WOKÓŁ MITU ROMANTYCZNEJ MIŁOŚCI

W 2012 roku dr Jeremy Osborn z Albion College przeprowadził badania, opublikowane w czasopiśmie „Mass Communication”, z których wniosek był następujący: istnieje zależność pomiędzy tym, że ktoś wierzy, iż romantyczna miłość z hollywoodzkiego filmu może się mu przydarzyć a spadkiem zaangażowania w aktualną relację, w której żyje. Wiara w filmowy czy powieściowy ideał miłości może zatem wpływać negatywnie na istniejący związek. Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog, autor „Psychologii miłości” mówi, że „kult miłości romantycznej jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony co niedorzeczny”. Wskazuje również, że jest to promocja jednej tylko formy miłości, która uważana jest za wartą przeżywania i która zasługuje na to, by być uwiecznianą przez sztukę. „Jest to pewien nonsens. To tak, jakby skoncentrować się w opisie życia człowieka wyłącznie na czternastym roku życia. Przecież to tylko jeden rok, więc dlaczego akurat na nim się skupiać?” – dodaje psycholog. Jednak kultura i sztuka lubują się w wychwalaniu tego krótkotrwałego stanu upojenia hormonalnego. Miłość romantyczna, jako towar sprzedawany przez reżyserów, pisarzy czy kompozytorów, ma poczesne miejsce w zbiorowej świadomości. Tymczasem przez większość życia kochamy partnerów w inny, nieromantyczny sposób. Zasadzając nasze przekonania o miłości głównie na wyobrażeniach, zaczerpniętych z filmów i powieści romantycznych, nie wiemy, co ciekawego i godnego uwagi można robić z uczuciem i związkiem, kiedy romantyczna faza przemija.

Szukanie ideału

Współczesna forma mitu romantycznego mówi nam, że istnieje gdzieś w świecie odpowiednia dla nas osoba, która jest naszym dopełnieniem. Bez niej jesteśmy wybrakowani. Razem natomiast, jak złożone dwie połówki jabłka, stanowimy idealną całość. Rozpoznajemy tę osobę po fakcie zakochania się, które musi być obezwładniające i całkowite. Mit romantyczny mówi nam również, że po znalezieniu takiej osoby, będziemy szczęśliwi już do końca naszego życia. Niestety takie spojrzenie na intymne relacje jest często powodem wielu nieporozumień, konfliktów, frustracji i rozczarowań. Może nieść niebezpieczeństwo ciągłego szukania ideału, który spełni wszystkie odpowiednie kryteria i wymagania. Tymczasem w świecie jest wiele osób, z którymi potencjalnie możemy stworzyć satysfakcjonujący związek. Wynika to między innymi z tego, że – jak to ujmuje wspomniany wcześniej  Bogdan Wojciszke – o udanym związku decyduje nie to, jakie stałe cechy osobowości posiadają partnerzy, lecz jak funkcjonują w związku. To, że ktoś jest miły, ciepły i towarzyski albo wycofany, nerwowy i roztargniony nie znaczy, że związek z tą osobą będzie udany lub nie. Wzajemne funkcjonowanie w intymnej relacji dwóch osób to coś więcej niż suma ich stałych cech charakteru. Związek może wydobywać to, co w nas najlepsze. Może też ujawniać naszą mroczną, nieprzyjazną stronę, której istnienia w sobie nawet nie podejrzewaliśmy.

Faza zakochania również nie jest predyktorem dobrego związku. Wskazuje ona jedynie na pewne procesy zachodzące w naszej psychice, jak i naszym ciele. Na ogół charakteryzuje się tym, że jedna myśl (o obiekcie naszych uczuć) przesłania wszystkie inne myśli. Spada poziom naszego krytycyzmu, pojawiają się problemy z koncentracją, trudności w wykonywaniu prac intelektualnych. Jesteśmy niezwykle podekscytowani i skłonni do podejmowania szeregu aktywności, które wcześniej nie przyszłyby nam do głowy. Cele życiowe, które do tej pory były dla nas ważne, mogą odchodzić na dalszy plan lub całkowicie znikać. Na poziomie somatycznym możemy odczuwać spadek łaknienia, jak również mogą występować problemy ze snem. To wszystko świadczy tylko o tym, że nasze ciało i nasza psychika znalazły się w fazie zakochania – nie wskazuje natomiast na to, że związek z osobą, w której jesteśmy zakochani, okaże się w przyszłości satysfakcjonujący. Często faza zakochania może być bardzo dla nas myląca w ocenie przyszłego związku, ponieważ na ogół oznacza, że oczarowała nas nie prawdziwa osoba, lecz jej wyidealizowany przez nas obraz. Utożsamianie akurat tej postaci uczucia do drugiego człowieka z miłością oraz jej idealizowanie wpływa negatywnie na budowanie przyszłej relacji. Pozbawia bowiem chęci poszukiwania innych wzorców kochania drugiego człowieka i nieuchronnie prowadzi do rozczarowania, obwiniania siebie lub partnera, ponieważ ten etap związku zawsze przemija.

Pragnienie stałości

Uczucia, które na początku relacji charakteryzowały się dużą intensywnością, wraz z kontynuowaniem znajomości ulegają ochłodzeniu. Faza uniesień i zachwytów drugą osoba zawsze ma swój kres. Większość osób jest jednak przekonana, że początkowa namiętność, dla której charakterystyczne są takie określenia jak „obsesja” czy „widzenie tunelowe”, jest właśnie taką, jaka być powinna w związku. Buntują się przeciwko temu, że po kilku miesiącach lub latach stygnie ona do pewnej normy (która to norma uzależniona jest od indywidualnych cech danej osoby, takich jak wiek, stan zdrowia czy styl życia). Stawiając jako punkt odniesienia początkową intensywność uczuć, mają trudności w zaakceptowaniu, że ich niższy poziom okazuje się być właściwą namiętnością, adekwatną do dojrzałej relacji. Jednak, jak pisze w swojej książce „Psychologia miłości” Bogdan Wojciszke, „z faktu, że namiętność zanika po prostu dlatego, iż taka jest jej natura, wynika jeden wniosek praktyczny. Jeżeli wygasa czy słabnie namiętność jednego czy obojga partnerów, to nie ma większego sensu twierdzenie jakoby przyczyną były negatywne cechy któregokolwiek z nich („On nie potrafi kochać”) czy ich związku („To nie była prawdziwa miłość”). Równie bezsensowne byłoby obwinianie drzew, że opadły z nich liście, albo twierdzenie, że lata tak naprawdę nie było, skoro po nim nadeszła jesień. Akceptacja tej prawdy mogłaby uchronić wiele par przed goryczą rozczarowań czy rozstań”.

Jeśli zatem związek ma istnieć dalej, partnerzy potrzebują zdać sobie sprawę z faktu, że ulega on zmianie oraz być gotowymi na stworzenie relacji opartej na innych podstawach niż tylko początkowa namiętność. W odróżnieniu od zakochania, które obezwładnia i rozwija się właściwie poza kontrolą, związek partnerski wymaga zaangażowania i działania, ponieważ sam się nie tworzy. Na ogół przyjmuje się, że związek nacechowany romantycznymi uniesieniami trwa przeciętnie od dwóch do czterech lat. Ten czas – na co zwraca uwagę psycholog, Bartłomiej Dobroczyński – jest potrzebny na to, by nauczyć się siebie, zbudować związek partnerski i znaleźć nowe rodzaje więzi. Jest potrzebny na podjęcie decyzji o tym, czy chce się dalej być razem. Jeśli partnerzy pozostają w związku dłużej, wtedy do już nie tak intensywnej jak na początku namiętności dołączają się przyjaźń, a później przywiązanie, czasami też wspólne interesy. Zatem „w miarę trwania związku miłosnego nie tylko mogą pojawić się ważne zmiany w jego treści i intensywności, ale zmiany takie są wręcz nieuchronne jako następstwo zróżnicowanej dynamiki trzech podstawowych składników miłości” – pisze z kolei w swojej książce Wojciszke. Te podstawowe składniki to: namiętność, intymność i zaangażowanie. Wszystkie, wraz w trwaniem relacji miłosnej, ulegają zmianie. Oczekiwanie stałości w związku jest więc z góry skazane na niepowodzenie i rozczarowanie.

Ma być tylko przyjemnie

Romantyczne przekonanie, sprowadzające się do sformułowania „I żyli długo i szczęśliwie”, niesie ze sobą oczekiwanie, że związek będzie cały czas taki sam (czyli intensywność uczuć będzie niezmienna) oraz że po trudach szukania miłości i przejścia przez etap zakochania partnerzy będą doświadczać tylko pozytywnych uczuć i stanów. Tymczasem związek jest miejscem, gdzie jest zarówno miło, jak i trudno. Miejscem, w którym doświadcza się poczucia szczęścia i spełnienia, jak również zmaga się z niepewnością i trudnościami. Oczekiwanie, że związek będzie udany wtedy, gdy będzie pozbawiony kłótni, nieporozumień i kryzysów, wynika z braku zrozumienia dynamiki związku. Nieobecność kłótni i kryzysów nie świadczy o tym, że związek jest idealny. Wręcz przeciwnie: może (chociaż oczywiście nie musi) wskazywać na problemy z komunikacją, na brak asertywności któregoś z partnerów, na trwanie w relacji nie partnerskiej, lecz symbiotycznej, na lęk przed rozstaniem lub na wiele innych kwestii. Przekonanie, że kryzys pojawia się tylko jako zapowiedź końca relacji, utrudnia rozwiązanie trudnej sytuacji, podczas gdy to właśnie dzięki kryzysom związek może zacząć się zmieniać w stronę bardziej satysfakcjonującą dla obojga partnerów, co oczywiście wymaga jakiejś pracy. Proces zmian w związku, jego kolejne fazy oraz dynamika (polegająca na braku stałości) są naturalne dla intymnych relacji. Wynika to m. in. z tego, że ludzie się zmieniają (zarówno pod wpływem związku, jak i ze względu na nowe doświadczenia w ich życiu). Mają na to wpływ również względy kulturowe, społeczne czy ekonomiczne. Jednak żeby związek mógł trwać i rozwijać się, a co za tym idzie, przechodzić przez kolejne etapy, trzeba włożyć pewnie wysiłek w jego rozwój. Psycholog Robert Epstein uważa, że przeświadczenie, iż związek powinien być stały i zawsze szczęśliwy, jest bardzo niebezpiecznym mitem. Przekonanie to bowiem wpływa negatywnie na poziom zaangażowania w związek. Ludzie rezygnują z relacji w momencie, kiedy pojawiają się w niej jakieś kłopoty. Zapominają, że uczucia są z definicji bardzo krótkotrwałe. By związek mógł trwać, potrzebne jest zaangażowanie.

Do przekonania, że związek ma przynosić tylko pozytywne doświadczenia, może dołączać się również oczekiwanie, że relacja intymna ma być remedium na kłopoty. Takie przeświadczenie może prowadzić do bolesnych rozczarowań i stanowić początek końca tej miłości. Wynika bowiem z niego błędny wniosek, że związek miłosny trwa tak długo, jak długo jest w nim przyjemnie. Istotą związku nie jest jednak sprawienie, że problemy partnerów przestaną istnieć, co uczyni ich życie na zawsze szczęśliwym. Nie jest nią również naprawianie osobowości (jak chociażby zwiększanie poczucia własnej wartości). Upatrywanie w relacji intymnej schronienia, które ma uchronić przed przyszłymi zranieniami czy kłopotami, daje tylko złudne poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Ludzie często przeceniają wpływ związku na własne życie. Bogdan Wojciszke mówi, że „związek to jedno z uwarunkowań zewnętrznych o stosunkowo małym wpływie na nasze poczucie szczęścia. Dlatego nie ma się co łudzić, że jeżeli będzie się miało następnego partnera, a prowadziło podobny tryb życia i realizowało te same cele, to coś nagle radykalnie się zmieni”.

Seks doskonały

Ma być romantycznie. Ma być idealnie. Mało tego, za każdym razem ma być tak samo dobrze i namiętnie. Tego typu przekonania często rodzą wiele frustracji, ponieważ nie uwzględniają zarówno zmian, jakie zachodzą w relacji intymnej, jak również wysiłku, jaki jest potrzebny do tworzenia dojrzałego seksu. Jest zupełnie naturalną sprawą fakt, że seks z czasem może tracić na atrakcyjności. Dzieje się tak nawet w parach, które nadal bardzo się kochają. Namiętność spada między innymi dlatego, że ludzie lepiej się poznają i wzrasta ich poziom intymności. Jak zwraca na to uwagę terapeutka i badaczka Esther Perel, u podstaw podtrzymywania pożądania w trwałym związku leży pogodzenie dwóch wzajemnie sprzecznych fundamentalnych potrzeb: bezpieczeństwa, przewidywalności, niezawodności, pewności, trwałości oraz przygody, nowości, tajemnicy, ryzyka, niebezpieczeństwa, czegoś zaskakującego, nieoczekiwanego. Autorka „Inteligencji erotycznej” dodaje, że w pożądaniu nie ma troski i opieki, które są bardziej wyznacznikami silnej miłości, ale również są silnymi anty-afrodyzjakami. Miłość wiąże się z bezinteresownością, podczas gdy w pożądaniu jest pewna dawka samolubstwa. Również wzrost poczucia bezpieczeństwa oraz przewidywalność, powstająca w związku, oddalają seksualnie partnerów od siebie, ponieważ pożądanie, by rosło, potrzebuje aspektów nieznanych, niespełnionych. Potrzebna jest niepewność. Perel mówi wprost: im bardziej partner czuje się przy drugiej osobie odpowiedzialny, tym mniej potrafi się przy niej zapomnieć. Warto ten mechanizm mieć na uwadze, inaczej „budzi się roszczeniowa postawa wobec partnerów. Chcemy, żeby zapewniali nam poczucie stabilizacji, komfortu, żeby byli przewidywalni, a jednocześnie dostarczali ekscytujących przeżyć i nowych wrażeń okrytych aurą tajemniczości” – dodaje Perel. Oczekiwanie, że życie seksualne nie będzie ulegało zmianie, że zawsze będzie idealnie, romantycznie i zmysłowo nie tylko stwarza niebezpieczeństwo rozczarowania samym seksem, ale również partnerem i samym związkiem, a także może rodzić poczucie winy i być przyczyną samooskarżania.

Idea romantycznego seksu zakłada również jego pełną spontaniczność. Tymczasem, aby seks był udany, potrzebne jest włożenie weń pewnego wysiłku. Zaskakujące jest to, że jeśli spojrzymy wstecz na seks, który wydawał nam się spontaniczny, kiedy byliśmy nastolatkami, okazuje się, że wcale taki nie był. Często nieświadomie poczyniliśmy pewne przygotowania, żeby miłosne igraszki mogły się wydarzyć. Szykowaliśmy się specjalnie na spotkanie czy imprezę. Być może piliśmy alkohol, żeby mieć poczucie większej swobody. To wszystko były przygotowania do późniejszego aktu miłosnego. Jednak czasami powstaje wyobrażenie, że kiedyś seks był spontaniczny oraz oczekiwanie, żeby taki był teraz. Niestety niesie to ze sobą niebezpieczeństwo zaniechania jakiegokolwiek działania oraz zdejmowania z siebie odpowiedzialności za nieudany seks. Marty Klein, seksuolog, zwraca uwagę, że wielu ludzi odrzuca ideę wkładania wysiłku w tworzenie dorosłego seksu, tkwiąc cały czas w wyobrażeniach, jakie mieli, będąc nastolatkami. Ograniczają swoje życie seksualne jedynie do przygód miłosnych lub oczekują, że będzie ono układało się podług powieści romantycznych. Nie biorą pod uwagę tego, że dorosły seks uwzględnia wszystkie nasze cechy, nasze trudności, zalety i słabości. A żeby mieć udane życie seksualne, trzeba się postarać.

Poza romantycznym schematem

Jeśli romantyczne podejście do miłości nie gwarantuje satysfakcjonującego związku, a wręcz może być utrudnieniem dla stworzenie relacji partnerskiej, jak również przyczyniać się do jej zakończenia, co zatem ułatwia budowanie dojrzałej relacji? Wojciszke wskazuje, że czynnikiem, wpływającym na utrzymywanie się związku na satysfakcjonującym poziomie, jest robienie wspólnie różnych ekscytujących rzeczy. Psycholog dodaje, że „nuda jest tym, co podstępnie zabija relację dwojga ludzi. Emocje, czy silne, czy słabe, karmią się bowiem pobudzeniem fizjologicznym, a to zawsze wymaga jakiegoś łamania schematów”. Autor „Psychologii miłości” mówi również, że cieszenie się szczęściem partnera wpływa pozytywnie na utrzymanie miłości. Nie jest to znowu tak oczywiste, ponieważ  niektórzy ludzie nie potrafią tego robić i czują się nieszczęśliwi z powodu satysfakcji drugiej osoby. Nate Bagley, który przez rok przeprowadzał wywiady z zakochanymi parami, do czynników, które czynią związek udanym, dodaje między innymi kochanie i akceptowanie samego siebie. Innymi czynnikami, jakie wymienia są zaufanie, które tworzy się nie przez słowa, a przez działanie oraz zachęcanie partnerów do podążania za ich osobistymi celami i marzeniami, nawet jeśli dzieje się to kosztem własnego dyskomfortu lub niewygody.

Z kolei wspominana wcześnie Esther Perel, która odwiedziła ponad 20 krajów, badając, co wpływa na udane życie erotyczne w parach o długim stażu, mówi, że pary te rozumieją, że każdy ma swoją erotyczną przestrzeń i seksualna prywatność. Rozumieją również, że gra wstępna nie zaczyna się na pięć minut przez aktem seksualnym, ale z końcem poprzedniego orgazmu. Rozumieją, że erotyka polega na tym, by czasami przestać być odpowiedzialnym – atrakcyjność partnerów bowiem rośnie, kiedy dostrzega się nich nie opiekunów, lecz ciekawą osobowość. Rozumieją wreszcie, że namiętność nie jest stała, ale umieją ją też wskrzesić, ponieważ nie funkcjonują w oparciu o mit dotyczący spontaniczności. Perel mówi wprost, że zaangażowany seks to seks zaplanowany. Jest on świadomy i celowy. Dodaje również, że „większą satysfakcję seksualną niż inni odczuwają ci, którzy mają realistyczne oczekiwania wobec partnera. Ich seks nie zawsze jest pełen pasji, ale jest wystarczająco dobry, by dawać przyjemność (….) To ludzie zadowoleni ze swojej seksualności, z własnego ciała, mający dość wysokie poczucie seksualnej wartości, a to prowadzi do dobrej komunikacji seksualnej i zapewnia większą satysfakcję”.

Romantyczne przekonanie, że prawdziwa miłość nie zna granic i jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody, samo w sobie jest niekiedy największą przeszkodą na drodze do tego, by związek mógł trwać. Sama miłość (rozumiana jako uczucie) nie wystarcza. Potrzebne jest jeszcze zaangażowanie i wysiłek włożony w budowanie relacji opartej nie tylko na początkowym uczuciu. Jak podsumowuje to Bagley, szczęśliwe pary wiedzą, że jeśli będzie ciężko – albo zwłaszcza gdy będzie ciężko – lepiej będzie im razem. Nie jest to spowodowane wiarą, że niesie ich magiczne, bliżej nieokreślone uczucie romantycznej miłości, lecz tym, że zdają sobie sprawę, iż kryzysy i trudne momenty są naturalną częścią każdej intymnej relacji. Nauczyli się pracować razem nad związkiem, mają zatem zaufanie do siebie i partnera i wiedzą, że cokolwiek się zdarzy, będą razem próbować pokonać trudności – dzięki temu maja większe szanse poradzić sobie z trudną sytuacją.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Dobroczyński, B. (2014) Miłość to nie uczucie, MojaPsychologia.pl [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Epstein, R. (2002) Love frenzy: Can I learn to love the media? Psychology Today [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gannon, M. (2012) Belief in TV Romances May Hurt Your Love Life, Purch [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Klein, M. (2012) Inteligencja seksualna, tłum. Sławińska M., Kraków: MIROKU
Perel, E. (2008) Czy małżeństwo zabija seks, rozmowę przepr. Florek-Moskal, M., Wprost [online]. Dostępny w Internecie  tutaj
Perel, E. (2013) Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze, tłum. Magdalena Zielińska M., Kraków: Znak
Willett, M. (2014) A Single Guy Quit His Job And Spent A Year Interviewing Couples In Love — This Is The Best Relationship Advice He Learned, Business Insider [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2008). Miłość ci wszystko wypaczy, rozmowę przepr. Rotkiewicz M., Polityka [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Wojciszke, B. (2010). Psychologia miłości. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Reklamy

CYFROWE ŻYCIE PSYCHICZNE

Nowe technologie niewątpliwie wpływają na ludzkie życie, psychikę, podejmowanie działań, kształtowanie się nawyków. Smartfony, aplikacje, portale społecznościowe zmieniają formy kontaktów społecznych. U młodych ludzi, urodzonych i żyjących w świecie poddanym procesom cyfryzacji, kształtuje się zupełnie nowy sposób odbierania otaczającej ich rzeczywistości. Zmiany zachodzą nie tylko na poziomie zachowania, ale również budowania się tożsamości oraz na poziomie neuronalnym. Wpływ nowych technologii na psychikę obserwowany jest jednak nie tylko u ludzi młodych, chociaż w ich przypadku zmiany są najbardziej zauważalne. Aby móc efektywnie funkcjonować w świecie, człowiek stara się zaadaptować do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Sam wpływ rozwoju cywilizacji na zmiany w ludzkiej psychice jest dobrze znany – to, co się zmieniło, to przede wszystkim tempo przemian cywilizacyjnych, gdzie kolejne nowinki technologiczne i rozwiązania internetowe pojawiają się właściwie z dnia na dzień.

Pokolenie internetu

Urodzili się już w zdigitalizowanym świecie i, w odróżnieniu od imigrantów cyfrowych (czyli osób, w życiu których internet, komputery, telefony komórkowe pojawiały się stopniowo), już od dziecka otoczeni byli urządzeniami, za pomocą których mogli korzystać z internetu. Tubylcy cyfrowi – bo o nich mowa – nie mają charakterystycznego dla starszego pokolenia rozróżnienia na online (w sieci) i offline (poza siecią). Ważna część ich tożsamości kształtuje się poprzez kontakt z internetem, a więc poprzez zarówno to, co sami publikują w sieci (na Facebooku, Twitterze czy innych portalach), jak i przez reakcję zwrotną dotyczącą ich autoprezentacji ze strony innych użytkowników internetu. Dla wielu młodych ludzi to, co dzieje się w sieci, jest najważniejszą częścią ich życia. Na ile jest to ważne, pokazują rozmowy, które prowadzą z rówieśnikami w realu, dyskutując przede wszystkim o tym, co się właśnie wydarzyło w internecie.

Prof. Howard Gardner oraz prof. Katie Davis z Uniwersytetu Waszyngtońskiego w swojej najnowszej książce określają młodych ludzi „pokoleniem apki” (od słowa: aplikacja). Autorzy używają tego terminu w dwóch znaczeniach. Pierwszy odnosi się do faktu, że młodzi ludzie używając aplikacji (bez względu, czy są one cyfrowe czy nie), liczą, że dowiedzą się, jak w szybki i efektywny sposób osiągnąć to, co chcą. Jeśli jedna aplikacja nie działa, poszukają innej. Jeśli natomiast nie mogą znaleźć lub wymyśleć żadnej aplikacji, porzucają temat czy sprawę, którą się interesowali. Drugie znaczenie jest szersze i odnosi się do postrzegania przez młodych ludzi życia jako szeregu następujących po sobie w niezmiennym porządku celów (nazwanych przez autorów Super-Apkami): najpierw szkoła, potem studia, następnie staż, aż wreszcie odpowiednia praca w odpowiedniej firmie, znajdującej się w jednym z wielkich miast w kraju lub za granicą, zapewniająca wielki sukces. Gardner i Davis zwracają uwagę, że rzadko udaje się wszystkie wyżej wymienione cele spełnić, co prowadzi do rozczarowania. Jest ono tym większe, że aby zmienić kierunek i podążać własną, inną drogą, młodzi ludzie potrzebują nowych celów, których często nie mają, ograniczeni właśnie przez postrzeganie etapów w swoim życiu, które muszą wystąpić w nieelastycznym, sztywnym porządku.

Porzucanie zainteresowań, kiedy nie można znaleźć odpowiedniej aplikacji do ich rozwijania, jest powiązane z inną rzeczą, na którą zwracają uwagę specjaliści od psychologii internetu. Otóż, młodzi ludzie gorzej niż starsze pokolenie znoszą odczucie nudy. Żyjąc w świecie ciągłej stymulacji (wszak w internecie nie ma ciszy nocnej), oczekują, że uda im się przeskoczyć momenty zatrzymania i spowolnienia, że stan ekscytacji będzie trwał nieprzerwanie. Traktują życie jako sumę pozytywnych doznań, które warto kolekcjonować. Poczucie samotności jest często dla nich zupełnie obce, ponieważ tak naprawdę nigdy nie byli sami. Zawsze otoczeni są przez przyjaciół. Jeśli nie w realu, to przynajmniej wirtualnie. Jeśli czytają książkę, oglądają telewizję, czy nawet rozmawiają z innymi, często mają otworzone komunikatory lub są zalogowani na portalach społecznościowych, korzystając ze swoich smartfonów czy tabletów.

Żyjąc w dużym stopniu w środowisku zdigitalizowanym, w którym kształtuje i rozwija się ich osobowość, cenią sobie bardzo natychmiastowość. Jak zauważa Eryk Mistewicz, autor strategii marketingu narracyjnego, „świat sieci to świat wymuszonej natychmiastowości. To natychmiastowa reakcja. Natychmiastowa odpowiedź”. Młodzi ludzie bardzo cenią sobie ten szybki feedback i jeśli nie otrzymują błyskawicznej odpowiedzi zwrotnej, szukają jej na innym portalu, wchodząc w interakcje z innymi ludźmi. Przyzwyczajeni są do tego, że to, co umieszczają w sieci, to, czym się dzielą z innymi ludźmi, łatwo da się zmierzyć przez chociażby liczbę polubień, komentarzy, odwiedzin czy inny wskaźnik dotyczący wyrażonego zainteresowania ze strony innych użytkowników danego portalu. Zmieniło się dla nich znaczenie pojęcia „atrakcyjność”, które teraz oznacza przede wszystkim bycie widzianym i lubianym w internecie. Bycie fejmem (od ang. fame – sława), a więc osobą znaną i popularną w internecie (najczęściej na Facebooku i Asku) poprzez dużą liczbę polubień, udostępnień czy prezentów, stało się pożądanym szczeblem we współczesnej hierarchii społecznej. Oczywiście ta swoista potrzeba afiliacji znana jest od dawna – zmieniły się natomiast narzędzia, za pomocą których młodzi ludzie ową potrzebę aktualnie realizują.

Technologiczny zawrót głowy

W związku z szeroką dostępnością dóbr, olbrzymią liczbą napływających informacji oraz nieustanną stymulacją, rodzi się w ludziach tendencja, żeby raczej coś wyrzucić, niż naprawić. Jednorazowość nie jest problematyczna. Wręcz przeciwnie: stała się zaletą, wartością pożądaną. Konsekwencją tego jest taki system postępowania, w którym jedna rzecz jest natychmiast zastępowana przez inną. Widać to zwłaszcza w odniesieniu do nabywania i pozbywania się przez młodych ludzi telefonów komórkowych. Nowy model danego telefonu często niewiele różni się od poprzedniego, jednak jest pożądany właśnie przez to, że jest nowy na rynku. „Z punktu widzenia kapitalizmu zachwycający jest związek człowieka z iPhone’em” – mówi Bartłomiej Dobroczyński, psycholog – „Cieszysz się nim rok, jak już ci minie, wyrzucasz go i wchodzi następny iPhone. A potem słyszymy, jak modelka mówi: To obciach, że mam już dwa lata tego samego chłopaka”. Znudzenie odnosi się do rzeczy, osób i sytuacji, które trwają za długo, co jest wyrazem ciągłej pogoni za nowością, jaką oferuje otaczająca rzeczywistość. Znużenie, zniecierpliwienie, brak twórczego napięcia mogą z kolei prowadzić do ograniczania podejmowanych wyzwań, do zmniejszenia się poziomu kreatywności oraz satysfakcji życiowej.

Wspomniany wcześniej brak podziału u młodych ludzi na świat wirtualny i realny sprawia, że emocje, których doświadczają, korzystając z internetu, są dla nich tak samo realne, jak te, które przeżywają chociażby w kontaktach z innymi podczas bezpośrednich spotkań. Dla tego pokolenia świat wirtualny jest właśnie światem realnym. Dlatego też złośliwe komentarze, blokowanie profili, nieodpowiadanie na wiadomości czy usuwanie z grona przyjaciół na portalach społecznościowych mogą wpływać na zachwianie poczucia własnej wartości, obniżać znacząco nastrój, a nawet prowadzić do niebezpiecznych i ryzykownych zachowań. Obelga napisana w komentarzu pod umieszczonym na portalu społecznościowym postem wzbudza w nich takie same emocje jak ta wypowiedziana twarzą w twarz. Usunięcie z grona znajomych na Facebooku może prowadzić do realnego zakończenia znajomości również poza siecią.

Zwiększająca się dostępność sieci, możliwość używania internetu za pomocą urządzeń mobilnych oraz zwiększenie ilości czasu poświęconego na życie online może skutkować również uzależnieniem od sieci. Uzależnienie to charakteryzuje się spadkiem samopoczucia w momencie niekorzystania z sieci, zwiększeniem drażliwości, a także ogólną trudnością z radzeniem sobie z chaosem informacyjnym, cechującą się m. in. brakiem umiejętności wybierania informacji ważnych i znaczących. Jak każde uzależnienie wymaga terapii. Psycholożka, Urszula Sajewicz-Radtke, zwraca uwagę, że „terapia uzależnienia od internetu wymaga wsparcia specjalisty i konieczne jest zgłoszenie się do ośrodka zajmującego się leczeniem uzależnień”.

W ramach uzależnienia od internetu lub przeładowania bodźcami, związanego z używaniem nowych technologii, wyróżnia się kilka specyficznych zaburzeń. Należy do nich FOMO (od ang. „fear of missing out”), polegające na odczuwaniu lęku przed przegapieniem czegoś istotnego w sieci. Jest to potrzeba nieustannego bycia na bieżąco. Skutkuje m. in. obniżeniem zdolności koncentracji oraz wzrostem tendencji do prokrastynacji. Na spadek poziomu uwagi wpływa również nałogowa wielozadaniowość (czyli nieustające przełączanie się pomiędzy wieloma czynnościami), która sprawia, że człowiekowi bardzo trudno jest się skupić na pojedynczej czynności trwającej kilka minut.

Innym przytaczanym często zaburzeniem jest HPVS (Human Phantom Vibration Syndrome), czyli syndrom fantomowych wibracji. Polega on na odczuwaniu wibracji własnego telefonu komórkowego, podczas gdy w rzeczywistości nie pojawił się żaden sygnał nadchodzącego połączenia, wiadomości czy powiadomienia. Wprawdzie naukowcy nie są zgodni, co do dokładnych przyczyn pojawiania się HPVS, jednak faktem jest, że zdecydowana większość ludzi, używająca telefonów komórkowych, doświadczyła choć raz tego syndromu. Przyczyn poszukuje się w błędnym interpretowaniu aktywności neuronów przez mózg spowodowanym ciągłym bombardowaniem przez bodźce. Mózg, poddany stresowi, sprzyja powstawaniu nieskoordynowanych wyładowań, które sprawiają, że człowiek może mieć poczucie wibrowania telefonu bądź słyszeć dzwonek komórki, kiedy de facto telefon milczy. Być może w grę wchodzą również neurony lustrzane, które aktywują się, kiedy człowiek obserwuje inną osobę sięgającą po telefon i sprawiające, że odruchowo sprawdza się własny.

Z kolei DA (Disconnectivity Anxiety), czyli lęk przed odłączeniem się od sieci, pojawia się wtedy, gdy osoba uzależniona od internetu znajduje się w sytuacji braku dostępu do sieci. Objawia się zwiększonym zamartwianiem się, pojawiają się takie negatywne emocje jak lęk, gniew czy wręcz rozpacz. Również fizjologicznie DA daje znać o sobie przyspieszonym biciem serca czy chociażby zwiększoną potliwością.

Warto również wspomnieć o fonoholizmie, czyli uzależnieniu od telefonu komórkowego. Ponieważ współcześnie smartfony za sprawą zintegrowanego aparatu fotograficznego, zegarka, odtwarzacza multimediów, GPS-a oraz innych urządzeń i aplikacji stały się rzeczami pierwszej potrzeby, duża część osób odczuwa dyskomfort spowodowany brakiem telefonu w zasięgu wzroku. Objawia się on zwiększoną nerwowością (do stanów lękowych włącznie) oraz zaburzeniami fizjologicznymi (zawrotami głowy, dusznościami, bólami w klatce piersiowej). Objawy te wskazują na wystąpienie zaburzenia określanego przez psychologów jako nomofobia (od ang. „no mobile phobia”), która jest irracjonalnym lękiem przez straceniem na chwilę z oczu telefonu komórkowego.

Oczywiście część zaburzeń nie jest groźna. Syndrom fantomowych wibracji mija po kilku tygodniach używania jedynie powiadomień dźwiękowych, w trakcie których mózg oducza się kojarzenia wibracji z nadejściem wiadomości. Niektóre zaburzenia natomiast wymagają terapii, ponieważ wpływają na tyle negatywnie na codzienne funkcjonowanie, że ograniczają lub wręcz uniemożliwiają kontynuowanie lub podjęcie pracy, realizację planów czy bycie w intymnej relacji z drugą osobą.

Adaptacje, ulepszenia, zmiany

Naturalnie nie ma co demonizować nowych technologii, internetu i cyfryzacji życia. Również różnice międzypokoleniowe, dotyczące posługiwania się narzędziami cyfrowymi, są zupełnie normalne. Każde pokolenie młodych ludzi bowiem czymś zaskakiwało swoich rodziców. Wspomniana wcześniej Urszula Sajewicz-Radtke wskazuje, że chociaż ostatnio skok technologiczny jest olbrzymi, a do tego producenci dbają, żeby obsługa urządzeń była intuicyjna – przez to dzieci w pełni z tego korzystają – jednak nie chodzi o to, żeby dawać dzieciom do zabawy same drewniane klocki. Chodzi bardziej o dostarczania zróżnicowanej rozrywki czy edukacji.

Korzystanie z portali społecznościowych – tak często wskazywane jako przyczyna rozluźnienia więzi międzyludzkich we współczesnym świecie oraz obniżenia samopoczucia użytkowników – może także wpływać pozytywnie na ludzi. Jednymi z badań, które to ukazują, jest to, które przeprowadzili Amy Gonzales i Jeffrey Hancock z Uniwersytetu Cornella. Wyniki tego badania pokazały, że osoby korzystające z Facebooka wyróżniały się wzrostem samooceny. Przy czym wzrost ten był większy u osób, które nie tylko wchodziły na swój profil, ale również dokonywały w nim jakiejś zmiany. Autorzy badania mówią, że „internet nie tworzy nowej motywacji do autoprezentacji, lecz jedynie dostarcza nowych narzędzi do jej realizacji”. Osoby korzystające z internetu mogą bardziej wyrazić te aspekty swojego ja, z których wyrażeniem mają problem poza siecią. Dzięki temu, nie represjonując tych części swoich osobowości, mogą w bardziej zdrowy i pełniejszy sposób budować swoją tożsamość.

Również postrzeganie nowych mediów jedynie jako namiastki bezpośrednich kontaktów nie odzwierciedla pełnego spektrum zastosowania, jaki mają we współczesnym świecie. Idealizowanie spędzania czasu na powietrzu, przy deprecjonowaniu jakiejkolwiek formy korzystania z komputera w domu wywodzi się z czasów, kiedy podział na online i offline był wyraźnie namacalny. Myślenie takie rozwijało się na początku lat dziewięćdziesiątych i niosło ze sobą konkluzję, że internet – jako technologiczne objawienie – nie tylko usprawni życie w biurach i uczelniach, ale również wywróci społeczne funkcjonowanie przeciętnego człowieka do góry nogami, ofiarując mu podróże wirtualne w cyberprzestrzeń, w której będzie mógł on realizować wszystkie swoje fantazje. W wyniku tych działań rozpadną się związki, rodziny, przyjaźnie. Człowiek pozostanie na zawsze uwięziony w iluzorycznym raju. Okazuje się jednak, że zdecydowana większość ludzi szuka w wirtualnych relacjach tego samego, czego w realnych szukały inne pokolenia: zrozumienia, otwartości, zaufania, odwzajemnienia uczuć. Dodatkowo, kiedy internet w krajach uprzemysłowionych stał się ogólnodostępny, jego użytkownicy chętniej niż z tajemniczymi awatarami, z którymi nigdy się nie spotkali, komunikują się z osobami bliskimi: z członkami rodziny, przyjaciółmi, znajomymi z pracy.

Podział na świat wirtualny i realny coraz mniej adekwatnie opisuje rzeczywistość. Jeśli koniecznie trzeba używać pojęć online i offline, należałoby raczej powiedzieć, że współczesny człowiek żyje w świecie hybrydowym, w którym obie formy funkcjonowania przenikają się wzajemnie, wpływając jedna na drugą. Jak zauważa słusznie Sławomir Czarnecki, manager kultury i filozof, dotychczasowe sposoby mówienia o internecie zaczynają zawodzić, a odnosząc się do hasła, skądinąd słusznej, kampanii społecznej przeciwdziałającej uzależnieniom, „nie można ‘wylogować się do życia’, można lepiej lub gorzej żyć w świecie zacierającego się podziału na online i offline”.

Poza wymienionymi negatywnymi zjawiskami i zaburzeniami związanymi z nowymi technologiami, które wynikają z trudności w radzeniu sobie z przystosowaniem się do cyfrowego świata, istnieją przykłady, że umysł ludzi jednak adaptuje się do nowych wymogów rzeczywistości. Takim przykładem są chociażby badania dotyczące reakcji ludzkiego mózgu na tekst i emotikony. Widok twarzy sprawia, że w mózgu uruchamiają się specyficzne obszary. Za rozpoznawanie przedmiotów, które nie są ludzką twarzą, czyli chociażby za rozpoznawanie znaków graficznych, odpowiedzialne są inne struktury. Badanie, które przeprowadził dr Owen Churches, wraz z zespołem badawczym z Uniwersytetu Flinders w Adelajdzie w Australii, pokazało, że współcześnie mózg ludzi zaczął reagować na emotikony przedstawiające uśmiechniętą buźkę – a więc „:-)” lub „:)” – jak na wizerunek prawdziwej uśmiechniętej twarzy. Dwukropek, myślnik i zamykający nawias przestały więc być odbierane przez mózg jako znak graficzny.

Oczywiście trudno na razie przewidzieć kierunek tych wszystkich przemian. Do zacierania się granic pomiędzy światem wirtualnym i realnym przykłada się wiele rzeczy, a jedną z nich jest rzeczywistość rozszerzona – AR (od ang. augmented reality), czyli taki system, który na świat realny, otaczający użytkownika, nakłada elementy rzeczywistości wirtualnej. Przykładem są chociażby prototypowe okulary Google Glass, w których mały ekran za pośrednictwem kamery, sprzężony z internetem, pokazuje osobie, która je nosi, właśnie rzeczywistość rozszerzoną. Również przymierzanie ubrań bez wychodzenie z domu, przy wykorzystaniu internetu i kamery bazuje na rozszerzonej rzeczywistości. Na razie tego typu nowinki są na ogół w fazie testowania, a ich użytkowość dopiero jest sprawdzana. Jednak fakt, że już się pojawiają, świadczy o tym, że standardowy, dychotomiczny podział na rzeczywistość wirtualną i realną przestaje przystawać do otaczającego świata, który staje się coraz bardziej kompilacyjny. Wskutek nowego postrzegania rzeczywistości zmieniają się reprezentacje poznawcze oraz odpowiadające im obszary w mózgu. Umysł w jakimś stopniu adaptuje się do nowej rzeczywistości. Badania nad tymi zmianami, jak również trudnościami w radzeniu sobie człowieka w kontakcie z nowymi technologiami oraz badania nad stopniem adaptacji mózgu do środowiska nadal trwają. Jakie wnioski z nich będą płynąć? Trzeba będzie jeszcze chwilę na to poczekać.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Czarnecki, S. (2013). Internet i kultura. Co powinni zrobić starsi, żeby zrozumieć młodszych, Kultura Enter [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Czubkowska, S. (2013). FOMO – uzależnienie XXI wieku. Czy smartfon, Facebook i Twitter niszczą nasze życie?, Gazeta Prawna [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gardner, H., Davis, K. (2013). Talking about „The App Generation”, rozmowę przepr. Logan L. Amplify Education Inc [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gardner, H., Davis, K. (2013). The App Generation: How today’s youth navigate identity, intimacy, and imagination in a digital world. New Haven, CT: Yale University Press.
Gonzales, A., Hancock, J. (2011). Mirror, Mirror on my Facebook Wall: Effects of Exposure to Facebook on Self-Esteem Cyberpsychology, Behavior, and Social Networking, 14 (1-2) [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sajewicz-Radtke, U. (2013). Tablet czy drewniane klocki?, rozmowę przepr. Piątkowska M., Gazeta Wyborcza [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Sparkes, M. (2014). Human brain reacts to emoticons as real faces, The Telegraph [online]. Dostępny w Internecie tutaj

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej

OSZOŁOMIENI MOŻLIWOŚCIAMI

„Osiołkowi w żłoby dano…” – tymi słowy zaczyna się wiersz Aleksandra Fredry, opisujący trudny wybór pomiędzy dwoma opcjami. Obie są kuszące. Podczas gdy tekst Fredry opowiada o zmaganiu się z podjęciem decyzji dotyczącej dość prostego wyboru, współczesny człowiek na co dzień musi zmagać się z wyborami pomiędzy wieloma opcjami. Stan niezdecydowania, presja czasu i kolejnych decyzji, które już należy podjąć, sprawiają, że mnogość wyborów zaczyna jawić się jako bardziej obciążająca, niż dająca poczucie swobody.

Wybór niełatwy

Człowiek podejmuje decyzje na każdym kroku: od decyzji dotyczących spraw prozaicznych i codziennych, po decyzje związane z karierą, zdrowiem czy przyszłymi inwestycjami. Współczesny przekaz społeczny mówi wprost: „wybór należy do ciebie”, a co za tym idzie: „wszystko zależy od ciebie”. Powstaje zatem w człowieku przekonanie, że całe jego życie zależy od trafności wyborów. Jeśli będzie podejmować słuszne decyzje, osiągnie wszystko, o czym marzy. Takie przekonanie, przy ciągłej konieczności wybierania pomiędzy różnorodnymi opcjami, nakłada olbrzymią odpowiedzialność, może budzić niepewność, a zamiast poczucia swobody, płynącej z możliwości wyboru, przynosić lęk przed stratą, ponieważ jeśli wybierze się jedną opcję, straci się cały wachlarz innych okazji. I zamiast działać, człowiek stoi w miejscu, obezwładniony lękiem przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Psycholog Barry Schwartz, autor „Paradoksu wyboru”, mówi, że nawet jeśli uda się człowiekowi pokonać ów paraliż i podjąć decyzję, jest on mniej zadowolony z dokonanego wyboru, niż gdyby wybierał spośród mniejszej liczby alternatyw. Psycholog podaje kilka powodów, za sprawą których tak się dzieje. Po pierwsze mamy wątpliwości, czy nasz wybór na pewno jest dobry (nie jesteśmy w stanie sprawdzić absolutnie wszystkich możliwości). Po drugie, nawet jeśli nasza decyzja jest właściwa, dostrzegamy atrakcyjność innych wyborów (jest to tzw. „koszt alternatywny”). Po trzecie w związku z tym, że wybór dostępnych opcji jest tak przeogromny, rosną nasze oczekiwania, a tym samym coraz częściej narażamy się na rozczarowania, kiedy rzeczywistość nie jest w stanie sprostać naszym wymaganiom. I po czwarte, kiedy doświadczamy rozczarowania, ponieważ podjęty przez nas wybór jest niesatysfakcjonujący, zaczynamy obwiniać siebie za podjęcie złej decyzji.

Natura nie wyposażyła nas w umiejętności podejmowania decyzji w sytuacjach, gdy dostępnych jest tak dużo możliwych opcji. Pisał już o tym w swojej książce „Ucieczka od wolności” Erich Fromm. Filozof zwracał uwagę na unikanie brania odpowiedzialności za swoje wybory. Aktualnie presja jest większa, ponieważ w dobie nowych technologii oraz natłoku informacji, wymagane jest od nas nieustanne codzienne filtrowanie olbrzymiej ilości danych. Nie jesteśmy w stanie sprawdzić wszystkich opcji, jednocześnie czujemy, że być może nie wzięliśmy pod uwagę akurat tego wariantu, który okazałby się dla nas najlepszy. Oszołomieni liczbą możliwości, będąc pod presją konieczności podjęcia właściwych decyzji, często staramy się scedować dokonywanie wyborów na kogoś innego. Czasami pozwalamy specjaliście czy autorytetowi w danej dziedzinie lub po prostu naszemu znajomemu żeby zadecydował za nas. Z jednej strony spada z nas odpowiedzialność. Z drugiej strony jednak powstaje wątpliwość: czy słusznie zaufaliśmy akurat tej osobie, a nie innej? Nie mamy bowiem całkowitej pewności, czy osoba, której zawierzyliśmy, jest właściwa.

Wybór nieracjonalny

Mamy przeświadczenie, że w każdej sferze życia jesteśmy w stanie dokonywać racjonalnych wyborów. Przeceniamy jednak siebie w tym zakresie. Wpływy społeczne odciskają piętno na naszych decyzjach, a kultura często decyduje o tym, co nam się podoba, a czego nie lubimy. Pomimo, że cywilizacja zachodnia bardzo ceni takie wartości jak autonomia jednostki, indywidualizm i podmiotowość, działając w systemie społecznym i nie posiadając wystarczającej mocy obliczeniowej, dokonujemy wyborów poprzez używanie dostępnych algorytmów („jeśli dwóch moich znajomych radzi mi jechać na wczasy do Tunezji, to pojadę”, „jeśli w polecanym serwisie internetowym telefon został oceniony na 8 punktów w 10. stopniowej skali, to go kupię” itd.). Nie wszystkie algorytmy są przez nas uświadomione, jak i nie wszystkie są racjonalne.

Człowiek, będąc istotą społeczną, cały czas odnosi swoje działania do zachowań innych ludzi, ponieważ – jak mówi psycholog Bartłomiej Dobroczyński – „bez poczucia wspólnoty z innymi nie bardzo możemy egzystować”. Stąd też każdy z nas posiada jakiś krąg lub kręgi ludzi, które stanowią dla niego grupę odniesienia. Grupy te dzielą się na pozytywne (czyli takie, z którymi czujemy wspólnotę i z którymi podzielamy system wartość lub chcemy być tacy jak oni) oraz negatywne (czyli takie, z których poglądami się nie zgadzamy i od których chcemy się odróżnić). Dobroczyński zwraca uwagę, że posiadanie lub nieposiadanie pewnego przedmiotu czy przedmiotów, uczestniczenie lub nieuczestniczenie w pewnych zjawiskach powoduje możliwość wykluczenia z „naszej” grupy, co w kulturze społecznej jest rzeczą najgorszą. Dlatego też posiadanie chociażby odpowiednich dóbr materialnych (np. konkretnego telefonu, mieszkania w danej dzielnicy) czy wykonywanie odpowiedniej pracy jest dla nas niezbędne, aby cały czas przynależeć do określonej grupy. Z tego też powodu część decyzji podejmujemy nie z pobudek racjonalnych (np. dlatego, że jest to dobre dla naszego zdrowia), ale chociażby z lęku przez wykluczeniem społecznym.

Wybór nieidealny

Podczas dokonywania wyborów człowiekowi zawsze towarzyszy niepewność: jeśli wybiorę tę pracę, to czy moje życie będzie lepsze? Jeśli zdecyduję się na to mieszkanie, czy wpłynie to pozytywnie na mnie? A może jednak dokonam złego wyboru? W poczuciu odpowiedzialności za swoje decyzje przewidujemy pojawienie się własnych negatywnych emocji, jeśli wybór, którego dokonamy, przyniesie niechciane konsekwencje. Istnieje jednak tzw. „psychologiczny system odporności”, umożliwiający radzenie sobie z tymi emocjami. Psychologowie Daniel Gilbert oraz Timothy Wilson, którzy stworzyli ten termin, zauważyli, że w człowieku funkcjonuje mechanizm, odpowiedzialny za istotne redukowanie negatywnych konsekwencji emocjonalnych podjętych niewłaściwych decyzji. Mechanizm ten działa na ogół bez świadomości człowieka, w związku z czym ludzie, nie doceniając siły jego działania, błędnie prognozują swoje emocje i nastawienie, jakie pojawią się po dokonaniu wyboru. „Psychologiczny system odporności” sprawia jednak, że nawet jeśli podejmiemy decyzję, z której konsekwencji nie będziemy zadowoleni, zadziałają procesy znajdujące pozytywne aspekty owej decyzji i tym samym – redukujące negatywne emocje z nią związane.

Przy mnogości możliwości, jakie oferuje człowiekowi współczesna cywilizacja oraz przy ograniczonym czasie, a także nie dość skutecznych narzędziach umożliwiających przeanalizowanie wszystkich opcji, człowiek zmuszony jest do ignorowania części informacji, jak również do porzucania niektórych możliwości, jakie oferuje życie. Odejście od przekonania, że można zdobyć wszystko, o ile się mądrze wybiera, pomaga uporać się z faktem, że rozczarowanie jest wpisane w wybór, a każdej decyzji towarzyszy poczucie straty. Renata Salecl, filozofka i socjolożka, autorka „Tyranii wyboru”, zwraca uwagę na to, że „wybory, których dokonujemy, zależą od miejsca, w którym mieszkamy, ludzi, którymi się otaczamy”. Salecl podkreśla, że idealny wybór nie istnieje. „I że nieważne, jak dobrze się przygotujemy do podjęcia decyzji, zawsze może się wydarzyć niespodzianka, nie przewidzimy wszystkiego. I z tego właśnie powinniśmy się cieszyć – z tej niespodzianki, z tego, co los przyniesie” – dodaje Salecl.

Podejmowanie codziennie dziesiątek decyzji przy mnogości ofert nie jest procesem łatwym. Zawierzając tylko naszemu racjonalnemu osądowi rzeczywistości możemy bardzo się zdziwić, do jakiego stopnia podejmujemy irracjonalne decyzje. Dlatego, żeby zmniejszyć trochę presję związaną z wyborami w naszym życiu, warto mieć na uwadze fakt, że każda decyzja, jaką podejmujemy, niesie w sobie ryzyko i stratę, ale również możliwości i szanse.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Carpenter, S. (2001) We don’t know our own strength, American Psychological Association [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Dobroczyński, B. (2013) Niewolnicy konsumpcyjnego stylu życia, rozmowę przepr. Więcka A., Wysokie Obcasy [online]. Dostępny w Internecie tutaj
Gilbert, D.T., Blumberg, S.J.; Pinel, E.C., Wilson, T.D., Wheatley, T.P. (1998). Immune neglect: A source of durability bias in affective forecasting, Journal of Personality and Social Psychology 75 (3): 617–638
Fromm E (1993) Ucieczka od wolności, tłum. Ziemilski A., Ziemilska O., Warszawa: Czytelnik
Salecl, R. (2013), Tyrania wyboru, tłum. Szelewa B., Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Schwartz, B. (2013). Paradoks wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej, tłum. Walczyński M., Warszawa: PWN.

Artykuł dostępny jest również na stronie Polskiego Portalu Psychologii Społecznej