lojalnością i dobrym samopoczuciem.

Abstrahując od tego czy model ten zostanie potwierdzony w przyszłości czy nie, prowadzenie dialogu wewnętrznego opartego na samoakceptacji przynosi jeszcze jeden istotny rezultat. Parker Palmer, dr socjologii i założyciel Center for Courage and Renewal, zwraca uwagę, że praca, która wkładamy w zaakceptowanie trudnych emocji i myśli w nas samych, buduje więzi społeczne. Przejawy nietolerancji i dyskryminacji wywodzą się z nieakceptacji własnych przeżyć, emocji, myśli czy działań, które są dla nas z różnych powodów kłopotliwe. Kiedy zaczynamy rozwijać postawę współczucia wobec samego siebie, jesteśmy również w stanie być bardziej empatyczni w stosunku do innych. Dzieje się tak dlatego, że akceptowanie przeżywanych własnych trudnych emocji, niekomfortowych stanów czy niepowodzeń w życiu, ułatwia nam zaakceptowanie ich u innych, rozwijając postawę troski i zrozumienia drugiego człowieka.

Opór

Często koncepcja troski w stosunku do siebie wydaje się jednak niewłaściwa bądź trudna do wdrożenia w życie. Przyczyną może być dość powszechne mylenie samowspółczucia z samopobłażaniem i dogadzaniem samemu sobie ponad miarę. Dodatkowo człon „współczucie” nie ma dobrych konotacji. Jak zauważa Julia Wahl, psychoterapeutka i psycholożka, współczucie kojarzy się „z użalaniem się nad kimś, nad sobą. Z łaską, z litością. Współczucie wydaje się słabe, wydaje się być cechą słabych ludzi. Silni ludzie działają, biorą się w garść, są zorganizowani, wymagający wobec siebie i innych. Mają wysokie poczucie wartości, wysokie noty w swoim i innych mniemaniu. Nie potrzebują współczucia”. Z tego też powodu odbieramy często postawę współczucia wobec siebie jako litowanie się nad sobą, jako stawianie siebie w roli ofiary.

Inna przyczyna, wpływającą na opór dotyczący troski o samego siebie, wynika z tego, że samokrytyka – bardziej niż samowspółczucie – kojarzy się z dostrzeganiem faktów. Niestety w takim postrzeganiu współczucia wobec siebie pomijamy fakt, że do samokrytyki dołącza się również ocena. Oczywiście prawdą jest, że myśli, które pojawiają się podczas autokrytyki, opierają się na faktach, ale to właśnie ocena jest tym, co boli nas najbardziej i często blokuje nasze działanie. „Przytyłam pięć kilo”, „Nie udało mi się rzucić palenia” – to są myśli, których podstawę stanowią fakty. Ale w samokrytyce wraz z tymi myślami pojawiają się oceny: „Przytyłam pięć kilo, więc jestem beznadziejna!”, „Nie udało mi się rzucić palenia – do niczego się nie nadaję!”. Myśli takie nie mobilizują nas do działania, nie motywują do zmiany.

Jeszcze jedną kwestią, która może powodować niechęć do samowspółczucia, jest sprawa kontroli. Kristin Neff zwraca uwagę, że samokrytyka daje złudne poczucie samokontroli. Często wierzymy, że krytykowanie samego siebie, karanie za popełnione błędy i porażki wprowadza większą samodyscyplinę do naszego życia, bardziej nas motywuje i sprawia,  że zwiększamy swój stopień kontroli nad własnym życiem, a tym samym zapewniamy sobie większe poczucie bezpieczeństwa. Neff stwierdza jednak, że jest dokładnie odwrotnie: o ile troska o samego siebie sprawia, że zwiększa się nasz poziom motywacji, o tyle karanie siebie sprawia, że spada nasza wydajność i więcej rzeczy odkładamy na później. Samowspółczucie jest jednym z tych czynników, który przeciwdziałają prokrastynacji.

W kierunku troski i współczucia

Od czego zatem zacząć praktykowanie troski o samego siebie? Julia Wahl radzi, żebyśmy życzyli sobie zdrowia, gdy jesteśmy chorzy, żebyśmy życzyli sobie spokoju wtedy, gdy czujemy niepokój. Podkreśla, że nie chodzi o zaprzeczanie faktom i patrzenie na świat przez różowe okulary, ale o zasiewanie w sobie dobrej intencji, która zmniejszy nasz ból, choć ból ten może być nadal obecny. Ważnym elementem, wspominanym wcześniej, jest prowadzenie wspierającego dialogu wewnętrznego. Mówienie do siebie jak do najlepszego przyjaciela, któremu dobrze życzymy. Kristin Neff wskazuje na motywujące działanie samowspółczucia, kiedy w obliczu niepowodzenia czy doświadczanej przykrości mówimy sobie: „Tak, to jest moment cierpienia, to jest naprawdę trudne doświadczenie. Cierpienie jest częścią życia, jest częścią ludzkiego doświadczenia. Nie jesteś sama/sam. To przydarza się cały czas milionom ludzi na całym świecie. Co zatem mogę teraz zrobić dla ciebie? Czego teraz potrzebujesz? Jak mogę ciebie wesprzeć?”. Neff dodaje również, że dobrym pomysłem jest wtedy przytulenie siebie lub w inny sposób dotknięcie własnego ciała (np. pogłaskanie własnej ręki lub policzka). Zgodnie z opisaną wcześniej hipotezą badaczki, w momencie dotykania własnego ciała mózg zaczyna produkować więcej oksytocyny, a mniej kortyzolu, sprawiając tym samym, że łatwiej jest nam poradzić sobie z trudnymi emocjami.

Przyglądanie się wewnętrznemu dialogowi, który prowadzimy na co dzień ze sobą, również pozwoli nam zauważyć niewspierające nas i karzące myśli, które zwiększają poziom odczuwanego przez nas cierpienia. Kiedy zauważamy, że jeszcze 10 minut temu czuliśmy się dobrze, a teraz czujemy się fatalnie, źle, jak przegrani, warto wtedy zadać sobie pytanie: „Co takiego się stało? Co w tym czasie sama/sam sobie takiego powiedziałem? W jaką myśl uwierzyłam/uwierzyłem, że teraz czuję się tak źle?”. Mamy wtedy szansę zobaczyć wszystkie myśli, które pozbawiają nas motywacji i chęci do działania obniżając nasze samopoczucie i wartość samego siebie. Takie przyglądanie się dialogowi wewnętrznemu daje nam też możliwość wyboru, czy chcemy dalej wierzyć w daną myśl, czy nie. Zmiana dialogu wewnętrznego na bardziej wspierający wymaga uważności. Nie jest procesem szybkim, ponieważ wiele z negatywnych myśli o nas samych jest z nami od tak dawna, że nawet nie postrzegamy ich jako myśli, lecz jako prawdy, fakty. Jeśli jednak będziemy choć raz na jakiś czas wyłapywać karzącą nas, krytykującą myśl, mamy szansę stać się dla siebie przyjacielem, ważną osobą, zamiast być swoim własnym wrogiem.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Neff, K. (2011). Self-Compassion: Stop Beating Yourself Up and Leave Insecurity Behind, New York: HarperCollins
Palmer, P. J. (2011). Healing the heart of democracy: The courage to create a politics worthy of the human spirit. San Francisco, CA: Jossey-Bass
Seppälä, E. (2012). Overcoming Shame:The Powerful Benefits of a Little Self-Love, Psychology Today [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Simon, T. (2014). The Self-Acceptance Project: How to Be Kind and Compassionate Toward Yourself in Any Situation. Sounds True.
Wahl, J. (2014). Współczucie – fakty, mity, Na Temat [online]. Dostępny w Internecie tutaj

CO Z TYM SZCZĘŚCIEM?

Dążenie do szczęścia i dobrostanu jednostki jest jedną z kluczowych idei, jakie oddziałują na człowieka żyjącego w XXI wieku. Z jednej strony badania psychologiczne skupiają się wokół maksymalizacji pozytywnych emocji, przy jednoczesnej minimalizacji negatywnych stanów psychicznych. Ludzie odczuwają więc potrzebę nieustannej pracy związanej z polepszaniem warunków życiowych, kondycji psychicznej, ogólnego samopoczucia. Z drugiej strony dane empiryczne wskazują, że duża koncentracja na dążeniu do szczęścia wpływa negatywnie na samopoczucie oraz satysfakcję z życia. Ciągle niezaspokojone potrzeby bycia szczęśliwym oraz zewnętrzna presja do przeżywania wyłącznie pozytywnych doznań, rodzą rozczarowania i przygnębienie. Czy mamy zatem dążyć do szczęścia ze wszystkich sił, narażając się przy tym na zniechęcenie i frustrację, czy też zaniechać chęci bycia szczęśliwymi, prowadząc jałowe, przygnębiające życie? Czy istnieje inne niż owo dychotomiczne postrzeganie problemu? Co z tym szczęściem począć?

Mogę być szczęśliwa, szczęśliwy.

Szczęście jest niezwykle indywidualną kwestią. Nie istnieje jedna sztanca, podług której można by było mierzyć poziom zadowolenia życiowego człowieka. Co więcej, okazuje się, że takie czynniki jak dochody, wykształcenie, płeć czy stan cywilny nie mają większego wpływu na poziom szczęścia. Takie wnioski płyną z badań dwóch psychologów, Matthew Killingswortha oraz Daniela Gilberta, którzy stworzyli aplikację Track Your Happiness (Trop swoje szczęście), pozwalającą im zbierać dane dotyczące uczuć użytkowników, które to dane pozyskiwano w realnym czasie. Z przytoczonych badań wynika, że znacząca poprawa warunków bytowych wcale nie przekłada się na wzrost odczuwanego zadowolenia z życia. Odkryto za to, że szczęście ma związek z doświadczaniem chwili obecnej. Jak określają to badacze, „umysł ludzki jest umysłem wędrującym”. Implikacją tego odkrycia jest fakt, że im częściej ludzie błądzą myślami, tym bardziej spada odczuwany przez nich poziom szczęścia. Badacze zwracają również uwagę na to, że przy błądzeniu myślami szczęście maleje bez względu na to, jakie zajęcie wykonuje dana osoba. Nie ma znaczenia zatem, czy odpływamy myślami, stojąc w korku ulicznym czy leżąc na sofie. Nie ma również większego znaczenia rodzaj myśli (czy martwimy się o jutrzejszy dzień w pracy czy też marzymy o słonecznej plaży), bowiem nawet przyjemne myśli zmniejszają odrobinę poziom szczęścia. Killingsworth i Gilbert mówią wprost: człowiek jest najszczęśliwszy wtedy, kiedy żyje w pełni chwilą obecną.

Nie tylko błądzenie myślami, ale również nadmierna analiza, dotycząca zarówno życia zewnętrznego, jak i przeżyć wewnętrznych człowieka, nie wpływa pozytywnie na poziom odczuwanego szczęścia. Do takich wniosków doszło dwóch naukowców, Todd B. Kashdan i Robert Biswas-Diener, badających czynniki oddziałujące na szczęście. Okazało się, że ludzie deklarujący wysoki poziom zadowolenia z życia rzadziej przyjmują perspektywę analityczną, mniejszą wagę przywiązując do szczegółów. Nie są nadmiernie pedantyczni. Badacze stwierdzili również, że szczęśliwi ludzie nie boją się wychodzić poza swoją strefę komfortu, podejmując się działań związanych z odczuwaniem niepewności i niewygody. Przeczy to powszechnemu przekonaniu, że szczęście związane jest jedynie z komfortem, luksusem czy bezpiecznymi sytuacjami, które są pozbawione wszelkich trudności.

Korelacje pomiędzy trudnościami czy życiowymi problemami a szczęściem badał również wspomniany wcześniej Daniel Gilbert. Z badań tych wynika, że – wbrew obiegowym opiniom – człowiek nie musi być nieszczęśliwy w sytuacjach, gdy nie dostaje tego, czego pragnął. Odpowiada za to „psychologiczny system odpornościowy” (wykształcony w procesie ewolucji), który pozwala czuć się szczęśliwym nawet wtedy, gdy rzeczy nie układają się po naszej myśli. Gilbert wskazuje na dwa rodzaje szczęścia. Pierwsze, naturalne, jest doświadczane przez człowieka wtedy, gdy dostaje to, o czym marzył. Drugie jest szczęściem, które możemy sami tworzyć właśnie wtedy, kiedy rzeczy nie idą zgodnie z naszym planem. Poziom radości wynikający z obydwu jest podobny – dodaje psycholog. Co więcej, szczęście przez nas wytworzone jest tak samo prawdziwe jak naturalne i tak samo trwałe.

Z kolei Elizabeth Dunn, profesor psychologii na University of British Columbia w Vancouver w Kanadzie, oraz Michael Norton, profesor marketingu w Harvard Business School badali zależność pomiędzy pieniędzmi a poziomem szczęścia, sprawdzając, czy to prawda, że pieniądze szczęścia nie dają. Początkowo wydawało się, że zależność pomiędzy tymi dwoma czynnikami jest bardzo słaba. Jednak prowadząc wnikliwe badania Dunn i Norton stwierdzili, iż pieniądze jednak dają szczęście. Zależność ta występuje jednak tylko w dwóch przypadkach. Pierwszy odnosi się do sytuacji, kiedy pieniądze nie służą nam do kupowania dóbr materialnych, a do kupowania „doświadczeń”. Mogą to być podróże, wycieczki, na których zwiedzamy ciekawe miejsca, obiad zjedzony w interesującej restauracji, warsztaty, na których coś ciekawego przeżyjemy itd. Istotne jest również, żeby te doświadczenia były intensywne i unikatowe, a więc takie, o których można opowiadać jeszcze długo po ich przeżyciu i którym nie grozi spowszednienie. Druga okoliczność, w której pieniądze mogą dawać szczęście, odnosi się do sytuacji, kiedy używamy ich do uszczęśliwiania innych ludzi. I nie chodzi tutaj o jakieś olbrzymie sumy pieniędzy. Badacze wykazali, że już niewielkie sumy wydawane dla innych mogą wpływać na wzrost naszego poziomu zadowolenia.

Na ważką kwestię związaną ze szczęściem, rozumianym jako przeżywanie pozytywnych emocji, zwróciło uwagę dwóch ekspertów: Barbara Fredrickson, naukowiec i psycholożka, specjalizująca się w pozytywnych emocjach oraz Steve Cole, badacz w dziedzinie genetyki i psychiatrii. W swoich badania doszli do wniosku, że ważnym czynnikiem, wpływającym na poziom szczęścia, jest poczucie sensu życia. Ludzie, którzy przeżywają pozytywne uniesienia, lecz nie posiadają silnego poczucia sensu, odbierają swoje życie jedynie w kategoriach hedonistycznych przyjemności. Często zatem mierzą się z frustracją i zniechęceniem (przyjemności bowiem nie trwają wiecznie). Nie chodzi oczywiście o to, że hedonistyczna przyjemność sama w sobie jest czymś złym i problematycznym. Jednak, na co zwraca uwagę Fredrickson, jeśli sens i przeżywanie przyjemności się rozmijają, ludzie doświadczają tego, co psycholożka określa jako „puste pozytywne emocje” – dokładnie takich samych doświadcza się podczas sztucznie wywołanej euforii (za sprawą np. narkotyków lub alkoholu). Z badań tych płynie zatem wniosek, że samo czucie się dobrze to za mało, że potrzebne jest jeszcze poczucie sensu życia, by można było mówić o doświadczaniu szczęścia.

Nie muszę być szczęśliwa, szczęśliwy.

W czasach, kiedy bycie szczęśliwym niekiedy postrzegane jest jako konieczność, kiedy dobre samopoczucie nie jest już wyborem, lecz przymusem, ludzie czują się często sfrustrowani i winni z powodu nie dość doskonałego życia, odbiegającego modelem od proponowanego społecznie wzorca. Za sprawą zalewu poradników, w których autorzy przekonują, że właściwie można zmodyfikować życie, jak się chce i osiągnąć szczęście, dobrobyt, sukces i miłość właściwie już za chwilę, zaczyna się w ludziach rodzić przekonanie omnipotencji. Owo złudne poczucie wszechmocy i całkowitej kontroli nad swoim życiem sprawia, że kiedy nasze emocje nie dają się poskromić, zdrowie – wbrew powziętym zaleceniom – zaczyna szwankować, a kariera nie nabiera takiego tempa, jakie założyliśmy, czujemy się zawiedzeni i oszukani. Renata Salecl, filozofka, socjolożka i teoretyczka prawa, zwraca uwagę na przygniatające poczucie obowiązku bycia szczęśliwym. W konsekwencji takie pojmowanie szczęścia przynosi więcej cierpienia niż korzyści. Ideał szczęścia, prezentowany głównie w mediach, dla większości osób jest nieosiągalny. Będąc pod presją dążenia do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, znaczna część ludzi czuje się gorsza i ułomna z powodu trudności w osiągnięciu wymarzonego celu, co prowadzi do bycia jeszcze bardziej nieszczęśliwymi. Każdy sygnał bowiem, wskazujący na to, że nie jest się szczęśliwym tak, jak być się powinno, odbierany jest bardzo negatywnie. Dołącza się do tego zatem biegunowość stanów emocjonalnych: po przeżyciach pozytywnych następuje załamanie, spowodowane niemożnością utrzymania dłużej stanu zadowolenia.

Przy tak restrykcyjnych wzorcach sukcesu i szczęśliwego życia, trudno jest czasami dostrzec inne sposoby funkcjonowania w świecie. Ray Bennett w swojej książce „The Underachiever’s Manifesto: The Guide to Accomplishing Little and Feeling Great” zwraca uwagę, że w świecie tak silnie dominuje retoryka sukcesu, osiągnięć i bycia najlepszym, iż często nie zdajemy sobie sprawy z możliwości wyboru innych rozwiązań w życiu. Takim przykładowym rozwiązaniem – co postuluje z kolei w swojej ostatniej książce psycholog Jonathan Rottenberg – mogła by być chociażby akceptacja negatywnych przeżyć i uczuć oraz rozpoznanie ich jako nieodłączny element życia człowieka, ważny na równi z doświadczaniem szczęścia. Autor książki „The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic” sugeruje, że może warto byłoby odejść od dążenia do szczęścia jako celu samego w sobie. Psycholog proponuje również zerwanie z ideą koncentrowania się przede wszystkim na kulcie wiecznej młodości, gloryfikacji bezproblemowego życia i spychania ludzi cierpiących na obrzeża świadomości społecznej oraz skończenie z tłumieniem własnych niechcianych doznań, żeby sprostać wymogom szczęśliwego życia.

Akceptacja własnych ograniczeń, negatywnych przeżyć oraz tego, że nie zawsze jesteśmy szczęśliwi, sprawia, że możemy kochać samych siebie oraz nawiązywać głębokie relacje z innymi. Takie wnioski wypływają z wieloletnich badań Brené Brown, autorki „Darów niedoskonałości”. Badaczka dowodzi, że ludzie, którzy nie dążą do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, są – wbrew pozorom – bardziej zadowoleni z życia od tych, których cechuje perfekcjonizm i poczucie samowystarczalności, którzy dążą do dopasowania się do określonego modelu doświadczania życia. Ci pierwsi, akceptując swoje niedoskonałości, nie muszą koniecznie zarabiać więcej, znaleźć natychmiast partnera, urodzić dziecko czy przepracować wszystkie swoje zaprzeszłe, negatywne doświadczenia na terapii, by czuć się dobrze ze sobą. Osoby te popełniają błędy w życiu, ale nie postrzegają tych porażek w kategoriach nieszczęścia czy bycia gorszymi. Dają sobie nie tylko prawo do niepowodzeń, ale również do różnych uczuć i myśli, do gorszych dni i gorszego samopoczucia. Akceptują niepewność, jaką niesie samo życie. Ponieważ szczęście nie jest dla nich priorytetem, nie czują frustracji i złości z powodu tego, że ich życie nie jest idealne, a oni sami wiecznie szczęśliwi.

Z przytoczonych badań szczęście jawi się raczej jako możliwość, nie konieczność, a już na pewno nie jako cel sam w sobie. Odejście od społecznego przymusu ciągłego dążenia do polepszania swojego samopoczucie daje nam więcej możliwości doświadczania życia oraz ułatwia samoakceptację. Nie chodzi jednak o to, aby rozsiąść się na własnym nieszczęściu, odrzucając możliwość przeżywania jakichkolwiek pozytywnych chwil w życiu. Chodzi raczej o zauważenie, że pozytywne i negatywne doznania są częścią psychicznego życia człowieka. Samo doświadczanie przyjemnych lub nieprzyjemnych stanów nie jest kłopotem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy usilnie koncentrujemy się na doświadczaniu tylko jednego rodzaju doznań. Warto korzystać z wiedzy i badań dotyczących problematyki szczęścia (w końcu jeśli możemy wpłynąć pozytywnie na nasze samopoczucie, to czemu tego nie zrobić?). Jednak dobrze jest co jakiś czas zadać sobie pytanie, czy nie przekroczyliśmy już tej cienkiej linii, za którą dążenie do idealnego, nierealnego życia wiecznej szczęśliwości stało się naszą nadrzędną wartością.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bennett, R. (2006). The Underachiever’s Manifesto: The Guide to Accomplishing Little and Feeling Great, San Francisco: Chronicle Books
Biswas-Diener, R. (2012). The Courage Quotient, United Kingdom: John Wiley and Sons
Brown, B. (2012). Dary niedoskonałości, tłum. Puławski K., Poznań: Media Rodzina
Dunn, E., Norton, M. (2013). Happy money: The science of smarter spending, New York: Simon & Schuster
Gilbert, D. (2007). Na tropie szczęścia, tłum. Rajewska E., Poznań: Media Rodzina
Kashdan, T.B.; Ciarrochi, J.V. (2013). Mindfulness, Acceptance, and Positive Psychology, Oakland: New Harbinger
Killingsworth, M. (2011). Want to be happier? Stay in the moment, TED [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Rottenberg J. (2014) The Depths: The Evolutionary Origins of the Depression Epidemic, New York: Basic Books
Salecl, R. (2013). Tyrania wyboru, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Smith, E. E. (2013). Meaning Is Healthier Than Happiness, The Atlantic [online]. Dostępny w Internecie tutaj

KIEDY PRACA NIE POPŁACA

Coraz więcej pracy. Coraz więcej obowiązków. Za to mniej wolnego czasu, a odpoczynek zredukowany do niezbędnego minimum. Prawdopodobnie pracoholizm jest związany z rozwojem cywilizacyjnym. Bycie nieustanie zajętym i praca okupiona olbrzymim mozołem często postrzegane są jako synonimy pracowitości, bycia ważnym oraz dobrego przystosowania się do życia. Niestety, człowiek ponosi również wysokie koszty takiego funkcjonowania. Nie tylko są to koszty związane z pogorszeniem się zdrowia fizycznego, ale również z problemami psychicznymi. Nierzadko tracą na tym życie rodzinne oraz związek. Nadmierne zaangażowanie w pracę, które miało przynieść satysfakcję i spełnienie życiowe, często to spełnienie niweczy.

Natura problemu

Pracoholizm charakteryzowany jest jako przymus lub uzależnienie od pracy i, tak samo jak w innych uzależnieniach, w sytuacjach, kiedy dana osoba nie pracuje, może skutkować symptomami odstawiennymi. Psychologowie wskazują, że pracoholika, wbrew pozorom, nie cechuje siła charakteru, lecz niska samoocena. Poprzez dążenie do nierealistycznie wysokich standardów, poczucie niskiej wartości jest stale wzmacniane. Dzieje się tak dlatego, że pracoholik, oczekując pozytywnych wzmocnień własnej samooceny i redukcji negatywnych emocji związanych ze stresem zawodowym, z powodu owych nierealnych standardów doświadcza przede wszystkim frustracji oraz niższego zadowolenia z pracy w porównaniu z innymi pracownikami. Sprawia to, że stara się pracować jeszcze bardziej intensywnie, nakręcając błędną spiralę pożądania pracy. Prof. nadzw. dr hab. Lucyna Golińska, autorka książek na temat uzależnienia od pracy, zwraca uwagę, że jest to sposób działania charakterystyczny dla osobowości narcystycznej, gdzie występuje bardzo wysokie zapotrzebowanie na stymulację i wyzwania, które zmierzają do osiągnięcia sukcesu, przy jednoczesnej olbrzymiej potrzebie uznania przez otoczenie. Bez docenienia i aprobaty ze strony innych ludzi osoby te tracą poczucie własnej wartości. Wzmożonym dążeniem do sukcesu starają się więc kompensować emocjonalne deficyty. Prof. Golińska wskazuje jeszcze na osobowość obsesyjno-kompulsywną jako predestynowaną do rozwoju uzależnienia od pracy. U osób tych charakterystyczna jest bowiem duża potrzeba perfekcyjnego działania (neurotyczny perfekcjonizm).

Ważne – przy charakterystyce omawianego zjawiska – jest zrozumienie kontekstu społecznego, ponieważ pracoholizm jest jedynym uzależnieniem, które nie tylko nie jest oceniane negatywnie, lecz cieszy się społecznym uznaniem. Kinga Jasińska, terapeutka, mówi, że nadmierne poświęcanie się pracy jest nawet w pewien sposób społecznie nagradzane. „Gdy myślimy o kimś ‘pracoholik’ często łączy się to z podziwem czy zazdrością. Taka osoba zazwyczaj posiada jakieś dobra materialne, ma status, stanowisko” – podkreśla terapeutka. Pracoholizm jest więc społecznie akceptowanym uzależnieniem, które ma bliższe konotacje z pracowitością, odpowiedzialnością, sumiennością i zaradnością niż z chorobą, zaburzeniem czy deficytem. Tymczasem zbyt duże angażowanie się w życie zawodowe może być również sposobem, żeby nie musieć konfrontować się z własnymi myślami, emocjami, z tymi aspektami osobowości, które najbardziej potrzebują uwagi i paradoksalnie pracy nad nimi. Kwestię tę trafnie ujmuje Paweł Więckowski, doktor filozofii, mówiąc, że „pracoholizm jest idealnym sposobem, aby wypełnić świadomość drobiazgami i nie mieć czasu na autorefleksję. Dla pracoholika najgorsze jest Boże Narodzenie i Wielkanoc – jedyne dni, kiedy nie pracuje i może pomyśleć, jak bardzo jest nieszczęśliwy”.

Następstwa

Konsekwencje pracoholizmu dotyczą wielu obszarów funkcjonowania człowieka. Przede wszystkim wpływają negatywnie na uzależnioną od pracy osobę. Doświadcza ona nieustannej frustracji, ciągłego niepokoju czy niechęci do siebie. Często traci radość życia, nie potrafi przeżywać pozytywnych emocji w sytuacjach niezwiązanych z pracą. Dokładają się do tego problemy zdrowotne związane z przepracowaniem i długotrwałym doświadczaniem stresu. Skutkuje to z kolei – na co zwraca uwagę Kinga Jasińska – chorobą somatyczną lub następnym nałogiem. Pracoholik, sięgając po alkohol czy narkotyki, pragnie dodać sobie sił lub uśmierzyć ból, rozwijając w sobie kolejne uzależnienie. „W większości przypadków wtedy dopiero taka osoba trafia do specjalisty” – dodaje terapeutka.

Negatywne skutki pracoholizmu dotykają również najbliższych człowieka uzależnionego od pracy. Podczas gdy ludzie z dalszego otoczenia mogą w pracoholiku widzieć osobę pracowitą, odpowiedzialną za własną rodzinę, najbliżsi płacą duże koszty. Partnerzy, dzieci czują, że są mniej ważni niż praca, bliskość emocjonalna w intymnej relacji malej lub wręcz zanika, mnożą się konflikty. W osobie uzależnionej od pracy może narastać niechęć do rodziny, która komunikuje swoje zaniepokojenie czy rozżalenie spowodowane ciągłą absencją pracoholika w domu. To z kolei powoduje pogarszanie się samopoczucia u osoby uzależnionej. Obniżanie się nastroju stara się poprawić tym, czym wydaje jej się, że jest najlepszym rozwiązaniem – czyli pracą. Ponieważ sfera zawodowa ma duże znaczenie w postrzeganiu społecznym, często osoby najbliższe, a zwłaszcza partnerzy, nie tylko nie dostają wsparcia od innych, ale ich pretensje i żal, poczucie krzywdy czy doświadczanie innych trudności są wręcz oceniane jako bezzasadne, niesprawiedliwe, będące wyrazem braku wdzięczności. Prof. Lucyna Golińska mówi, że „część partnerów pracoholików przyjmuje tę interpretację społeczną – zaczynają mieć negatywne myśli na swój temat, a ponieważ wydaje im się, że nie potrafią docenić tego, co mają, spada ich poczucie własnej wartości”. Koszty emocjonalne takiego współuzależnienia są bardzo duże i mogą tkwić głęboko w psychice partnera czy innych osób z najbliższego otoczenia.

Jeszcze jednym obszarem, którego dotyczą negatywne konsekwencje pracoholizmu, jest środowisko pracy. Pracoholik nie jest bowiem dobrym pracownikiem ani człowiekiem sukcesu. Pracując ponad normę, wydaje się być pracownikiem idealnym, jednak okazuje się, że dłuższy czas pracy wcale nie przekłada się na jej efektywność. Posiadając bardzo wygórowane wymagania w stosunku do siebie, jak i innych, próbuje cały czas kontrolować środowisko pracy (często nieadekwatnie do posiadanej pozycji zawodowej). Myślenie cały czas o sprawach zawodowych, bycie w ciągłym kontakcie (telefonicznym, mailowym) z miejscem pracy – niekiedy tak bardzo chwalone przez pracodawców – sprawia, że osoba taka nie jest w stanie w pełnie odpocząć, zregenerować siły, a więc rozładować stresu. Dlatego też taki pracownik z czasem funkcjonuje coraz gorzej w pracy, nie radząc sobie z problemami i wyzwaniami zawodowymi. Ponieważ pracoholik jest często osobą dążącą do perfekcji i jednocześnie potrzebującą społecznego uznania, pracuje znacznie mniej wydajnie, zbyt drobiazgowo analizując każdy problem. Tak duży wysiłek i zaangażowanie wkładane w pracę wiążą się z kolei z częstszym niż u innym pracowników ryzykiem wypalenia zawodowego, a przynajmniej większymi absencjami w pracy z powodów zdrowotnych. Ze zrozumiałych względów powoduje to negatywne skutki ekonomiczne dla pracodawcy.

Wypalenie zawodowe

Przedłużający się stres w pracy, przy jednoczesnym braku skutecznych sposobów poradzenia sobie z odczuwanym napięciem oraz spadek efektywności i satysfakcji zawodowej wpływają na ryzyko powstania wypalenia zawodowego. Z cech osobniczych, zwiększających prawdopodobieństwo wypalenia, wymienia się niską samoocenę – tę samą cechę, która może przyczyniać się do powstawania pracoholizmu. Do najczęściej przytaczanych objawów związanych z tym problemem zalicza się awersję do pracy, myśli i zachowania ucieczkowe, poczucie ciągłego przepracowania i przemęczenia, zwiększoną drażliwość oraz spadek cierpliwości w kontaktach z ludźmi, a także dolegliwości somatyczne (bóle głowy, brzucha, kłopoty ze snem). Sam syndrom wypalenia może być trudny do wychwycenia i leczenia, ponieważ po pierwsze, proces doprowadzający do chronicznego przepracowania jest długotrwały i rozwija się powoli. Kiedy występuje już w zaawansowanym stadium, wymaga od osoby przeżywającej wypalenie zawodowe długiego czasu na dojście do równowagi. Po drugie, częstym problemem jest niechęć do przyznania się do choroby wynikającej z przepracowania. Osoby doświadczające wypalenia starają się bagatelizować lub racjonalizować problem (przykładowo mówią, że skoro dużo pracują, oczywiste jest, że ciągle są zmęczone). Dodatkowo osoby te mogą traktować sygnały zmęczenia docierające z ciała jako nieprzyjazne, niepożądane, w związku z czym będą starały się ich pozbyć (poprzez chociażby zwiększenie ilość wypijanej kawy czy innych napojów energetycznych, nadużywanie leków lub sięganie po narkotyki). Nie potrafią odczytywać somatycznych sygnałów przepracowania jako pomocnych, skłaniających do refleksji, do zmiany trybu życia.

Istotną kwestią staje się więc przeciwdziałanie wypaleniu zawodowemu. Aby nie doprowadzić do choroby wynikającej z przepracowania specjaliści zwracają uwagę, że istotna jest umiejętność głębokiego relaksu. Samo wyjście z pracy nie gwarantuje automatycznie właściwego odpoczynku. Ważne jest również oddzielenie życia prywatnego od zawodowego. Koncentrowanie się na sprawach zawodowych w trakcie przerw w pracy oraz poza pracą, bardzo obciąża psychikę, wyrabiając poczucie bycia stale pod presją zobowiązań oraz odpowiedzialności związanej z życiem zawodowym. Tymczasem właśnie dbałość o utrzymywanie zdrowego zakresu obowiązków, rozsądne angażowanie się w sferę zawodową, jak również rozwijanie pozazawodowych zainteresowań oraz znajdowanie czasu na relaks są bardzo pomocne w przeciwdziałaniu wypalenia zawodowego. Jeśli już doszło do powstania syndromu wypalenia, ważne jest określenie stopnia jego nasilenia. W łagodnej fazie wystarczy urlop, uregulowanie rytmu snu i czuwania oraz zadbanie o zdrowe nawyki żywieniowe. W fazie bardziej zaostrzonej, w której występuje wiele objawów, a stan jest chroniczny, potrzebna jest na ogół pomoc lekarza i psychoterapeuty oraz zasadnicza zmiana funkcjonowania w życiu, aby nie tylko odbudować zasoby i przywrócić równowago psychofizyczną, ale również zapobiec wystąpieniu ponownego wypalenia zawodowego w przyszłości.

Radość z pracy

Nie każde duże zaangażowanie się w pracę jest wyrazem szkodliwego pracoholizmu i nie każde prowadzi do problemów zdrowotnych oraz wypalenia zawodowego. Dr Kamila Wojdyło, badająca od wielu lat styl osób zapracowanych, rozróżnia pracoholizm od pasji pracy. Psycholożka zwraca uwagę, że osoba, która jest entuzjastą pracy, chociaż jest bardzo zaangażowana w życie zawodowe, potrafi je oddzielić od życia prywatnego. Nie potrzebuje pracy do podwyższania swoje niskiej samooceny oraz redukowania negatywnych emocji związanych ze stresem zawodowym. Kieruje się nie – jak to ma miejsce w przypadku pracoholików – chęcią wykazania się i zyskania aprobaty, lecz motywacją nastawioną na rozwój osobisty. O podobnym rozgraniczeniu mówi wspomniana wcześniej prof. Lucyna Golińska. Oddziela ona pracoholizm uzależniony (szkodliwy) od entuzjastycznego (związanego z pasją pracy). Ten ostatni przejawia się wprawdzie przymusem pracowania, ale, w odróżnieniu od pracoholizmu uzależnionego, wyzwala pozytywne uczucia, pojawiające się w trakcie wykonywania pracy. Dzięki temu odczuwana jest duża satysfakcja związana z życiem zawodowym, która wpływa pozytywnie również na życie prywatne. Nie zawsze zatem duże zaangażowanie w sferę zawodową jednoznacznie wskazuje na szkodliwy pracoholizm. Niemniej warto mieć na uwadze, że ciągłe nadgodziny, pracowanie ponad normę, rezygnacja z czasu wolnego na rzecz życia zawodowego nie wiążą się na ogół z większą skutecznością i byciem lepszym pracownikiem, lecz z deficytami emocjonalnymi, z których osoba tak funkcjonująca na ogół nie zdaje sobie sprawy.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Golińska, L. (2013). Od euforii do depresji – różne oblicza pracoholizmu, rozmowę przepr. Ewa Bukowiecka, UZALEŻNIENIE.com.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Golińska, L. (2011). Pracoholik a pracoholik entuzjastyczny – dwa światy?, Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
Golińska, L. (2008). Pracoholizm. Uzależnienie czy pasja, Warszawa: Difin
Skorupa, M. (2014). „Pracoholik to nie człowiek sukcesu, a uzależniony, który musi zabiegać, żeby go doceniono”, Gazeta.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Więckowski, P. (2002). „Mity nt. szczęścia wg profesora Czapińskiego”, Instytutu Psychologii Zdrowia Jerzego Mellibrudy Psychologia.edu.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojdyło, K. (2010). Pracoholizm. Perspektywa poznawcza, Warszawa: Difin

WOKÓŁ MITU ROMANTYCZNEJ MIŁOŚCI

W 2012 roku dr Jeremy Osborn z Albion College przeprowadził badania, opublikowane w czasopiśmie „Mass Communication”, z których wniosek był następujący: istnieje zależność pomiędzy tym, że ktoś wierzy, iż romantyczna miłość z hollywoodzkiego filmu może się mu przydarzyć a spadkiem zaangażowania w aktualną relację, w której żyje. Wiara w filmowy czy powieściowy ideał miłości może zatem wpływać negatywnie na istniejący związek. Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości” mówi, że „kult miłości romantycznej jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony co niedorzeczny”. Wskazuje również, że jest to promocja jednej tylko formy miłości, która uważana jest za wartą przeżywania i która zasługuje na to, by być uwiecznianą przez sztukę. „Jest to pewien nonsens. To tak, jakby skoncentrować się w opisie życia człowieka wyłącznie na czternastym roku życia. Przecież to tylko jeden rok, więc dlaczego akurat na nim się skupiać?” – dodaje psycholog. Jednak kultura i sztuka lubują się w wychwalaniu tego krótkotrwałego stanu upojenia hormonalnego. Miłość romantyczna, jako towar sprzedawany przez reżyserów, pisarzy czy kompozytorów, ma poczesne miejsce w zbiorowej świadomości. Tymczasem przez większość życia kochamy partnerów w inny, nieromantyczny sposób. Zasadzając nasze przekonania o miłości głównie na wyobrażeniach, zaczerpniętych z filmów i powieści romantycznych, nie wiemy, co ciekawego i godnego uwagi można robić z uczuciem i związkiem, kiedy romantyczna faza przemija.

Szukanie ideału

Współczesna forma mitu romantycznego mówi nam, że istnieje gdzieś w świecie odpowiednia dla nas osoba, która jest naszym dopełnieniem. Bez niej jesteśmy wybrakowani. Razem natomiast, jak złożone dwie połówki jabłka, stanowimy idealną całość. Rozpoznajemy tę osobę po fakcie zakochania się, które musi być obezwładniające i całkowite. Mit romantyczny mówi nam również, że po znalezieniu takiej osoby, będziemy szczęśliwi już do końca naszego życia. Niestety takie spojrzenie na intymne relacje jest często powodem wielu nieporozumień, konfliktów, frustracji i rozczarowań. Może nieść niebezpieczeństwo ciągłego szukania ideału, który spełni wszystkie odpowiednie kryteria i wymagania. Tymczasem w świecie jest wiele osób, z którymi potencjalnie możemy stworzyć satysfakcjonujący związek. Wynika to między innymi z tego, że – jak to ujmuje wspomniany wcześniej  Bogdan Wojciszke – o udanym związku decyduje nie to, jakie stałe cechy osobowości posiadają partnerzy, lecz jak funkcjonują w związku. To, że ktoś jest miły, ciepły i towarzyski albo wycofany, nerwowy i roztargniony nie znaczy, że związek z tą osobą będzie udany lub nie. Wzajemne funkcjonowanie w intymnej relacji dwóch osób to coś więcej niż suma ich stałych cech charakteru. Związek może wydobywać to, co w nas najlepsze. Może też ujawniać naszą mroczną, nieprzyjazną stronę, której istnienia w sobie nawet nie podejrzewaliśmy.

Faza zakochania również nie jest predyktorem dobrego związku. Wskazuje ona jedynie na pewne procesy zachodzące w naszej psychice, jak i naszym ciele. Na ogół charakteryzuje się tym, że jedna myśl (o obiekcie naszych uczuć) przesłania wszystkie inne myśli. Spada poziom naszego krytycyzmu, pojawiają się problemy z koncentracją, trudności w wykonywaniu prac intelektualnych. Jesteśmy niezwykle podekscytowani i skłonni do podejmowania szeregu aktywności, które wcześniej nie przyszłyby nam do głowy. Cele życiowe, które do tej pory były dla nas ważne, mogą odchodzić na dalszy plan lub całkowicie znikać. Na poziomie somatycznym możemy odczuwać spadek łaknienia, jak również mogą występować problemy ze snem. To wszystko świadczy tylko o tym, że nasze ciało i nasza psychika znalazły się w fazie zakochania – nie wskazuje natomiast na to, że związek z osobą, w której jesteśmy zakochani, okaże się w przyszłości satysfakcjonujący. Często faza zakochania może być bardzo dla nas myląca w ocenie przyszłego związku, ponieważ na ogół oznacza, że oczarowała nas nie prawdziwa osoba, lecz jej wyidealizowany przez nas obraz. Utożsamianie akurat tej postaci uczucia do drugiego człowieka z miłością oraz jej idealizowanie wpływa negatywnie na budowanie przyszłej relacji. Pozbawia bowiem chęci poszukiwania innych wzorców kochania drugiego człowieka i nieuchronnie prowadzi do rozczarowania, obwiniania siebie lub partnera, ponieważ ten etap związku zawsze przemija.

Pragnienie stałości

Uczucia, które na początku relacji charakteryzowały się dużą intensywnością, wraz z kontynuowaniem znajomości ulegają ochłodzeniu. Faza uniesień i zachwytów drugą osoba zawsze ma swój kres. Większość osób jest jednak przekonana, że początkowa namiętność, dla której charakterystyczne są takie określenia jak „obsesja” czy „widzenie tunelowe”, jest właśnie taką, jaka być powinna w związku. Buntują się przeciwko temu, że po kilku miesiącach lub latach stygnie ona do pewnej normy (która to norma uzależniona jest od indywidualnych cech danej osoby, takich jak wiek, stan zdrowia czy styl życia). Stawiając jako punkt odniesienia początkową intensywność uczuć, mają trudności w zaakceptowaniu, że ich niższy poziom okazuje się być właściwą namiętnością, adekwatną do dojrzałej relacji. Jednak, jak pisze w swojej książce „Psychologia miłości” Bogdan Wojciszke, „z faktu, że namiętność zanika po prostu dlatego, iż taka jest jej natura, wynika jeden wniosek praktyczny. Jeżeli wygasa czy słabnie namiętność jednego czy obojga partnerów, to nie ma większego sensu twierdzenie jakoby przyczyną były negatywne cechy któregokolwiek z nich („On nie potrafi kochać”) czy ich związku („To nie była prawdziwa miłość”). Równie bezsensowne byłoby obwinianie drzew, że opadły z nich liście, albo twierdzenie, że lata tak naprawdę nie było, skoro po nim nadeszła jesień. Akceptacja tej prawdy mogłaby uchronić wiele par przed goryczą rozczarowań czy rozstań”.

Jeśli zatem związek ma istnieć dalej, partnerzy potrzebują zdać sobie sprawę z faktu, że ulega on zmianie oraz być gotowymi na stworzenie relacji opartej na innych podstawach niż tylko początkowa namiętność. W odróżnieniu od zakochania, które obezwładnia i rozwija się właściwie poza kontrolą, związek partnerski wymaga zaangażowania i działania, ponieważ sam się nie tworzy. Na ogół przyjmuje się, że związek nacechowany romantycznymi uniesieniami trwa przeciętnie od dwóch do czterech lat. Ten czas – na co zwraca uwagę psycholog, Bartłomiej Dobroczyński – jest potrzebny na to, by nauczyć się siebie, zbudować związek partnerski i znaleźć nowe rodzaje więzi. Jest potrzebny na podjęcie decyzji o tym, czy chce się dalej być razem. Jeśli partnerzy pozostają w związku dłużej, wtedy do już nie tak intensywnej jak na początku namiętności dołączają się przyjaźń, a później przywiązanie, czasami też wspólne interesy. Zatem „w miarę trwania związku miłosnego nie tylko mogą pojawić się ważne zmiany w jego treści i intensywności, ale zmiany takie są wręcz nieuchronne jako następstwo zróżnicowanej dynamiki trzech podstawowych składników miłości” – pisze z kolei w swojej książce Wojciszke. Te podstawowe składniki to: namiętność, intymność i zaangażowanie. Wszystkie, wraz w trwaniem relacji miłosnej, ulegają zmianie. Oczekiwanie stałości w związku jest więc z góry skazane na niepowodzenie i rozczarowanie.

Ma być tylko przyjemnie

Romantyczne przekonanie, sprowadzające się do sformułowania „I żyli długo i szczęśliwie”, niesie ze sobą oczekiwanie, że związek będzie cały czas taki sam (czyli intensywność uczuć będzie niezmienna) oraz że po trudach szukania miłości i przejścia przez etap zakochania partnerzy będą doświadczać tylko pozytywnych uczuć i stanów. Tymczasem związek jest miejscem, gdzie jest zarówno miło, jak i trudno. Miejscem, w którym doświadcza się poczucia szczęścia i spełnienia, jak również zmaga się z niepewnością i trudnościami. Oczekiwanie, że związek będzie udany wtedy, gdy będzie pozbawiony kłótni, nieporozumień i kryzysów, wynika z braku zrozumienia dynamiki związku. Nieobecność kłótni i kryzysów nie świadczy o tym, że związek jest idealny. Wręcz przeciwnie: może (chociaż oczywiście nie musi) wskazywać na problemy z komunikacją, na brak asertywności któregoś z partnerów, na trwanie w relacji nie partnerskiej, lecz symbiotycznej, na lęk przed rozstaniem lub na wiele innych kwestii. Przekonanie, że kryzys pojawia się tylko jako zapowiedź końca relacji, utrudnia rozwiązanie trudnej sytuacji, podczas gdy to właśnie dzięki kryzysom związek może zacząć się zmieniać w stronę bardziej satysfakcjonującą dla obojga partnerów, co oczywiście wymaga jakiejś pracy. Proces zmian w związku, jego kolejne fazy oraz dynamika (polegająca na braku stałości) są naturalne dla intymnych relacji. Wynika to m. in. z tego, że ludzie się zmieniają (zarówno pod wpływem związku, jak i ze względu na nowe doświadczenia w ich życiu). Mają na to wpływ również względy kulturowe, społeczne czy ekonomiczne. Jednak żeby związek mógł trwać i rozwijać się, a co za tym idzie, przechodzić przez kolejne etapy, trzeba włożyć pewnie wysiłek w jego rozwój. Psycholog Robert Epstein uważa, że przeświadczenie, iż związek powinien być stały i zawsze szczęśliwy, jest bardzo niebezpiecznym mitem. Przekonanie to bowiem wpływa negatywnie na poziom zaangażowania w związek. Ludzie rezygnują z relacji w momencie, kiedy pojawiają się w niej jakieś kłopoty. Zapominają, że uczucia są z definicji bardzo krótkotrwałe. By związek mógł trwać, potrzebne jest zaangażowanie.

Do przekonania, że związek ma przynosić tylko pozytywne doświadczenia, może dołączać się również oczekiwanie, że relacja intymna ma być remedium na kłopoty. Takie przeświadczenie może prowadzić do bolesnych rozczarowań i stanowić początek końca tej miłości. Wynika bowiem z niego błędny wniosek, że związek miłosny trwa tak długo, jak długo jest w nim przyjemnie. Istotą związku nie jest jednak sprawienie, że problemy partnerów przestaną istnieć, co uczyni ich życie na zawsze szczęśliwym. Nie jest nią również naprawianie osobowości (jak chociażby zwiększanie poczucia własnej wartości). Upatrywanie w relacji intymnej schronienia, które ma uchronić przed przyszłymi zranieniami czy kłopotami, daje tylko złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Ludzie często przeceniają wpływ związku na własne życie. Bogdan Wojciszke mówi, że „związek to jedno z uwarunkowań zewnętrznych o stosunkowo małym wpływie na nasze poczucie szczęścia. Dlatego nie ma się co łudzić, że jeżeli będzie się miało następnego partnera, a prowadziło podobny tryb życia i realizowało te same cele, to coś nagle radykalnie się zmieni”.

Seks doskonały

Ma być romantycznie. Ma być idealnie. Mało tego, za każdym razem ma być tak samo dobrze i namiętnie. Tego typu przekonania często rodzą wiele frustracji, ponieważ nie uwzględniają zarówno zmian, jakie zachodzą w relacji intymnej, jak również wysiłku, jaki jest potrzebny do tworzenia dojrzałego seksu. Jest zupełnie naturalną sprawą fakt, że seks z czasem może tracić na atrakcyjności. Dzieje się tak nawet w parach, które nadal bardzo się kochają. Namiętność spada między innymi dlatego, że ludzie lepiej się poznają i wzrasta ich poziom intymności. Jak zwraca na to uwagę terapeutka i badaczka Esther Perel, u podstaw podtrzymywania pożądania w trwałym związku leży pogodzenie dwóch wzajemnie sprzecznych fundamentalnych potrzeb: bezpieczeństwa, przewidywalności, niezawodności, pewności, trwałości oraz przygody, nowości, tajemnicy, ryzyka, niebezpieczeństwa, czegoś zaskakującego, nieoczekiwanego. Autorka „Inteligencji erotycznej” dodaje, że w pożądaniu nie ma troski i opieki, które są bardziej wyznacznikami silnej miłości, ale również są silnymi anty-afrodyzjakami. Miłość wiąże się z bezinteresownością, podczas gdy w pożądaniu jest pewna dawka samolubstwa. Również wzrost poczucia bezpieczeństwa oraz przewidywalność, powstająca w związku, oddalają seksualnie partnerów od siebie, ponieważ pożądanie, by rosło, potrzebuje aspektów nieznanych, niespełnionych. Potrzebna jest niepewność. Perel mówi wprost: im bardziej partner czuje się przy drugiej osobie odpowiedzialny, tym mniej potrafi się przy niej zapomnieć. Warto ten mechanizm mieć na uwadze, inaczej „budzi się roszczeniowa postawa wobec partnerów. Chcemy, żeby zapewniali nam poczucie stabilizacji, komfortu, żeby byli przewidywalni, a jednocześnie dostarczali ekscytujących przeżyć i nowych wrażeń okrytych aurą tajemniczości” – dodaje Perel. Oczekiwanie, że życie seksualne nie będzie ulegało zmianie, że zawsze będzie idealnie, romantycznie i zmysłowo nie tylko stwarza niebezpieczeństwo rozczarowania samym seksem, ale również partnerem i samym związkiem, a także może rodzić poczucie winy i być przyczyną samooskarżania.

Idea romantycznego seksu zakłada również jego pełną spontaniczność. Tymczasem, aby seks był udany, potrzebne jest włożenie weń pewnego wysiłku. Zaskakujące jest to, że jeśli spojrzymy wstecz na seks, który wydawał nam się spontaniczny, kiedy byliśmy nastolatkami, okazuje się, że wcale taki nie był. Często nieświadomie poczyniliśmy pewne przygotowania, żeby miłosne igraszki mogły się wydarzyć. Szykowaliśmy się specjalnie na spotkanie czy imprezę. Być może piliśmy alkohol, żeby mieć poczucie większej swobody. To wszystko były przygotowania do późniejszego aktu miłosnego. Jednak czasami powstaje wyobrażenie, że kiedyś seks był spontaniczny oraz oczekiwanie, żeby taki był teraz. Niestety niesie to ze sobą niebezpieczeństwo zaniechania jakiegokolwiek działania oraz zdejmowania z siebie odpowiedzialności za nieudany seks. Marty Klein, seksuolog, zwraca uwagę, że wielu ludzi odrzuca ideę wkładania wysiłku w tworzenie dorosłego seksu, tkwiąc cały czas w wyobrażeniach, jakie mieli, będąc nastolatkami. Ograniczają swoje życie seksualne jedynie do przygód miłosnych lub oczekują, że będzie ono układało się podług powieści romantycznych. Nie biorą pod uwagę tego, że dorosły seks uwzględnia wszystkie nasze cechy, nasze trudności, zalety i słabości. A żeby mieć udane życie seksualne, trzeba się postarać.

Poza romantycznym schematem

Jeśli romantyczne podejście do miłości nie gwarantuje satysfakcjonującego związku, a wręcz może być utrudnieniem dla stworzenie relacji partnerskiej, jak również przyczyniać się do jej zakończenia, co zatem ułatwia budowanie dojrzałej relacji? Wojciszke wskazuje, że czynnikiem, wpływającym na utrzymywanie się związku na satysfakcjonującym poziomie, jest robienie wspólnie różnych ekscytujących rzeczy. Psycholog dodaje, że „nuda jest tym, co podstępnie zabija relację dwojga ludzi. Emocje, czy silne, czy słabe, karmią się bowiem pobudzeniem fizjologicznym, a to zawsze wymaga jakiegoś łamania schematów”. Autor „Psychologii miłości” mówi również, że cieszenie się szczęściem partnera wpływa pozytywnie na utrzymanie miłości. Nie jest to znowu tak oczywiste, ponieważ  niektórzy ludzie nie potrafią tego robić i czują się nieszczęśliwi z powodu satysfakcji drugiej osoby. Nate Bagley, który przez rok przeprowadzał wywiady z zakochanymi parami, do czynników, które czynią związek udanym, dodaje między innymi kochanie i akceptowanie samego siebie. Innymi czynnikami, jakie wymienia są zaufanie, które tworzy się nie przez słowa, a przez działanie oraz zachęcanie partnerów do podążania za ich osobistymi celami i marzeniami, nawet jeśli dzieje się to kosztem własnego dyskomfortu lub niewygody.

Z kolei wspominana wcześnie Esther Perel, która odwiedziła ponad 20 krajów, badając, co wpływa na udane życie erotyczne w parach o długim stażu, mówi, że pary te rozumieją, że każdy ma swoją erotyczną przestrzeń i seksualna prywatność. Rozumieją również, że gra wstępna nie zaczyna się na pięć minut przez aktem seksualnym, ale z końcem poprzedniego orgazmu. Rozumieją, że erotyka polega na tym, by czasami przestać być odpowiedzialnym – atrakcyjność partnerów bowiem rośnie, kiedy dostrzega się nich nie opiekunów, lecz ciekawą osobowość. Rozumieją wreszcie, że namiętność nie jest stała, ale umieją ją też wskrzesić, ponieważ nie funkcjonują w oparciu o mit dotyczący spontaniczności. Perel mówi wprost, że zaangażowany seks to seks zaplanowany. Jest on świadomy i celowy. Dodaje również, że „większą satysfakcję seksualną niż inni odczuwają ci, którzy mają realistyczne oczekiwania wobec partnera. Ich seks nie zawsze jest pełen pasji, ale jest wystarczająco dobry, by dawać przyjemność (….) To ludzie zadowoleni ze swojej seksualności, z własnego ciała, mający dość wysokie poczucie seksualnej wartości, a to prowadzi do dobrej komunikacji seksualnej i zapewnia większą satysfakcję”.

Romantyczne przekonanie, że prawdziwa miłość nie zna granic i jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody, samo w sobie jest niekiedy największą przeszkodą na drodze do tego, by związek mógł trwać. Sama miłość (rozumiana jako uczucie) nie wystarcza. Potrzebne jest jeszcze zaangażowanie i wysiłek włożony w budowanie relacji opartej nie tylko na początkowym uczuciu. Jak podsumowuje to Bagley, szczęśliwe pary wiedzą, że jeśli będzie ciężko – albo zwłaszcza gdy będzie ciężko – lepiej będzie im razem. Nie jest to spowodowane wiarą, że niesie ich magiczne, bliżej nieokreślone uczucie romantycznej miłości, lecz tym, że zdają sobie sprawę, iż kryzysy i trudne momenty są naturalną częścią każdej intymnej relacji. Nauczyli się pracować razem nad związkiem, mają zatem zaufanie do siebie i partnera i wiedzą, że cokolwiek się zdarzy, będą razem próbować pokonać trudności – dzięki temu maja większe szanse poradzić sobie z trudną sytuacją.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Dobroczyński, B. (2014) Miłość to nie uczucie, MojaPsychologia.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Epstein, R. (2002) Love frenzy: Can I learn to love the media? Psychology Today [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gannon, M. (2012) Belief in TV Romances May Hurt Your Love Life, Purch [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Klein, M. (2012) Inteligencja seksualna, tłum. Sławińska M., Kraków: MIROKU
Perel, E. (2008) Czy małżeństwo zabija seks, rozmowę przepr. Florek-Moskal, M., Wprost [online]. Dostępny w Internecie  tutaj
Perel, E. (2013) Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, tłum. Magdalena Zielińska M., Kraków: Znak
Willett, M. (2014) A Single Guy Quit His Job And Spent A Year Interviewing Couples In Love — This Is The Best Relationship Advice He Learned, Business Insider [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2008). Miłość ci wszystko wypaczy, rozmowę przepr. Rotkiewicz M., Polityka [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2010). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

CYFROWE ŻYCIE PSYCHICZNE

Nowe technologie niewątpliwie wpływają na ludzkie życie, psychikę, podejmowanie działań, kształtowanie się nawyków. Smartfony, aplikacje, portale społecznościowe zmieniają formy kontaktów społecznych. U młodych ludzi, urodzonych i żyjących w świecie poddanym procesom cyfryzacji, kształtuje się zupełnie nowy sposób odbierania otaczającej ich rzeczywistości. Zmiany zachodzą nie tylko na poziomie zachowania, ale również budowania się tożsamości oraz na poziomie neuronalnym. Wpływ nowych technologii na psychikę obserwowany jest jednak nie tylko u ludzi młodych, chociaż w ich przypadku zmiany są najbardziej zauważalne. Aby móc efektywnie funkcjonować w świecie, człowiek stara się zaadaptować do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Sam wpływ rozwoju cywilizacji na zmiany w ludzkiej psychice jest dobrze znany – to, co się zmieniło, to przede wszystkim tempo przemian cywilizacyjnych, gdzie kolejne nowinki technologiczne i rozwiązania internetowe pojawiają się właściwie z dnia na dzień.

Pokolenie internetu

Urodzili się już w zdigitalizowanym świecie i, w odróżnieniu od imigrantów cyfrowych (czyli osób, w życiu których internet, komputery, telefony komórkowe pojawiały się stopniowo), już od dziecka otoczeni byli urządzeniami, za pomocą których mogli korzystać z internetu. Tubylcy cyfrowi – bo o nich mowa – nie mają charakterystycznego dla starszego pokolenia rozróżnienia na online (w sieci) i offline (poza siecią). Ważna część ich tożsamości kształtuje się poprzez kontakt z internetem, a więc poprzez zarówno to, co sami publikują w sieci (na Facebooku, Twitterze czy innych portalach), jak i przez reakcję zwrotną dotyczącą ich autoprezentacji ze strony innych użytkowników internetu. Dla wielu młodych ludzi to, co dzieje się w sieci, jest najważniejszą częścią ich życia. Na ile jest to ważne, pokazują rozmowy, które prowadzą z rówieśnikami w realu, dyskutując przede wszystkim o tym, co się właśnie wydarzyło w internecie.

Prof. Howard Gardner oraz prof. Katie Davis z Uniwersytetu Waszyngtońskiego w swojej najnowszej książce określają młodych ludzi „pokoleniem apki” (od słowa: aplikacja). Autorzy używają tego terminu w dwóch znaczeniach. Pierwszy odnosi się do faktu, że młodzi ludzie używając aplikacji (bez względu, czy są one cyfrowe czy nie), liczą, że dowiedzą się, jak w szybki i efektywny sposób osiągnąć to, co chcą. Jeśli jedna aplikacja nie działa, poszukają innej. Jeśli natomiast nie mogą znaleźć lub wymyśleć żadnej aplikacji, porzucają temat czy sprawę, którą się interesowali. Drugie znaczenie jest szersze i odnosi się do postrzegania przez młodych ludzi życia jako szeregu następujących po sobie w niezmiennym porządku celów (nazwanych przez autorów Super-Apkami): najpierw szkoła, potem studia, następnie staż, aż wreszcie odpowiednia praca w odpowiedniej firmie, znajdującej się w jednym z wielkich miast w kraju lub za granicą, zapewniająca wielki sukces. Gardner i Davis zwracają uwagę, że rzadko udaje się wszystkie wyżej wymienione cele spełnić, co prowadzi do rozczarowania. Jest ono tym większe, że aby zmienić kierunek i podążać własną, inną drogą, młodzi ludzie potrzebują nowych celów, których często nie mają, ograniczeni właśnie przez postrzeganie etapów w swoim życiu, które muszą wystąpić w nieelastycznym, sztywnym porządku.

Porzucanie zainteresowań, kiedy nie można znaleźć odpowiedniej aplikacji do ich rozwijania, jest powiązane z inną rzeczą, na którą zwracają uwagę specjaliści od psychologii internetu. Otóż, młodzi ludzie gorzej niż starsze pokolenie znoszą odczucie nudy. Żyjąc w świecie ciągłej stymulacji (wszak w internecie nie ma ciszy nocnej), oczekują, że uda im się przeskoczyć momenty zatrzymania i spowolnienia, że stan ekscytacji będzie trwał nieprzerwanie. Traktują życie jako sumę pozytywnych doznań, które warto kolekcjonować. Poczucie samotności jest często dla nich zupełnie obce, ponieważ tak naprawdę nigdy nie byli sami. Zawsze otoczeni są przez przyjaciół. Jeśli nie w realu, to przynajmniej wirtualnie. Jeśli czytają książkę, oglądają telewizję, czy nawet rozmawiają z innymi, często mają otworzone komunikatory lub są zalogowani na portalach społecznościowych, korzystając ze swoich smartfonów czy tabletów.

Żyjąc w dużym stopniu w środowisku zdigitalizowanym, w którym kształtuje i rozwija się ich osobowość, cenią sobie bardzo natychmiastowość. Jak zauważa Eryk Mistewicz, autor strategii marketingu narracyjnego, „świat sieci to świat wymuszonej natychmiastowości. To natychmiastowa reakcja. Natychmiastowa odpowiedź”. Młodzi ludzie bardzo cenią sobie ten szybki feedback i jeśli nie otrzymują błyskawicznej odpowiedzi zwrotnej, szukają jej na innym portalu, wchodząc w interakcje z innymi ludźmi. Przyzwyczajeni są do tego, że to, co umieszczają w sieci, to, czym się dzielą z innymi ludźmi, łatwo da się zmierzyć przez chociażby liczbę polubień, komentarzy, odwiedzin czy inny wskaźnik dotyczący wyrażonego zainteresowania ze strony innych użytkowników danego portalu. Zmieniło się dla nich znaczenie pojęcia „atrakcyjność”, które teraz oznacza przede wszystkim bycie widzianym i lubianym w internecie. Bycie fejmem (od ang. fame – sława), a więc osobą znaną i popularną w internecie (najczęściej na Facebooku i Asku) poprzez dużą liczbę polubień, udostępnień czy prezentów, stało się pożądanym szczeblem we współczesnej hierarchii społecznej. Oczywiście ta swoista potrzeba afiliacji znana jest od dawna – zmieniły się natomiast narzędzia, za pomocą których młodzi ludzie ową potrzebę aktualnie realizują.

Technologiczny zawrót głowy

W związku z szeroką dostępnością dóbr, olbrzymią liczbą napływających informacji oraz nieustanną stymulacją, rodzi się w ludziach tendencja, żeby raczej coś wyrzucić, niż naprawić. Jednorazowość nie jest problematyczna. Wręcz przeciwnie: stała się zaletą, wartością pożądaną. Konsekwencją tego jest taki system postępowania, w którym jedna rzecz jest natychmiast zastępowana przez inną. Widać to zwłaszcza w odniesieniu do nabywania i pozbywania się przez młodych ludzi telefonów komórkowych. Nowy model danego telefonu często niewiele różni się od poprzedniego, jednak jest pożądany właśnie przez to, że jest nowy na rynku. „Z punktu widzenia kapitalizmu zachwycający jest związek człowieka z iPhone’em” – mówi Bartłomiej Dobroczyński, psycholog – „Cieszysz się nim rok, jak już ci minie, wyrzucasz go i wchodzi następny iPhone. A potem słyszymy, jak modelka mówi: To obciach, że mam już dwa lata tego samego chłopaka”. Znudzenie odnosi się do rzeczy, osób i sytuacji, które trwają za długo, co jest wyrazem ciągłej pogoni za nowością, jaką oferuje otaczająca rzeczywistość. Znużenie, zniecierpliwienie, brak twórczego napięcia mogą z kolei prowadzić do ograniczania podejmowanych wyzwań, do zmniejszenia się poziomu kreatywności oraz satysfakcji życiowej.

Wspomniany wcześniej brak podziału u młodych ludzi na świat wirtualny i realny sprawia, że emocje, których doświadczają, korzystając z internetu, są dla nich tak samo realne, jak te, które przeżywają chociażby w kontaktach z innymi podczas bezpośrednich spotkań. Dla tego pokolenia świat wirtualny jest właśnie światem realnym. Dlatego też złośliwe komentarze, blokowanie profili, nieodpowiadanie na wiadomości czy usuwanie z grona przyjaciół na portalach społecznościowych mogą wpływać na zachwianie poczucia własnej wartości, obniżać znacząco nastrój, a nawet prowadzić do niebezpiecznych i ryzykownych zachowań. Obelga napisana w komentarzu pod umieszczonym na portalu społecznościowym postem wzbudza w nich takie same emocje jak ta wypowiedziana twarzą w twarz. Usunięcie z grona znajomych na Facebooku może prowadzić do realnego zakończenia znajomości również poza siecią.

Zwiększająca się dostępność sieci, możliwość używania internetu za pomocą urządzeń mobilnych oraz zwiększenie ilości czasu poświęconego na życie online może skutkować również uzależnieniem od sieci. Uzależnienie to charakteryzuje się spadkiem samopoczucia w momencie niekorzystania z sieci, zwiększeniem drażliwości, a także ogólną trudnością z radzeniem sobie z chaosem informacyjnym, cechującą się m. in. brakiem umiejętności wybierania informacji ważnych i znaczących. Jak każde uzależnienie wymaga terapii. Psycholożka, Urszula Sajewicz-Radtke, zwraca uwagę, że „terapia uzależnienia od internetu wymaga wsparcia specjalisty i konieczne jest zgłoszenie się do ośrodka zajmującego się leczeniem uzależnień”.

W ramach uzależnienia od internetu lub przeładowania bodźcami, związanego z używaniem nowych technologii, wyróżnia się kilka specyficznych zaburzeń. Należy do nich FOMO (od ang. „fear of missing out”), polegające na odczuwaniu lęku przed przegapieniem czegoś istotnego w sieci. Jest to potrzeba nieustannego bycia na bieżąco. Skutkuje m. in. obniżeniem zdolności koncentracji oraz wzrostem tendencji do prokrastynacji. Na spadek poziomu uwagi wpływa również nałogowa wielozadaniowość (czyli nieustające przełączanie się pomiędzy wieloma czynnościami), która sprawia, że człowiekowi bardzo trudno jest się skupić na pojedynczej czynności trwającej kilka minut.

Innym przytaczanym często zaburzeniem jest HPVS (Human Phantom Vibration Syndrome), czyli syndrom fantomowych wibracji. Polega on na odczuwaniu wibracji własnego telefonu komórkowego, podczas gdy w rzeczywistości nie pojawił się żaden sygnał nadchodzącego połączenia, wiadomości czy powiadomienia. Wprawdzie naukowcy nie są zgodni, co do dokładnych przyczyn pojawiania się HPVS, jednak faktem jest, że zdecydowana większość ludzi, używająca telefonów komórkowych, doświadczyła choć raz tego syndromu. Przyczyn poszukuje się w błędnym interpretowaniu aktywności neuronów przez mózg spowodowanym ciągłym bombardowaniem przez bodźce. Mózg, poddany stresowi, sprzyja powstawaniu nieskoordynowanych wyładowań, które sprawiają, że człowiek może mieć poczucie wibrowania telefonu bądź słyszeć dzwonek komórki, kiedy de facto telefon milczy. Być może w grę wchodzą również neurony lustrzane, które aktywują się, kiedy człowiek obserwuje inną osobę sięgającą po telefon i sprawiające, że odruchowo sprawdza się własny.

Z kolei DA (Disconnectivity Anxiety), czyli lęk przed odłączeniem się od sieci, pojawia się wtedy, gdy osoba uzależniona od internetu znajduje się w sytuacji braku dostępu do sieci. Objawia się zwiększonym zamartwianiem się, pojawiają się takie negatywne emocje jak lęk, gniew czy wręcz rozpacz. Również fizjologicznie DA daje znać o sobie przyspieszonym biciem serca czy chociażby zwiększoną potliwością.

Warto również wspomnieć o fonoholizmie, czyli uzależnieniu od telefonu komórkowego. Ponieważ współcześnie smartfony za sprawą zintegrowanego aparatu fotograficznego, zegarka, odtwarzacza multimediów, GPS-a oraz innych urządzeń i aplikacji stały się rzeczami pierwszej potrzeby, duża część osób odczuwa dyskomfort spowodowany brakiem telefonu w zasięgu wzroku. Objawia się on zwiększoną nerwowością (do stanów lękowych włącznie) oraz zaburzeniami fizjologicznymi (zawrotami głowy, dusznościami, bólami w klatce piersiowej). Objawy te wskazują na wystąpienie zaburzenia określanego przez psychologów jako nomofobia (od ang. „no mobile phobia”), która jest irracjonalnym lękiem przez straceniem na chwilę z oczu telefonu komórkowego.

Oczywiście część zaburzeń nie jest groźna. Syndrom fantomowych wibracji mija po kilku tygodniach używania jedynie powiadomień dźwiękowych, w trakcie których mózg oducza się kojarzenia wibracji z nadejściem wiadomości. Niektóre zaburzenia natomiast wymagają terapii, ponieważ wpływają na tyle negatywnie na codzienne funkcjonowanie, że ograniczają lub wręcz uniemożliwiają kontynuowanie lub podjęcie pracy, realizację planów czy bycie w intymnej relacji z drugą osobą.

Adaptacje, ulepszenia, zmiany

Naturalnie nie ma co demonizować nowych technologii, internetu i cyfryzacji życia. Również różnice międzypokoleniowe, dotyczące posługiwania się narzędziami cyfrowymi, są zupełnie normalne. Każde pokolenie młodych ludzi bowiem czymś zaskakiwało swoich rodziców. Wspomniana wcześniej Urszula Sajewicz-Radtke wskazuje, że chociaż ostatnio skok technologiczny jest olbrzymi, a do tego producenci dbają, żeby obsługa urządzeń była intuicyjna – przez to dzieci w pełni z tego korzystają – jednak nie chodzi o to, żeby dawać dzieciom do zabawy same drewniane klocki. Chodzi bardziej o dostarczania zróżnicowanej rozrywki czy edukacji.

Korzystanie z portali społecznościowych – tak często wskazywane jako przyczyna rozluźnienia więzi międzyludzkich we współczesnym świecie oraz obniżenia samopoczucia użytkowników – może także wpływać pozytywnie na ludzi. Jednymi z badań, które to ukazują, jest to, które przeprowadzili Amy Gonzales i Jeffrey Hancock z Uniwersytetu Cornella. Wyniki tego badania pokazały, że osoby korzystające z Facebooka wyróżniały się wzrostem samooceny. Przy czym wzrost ten był większy u osób, które nie tylko wchodziły na swój profil, ale również dokonywały w nim jakiejś zmiany. Autorzy badania mówią, że „internet nie tworzy nowej motywacji do autoprezentacji, lecz jedynie dostarcza nowych narzędzi do jej realizacji”. Osoby korzystające z internetu mogą bardziej wyrazić te aspekty swojego ja, z których wyrażeniem mają problem poza siecią. Dzięki temu, nie represjonując tych części swoich osobowości, mogą w bardziej zdrowy i pełniejszy sposób budować swoją tożsamość.

Również postrzeganie nowych mediów jedynie jako namiastki bezpośrednich kontaktów nie odzwierciedla pełnego spektrum zastosowania, jaki mają we współczesnym świecie. Idealizowanie spędzania czasu na powietrzu, przy deprecjonowaniu jakiejkolwiek formy korzystania z komputera w domu wywodzi się z czasów, kiedy podział na online i offline był wyraźnie namacalny. Myślenie takie rozwijało się na początku lat dziewięćdziesiątych i niosło ze sobą konkluzję, że internet – jako technologiczne objawienie – nie tylko usprawni życie w biurach i uczelniach, ale również wywróci społeczne funkcjonowanie przeciętnego człowieka do góry nogami, ofiarując mu podróże wirtualne w cyberprzestrzeń, w której będzie mógł on realizować wszystkie swoje fantazje. W wyniku tych działań rozpadną się związki, rodziny, przyjaźnie. Człowiek pozostanie na zawsze uwięziony w iluzorycznym raju. Okazuje się jednak, że zdecydowana większość ludzi szuka w wirtualnych relacjach tego samego, czego w realnych szukały inne pokolenia: zrozumienia, otwartości, zaufania, odwzajemnienia uczuć. Dodatkowo, kiedy internet w krajach uprzemysłowionych stał się ogólnodostępny, jego użytkownicy chętniej niż z tajemniczymi awatarami, z którymi nigdy się nie spotkali, komunikują się z osobami bliskimi: z członkami rodziny, przyjaciółmi, znajomymi z pracy.

Podział na świat wirtualny i realny coraz mniej adekwatnie opisuje rzeczywistość. Jeśli koniecznie trzeba używać pojęć online i offline, należałoby raczej powiedzieć, że współczesny człowiek żyje w świecie hybrydowym, w którym obie formy funkcjonowania przenikają się wzajemnie, wpływając jedna na drugą. Jak zauważa słusznie Sławomir Czarnecki, manager kultury i filozof, dotychczasowe sposoby mówienia o internecie zaczynają zawodzić, a odnosząc się do hasła, skądinąd słusznej, kampanii społecznej przeciwdziałającej uzależnieniom, „nie można ‘wylogować się do życia’, można lepiej lub gorzej żyć w świecie zacierającego się podziału na online i offline”.

Poza wymienionymi negatywnymi zjawiskami i zaburzeniami związanymi z nowymi technologiami, które wynikają z trudności w radzeniu sobie z przystosowaniem się do cyfrowego świata, istnieją przykłady, że umysł ludzi jednak adaptuje się do nowych wymogów rzeczywistości. Takim przykładem są chociażby badania dotyczące reakcji ludzkiego mózgu na tekst i emotikony. Widok twarzy sprawia, że w mózgu uruchamiają się specyficzne obszary. Za rozpoznawanie przedmiotów, które nie są ludzką twarzą, czyli chociażby za rozpoznawanie znaków graficznych, odpowiedzialne są inne struktury. Badanie, które przeprowadził dr Owen Churches, wraz z zespołem badawczym z Uniwersytetu Flinders w Adelajdzie w Australii, pokazało, że współcześnie mózg ludzi zaczął reagować na emotikony przedstawiające uśmiechniętą buźkę – a więc „:-)” lub „:)” – jak na wizerunek prawdziwej uśmiechniętej twarzy. Dwukropek, myślnik i zamykający nawias przestały więc być odbierane przez mózg jako znak graficzny.

Oczywiście trudno na razie przewidzieć kierunek tych wszystkich przemian. Do zacierania się granic pomiędzy światem wirtualnym i realnym przykłada się wiele rzeczy, a jedną z nich jest rzeczywistość rozszerzona – AR (od ang. augmented reality), czyli taki system, który na świat realny, otaczający użytkownika, nakłada elementy rzeczywistości wirtualnej. Przykładem są chociażby prototypowe okulary Google Glass, w których mały ekran za pośrednictwem kamery, sprzężony z internetem, pokazuje osobie, która je nosi, właśnie rzeczywistość rozszerzoną. Również przymierzanie ubrań bez wychodzenie z domu, przy wykorzystaniu internetu i kamery bazuje na rozszerzonej rzeczywistości. Na razie tego typu nowinki są na ogół w fazie testowania, a ich użytkowość dopiero jest sprawdzana. Jednak fakt, że już się pojawiają, świadczy o tym, że standardowy, dychotomiczny podział na rzeczywistość wirtualną i realną przestaje przystawać do otaczającego świata, który staje się coraz bardziej kompilacyjny. Wskutek nowego postrzegania rzeczywistości zmieniają się reprezentacje poznawcze oraz odpowiadające im obszary w mózgu. Umysł w jakimś stopniu adaptuje się do nowej rzeczywistości. Badania nad tymi zmianami, jak również trudnościami w radzeniu sobie człowieka w kontakcie z nowymi technologiami oraz badania nad stopniem adaptacji mózgu do środowiska nadal trwają. Jakie wnioski z nich będą płynąć? Trzeba będzie jeszcze chwilę na to poczekać.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Czarnecki, S. (2013). Internet i kultura. Co powinni zrobić starsi, żeby zrozumieć młodszych, Kultura Enter [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Czubkowska, S. (2013). FOMO – uzależnienie XXI wieku. Czy smartfon, Facebook i Twitter niszczą nasze życie?, Gazeta Prawna [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gardner, H., Davis, K. (2013). Talking about „The App Generation”, rozmowę przepr. Logan L. Amplify Education Inc [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gardner, H., Davis, K. (2013). The App Generation: How today’s youth navigate identity, intimacy, and imagination in a digital world. New Haven, CT: Yale University Press.
Gonzales, A., Hancock, J. (2011). Mirror, Mirror on my Facebook Wall: Effects of Exposure to Facebook on Self-Esteem Cyberpsychology, Behavior, and Social Networking, 14 (1-2) [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sajewicz-Radtke, U. (2013). Tablet czy drewniane klocki?, rozmowę przepr. Piątkowska M., Gazeta Wyborcza [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sparkes, M. (2014). Human brain reacts to emoticons as real faces, The Telegraph [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

OSZOŁOMIENI MOŻLIWOŚCIAMI

„Osiołkowi w żłoby dano…” – tymi słowy zaczyna się wiersz Aleksandra Fredry, opisujący trudny wybór pomiędzy dwoma opcjami. Obie są kuszące. Podczas gdy tekst Fredry opowiada o zmaganiu się z podjęciem decyzji dotyczącej dość prostego wyboru, współczesny człowiek na co dzień musi zmagać się z wyborami pomiędzy wieloma opcjami. Stan niezdecydowania, presja czasu i kolejnych decyzji, które już należy podjąć, sprawiają, że mnogość wyborów zaczyna jawić się jako bardziej obciążająca, niż dająca poczucie swobody.

Wybór niełatwy

Człowiek podejmuje decyzje na każdym kroku: od decyzji dotyczących spraw prozaicznych i codziennych, po decyzje związane z karierą, zdrowiem czy przyszłymi inwestycjami. Współczesny przekaz społeczny mówi wprost: „wybór należy do ciebie”, a co za tym idzie: „wszystko zależy od ciebie”. Powstaje zatem w człowieku przekonanie, że całe jego życie zależy od trafności wyborów. Jeśli będzie podejmować słuszne decyzje, osiągnie wszystko, o czym marzy. Takie przekonanie, przy ciągłej konieczności wybierania pomiędzy różnorodnymi opcjami, nakłada olbrzymią odpowiedzialność, może budzić niepewność, a zamiast poczucia swobody, płynącej z możliwości wyboru, przynosić lęk przed stratą, ponieważ jeśli wybierze się jedną opcję, straci się cały wachlarz innych okazji. I zamiast działać, człowiek stoi w miejscu, obezwładniony lękiem przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Psycholog Barry Schwartz, autor „Paradoksu wyboru”, mówi, że nawet jeśli uda się człowiekowi pokonać ów paraliż i podjąć decyzję, jest on mniej zadowolony z dokonanego wyboru, niż gdyby wybierał spośród mniejszej liczby alternatyw. Psycholog podaje kilka powodów, za sprawą których tak się dzieje. Po pierwsze mamy wątpliwości, czy nasz wybór na pewno jest dobry (nie jesteśmy w stanie sprawdzić absolutnie wszystkich możliwości). Po drugie, nawet jeśli nasza decyzja jest właściwa, dostrzegamy atrakcyjność innych wyborów (jest to tzw. „koszt alternatywny”). Po trzecie w związku z tym, że wybór dostępnych opcji jest tak przeogromny, rosną nasze oczekiwania, a tym samym coraz częściej narażamy się na rozczarowania, kiedy rzeczywistość nie jest w stanie sprostać naszym wymaganiom. I po czwarte, kiedy doświadczamy rozczarowania, ponieważ podjęty przez nas wybór jest niesatysfakcjonujący, zaczynamy obwiniać siebie za podjęcie złej decyzji.

Natura nie wyposażyła nas w umiejętności podejmowania decyzji w sytuacjach, gdy dostępnych jest tak dużo możliwych opcji. Pisał już o tym w swojej książce „Ucieczka od wolności” Erich Fromm. Filozof zwracał uwagę na unikanie brania odpowiedzialności za swoje wybory. Aktualnie presja jest większa, ponieważ w dobie nowych technologii oraz natłoku informacji, wymagane jest od nas nieustanne codzienne filtrowanie olbrzymiej ilości danych. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić wszystkich opcji, jednocześnie czujemy, że być może nie wzięliśmy pod uwagę akurat tego wariantu, który okazałby się dla nas najlepszy. Oszołomieni liczbą możliwości, będąc pod presją konieczności podjęcia właściwych decyzji, często staramy się scedować dokonywanie wyborów na kogoś innego. Czasami pozwalamy specjaliście czy autorytetowi w danej dziedzinie lub po prostu naszemu znajomemu żeby zadecydował za nas. Z jednej strony spada z nas odpowiedzialność. Z drugiej strony jednak powstaje wątpliwość: czy słusznie zaufaliśmy akurat tej osobie, a nie innej? Nie mamy bowiem całkowitej pewności, czy osoba, której zawierzyliśmy, jest właściwa.

Wybór nieracjonalny

Mamy przeświadczenie, że w każdej sferze życia jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów. Przeceniamy jednak siebie w tym zakresie. Wpływy społeczne odciskają piętno na naszych decyzjach, a kultura często decyduje o tym, co nam się podoba, a czego nie lubimy. Pomimo, że cywilizacja zachodnia bardzo ceni takie wartości jak autonomia jednostki, indywidualizm i podmiotowość, działając w systemie społecznym i nie posiadając wystarczającej mocy obliczeniowej, dokonujemy wyborów poprzez używanie dostępnych algorytmów („jeśli dwóch moich znajomych radzi mi jechać na wczasy do Tunezji, to pojadę”, „jeśli w polecanym serwisie internetowym telefon został oceniony na 8 punktów w 10. stopniowej skali, to go kupię” itd.). Nie wszystkie algorytmy są przez nas uświadomione, jak i nie wszystkie są racjonalne.

Człowiek, będąc istotą społeczną, cały czas odnosi swoje działania do zachowań innych ludzi, ponieważ – jak mówi psycholog Bartłomiej Dobroczyński – „bez poczucia wspólnoty z innymi nie bardzo możemy egzystować”. Stąd też każdy z nas posiada jakiś krąg lub kręgi ludzi, które stanowią dla niego grupę odniesienia. Grupy te dzielą się na pozytywne (czyli takie, z którymi czujemy wspólnotę i z którymi podzielamy system wartość lub chcemy być tacy jak oni) oraz negatywne (czyli takie, z których poglądami się nie zgadzamy i od których chcemy się odróżnić). Dobroczyński zwraca uwagę, że posiadanie lub nieposiadanie pewnego przedmiotu czy przedmiotów, uczestniczenie lub nieuczestniczenie w pewnych zjawiskach powoduje możliwość wykluczenia z „naszej” grupy, co w kulturze społecznej jest rzeczą najgorszą. Dlatego też posiadanie chociażby odpowiednich dóbr materialnych (np. konkretnego telefonu, mieszkania w danej dzielnicy) czy wykonywanie odpowiedniej pracy jest dla nas niezbędne, aby cały czas przynależeć do określonej grupy. Z tego też powodu część decyzji podejmujemy nie z pobudek racjonalnych (np. dlatego, że jest to dobre dla naszego zdrowia), ale chociażby z lęku przez wykluczeniem społecznym.

Wybór nieidealny

Podczas dokonywania wyborów człowiekowi zawsze towarzyszy niepewność: jeśli wybiorę tę pracę, to czy moje życie będzie lepsze? Jeśli zdecyduję się na to mieszkanie, czy wpłynie to pozytywnie na mnie? A może jednak dokonam złego wyboru? W poczuciu odpowiedzialności za swoje decyzje przewidujemy pojawienie się własnych, nieprzyjemnych dla nas emocji, jeśli wybór, którego dokonamy, przyniesie niechciane konsekwencje. Istnieje jednak tzw. „psychologiczny system odporności”, umożliwiający radzenie sobie z tymi emocjami. Psychologowie Daniel Gilbert oraz Timothy Wilson, którzy stworzyli ten termin, zauważyli, że w człowieku funkcjonuje mechanizm, odpowiedzialny za istotne redukowanie negatywnych konsekwencji emocjonalnych podjętych niewłaściwych decyzji. Mechanizm ten działa na ogół bez świadomości człowieka, w związku z czym ludzie, nie doceniając siły jego działania, błędnie prognozują swoje emocje i nastawienie, jakie pojawią się po dokonaniu wyboru. „Psychologiczny system odporności” sprawia jednak, że nawet jeśli podejmiemy decyzję, z której konsekwencji nie będziemy zadowoleni, zadziałają procesy znajdujące pozytywne aspekty owej decyzji i tym samym – redukujące negatywne emocje z nią związane.

Przy mnogości możliwości, jakie oferuje człowiekowi współczesna cywilizacja oraz przy ograniczonym czasie, a także nie dość skutecznych narzędziach umożliwiających przeanalizowanie wszystkich opcji, człowiek zmuszony jest do ignorowania części informacji, jak również do porzucania niektórych możliwości, jakie oferuje życie. Odejście od przekonania, że można zdobyć wszystko, o ile się mądrze wybiera, pomaga uporać się z faktem, że rozczarowanie jest wpisane w wybór, a każdej decyzji towarzyszy poczucie straty. Renata Salecl, filozofka i socjolożka, autorka „Tyranii wyboru”, zwraca uwagę na to, że „wybory, których dokonujemy, zależą od miejsca, w którym mieszkamy, ludzi, którymi się otaczamy”. Salecl podkreśla, że idealny wybór nie istnieje. „I że nieważne, jak dobrze się przygotujemy do podjęcia decyzji, zawsze może się wydarzyć niespodzianka, nie przewidzimy wszystkiego. I z tego właśnie powinniśmy się cieszyć – z tej niespodzianki, z tego, co los przyniesie” – dodaje Salecl.

Podejmowanie codziennie dziesiątek decyzji przy olbrzymiej liczbie ofert nie jest procesem łatwym. Zawierzając tylko naszemu racjonalnemu osądowi rzeczywistości możemy bardzo się zdziwić, do jakiego stopnia podejmujemy irracjonalne decyzje. Dlatego, żeby zmniejszyć trochę presję związaną z wyborami w naszym życiu, warto mieć na uwadze fakt, że każda decyzja, jaką podejmujemy, niesie w sobie ryzyko i stratę, ale również możliwości i szanse.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Carpenter, S. (2001) We don’t know our own strength, American Psychological Association [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Dobroczyński, B. (2013) Niewolnicy konsumpcyjnego stylu życia, rozmowę przepr. Więcka A., Wysokie Obcasy [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gilbert, D.T., Blumberg, S.J.; Pinel, E.C., Wilson, T.D., Wheatley, T.P. (1998). Immune neglect: A source of durability bias in affective forecasting, Journal of Personality and Social Psychology 75 (3): 617–638
Fromm E (1993) Ucieczka od wolności, tłum. Ziemilski A., Ziemilska O., Warszawa: Czytelnik
Salecl, R. (2013), Tyrania wyboru, tłum. Szelewa B., Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Schwartz, B. (2013). Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej, tłum. Walczyński M., Warszawa: PWN.

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej