Czy ciało wie lepiej?

Czy faktycznie zawsze powinniśmy słuchać swojego ciała, bo „ciało wie lepiej”? To zdanie często pojawia się w języku rozwojowym i terapeutycznym. Jest w nim coś ważnego, ponieważ wielu ludzi przez lata uczyło się odcinać od ciała, ignorować napięcie, nie zwracać uwagi na zmęczenie czy emocje odczuwane somatycznie. Odzyskiwanie kontaktu z ciałem bywa więc ważnym elementem zdrowienia. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy zaczynamy traktować ciało jak nieomylne źródło prawdy, któremu wystarczy się podporządkować, aby nasze życie stało się lepsze.

Ciało wysyła sygnały, ale to my nadajemy im znaczenie. Napięcie w brzuchu może oznaczać bardzo różne rzeczy. To może być lęk przed bliskością, pobudzenie przed czymś ważnym, zwykły głód albo ślad wcześniejszych doświadczeń, który uaktywnia się w nowej sytuacji. U osób z silnym schematem opuszczenia przyspieszone bicie serca po braku odpowiedzi na wiadomość łatwo może zostać odczytane jako zapowiedź odrzucenia. Z kolei przy schemacie wstydu napięcie w ciele przed zabraniem głosu może zostać uznane za dowód własnej nieadekwatności. W takich momentach nie tyle podążamy za „mądrością ciała”, ile za utrwaloną interpretacją, którą nasz układ nerwowy kiedyś uznał za konieczną do przetrwania.

Nie chodzi więc o to, żeby ciała nie słuchać. Chodzi raczej o to, żeby nie traktować pierwszej interpretacji doznań z ciała jako ostatecznej prawdy. Sygnał somatyczny może być zaproszeniem do zatrzymania się i sprawdzenia, co się dzieje, zwrócenia uwagę na to, co jest dla ważne. Tak, ciało często mówi pierwsze, ale nie zawsze mówi całymi zdaniami. Dlatego dopiero refleksja, kontekst, osobista historia, aktualne fakty oraz zdolność do mentalizacji pomagają nam sprawdzić, co ten sygnał naprawdę może znaczyć. Kontakt z ciałem jest bardzo ważny. Jednak zdrowienie nie polega wyłącznie na tym, żeby czuć więcej. Polega także na tym, żeby coraz trafniej rozumieć to, co czujemy.

Fot. David Todd McCarty / Unsplash

Usłysz szept złości

Każdy z nas ma prawo doświadczać złości, różnimy się jednak tym, co z naszą złością robimy. Nie zawsze pozwalamy sobie ją wyrażać i okazywać – wewnętrznie czy zewnętrznie. Nie zawsze umiemy znaleźć sposób radzenia sobie z nią, który nie będzie raniący dla innych i dla nas samych. Złość jest bowiem bardzo intensywną i aktywizującą emocją. Jeśli nie umiemy jej transformować, może obniżać nasz dobrostan i utrudniać nam funkcjonowanie w relacjach.

Zapraszam do obejrzenia webinaru Usłysz szept złości – o naszych wewnętrznych zranieniach, przeprowadzonego dla Poradni Latarnia. Opowiadałem w nim o doświadczaniu złości, często nazywanej trudną emocją, której przyjrzenie się i transformacja może doprowadzić nas do odkrywczych i budujących wniosków dla nas samych oraz pomagać nam w wyrażaniu rzeczywistych potrzeb w relacjach, jak i rozumieniu potrzeb innych osób.

Usłysz szept złości

Wypalenie zawodowe

Fot. mrkaushikkashish / Pixabay

Każdy z nas ma czasem dość swojej pracy – to normalne. Gorzej, gdy niechęć i zmęczenie przejdą w stan permanentny. Wypalenie zawodowe to zespół czynników, na które składają się wyczerpanie emocjonalne, depersonalizacja i obniżone poczucie własnych dokonań. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała wypalenie zawodowe za dolegliwość medyczną, wciągając je na listę Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-11. Od 1 stycznia 2022 r. może być ono powodem zwolnienia lekarskiego.

Gdzie są granice między zwykłym przeciążeniem obowiązkami a wypaleniem zawodowym? Co zrobić, by nie pozwolić pracy przejąć kontroli nad swoim życiem – wyjaśnia Igor Rotberg, psycholog, psychoterapeuta.

Cała rozmowa TUTAJ.

Czy potrafimy jeszcze być offline?

Od marca coraz częściej korzystamy z telefonu czy laptopa. W sieci spędzamy mnóstwo czasu, pracujemy, uczymy się, robimy zakupy, uczestniczymy w wydarzeniach kulturalnych czy festiwalach. Ciężko nam będzie wrócić do funkcjonowania offline. Okazuje się jednak, że życie w sieci nas męczy. Z jednej strony jest to wygodne, ale i bardziej wymagające. Naukowcy to zjawisko nazwali zoom fatigiue.  Zjawisko to odnosi się przede wszystkim do poziomu zmęczenia w komunikacji zapośredniczonej, czyli za Image by Markus Spiske from Pixabay 02pośrednictwem różnych mediów, głównie przez ekrany. Podczas rozmowy online spada nasza koncentracja, jesteśmy rozdrażnieni, szybciej się męczymy. Wynika to często z tego, że podczas rozmowy online często widzimy samych siebie na ekranie – patrzymy jak wyglądamy, jak mówimy. Skupiamy się na swojej mowie ciała, a zwykle nie robimy tego podczas rozmowy twarzą w twarz. Rozpraszają nas też dźwięki tła. Zastanawiamy się, ile z naszego otoczenia dociera do odbiorcy.

Więcej na ten temat można posłuchać w audycji radiowej.

Fot. Markus Spiske / Pixabay

Wielozadaniowość

Przyspieszanie tempa życia skutkuje próbami robienia większej liczby rzeczy w coraz mniejszych jednostkach czasu. Skupianie się na jednej czynności jest więc często postrzegane jako strata czasu. Postęp technologiczny zachęca dodatkowo do robienia kilku rzeczy naraz. Ścigamy się z innymi i sami ze sobą, robiąc wszystko w możliwie szybkim tempie. Tymczasem pojawia się coraz więcej opinii dotyczących pułapki wielozadaniowości. Z licznych badań wynika, że takie działania mogą przynosić odwrotne skutki od zamierzonych.

Z badań, które przeprowadzili Zheng Wang i John Tchernev z Uniwersytetu Stanowego Ohio, wynika, że efektywność pracowników, zajmujących się kilkoma zadaniami równocześnie, maleje. Obniża się produktywność w zadaniach, które w danym momencie powinny być priorytetem. Potwierdzają to również badania Clifforda Nassa, specjalisty ds. nauk kognitywnych  z Uniwersytetu Stanforda. Poza spadkiem wydajności, z badań Nassa wynika, że obniża się również poziom koncentracji oraz zdolność przyswajania nowego materiału.

Niektórzy nawet twierdzą, że nie istnieje coś takiego, jak wielozadaniowość, a jedynie przerzucanie się między poszczególnymi zadaniami. Nie wykonujemy więc kilku rzeczy naraz, lecz każdą z tych rzeczy robimy na przemian przez bardzo krótki czas. Owo ciągłe przerzucanie uwagi skutkuje kilkoma znaczącymi konsekwencjami:

  1. Przede wszystkim tracimy czas. Szacuje się, że możemy marnować nawet do 30% swojego czasu w trakcie wykonywania zadań jednocześnie. Dzieje się tak również dlatego, że powrót do przerwanego zadania wymaga cofnięcia się do wcześniejszych ustaleń. Analizując, gdzie skończyliśmy poprzednie zadanie, wydłużamy czas na jego realizację.
  2. Odczuwamy stres wynikający z lęku przez niewywiązaniem się w terminie z wykonaniem danej czynności.
  3. Ponieważ nieustanne przełączanie się pomiędzy czynnościami pochłania dużo naszej energii, dopada nas zmęczenie, a co za tym idzie, popełniamy więcej błędów niż w przypadku, gdybyśmy wykonywali jedną czynność naraz.

Czasami lepiej jest ograniczyć liczbę wykonywanych zadań, gdyż – wbrew pozorom – zyskamy więcej czasu, który będziemy mogli przeznaczyć na inne czynności. Psychologowie zwracają uwagę, że tak naprawdę wielozadaniowość ma sens jedynie, kiedy któraś z czynności jest na tyle prosta, że nie ma potrzeby dużego koncentrowania się na niej (kiedy wykonujemy ją machinalnie).