Wywiad: Uzależnienie od social media

Agata Puk rozmawia z Igorem Rotbergiem.

Psychologowie coraz częściej skłaniają się ku twierdzeniu, że współcześnie tożsamość człowieka kształtuje się również w oparciu o internet. Aby móc efektywnie funkcjonować w świecie, człowiek stara się zaadaptować do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Sam wpływ rozwoju cywilizacji na zmiany w ludzkiej psychice jest dobrze znany – to, co się zmieniło, to przede wszystkim tempo przemian cywilizacyjnych, gdzie kolejne nowinki technologiczne i rozwiązania internetowe pojawiają się właściwie z dnia na dzień. Jakie wyzwania stają przed nami w dobie powszechnego dostępu do internetu? Jakie wpływ mają na nas portale społecznościowe? Więcej o kwestiach dotyczących rozwoju cyfrowego w WYWIADZIE.

Reklamy

CYFROWE ŻYCIE PSYCHICZNE

Nowe technologie niewątpliwie wpływają na ludzkie życie, psychikę, podejmowanie działań, kształtowanie się nawyków. Smartfony, aplikacje, portale społecznościowe zmieniają formy kontaktów społecznych. U młodych ludzi, urodzonych i żyjących w świecie poddanym procesom cyfryzacji, kształtuje się zupełnie nowy sposób odbierania otaczającej ich rzeczywistości. Zmiany zachodzą nie tylko na poziomie zachowania, ale również budowania się tożsamości oraz na poziomie neuronalnym. Wpływ nowych technologii na psychikę obserwowany jest jednak nie tylko u ludzi młodych, chociaż w ich przypadku zmiany są najbardziej zauważalne. Aby móc efektywnie funkcjonować w świecie, człowiek stara się zaadaptować do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Sam wpływ rozwoju cywilizacji na zmiany w ludzkiej psychice jest dobrze znany – to, co się zmieniło, to przede wszystkim tempo przemian cywilizacyjnych, gdzie kolejne nowinki technologiczne i rozwiązania internetowe pojawiają się właściwie z dnia na dzień.

Pokolenie internetu

Urodzili się już w zdigitalizowanym świecie i, w odróżnieniu od imigrantów cyfrowych (czyli osób, w życiu których internet, komputery, telefony komórkowe pojawiały się stopniowo), już od dziecka otoczeni byli urządzeniami, za pomocą których mogli korzystać z internetu. Tubylcy cyfrowi – bo o nich mowa – nie mają charakterystycznego dla starszego pokolenia rozróżnienia na online (w sieci) i offline (poza siecią). Ważna część ich tożsamości kształtuje się poprzez kontakt z internetem, a więc poprzez zarówno to, co sami publikują w sieci (na Facebooku, Twitterze czy innych portalach), jak i przez reakcję zwrotną dotyczącą ich autoprezentacji ze strony innych użytkowników internetu. Dla wielu młodych ludzi to, co dzieje się w sieci, jest najważniejszą częścią ich życia. Na ile jest to ważne, pokazują rozmowy, które prowadzą z rówieśnikami w realu, dyskutując przede wszystkim o tym, co się właśnie wydarzyło w internecie.

Prof. Howard Gardner oraz prof. Katie Davis z Uniwersytetu Waszyngtońskiego w swojej najnowszej książce określają młodych ludzi „pokoleniem apki” (od słowa: aplikacja). Autorzy używają tego terminu w dwóch znaczeniach. Pierwszy odnosi się do faktu, że młodzi ludzie używając aplikacji (bez względu, czy są one cyfrowe czy nie), liczą, że dowiedzą się, jak w szybki i efektywny sposób osiągnąć to, co chcą. Jeśli jedna aplikacja nie działa, poszukają innej. Jeśli natomiast nie mogą znaleźć lub wymyśleć żadnej aplikacji, porzucają temat czy sprawę, którą się interesowali. Drugie znaczenie jest szersze i odnosi się do postrzegania przez młodych ludzi życia jako szeregu następujących po sobie w niezmiennym porządku celów (nazwanych przez autorów Super-Apkami): najpierw szkoła, potem studia, następnie staż, aż wreszcie odpowiednia praca w odpowiedniej firmie, znajdującej się w jednym z wielkich miast w kraju lub za granicą, zapewniająca wielki sukces. Gardner i Davis zwracają uwagę, że rzadko udaje się wszystkie wyżej wymienione cele spełnić, co prowadzi do rozczarowania. Jest ono tym większe, że aby zmienić kierunek i podążać własną, inną drogą, młodzi ludzie potrzebują nowych celów, których często nie mają, ograniczeni właśnie przez postrzeganie etapów w swoim życiu, które muszą wystąpić w nieelastycznym, sztywnym porządku.

Porzucanie zainteresowań, kiedy nie można znaleźć odpowiedniej aplikacji do ich rozwijania, jest powiązane z inną rzeczą, na którą zwracają uwagę specjaliści od psychologii internetu. Otóż, młodzi ludzie gorzej niż starsze pokolenie znoszą odczucie nudy. Żyjąc w świecie ciągłej stymulacji (wszak w internecie nie ma ciszy nocnej), oczekują, że uda im się przeskoczyć momenty zatrzymania i spowolnienia, że stan ekscytacji będzie trwał nieprzerwanie. Traktują życie jako sumę pozytywnych doznań, które warto kolekcjonować. Poczucie samotności jest często dla nich zupełnie obce, ponieważ tak naprawdę nigdy nie byli sami. Zawsze otoczeni są przez przyjaciół. Jeśli nie w realu, to przynajmniej wirtualnie. Jeśli czytają książkę, oglądają telewizję, czy nawet rozmawiają z innymi, często mają otworzone komunikatory lub są zalogowani na portalach społecznościowych, korzystając ze swoich smartfonów czy tabletów.

Żyjąc w dużym stopniu w środowisku zdigitalizowanym, w którym kształtuje i rozwija się ich osobowość, cenią sobie bardzo natychmiastowość. Jak zauważa Eryk Mistewicz, autor strategii marketingu narracyjnego, „świat sieci to świat wymuszonej natychmiastowości. To natychmiastowa reakcja. Natychmiastowa odpowiedź”. Młodzi ludzie bardzo cenią sobie ten szybki feedback i jeśli nie otrzymują błyskawicznej odpowiedzi zwrotnej, szukają jej na innym portalu, wchodząc w interakcje z innymi ludźmi. Przyzwyczajeni są do tego, że to, co umieszczają w sieci, to, czym się dzielą z innymi ludźmi, łatwo da się zmierzyć przez chociażby liczbę polubień, komentarzy, odwiedzin czy inny wskaźnik dotyczący wyrażonego zainteresowania ze strony innych użytkowników danego portalu. Zmieniło się dla nich znaczenie pojęcia „atrakcyjność”, które teraz oznacza przede wszystkim bycie widzianym i lubianym w internecie. Bycie fejmem (od ang. fame – sława), a więc osobą znaną i popularną w internecie (najczęściej na Facebooku i Asku) poprzez dużą liczbę polubień, udostępnień czy prezentów, stało się pożądanym szczeblem we współczesnej hierarchii społecznej. Oczywiście ta swoista potrzeba afiliacji znana jest od dawna – zmieniły się natomiast narzędzia, za pomocą których młodzi ludzie ową potrzebę aktualnie realizują.

Technologiczny zawrót głowy

W związku z szeroką dostępnością dóbr, olbrzymią liczbą napływających informacji oraz nieustanną stymulacją, rodzi się w ludziach tendencja, żeby raczej coś wyrzucić, niż naprawić. Jednorazowość nie jest problematyczna. Wręcz przeciwnie: stała się zaletą, wartością pożądaną. Konsekwencją tego jest taki system postępowania, w którym jedna rzecz jest natychmiast zastępowana przez inną. Widać to zwłaszcza w odniesieniu do nabywania i pozbywania się przez młodych ludzi telefonów komórkowych. Nowy model danego telefonu często niewiele różni się od poprzedniego, jednak jest pożądany właśnie przez to, że jest nowy na rynku. „Z punktu widzenia kapitalizmu zachwycający jest związek człowieka z iPhone’em” – mówi Bartłomiej Dobroczyński, psycholog – „Cieszysz się nim rok, jak już ci minie, wyrzucasz go i wchodzi następny iPhone. A potem słyszymy, jak modelka mówi: To obciach, że mam już dwa lata tego samego chłopaka”. Znudzenie odnosi się do rzeczy, osób i sytuacji, które trwają za długo, co jest wyrazem ciągłej pogoni za nowością, jaką oferuje otaczająca rzeczywistość. Znużenie, zniecierpliwienie, brak twórczego napięcia mogą z kolei prowadzić do ograniczania podejmowanych wyzwań, do zmniejszenia się poziomu kreatywności oraz satysfakcji życiowej.

Wspomniany wcześniej brak podziału u młodych ludzi na świat wirtualny i realny sprawia, że emocje, których doświadczają, korzystając z internetu, są dla nich tak samo realne, jak te, które przeżywają chociażby w kontaktach z innymi podczas bezpośrednich spotkań. Dla tego pokolenia świat wirtualny jest właśnie światem realnym. Dlatego też złośliwe komentarze, blokowanie profili, nieodpowiadanie na wiadomości czy usuwanie z grona przyjaciół na portalach społecznościowych mogą wpływać na zachwianie poczucia własnej wartości, obniżać znacząco nastrój, a nawet prowadzić do niebezpiecznych i ryzykownych zachowań. Obelga napisana w komentarzu pod umieszczonym na portalu społecznościowym postem wzbudza w nich takie same emocje jak ta wypowiedziana twarzą w twarz. Usunięcie z grona znajomych na Facebooku może prowadzić do realnego zakończenia znajomości również poza siecią.

Zwiększająca się dostępność sieci, możliwość używania internetu za pomocą urządzeń mobilnych oraz zwiększenie ilości czasu poświęconego na życie online może skutkować również uzależnieniem od sieci. Uzależnienie to charakteryzuje się spadkiem samopoczucia w momencie niekorzystania z sieci, zwiększeniem drażliwości, a także ogólną trudnością z radzeniem sobie z chaosem informacyjnym, cechującą się m. in. brakiem umiejętności wybierania informacji ważnych i znaczących. Jak każde uzależnienie wymaga terapii. Psycholożka, Urszula Sajewicz-Radtke, zwraca uwagę, że „terapia uzależnienia od internetu wymaga wsparcia specjalisty i konieczne jest zgłoszenie się do ośrodka zajmującego się leczeniem uzależnień”.

W ramach uzależnienia od internetu lub przeładowania bodźcami, związanego z używaniem nowych technologii, wyróżnia się kilka specyficznych zaburzeń. Należy do nich FOMO (od ang. „fear of missing out”), polegające na odczuwaniu lęku przed przegapieniem czegoś istotnego w sieci. Jest to potrzeba nieustannego bycia na bieżąco. Skutkuje m. in. obniżeniem zdolności koncentracji oraz wzrostem tendencji do prokrastynacji. Na spadek poziomu uwagi wpływa również nałogowa wielozadaniowość (czyli nieustające przełączanie się pomiędzy wieloma czynnościami), która sprawia, że człowiekowi bardzo trudno jest się skupić na pojedynczej czynności trwającej kilka minut.

Innym przytaczanym często zaburzeniem jest HPVS (Human Phantom Vibration Syndrome), czyli syndrom fantomowych wibracji. Polega on na odczuwaniu wibracji własnego telefonu komórkowego, podczas gdy w rzeczywistości nie pojawił się żaden sygnał nadchodzącego połączenia, wiadomości czy powiadomienia. Wprawdzie naukowcy nie są zgodni, co do dokładnych przyczyn pojawiania się HPVS, jednak faktem jest, że zdecydowana większość ludzi, używająca telefonów komórkowych, doświadczyła choć raz tego syndromu. Przyczyn poszukuje się w błędnym interpretowaniu aktywności neuronów przez mózg spowodowanym ciągłym bombardowaniem przez bodźce. Mózg, poddany stresowi, sprzyja powstawaniu nieskoordynowanych wyładowań, które sprawiają, że człowiek może mieć poczucie wibrowania telefonu bądź słyszeć dzwonek komórki, kiedy de facto telefon milczy. Być może w grę wchodzą również neurony lustrzane, które aktywują się, kiedy człowiek obserwuje inną osobę sięgającą po telefon i sprawiające, że odruchowo sprawdza się własny.

Z kolei DA (Disconnectivity Anxiety), czyli lęk przed odłączeniem się od sieci, pojawia się wtedy, gdy osoba uzależniona od internetu znajduje się w sytuacji braku dostępu do sieci. Objawia się zwiększonym zamartwianiem się, pojawiają się takie negatywne emocje jak lęk, gniew czy wręcz rozpacz. Również fizjologicznie DA daje znać o sobie przyspieszonym biciem serca czy chociażby zwiększoną potliwością.

Warto również wspomnieć o fonoholizmie, czyli uzależnieniu od telefonu komórkowego. Ponieważ współcześnie smartfony za sprawą zintegrowanego aparatu fotograficznego, zegarka, odtwarzacza multimediów, GPS-a oraz innych urządzeń i aplikacji stały się rzeczami pierwszej potrzeby, duża część osób odczuwa dyskomfort spowodowany brakiem telefonu w zasięgu wzroku. Objawia się on zwiększoną nerwowością (do stanów lękowych włącznie) oraz zaburzeniami fizjologicznymi (zawrotami głowy, dusznościami, bólami w klatce piersiowej). Objawy te wskazują na wystąpienie zaburzenia określanego przez psychologów jako nomofobia (od ang. „no mobile phobia”), która jest irracjonalnym lękiem przez straceniem na chwilę z oczu telefonu komórkowego.

Oczywiście część zaburzeń nie jest groźna. Syndrom fantomowych wibracji mija po kilku tygodniach używania jedynie powiadomień dźwiękowych, w trakcie których mózg oducza się kojarzenia wibracji z nadejściem wiadomości. Niektóre zaburzenia natomiast wymagają terapii, ponieważ wpływają na tyle negatywnie na codzienne funkcjonowanie, że ograniczają lub wręcz uniemożliwiają kontynuowanie lub podjęcie pracy, realizację planów czy bycie w intymnej relacji z drugą osobą.

Adaptacje, ulepszenia, zmiany

Naturalnie nie ma co demonizować nowych technologii, internetu i cyfryzacji życia. Również różnice międzypokoleniowe, dotyczące posługiwania się narzędziami cyfrowymi, są zupełnie normalne. Każde pokolenie młodych ludzi bowiem czymś zaskakiwało swoich rodziców. Wspomniana wcześniej Urszula Sajewicz-Radtke wskazuje, że chociaż ostatnio skok technologiczny jest olbrzymi, a do tego producenci dbają, żeby obsługa urządzeń była intuicyjna – przez to dzieci w pełni z tego korzystają – jednak nie chodzi o to, żeby dawać dzieciom do zabawy same drewniane klocki. Chodzi bardziej o dostarczania zróżnicowanej rozrywki czy edukacji.

Korzystanie z portali społecznościowych – tak często wskazywane jako przyczyna rozluźnienia więzi międzyludzkich we współczesnym świecie oraz obniżenia samopoczucia użytkowników – może także wpływać pozytywnie na ludzi. Jednymi z badań, które to ukazują, jest to, które przeprowadzili Amy Gonzales i Jeffrey Hancock z Uniwersytetu Cornella. Wyniki tego badania pokazały, że osoby korzystające z Facebooka wyróżniały się wzrostem samooceny. Przy czym wzrost ten był większy u osób, które nie tylko wchodziły na swój profil, ale również dokonywały w nim jakiejś zmiany. Autorzy badania mówią, że „internet nie tworzy nowej motywacji do autoprezentacji, lecz jedynie dostarcza nowych narzędzi do jej realizacji”. Osoby korzystające z internetu mogą bardziej wyrazić te aspekty swojego ja, z których wyrażeniem mają problem poza siecią. Dzięki temu, nie represjonując tych części swoich osobowości, mogą w bardziej zdrowy i pełniejszy sposób budować swoją tożsamość.

Również postrzeganie nowych mediów jedynie jako namiastki bezpośrednich kontaktów nie odzwierciedla pełnego spektrum zastosowania, jaki mają we współczesnym świecie. Idealizowanie spędzania czasu na powietrzu, przy deprecjonowaniu jakiejkolwiek formy korzystania z komputera w domu wywodzi się z czasów, kiedy podział na online i offline był wyraźnie namacalny. Myślenie takie rozwijało się na początku lat dziewięćdziesiątych i niosło ze sobą konkluzję, że internet – jako technologiczne objawienie – nie tylko usprawni życie w biurach i uczelniach, ale również wywróci społeczne funkcjonowanie przeciętnego człowieka do góry nogami, ofiarując mu podróże wirtualne w cyberprzestrzeń, w której będzie mógł on realizować wszystkie swoje fantazje. W wyniku tych działań rozpadną się związki, rodziny, przyjaźnie. Człowiek pozostanie na zawsze uwięziony w iluzorycznym raju. Okazuje się jednak, że zdecydowana większość ludzi szuka w wirtualnych relacjach tego samego, czego w realnych szukały inne pokolenia: zrozumienia, otwartości, zaufania, odwzajemnienia uczuć. Dodatkowo, kiedy internet w krajach uprzemysłowionych stał się ogólnodostępny, jego użytkownicy chętniej niż z tajemniczymi awatarami, z którymi nigdy się nie spotkali, komunikują się z osobami bliskimi: z członkami rodziny, przyjaciółmi, znajomymi z pracy.

Podział na świat wirtualny i realny coraz mniej adekwatnie opisuje rzeczywistość. Jeśli koniecznie trzeba używać pojęć online i offline, należałoby raczej powiedzieć, że współczesny człowiek żyje w świecie hybrydowym, w którym obie formy funkcjonowania przenikają się wzajemnie, wpływając jedna na drugą. Jak zauważa słusznie Sławomir Czarnecki, manager kultury i filozof, dotychczasowe sposoby mówienia o internecie zaczynają zawodzić, a odnosząc się do hasła, skądinąd słusznej, kampanii społecznej przeciwdziałającej uzależnieniom, „nie można ‘wylogować się do życia’, można lepiej lub gorzej żyć w świecie zacierającego się podziału na online i offline”.

Poza wymienionymi negatywnymi zjawiskami i zaburzeniami związanymi z nowymi technologiami, które wynikają z trudności w radzeniu sobie z przystosowaniem się do cyfrowego świata, istnieją przykłady, że umysł ludzi jednak adaptuje się do nowych wymogów rzeczywistości. Takim przykładem są chociażby badania dotyczące reakcji ludzkiego mózgu na tekst i emotikony. Widok twarzy sprawia, że w mózgu uruchamiają się specyficzne obszary. Za rozpoznawanie przedmiotów, które nie są ludzką twarzą, czyli chociażby za rozpoznawanie znaków graficznych, odpowiedzialne są inne struktury. Badanie, które przeprowadził dr Owen Churches, wraz z zespołem badawczym z Uniwersytetu Flinders w Adelajdzie w Australii, pokazało, że współcześnie mózg ludzi zaczął reagować na emotikony przedstawiające uśmiechniętą buźkę – a więc „:-)” lub „:)” – jak na wizerunek prawdziwej uśmiechniętej twarzy. Dwukropek, myślnik i zamykający nawias przestały więc być odbierane przez mózg jako znak graficzny.

Oczywiście trudno na razie przewidzieć kierunek tych wszystkich przemian. Do zacierania się granic pomiędzy światem wirtualnym i realnym przykłada się wiele rzeczy, a jedną z nich jest rzeczywistość rozszerzona – AR (od ang. augmented reality), czyli taki system, który na świat realny, otaczający użytkownika, nakłada elementy rzeczywistości wirtualnej. Przykładem są chociażby prototypowe okulary Google Glass, w których mały ekran za pośrednictwem kamery, sprzężony z internetem, pokazuje osobie, która je nosi, właśnie rzeczywistość rozszerzoną. Również przymierzanie ubrań bez wychodzenie z domu, przy wykorzystaniu internetu i kamery bazuje na rozszerzonej rzeczywistości. Na razie tego typu nowinki są na ogół w fazie testowania, a ich użytkowość dopiero jest sprawdzana. Jednak fakt, że już się pojawiają, świadczy o tym, że standardowy, dychotomiczny podział na rzeczywistość wirtualną i realną przestaje przystawać do otaczającego świata, który staje się coraz bardziej kompilacyjny. Wskutek nowego postrzegania rzeczywistości zmieniają się reprezentacje poznawcze oraz odpowiadające im obszary w mózgu. Umysł w jakimś stopniu adaptuje się do nowej rzeczywistości. Badania nad tymi zmianami, jak również trudnościami w radzeniu sobie człowieka w kontakcie z nowymi technologiami oraz badania nad stopniem adaptacji mózgu do środowiska nadal trwają. Jakie wnioski z nich będą płynąć? Trzeba będzie jeszcze chwilę na to poczekać.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Czarnecki, S. (2013). Internet i kultura. Co powinni zrobić starsi, żeby zrozumieć młodszych, Kultura Enter [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Czubkowska, S. (2013). FOMO – uzależnienie XXI wieku. Czy smartfon, Facebook i Twitter niszczą nasze życie?, Gazeta Prawna [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gardner, H., Davis, K. (2013). Talking about „The App Generation”, rozmowę przepr. Logan L. Amplify Education Inc [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gardner, H., Davis, K. (2013). The App Generation: How today’s youth navigate identity, intimacy, and imagination in a digital world. New Haven, CT: Yale University Press.
Gonzales, A., Hancock, J. (2011). Mirror, Mirror on my Facebook Wall: Effects of Exposure to Facebook on Self-Esteem Cyberpsychology, Behavior, and Social Networking, 14 (1-2) [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sajewicz-Radtke, U. (2013). Tablet czy drewniane klocki?, rozmowę przepr. Piątkowska M., Gazeta Wyborcza [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sparkes, M. (2014). Human brain reacts to emoticons as real faces, The Telegraph [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

W MORZU INFORMACJI

Wprawdzie Michel Foucault twierdził, że wiedza to władza, ale raczej nie przewidywał aż tak dużych zmian, jakie zachodzą w współczesnym świecie. W drugim dziesięcioleciu XXI wieku, w dobie ogólnie dostępnego internetu, portali społecznościowych, telewizji informacyjnych, natłoku reklam, szerokiego wyboru dóbr materialnych oraz bardzo szybkiego postępu technologicznego, wiedza jest nie tylko synonimem umiejętności organizowania rzeczywistości, ale – z racji jej nadmiaru – staje się bardzo dużym obciążeniem dla ludzkiej psychiki.

Informacyjne tsunami

Już w 1970 roku Alvin Toffler w książce „Szok przyszłości” przestrzegał nas przed niekontrolowanym postępem naukowo-technicznym. Zwracał uwagę, że istnieje bariera psychofizyczna adaptacji człowieka do szybko zmieniającego się świata, że coraz częściej brak jest ludziom sprawdzonych technik i planów potrzebnych do radzenia sobie z tak szybkimi zmianami cywilizacyjnymi. Wpływ owych zmian może prowadzić do dezorientacji jednostek, bowiem skutkiem będzie przeładowanie psychiki nadmiarem bodźców i nowych wyzwań. Toffler podkreślał, że człowiek nie jest w stanie co chwila dostosowywać się do nowych warunków życia, potrzebuje pewnej stałości, punktów odniesienia. Dodawał jednak, że rozwoju nie da się zatrzymać. Można natomiast go spowolnić, a przynajmniej nie przyspieszać, gdyż grozi to „przegrzaniem całego systemu”. Na ile wizje pisarza się sprawdziły? Pewne jest jedno: rozwój cywilizacyjny ma się dobrze, nowości techniczne pojawiają się bardzo szybko, wzrasta również tempo życia. Badania i obserwacje pokazują jednak dobitnie, że współczesny człowiek musi liczyć się także z wieloma negatywnymi skutkami postępu cywilizacyjnego.

Przeciążenie informacyjne lub przeładowanie informacjami (information overload) jest terminem odnoszącym się do zjawiska lawinowego wzrostu treści i informacji. Psychologowie ewolucyjni zwracają uwagę, że zmiany otaczającej nas rzeczywistości, z punktu widzenia rozwoju ludzkości, dzieją się zdecydowanie szybciej, niż działo się to do tej pory. Gwałtowny napływ informacji z otoczenia przekracza możliwości mózgu człowieka do ich pełnego odbioru. Trudności występują zarówno na etapie selekcji, jak i dalszych etapach: magazynowania treści oraz ich właściwego zastosowania do określonych celów związanych z wymogami życia. Spada zatem zdolność do przetwarzania informacji przez człowieka, przy jednoczesnym wzroście ich podaży. Moc obliczeniowa komputerów rośnie, jednak nasz mózg nadal pozostaje na poziomie niewiele zmienionym od bardzo długiego czasu.

Przyczyn przeładowania informacyjnego można upatrywać w chociażby powszechnym dostępie do internetu. Również możliwość łatwego docierania z jedną wiadomością do szerokiego grona ludzi powoduje zwiększenie wytwarzania komunikatów. Kolejna przyczyna leży w niskim koszcie produkcji danych. Przejście z informacji drukowanych w formie papierowej na informacje przekazywane drogą elektroniczną sprawiło, że zwiększyła się ich liczba. Jeśli nie ograniczają nas koszty, możemy sobie pozwolić na wysłanie informacji nie tylko do tych osób, które ich potrzebują, ale do każdego potencjalnego zainteresowanego. Ba, nawet do każdego użytkownika internetu (co widać w ilości spamu w elektronicznych skrzynkach pocztowych). Wszystko to skutkuje spadkiem jakości informacji dostępnych w sieci, a co za tym idzie, więcej wysiłku trzeba włożyć we wstępną selekcję (musimy ocenić czy dane, które do nas docierają, są w jakikolwiek sposób nam potrzebne, czy nie zawierają błędów itd.). Co więcej, wzrasta liczba fałszywych treści. Część z nich produkowana jest świadomie w celach dezinformacyjnych, część – nieświadomie, poprzez powielanie i rozpowszechnianie niesprawdzonych wiadomości. Okazuje się również, że wartość rynkowa informacji o niższej jakości jest bardziej pożądana przez odbiorców niż wyższej jakościowo. Celowo zatem przetwarza się niektóre wiadomości, aby obniżyć właśnie ich jakość.

Implikacje

Jak duży jest wzrost produkcji informacji można stwierdzić na podstawie kilku przytoczonych poniżej statystyk i danych. Na przykład w roku 1472 najlepsza biblioteka uniwersytecka na świecie w Queens College w Cambridge była w posiadaniu 199 książek. Jedna osoba była więc w stanie przeczytać cały zbiór tam zawarty. Dziś natomiast drukuje się na świecie około 300 tysięcy nowych książek każdego roku. W książce „Marketing narracyjny” Eryka Mistewicza, autor przytacza dalsze dane. Otóż, „codziennie wchłaniamy ok. 100 500 słów, co (…) stanowi wzrost o ponad 350 proc. od 1980 roku”. Każdego miesiąca otrzymujemy zatem taką ilość informacji, jaką nasi dziadkowie dostali przez całe swoje życie. Mistewicz pisze dalej, że „w jednym tylko 2010 roku napisano tyle, ile od początku świata do… 2003 roku”. W 2011 roku szacowano natomiast, że w świecie powstanie 20 milionów razy więcej informacji niż wszystko, co napisano do tej pory w historii ludzkości. Trudno się temu dziwić, jeśli – jak podaje autor „Marketingu narracyjnego” – „każdej minuty wysyłamy 12 mln SMS-ów, każdego dnia 294 mld e-maili”.

Taka ilość informacji nie pozostaje obojętna dla ludzkiej psychiki oraz dla codziennego funkcjonowania. Żyjąc szybko, starając się możliwie w jak najkrótszym czasie adaptować do nowych wyzwań, przyjmując bardzo dużą ilość informacji, wydaje się nam często, że wszystko jest w jakiś sposób ważne, a jednocześnie czujemy, że nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego ogarnąć i przetworzyć. Jedną z konsekwencji przeładowania informacjami jest spadek trafności naszych decyzji. Okazało się bowiem, że większa ilość informacji nie zapewnia lepszej informacji. Przeciążenie danymi powoduje obniżenie efektywności podejmowania decyzji. Zwiększa się skłonność do pomijania kluczowych informacji podczas dokonywania wyborów.  Nadmiar informacji skutkuje również deficytem uwagi. Z kolei nieustający brak możliwości przetworzenia wszystkich docierających do człowieka danych powoduje wzrost stresu. Spada natomiast czas potrzebny na refleksję, a także zmniejsza się zdolność do ogólnej koncentracji.

W psychologii syndrom zmęczenia informacją (information fatigue syndrome) został zdiagnozowany i opisany przez dr Davida Lewisa z międzynarodowego stowarzyszenia ISMA (International Stress Management Association). Charakteryzuje się takimi objawami fizycznymi jak podwyższone ciśnienie krwi, osłabienie widzenia, niestrawność. Z kolei symptomy psychiczne, które występują u osób doświadczających przeładowania danymi, to przede wszystkim frustracja i zagubienie w życiu, osłabienie zdolności do podejmowania decyzji, wzrost agresji oraz kłopoty z koncentracją, a także ze snem. Osoby te często nie są w stanie przyswoić nowych wiadomości mając problem ze zrozumieniem nawet prostych komunikatów.

Po co nam hałas?

Skoro przeładowanie informacjami skutkuje wieloma negatywnymi konsekwencjami, dlaczego zatem nie zmieniamy naszego zachowania ograniczając (lub przynajmniej starając się ograniczyć) liczbę informacji, która do nas codziennie dociera?

Jedną z głównych przyczyn są oczywiście wymogi społeczne. Jednym z nich jest praca zawodowa, która sama z siebie generuje dużą ilość informacji, które musimy przerobić w możliwie krótkim okresie. Biorąc pod uwagę czas, jaki większość ludzi spędza w pracy, okazuje się, że stanowi ona bardzo istotne źródło przeciążenia informacyjnego, z którym mózg stara się na co dzień sobie poradzić. Dodatkowo postęp technologiczny w sferze zawodowej, który w zamyśle miał ułatwić życie (i rzeczywiście często ułatwia), daje negatywne skutki uboczne w postaci uzależniania się od różnych urządzeń (smartfony, tablety, laptopy). Technologia ta daje nam poczucie bezpieczeństwa i lepszego zarządzania rzeczywistością. Niestety sprawia również, że mniej polegamy na sobie, natomiast  zdecydowanie bardziej obciążamy naszą psychikę dużą ilością danych do przetworzenia (nawet kiedy jesteśmy już poza pracą).

Również utrzymywanie kontaktów w dzisiejszym świecie powoduje wzmożoną ilość bodźców, którą serwujemy sobie każdego dnia.  Mamy przecież dużo e-maili, na które musimy odpowiedzieć, wirtualnych przyjaciół, do których trzeba zagadać, spotkań (zarówno zawodowych, jak i towarzyskich), na których trzeba być. Jednak nasze możliwości i tutaj są ograniczone. Według Robina Dunbara – profesora antropologii ewolucyjnej na Uniwersytecie w Oksfordzie – ludzki mózg może zapamiętać tylko 150 znaczących kontaktów towarzyskich. Liczba ta odnosi się nie tylko do społeczeństw zachodnich i, jak podkreśla profesor, jest stała na przestrzeni dziejów ludzkości. Liczba Dunbara obowiązuje również w świecie wirtualnym. Zarówno dostępność relacji (poprzez możliwość porozumiewania się drogą elektroniczną), jak i konieczność nawiązywania nowych kontaktów (ze względów chociażby zawodowych) sprawia, że liczba znajomości, które próbujemy utrzymać w naszym życiu, jest często zdecydowanie większa niż postulowana przez Dunbara.

Inną przyczyną wpływającą na poddawanie organizmu nieustannemu bombardowaniu przez informacje są przyzwyczajenia. Nawykowe działania sprawiają, że w małym stopniu analizujemy, czy nowe informacje są nam w danym czasie koniecznie do czegoś potrzebne. Odnosi się to do różnych mediów: telewizji, internetu, gazet itd. Sami sobie dostarczamy te informacje, które – wydając się nam, że są niezbędne do zrozumienia i lepszego funkcjonowania w rzeczywistości – nie są niczym innym jak nadwyżką informacyjną, której mózg musi jakoś sprostać. Rzadko również stosujemy świadome metody selekcji i obróbki danych. Telewizor lub laptop w sypialni nie sprawi, że człowiek lepiej zrozumie świat, może natomiast sprawić, że podejmie mniej korzystną decyzję lub będzie się czuć po prostu przemęczony.

Jeden z ważniejszych czynników, który w ostatnich latach znacząco zaczął wpływać na przeładowanie informacjami jest lęk przed tym, że coś nas omija, że coś dzieje się w świecie, o czym nie wiemy, a o czym powinniśmy wiedzieć. Zaburzenie, o którym mowa, zostało przez psychologów określone jako FOMO (z ang. fear of missing out) i wyraża się w przymusie ciągłego upewniania się, że jesteśmy na bieżąco ze wszystkimi informacjami. Dotyczy zarówno sfery prywatnej naszego życia, jak i zawodowej. O ile intensywne przeglądanie wiadomości branżowych może być kojarzone z pracoholizmem, o tyle zabieranie telefonu do łazienki z lęku przed tym, że być może w czasie, kiedy bierzemy prysznic, zadzwoni ktoś do nas z ważną wiadomością, stanowić może już o zaburzeniu FOMO. U podstaw tego zaburzenia leżą potrzeby człowieka, które tkwiły w nim od zawsze: potrzeba akceptacji społecznej, dowartościowania się, bycia ważnym, zauważonym przez innych. Technologia dała nam jednak dodatkowe narzędzia. Chęć „bycia na bieżąco” możemy teraz realizować całodobowo poprzez dość częste (czasami wręcz kompulsywne) odświeżanie naszej skrzynki poczty elektronicznej, wchodzenie na portale społecznościowe czy sprawdzanie telefonu (czy przypadkiem nie przeoczyliśmy na przykład dźwięku nadejścia wiadomości). Niestety, jednym z negatywnych skutków tych praktyk jest wzrost stresu poprzez, paradoksalnie, brak wiadomości („dlaczego jeszcze nikt do mnie nie napisał?”), brak reakcji na wysłanego maila czy też publikację postu na serwisie społecznościowym.

Głębszych przyczyn można szukać w lęku przed byciem samemu ze sobą, ze swoimi emocjami, myślami. Natłok informacji (swoisty szum informacyjny) daje nam złudne poczucie, że jesteśmy otoczeni przez ludzi, że jesteśmy w centrum wydarzeń; nie musimy się wtedy konfrontować z ciszą, a przez to z naszymi lękami, trudnymi emocjami, niechcianymi myślami. Łatwiej jest bowiem włączyć telewizor i nastawić się na odbiór bez analizy samego siebie, niż posiedzieć w ciszy zadając sobie pytanie: czego ja właściwie chcę? czego potrzebuję? Niechęć do konfrontacji z trudnymi emocjami nie jest zjawiskiem nowym. Jednak współcześnie duża ilość informacji, która do nas dociera, dodatkowo sprawia, że często czujemy, iż mamy znacznie więcej obowiązków: już nie tylko musimy posprzątać mieszkanie i ugotować obiad, ale równie istotne staje się obejrzenie wiadomości, sprawdzenie ulubionego serwisu informacyjnego w internecie, odpowiedzenie na wszystkie zaczepki na serwisie społecznościowym, obejrzenie zaległych filmów, przejrzenie nowości wrzuconych na YouTube, oddzwonienie do wszystkich osób, z którymi nie byliśmy w stanie porozmawiać w pracy, a które do nas dzwoniły oraz dodatkowo kilka innych spraw, które podczas wykonywanie powyższych czynności przypomną się nam lub przyjdą do głowy. Wtedy rzeczywiście trudno znaleźć nawet dwie minuty, żeby pobyć w ciszy z samym sobą.

Selekcjonerzy

Im więcej oglądamy i słuchamy, tym, paradoksalnie, mniej wiemy. Okazuje się, że do sprawnego funkcjonowania w otaczającej nas rzeczywistości już nie wystarczy odpowiednia ilość informacji (w myśl zasady: im więcej, tym lepiej), ale ważne jest przede wszystkim nauczenie się selektywnego odbioru napływających do nas treści, posiadanie odpowiednich narzędzi i filtrów, za pomocą których będziemy mogli lepiej radzić sobie ze zbyt dużą ilością danych, które do nas docierają.

Filtrowanie i selekcjonowanie informacji nie oznacza bynajmniej odcięcia się od świata. Nie chodzi bowiem o to, żeby przestać korzystać z wszelakich zdobyczy współczesnej technologii. Nie chodzi również o to, aby raz na jakiś czas pozbawić się dopływu informacji, wyjeżdżając na wakacje w totalną głuszę, zaszywając się w domku na skraju lasu bez dostępu do internetu i telefonu, a potem, po wakacjach, wrócić do starych nawyków i przyzwyczajeń. Chodzi raczej o trwałą zmianę w podejściu do odbioru danych, których na co dzień dostarcza nam świat. Oczywiście, żeby sprawnie funkcjonować, człowiek potrzebuje pewnych informacji ze świata. Potrzebne są mu jednak również momenty wyciszenia, momenty refleksji. A żeby takich momentów doświadczać, potrzebne jest nauczenie się zarządzania informacjami.

Ochrona przed informacyjnym tsunami to także zadbanie o siebie, o swój stan psychiczny, o lepsze podejmowanie decyzji, o bardziej znaczące kontakty z innymi, o sprawniejsze funkcjonowanie w otaczającym nas świecie, o wzięcie pod uwagę wymogów rzeczywistości na równi z naszymi potrzebami. Stosujemy często diety żywieniowe służące naszemu zdrowiu, wybierając jedne produkty, a odrzucając inne,  powinniśmy również pomyśleć o „diecie” informacyjnej, bowiem nie wszystkich wiadomości potrzebujemy. Wiele z informacji, których poszukujemy, jest nam zupełnie zbytecznych, nie wnoszących nic w nasze życie, ani nic w tym życiu nie usprawniających.

Dodatkową sprawą jest umówienie się z samym sobą na wyznaczenie sobie takich momentów, które będziemy mogli przeznaczyć właśnie na ciszę. Istnieje w projektowaniu koncepcja białej przestrzeni – jest to taka przestrzeń, która świadomie, w zamyśle, nie została wypełniona niczym. Dzięki takiemu zagospodarowaniu przestrzeni zyskuje się większą przejrzystość (czytelność), poczucie spokoju oraz lepsze podkreślenie ważnych treści. Jeśli chodzi o odbiór danych, analogicznie możemy również stworzyć w naszym życiu przestrzeń wolną od jakichkolwiek informacji: przez chwilę popatrzeć w niebo, posiedzieć na ławce w parku patrząc się przed siebie, zanurzyć się w dźwiękach muzyki lub w inny sposób wygenerować krótkie momenty, kiedy świadomie decydujemy się na chwilowe odłączenie się od napływu informacji.

Bycie świadomym selekcjonerem informacji daje człowiekowi też możliwość zastanowienia się, jakie są jego potrzeby, pragnienia, pasje, których to nie jest w stanie rozpoznać w morzu olbrzymiej ilości danych. Przeładowanie informacyjne zdaje się być już zjawiskiem permanentnym. Trudno oczekiwać, że ilość informacji, która każdego dnia do nas dociera, zmniejszy się nagle – sami zatem musimy nauczyć się tak filtrować informacje, aby odciążyć nasz umysł, żeby mógł się zająć przetwarzaniem naprawdę potrzebnych danych z pominięciem tych treści, które są nam zupełnie zbyteczne. Jest wystarczająco dużo informacji, z którymi na co dzień człowiek musi sobie radzić, które musi obrabiać, analizować. Dokładanie sobie dodatkowych obciążeń nie służy lepszemu funkcjonowaniu w świecie. Warto więc  wykorzystywać momenty ciszy, tworzyć białą przestrzeń. Świat nadal będzie się rozwijał, podsuwając nam coraz to nowe wyzwania, z którymi będziemy musieli się zaznajomić. Warto dbać o umysł, o możliwość przetwarzania informacji. I, jak mówi Robert Rutkowski, psychoterapeuta, warto hołdować zasadzie, żeby jednak nie być dobrze poinformowanym.

Autor: Igor Rotberg


Dla zainteresowanych:

Bodil, J. (1997). Dying for Information, Management Review, Vol. 86, Issue 7, p. 10
Dunbar, R. (2010). Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?, tłum. Cieśla-Szymańska D, Kraków: Wydawnictwo Literackie
Mistewicza, E. (2011). Marketing narracyjny, Gliwice: Helion
Sosnowska, J. (2013). FOMO – Fear of Missing Out, Wideo Grupa [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Toffler, A. (2007). Szok przyszłości, tłum. Grabczak-Ryszka E., Osiatyński W., Woydyłło E., Poznań: Kurpisz

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej