Terapia Poznawcza Oparta na Uważności (MBCT)

MBCT (Mindfulness-Based Cognitive Therapy), czyli Terapia Poznawcza Oparta na Uważności została opracowana przez grupę naukowców, profesorów Zindela Segala, Marka Williamsa i Johna Teasdale’a, którzy bazowali na programie uważności stworzonym przez prof. J. Kabat-Zinna. National Institute for Clinical Excellence zatwierdził MBCT jako skuteczną metodę zapobiegania nawrotom depresji. Metoda ta jest stosowana również w trudnościach w radzeniu sobie z negatywnymi emocjami, przy zaburzeniach lękowych, zaburzeniach odżywiania, zaburzeniach snu, a także w uzależnieniach. 

MBCT, opierając się na programie MBSR (Redukcji Stresu Opartej na Uważności), jest wzbogacona o techniki terapii poznawczo-behawioralnej używane w terapii zaburzeń nastroju. Istotą jest zmiana, charakterystycznych dla zaburzeń nastroju, stanów umysłu oraz rozwijanie nowych, niestosowanych do tej pory sposobów reagowania. Osiąga się to poprzez obserwowanie doznań płynących z umysłu i z ciała, nie reagując na nie automatycznie. Dzięki temu zwiększa się świadomość własnych myśli i uczuć oraz zyskuje się szerszą perspektywę patrzenia na własne myśli i emocje, bez konieczności utożsamiania się z nimi.

MBCT pomaga zatem stać się świadomym wczesnych znaków ostrzegawczych, zapowiadających możliwe nawroty depresji, stanów lękowych lub innych zaburzeń związanych np. z wahaniami nastroju. Pozwala redukować tendencje do unikania tych sygnałów oraz uczy, jak radzić sobie w obecności trudnych myśli i emocji. W związku z tym osoby uczestniczące w terapii MBCT łatwiej radzą sobie z negatywnymi skutkami stresu, reagują mniej neurotycznie na trudne sytuacje, czerpią większą satysfakcję z życia, a także mają bardziej stabilną samoocenę, która jest mniej zależna od czynników zewnętrznych.

OD NIECHCENIA DO ROBIENIA

Działanie w myśl przysłowia „co się odwlecze, to nie uciecze” w wielu wypadkach nie powoduje bardzo nieprzyjemnych konsekwencji. Jeśli jednak stanie się nawykiem, może bardzo utrudniać realizację planów czy wpływać niekorzystnie na samopoczucie. W tym roku zostały opublikowane wyniki badań zespołu naukowców, którym kierował Daniel Gustavson z University of Colorado Boulder, wskazujące na to, że odwlekanie działań w czasie może mieć przyczyny genetyczne. Naukowcy zwracają uwagę, że prokrastynacja może stanowić spuściznę po przodkach i być skutkiem ubocznym impulsywności. Wskazują jednak, że to rozwój cywilizacyjny i konieczność skupiania się na długofalowych planach spowodowały zwiększone występowanie prokrastynacji we współczesnym świecie. Jakkolwiek wyżej wymienione wyniki badań dostarczają nowych implikacji dotyczących omawianego zjawiska, niniejszy artykuł skupia się przede wszystkim na psychologicznych przyczynach oraz sposobach radzenia sobie z prokrastynacją.

Co masz zrobić dziś – zrób jutro

Tendencja do ciągłego odwlekania działania i przesuwania realizacji planów na późniejszy termin często jest kojarzona z byciem leniwym, z folgowaniem sobie, z nieróbstwem. Tymczasem – na co zwraca uwagę psycholożka, trenerka i kognitywistka Katarzyna Juszczak – ma niewiele wspólnego z lenistwem, wręcz przeciwnie: bliżej jej do pracoholizmu. Zarówno osoby z tendencją do prokrastynacji, jak i pracoholicy „skarżą się na brak czasu, nadmiar zobowiązań, przemęczenie i ciągłe poczucie, że robią za mało, że trzeba więcej i więcej” – dodaje psycholożka. Ludzie, którzy odwlekają działanie, są wbrew pozorom wciąż w coś zaangażowani, posiadając bardzo dużo planów, które zamierzają realizować. Często wykazują się dużą ambicją. Stąd też cierpią wtórnie z powodu niezrealizowanych zamierzeń lub wykonania ich na nie dość dobrym poziomie, odbierając to jako porażkę, własną niedoskonałość czy słabość.

Julia Wahl, psychoterapeutka i psycholożka, wskazuje z kolei, że nadmierna aktywność może być inną formą lenistwa. Jest to lenistwo polegające na tym, że człowiek nie chce stanąć twarzą w twarz z tym, co ważne. Chociaż osoby, które mają skłonność do prokrastynacji, robią bardzo dużo rzeczy, w większość nie zajmują się tymi zadaniami, które są naprawdę istotne. Często podświadomie liczą, że sprawy same się rozwiążą w czasie, kiedy oni zajmują się innymi rzeczami. Jest to oczywiście myślenie życzeniowe, powodujące niekiedy torpedowanie własnych projektów i marzeń.

Warto przy okazji zwrócić uwagę jeszcze na trzy kwestie. Pierwsza dotyczy tego, że prokrastynacja jest na ogół nawykiem. W związku z tym, tak jak w przypadku wszystkich nawyków, może być trudna do zmienienia z dnia na dzień, ale również – jak w pracy z innymi nawykami – można sobie z nią poradzić. Drugą kwestią jest to, że odwlekanie działania nie musi występować (i na ogół nie występuje) we wszystkich obszarach życia człowieka. Dlatego prokrastynacja, dotycząca zobowiązań zawodowych czy obowiązków domowych, może zupełnie nie występować w innych dziedzinach życia. Trzecia kwestia związana jest z konsekwencjami chorobliwego odkładania. O ile w samym momencie odłożenia danego zadania na późniejszy termin można poczuć chwilowe obniżenie napięcia (związanego chociażby z lękiem dotyczącym realizacji powziętego zadania), o tyle w dłuższej perspektywie prokrastynacja obciąża człowieka poczuciem winy, sprawiając, że obwiniania on siebie za zaniechanie obowiązków. Jeśli występuje w skrajnej postaci, może doprowadzić do stanów lękowych czy depresyjnych. Nie zawsze jednak musi mieć negatywne skutki dla funkcjonowania jednostki. Jeśli osoba dobrze pracuje pod presją czasu i – pomimo tendencji do prokrastynacji – jest w stanie zawsze zakończyć ważne zadania na czas, nie trzeba przesadnie martwić się tendencją do zwlekania.

Dlaczego tak trudno zabrać się do pracy?

Prokrastynację może powodować wiele rzeczy. Istnieje społeczne przekonanie, że przyczyną może być perfekcjonizm. Pogląd ten mówi, że osoby niedopuszczające myśli o swoich błędach na poziomie samych wyobrażeń, dotyczących rezultatu podjętych działań, są skłonne antycypować możliwe negatywne konsekwencje. Tym sposobem nie podejmują żadnego działania, lub – jak było to wcześniej wspomniane – zajmują się innymi zadaniami, czyniąc je dobrymi wymówkami lub czynnikami uniemożliwiającymi skupienie się na właściwej pracy. Jednak we współczesnej psychologii istnieje również odmienna teoria, według której perfekcjonizm słabo koreluje z prokrastynacją. Piers Steel, psycholog z University of Calgary, zajmujący się badaniami z zakresu motywacji i prokrastynacji, dowodzi w swoich pracach, że perfekcjoniści nie odkładają spraw na później częściej niż inni ludzi. Steel uważa, że cechą, która wpływa na osobowość skłonną do prokrastynacji, jest impulsywność (co jest zbieżne w omawianymi wcześniej wynikami prac badawczych zespołu Daniela Gustavsona). Osoby impulsywne mają problem z samokontrolą. Dlatego też działając pod wpływem nagłych emocji czy chwilowego nastroju, doświadczają większych trudności w koncentracji na działaniu o odroczonej gratyfikacji. Szybciej ulegają pokusom, które dostarczają przyjemności tu i teraz, a duża ilość czynników rozpraszających w ich środowisku tylko zwiększa skłonność do odwlekania. Mają zatem problemy ze zmotywowaniem się do podjęcia działań, z których satysfakcję można czerpać po upływie jakiegoś czasu. Dopiero kiedy termin końcowy staje się realny (czyli dotyczy dnia dzisiejszego) są w stanie zmotywować się do pracy.

Wzrost prokrastynacji mogą również powodować trudne do wykonania zadania. Jeśli do tego są one nużące lub mało konkretne, a wykonanie ich zajmuje dużo czasu, tendencja do odwlekania będzie prawdopodobnie się nasilać. Do tego może dokładać się poczucie posiadania niewystarczających kompetencji lub braku talentu, co nie zawsze odpowiada rzeczywistemu stanowi rzeczy. Poczucie to może wynikać z zaniżonej wartości siebie i przez to zniekształconego obrazu własnej osoby. Prokrastynację nasilać mogą mieć również problemy z koncentracją i skupieniem uwagi. Brak dobrej organizacji pracy, poczucie, że na wykonanie danej czynności jest za mało czasu oraz brak umiejętności dzielenia zadań na mniejsze, jak również delegowania obowiązków – to kolejne możliwe przyczyny, dla których ludzie ulegają tendencji od przekładania realizacji planów na później.

Również lęk pełni istotną rolę w omawianym zjawisku. Przede wszystkim jest to lęk przed odniesieniem porażki oraz osiągnięciem sukcesu. Lęk przed porażką może być spowodowany zarówno wychowaniem, jak i wysokimi wymaganiami stawianymi przez otoczenie w wieku dorosłym. Brak akceptacji własnych niedoskonałości wzmacnia wzrost poziomu stresu, kiedy człowiek konfrontuje się z myślą, że dane zadanie mogłoby nie zostać wykonane. Wspomniana wcześniej Katarzyna Juszczak zwraca uwagę, że osoby, doświadczające takiego lęku, wybierają w ich odczuciu mniejsze zło: wolą myśleć o sobie, że są trochę leniwi, niż ponieść porażkę, która mogłaby wpłynąć negatywnie na poczucie własnej wartości. Z kolei lęk przed sukcesem wiąże się z wzięciem odpowiedzialności za swoje działania. Lęk ten bierze się na ogół z obawy, że człowiek nie poradzi sobie czy to z zazdrością innych ludzi o jego sukces, czy też z większą odpowiedzialnością i dalszymi wyzwaniami, które – w mniemaniu tej osoby – będę o wiele trudniejsze niż aktualne. Takie przekonania często kształtują się już we wczesnych etapach rozwoju, nierzadko podchwycone od osób z najbliższego otoczenia.

Jeannetta Williams, Shannon Stark i Erica Foster, badacze zajmujący się relacjami między samowspółczuciem, motywacją i prokrastynacją, odkryli, że przyczyn odkładania spraw na potem można szukać również w ciągłej samokrytyce, która zmniejsza poziom motywacji. Nieustanne krytykowanie siebie zaniża poczucie własnej wartości. Poczucie bycia beznadziejnym, mało wartościowym, nie nadającym się do niczego, sprawia, że osoby charakteryzujące się takimi odczuciami wikłają się w działania samoutrudniające, między innymi takie jak prokrastynacja. Ponieważ potencjalne niepowodzenie podjętego działania skutkuje bezpośrednio negatywnym ocenieniem siebie, osoby te czasami w ogóle nie podejmują działań. Prokrastynacja w tym przypadku nie wynika bezpośrednio z samego doświadczenia niepowodzenia, lecz z negatywnych uczuć pojawiających się w momencie samokrytycznego wewnętrznego dialogu.

Żeby się chciało tak, jak się nie chce

Nie ma jednej recepty, która sprawiłaby, że nawyk prokrastynacji przestanie istnieć. Ważne staje się rozpoznanie konkretnej przyczyny i dobranie odpowiednich narzędzi, które pomogą uporać się z czynnikiem wywołującym tendencje do odkładania rzeczy na później. Ponieważ prokrastynacja może być nawykową czynnością, oduczenie się takiego postępowania i wypracowanie innego, alternatywnego sposobu działania może zająć jakiś czas.

Psychologowie i trenerzy motywacyjni, w odniesieniu do zadań, których wielkość lub stopień trudności może wywoływać przewidywanie nieporadzenia sobie z nimi, polecają rozpisanie całości zobowiązania na mniejsze części. Jeśli problem dotyczy zmobilizowania się do rozpoczęcia realizacji danego zadania, takie podzielenie na jak najmniejsze, ale bardzo konkretne etapy oraz skupienie się tylko na pierwszym, małym zadaniu, jest szansą na przezwyciężenie nawyku odkładania spraw na później. Jeśli natomiast problem dotyczy etapu kontynuowania danego zadania, wynikający ze słabej samokontroli, ważne zdaje się być usunięcie z otoczenia na czas wykonywania danej czynności, możliwie dużej liczby czynników rozpraszających. Również uatrakcyjnienie zadania może pomóc w poradzeniu sobie z prokrastynacją, która odnosi się do trudności w podtrzymywaniu raz podjętego działania. Choć może to się wydawać trudne dla osób skłonnych do prokrastynacji, zajęcie się w pierwszej kolejności najmniej przyjemnymi sprawami wpływa na zmniejszenie napięcia i ułatwia poradzenie sobie z ewentualnym zwlekaniem. Również ważnym elementem w radzeniu sobie z prokrastynacją jest dobra (odpowiednia dla danej osoby) organizacja pracy. Umiejętność dobrania właściwej ilości zadań na dany dzień oraz pogodzenia czasu pracy z okresami przeznaczonymi na głęboki odpoczynek i relaks może być wspierana przez odpowiednie narzędzia, przeznaczone do organizacji dnia pracy (np. GTD, czyli pięcioetapowy proces zarządzania zadaniami lub technika Pomodoro, czyli metoda optymalizująca czas przerw). Bez względu jednak na to, jakich narzędzi się użyje, kluczowe jest rozpoznanie przyczyn prokrastynacji. Może się bowiem okazać, że jest ona jedynie konsekwencją innych życiowych kwestii, które domagają się rozwiązania.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych

Gustavson, D. E., Miyake, A., Hewitt, J. K., Friedman, N. P. (2014). Genetic Relations Among Procrastination, Impulsivity, and Goal-Management Ability: Implications for the Evolutionary Origin of Procrastination, Psychological Science, vol. 25, nr 6, s. 1178-1188
Juszczak, K. (2013). Prokrastynacja – też to masz?, Hello Zdrowie [online]. Dostępne w internecie tutaj
Steel, P. (2010). Procrastination and the Perfectionism Myth, Psychology Today [online]. Dostępne w internecie tutaj
Wahl, J. (2014). Samotność nie jest zawsze zła, naTemat [online]. Dostępne w internecie tutaj
Williams, J. G., Stark, S. K., Foster, E. E. (2008). Start today or the very last day? The relationships among self-compassion, motivation, and procrastination, American Journal of Psychological Research, nr 4, s 37-44

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.

Psychoneuroimmunologia

Psychoneuroimmunologia (PNI) jest interdyscyplinarnym kierunkiem badań, który powstał w latach 80. Za twórcę pojęcia uznaje się psychologa Roberta Adera, który zwrócił uwagę na wpływ stanów psychicznych na układ odpornościowy. Dzięki współpracy specjalistów z wielu dziedzin stało się możliwe odkrycie zależności pomiędzy układem odpornościowym, nerwowym i hormonalnym. Jednym z najbardziej znanych przedmiotów dociekań naukowych, związanych z wpływem wyżej wymienionych układów na siebie, jest obszar badań nad stresem. Dzięki pracom badawczym udało się zaobserwować korelację między wzrostem stresu a obniżeniem odporności organizmu. Wysokie napięcie emocjonalne destabilizuje funkcjonowanie układu immunologicznego, który pracuje zbyt słabo lub zbyt intensywnie. PNI bada również wpływ innych emocji na hormony, neurotransmitery i komórki oraz procesy układu immunologicznego. Zmiany w układzie nerwowym z kolei wpływają na myśli i uczucia. Te wzajemne relacje mają odzwierciedlenie na poziomie komórkowym.

PNI jest młodą dziedziną nauki; wciąż prowadzone są badania, które dostarczają nowych odkryć. Wprawdzie w ostatnich latach wiedza w zakresie PNI bardzo się poszerzyła, jednak w dalszym ciągu powstają nowe pytania dotyczące zależności pomiędzy układem immunologicznym, hormonalnym i nerwowym.

MOTYWACJA BEZ MARCHEWKI

Jak zmotywować pracownika do bardziej wydajnej pracy? Jednym z pomysłów, który przychodzi ludziom do głowy, jest zaproponowanie dodatkowego bonusu, nagrody lub premii za wykonanie większej ilości obowiązków. Otóż, w świetle badań psychologicznych okazuje się, że ta metoda sprawdza się współcześnie tylko w ograniczonej liczbie przypadków. W większości może wywołać odwrotny od zamierzonego skutek.

Aby dowieść tej tezy, psycholog Sam Glucksberg powtórzył badanie Karla Dunckera z 1945 roku, modyfikując je przez dodanie części eksperymentalnej. Zadanie Dunckera polegało na przyczepieniu zapalonej świecy do korkowej ściany w taki sposób, by wosk ze świecy nie kapał na stojący pod nią stół. Uczestnicy mieli do dyspozycji świecę, pudełko pinezek oraz pudełko zapałek. Nieoczywiste i wymagające twórczego myślenia było wykorzystanie pudełka po pinezkach jako elementu rozwiązania – przyczepienie go do ściany i umieszczenie na nim zapalonej świecy – i na tym właśnie polegało właściwe wykonanie tego zadania. W eksperymencie Glucksbera uczestników podzielono na dwie grupy i poinformowano, że podczas wykonywania zadania będzie mierzony czas, w jakim poszczególne osoby będą je wykonywać. Wspomniana wyżej modyfikacja polegała na wprowadzeniu elementu nagrody: pierwszej grupie powiedziano tylko, że chodzi o obliczenie średniej długości czasu rozwiązywania tego zadania, w drugiej natomiast uczestnikom obiecano nagrodę finansową, przeznaczoną dla tych, którzy wystarczająco szybko znajdą rozwiązanie. Wyniki eksperymentu pokazały, że grupa druga (a więc ta motywowana zachętą finansową) wykonywała zadanie średnio o 3,5 minuty dłużej niż grupa pierwsza. Przeczy to powszechnemu przekonaniu, że w celu lepszego motywowania ludzi należy ich nagradzać.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż, w eksperymencie, który przeprowadził Glucksberg (a który później wielokrotnie został powtórzony) od uczestników wymagane było twórcze myślenie. Nagrody zawężają ludzką uwagę, a tym samym spowalniają myślenie i sprawiają, że ludzie koncentrują się tylko na celu. Kiedy zatem mamy do czynienia z zadaniami, w których wymagane jest mechaniczne wykonywanie danej czynności, które nie wymagają poszukiwania rozwiązań i innowacyjności, w których cel jest jasno określony, a zasady proste (np. rąbanie drewna) – nagrody rzeczywiście zwiększają motywację. Dlatego też – na co zwraca Daniel Pink, analityk kariery – zewnętrzne motywatory działały jeszcze w wielu przypadkach w XX wieku. Obecnie jednak mogą wpływać na obniżanie motywacji pracownika. Oczywiście, współcześnie niekiedy również mamy do czynienia z prostymi zadaniami, jednak o wiele częściej są to prace wymagające umiejętności poznawczych, kreatywności czy szukania odpowiednich rozwiązań jakiegoś problemu. W tych wypadkach nagrody będą obniżać efektywność.

Jeśli zatem nie nagrody, to co może sprawić, że wzrośnie motywacja i wydajność? Wspomniany wcześniej Daniel Pink, w swojej książce „Drive”, wskazuje, że ważne jest skupienie się na zwiększeniu wewnętrznej motywacji. Składa się na to m. in. zwiększenie autonomiczności. Okazuje się, że miejsca pracy, które wspierają autonomię, dając ludziom rzeczywistą kontrolę nad różnymi aspektami pracy, wykazują się wzrostem efektywności wśród pracowników. Kolejnym aspektem jest zauważenie, że pracownicy potrzebują doskonalić się w tym, co jest dla nich ważne. Zobaczenie zatem przez pracownika własnych postępów jest kluczowe dla wzrostu motywacji i przez to wydajności. Ostatnią sprawą, o której mówi Pink, jest potrzeba widzenia swojej pracy jako pożytecznej w szerszym kontekście. Motywacja wzrasta u tych pracowników, którzy zauważają, że ich praca wnosi coś istotnego do społeczeństwa, wpływa na innych ludzi.

Nagrody i premie, jakkolwiek wydają się łatwym i skutecznym sposobem na zwiększenie motywacji, mogą okazać się niewystarczające w systemach pracy opartych na innowacyjności i szukaniu rozwiązań. Warto wtedy się zastanowić, czy nie będzie korzystniejsze uatrakcyjnienie samej pracy poprzez zwiększenie autonomii pracowników, możliwości ich samodoskonalenia oraz pokazanie im, że mają wpływ na otaczającą ich rzeczywistość, że ich praca ma sens głębszy niż tylko zarobkowy.

Autor: Igor Rotberg

 

Dla zainteresowanych:

Pink, D. (2009). Dan Pink na temat zaskakującej nauki o motywacji, TED [online]. Dostępne w internecie tutaj
Pink, D. (2009). Drive, New York: Riverhead Books

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.

Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach (TSR)

W tym podejściu terapeutycznym, którego twórcami są Steve de Shazer i Insoo Kim Berg, nie tworzy się teorii opisujących naturę problemu osoby zgłaszającej się na terapię. Nie stawia się również diagnoz, które są tutaj uważne za mało przydatne, a wręcz czasami utrudniające pracę terapeutyczną. Zamiast skupiać się na modelu teoretycznym, odnoszącym się do tego, jak być powinno i jakie są przyczyny, że tak nie jest, TSR skupia się na tych rozwiązaniach, które sprawdzają się w życiu danej osoby. Poszukuje się tutaj również sposobów rozszerzenia sprawdzonych działań na inne obszary życia.

W omawianym podejściu terapeuta akceptuje sposób, w jaki osoba, która do niego przychodzi, postrzega własne życie. Osoba ta traktowana jest jako ekspert od swojego życia. Dlatego terapeuta stosuje techniki, które nie powinny skutkować wywołaniem u niej oporu. Jeśli taka reakcja się pojawia, uznaje się ją jako błąd w zastosowaniu danej interwencji przez terapeutę i szuka się innych metod pracy z daną osobą.

Celem terapeuty jest pomoc przy współtworzeniu z osobą przychodzącą na terapię wizji celu oraz szukanie najbardziej optymalnej drogi do jego osiągnięcia. W związku z tym TSR koncentruje się na zasobach, umiejętnościach oraz mocnych stronach człowieka (a nie na jego deficytach i zaburzeniach). Praca terapeutyczna skupia się na teraźniejszości i przyszłości. Przeszłość jest eksplorowana tylko wtedy, gdy może posłużyć jako zasób w aktualnej sytuacji osoby bądź do osiągania określonych celów w przyszłości.

Podstawowe założenia TSR to:

  1. Jeśli coś działa, rób tego więcej.
  2. Jeśli coś nie działa, rób coś innego.
  3. Jeśli coś się nie zepsuło, nie naprawiaj.

Kręte ścieżki zawodowe

Igor Rotberg rozmawia z Jadwigą Korzeniewską, socjolożką, autorką bloga. Jadwiga Korzeniewska prowadzi również warsztaty z zakresu kształtowania nawyków w oparciu o sześć źródeł wpływu na zmianę.

Igor Rotberg: Jest w nas nierzadko przekonanie, że jeśli dostaliśmy już pracę, powinniśmy się jej bezsprzecznie trzymać jak najdłużej. Tymczasem warto zweryfikować takie podejście, ponieważ zmiana pracy może okazać się jedną na najważniejszych decyzji w naszym życiu. Wiem, że tak było u Ciebie. Co, w Twoim przypadku, było pierwszym krokiem do zmian?

Jadwiga Korzeniewska: W moim przypadku pierwszym krokiem do zmian w życiu zawodowym było po prostu poddanie pod refleksję tego, co teraz robię i zastanowienie się nad tym, czy to daje mi spełnienie. Czy wyobrażam sobie, że mogę to samo robić za 5, 10 lat? Wyobraziłam sobie swoją przyszłość: obiad z członkiem zarządu i długopis z moim imieniem i nazwiskiem na rocznicę pracy w firmie X. I zakończyło się to puentą, że już wiem, czego robić nie chcę – a wbrew pozorom to bardzo dużo. Ciekawa jestem, jak wyglądał początek drogi ku nowemu w twoim przypadku?

IR: Mój początek drogi – chociaż mówiąc ściślej nie tylko początek – związany był z poszukiwaniem, eksperymentowaniem, próbowaniem. Starałem się sprawdzać, które ścieżki i wybory są dla mnie rozwojowe i które dają mi motywację oraz zapał do pracy, a które pozbawiają mnie tej energii. Oczywiście w miarę poszukiwań zmieniałem się sam, w związku z tym zmieniały się też moje wybory – co jest dosyć ważne, bo trzymanie się dawnych decyzji tylko dlatego, że kiedyś były dla nas istotne, może przyczyniać się do utknięcia w miejscu, które od dawna już nas nie satysfakcjonuje.

JK: Widzę, że zrobiłeś coś bardzo podobnego do mnie, czyli potraktowałeś siebie jednocześnie jako badacza i obiekt własnych badań. Niezwykle cenne jest to, co powiedziałeś o weryfikowaniu własnego planu. Zdarza się, że człowiek tak mocno trzyma się swojego nowego planu, że aż bieleją mu knykcie, a finalnie okazuje się, że dotarł do miejsca, w którym wcale nie chciał się znaleźć.

IR: Tobie udało się jednak zmienić ten plan i zmienić pracę. Powiedziałaś, że w pewnym momencie już wiedziałaś, czego nie chcesz robić. A jak było z rozpoznaniem tego, co chciałabyś robić w swoim życiu zawodowym?

JK: To okazało się trudniejszą działką, gdyż moim zdaniem żyjemy w kulturze, która mocno akcentuje nasze niedostatki zamiast pokazywać nam nasze mocne strony i uczyć je rozwijać. Najprościej mówiąc: nie miałam pojęcia, w czym jestem dobra i w jakim kierunku się rozwijać. Musiałam to wszystko odkryć metodą prób i błędów.

IR: Tak, dużo łatwiej jest na ogół określić, czego nie chcemy robić niż to, co chcemy. Oczywiście jeśli wiemy, co nam nie pasuję, to i tak już coś wiemy i warto się tego trzymać. Jednak poprzestając tylko na tej wiedzy prawdopodobnie będziemy dalej wykonywać to, co do tej pory wykonywaliśmy.

JK: I tak właśnie było, i jest w moim przypadku. A przypadek to trudny, bo neurotycznego perfekcjonisty – choć od pewnego czasu – na odwyku od perfekcjonizmu. Przepracowanie mojego paraliżującego przed działaniem strachu i perfekcjonizmu zajęło mi dobre 2 lata. Zmiany bywają procesem długim i żmudnym – warto o tym pamiętać.

IR: Dlatego też, chociaż – jak wspomniałaś wcześniej –  przekaz kulturowy, zamiast wspierać nasze mocne strony, podkreśla nasze niedostatki, okazuje się, że w procesie zmiany zawodowej bardziej pomocne jest rozpoznanie naszych zasobów wewnętrznych. Zasobami może być nie tylko nasza wiedza wyniesiona z lat edukacji czy kompetencje zawodowe użyteczne w biurze, ale również umiejętności takie jak umiejętność słuchania drugiej osoby czy nasze talenty. Nie zawsze mamy dostęp do wszystkich naszych zasobów wewnętrznych. Jednak na pewno warto poświęcić chwilę, by do nich dotrzeć, ponieważ dużo korzystniejsze jest opieranie się na swoich mocnych stronach, niż – jak to mówię – na „łataniu dziur”, czyli kompensacji niedostatków, która zabiera dużo więcej czasu, a w efekcie przynoszą mniej korzyści.

JK: Tak, przyjrzenie się własnym umiejętnościom, taki przegląd tego, co umiemy, jest szalenie pomocny. Warto zapytać o to ludzi z naszego otoczenia. Jak ktoś mi kiedyś powiedział: „Mapa to nie teren” – czasem człowiek tak się zapatrzy na swoją mapę, że nie ma pojęcia, iż ktoś może dysponować zupełnie inną. Dla mnie te różne mapy są nawet ciekawsze niż sam teren. W każdym razie mam na myśli to, że możemy sobie nie zdawać sprawy z własnych mocnych stron, bo mamy mentalne klapki na oczach lub szukamy nie w tym miejscu, w którym trzeba. Warto skorzystać wtedy z informacji zwrotnych od naszych bliskich, podpytać, sprawdzić, co ciekawego mają do powiedzenia. To może czasem zaskoczyć, a z moich doświadczeń wynika, iż niejednokrotnie daje kopa do dalszego działania.

IR: To prawda – zobaczenie swoich mocnych stron i budowanie na nich naszych kompetencji i umiejętności jest bardzo motywujące. Ale – tak, jak mówisz – nie wszyscy zdajemy sobie sprawy z naszych atutów. Czasami niektóre pomijamy, bo wydają nam się nieważne, mało istotne. Oczywiście niekiedy warto zapisać się na jakieś szkolenia, kursy czy warsztaty, pozwalające nam nabyć nową wiedzę i nowe umiejętności. Jednak jeśli aktywności doszkalające stanowią główną część naszych działań, może okazać się, że poświęcamy na to tak dużo czasu i zaangażowania, iż nie starcza nam już napędu na nasze projekty, na realizację naszych celów.

JK: Zwróciłeś uwagę na bardzo ważny moim zdaniem aspekt – zafiksowanie się i zapętlenie na jednej drodze do celu, na jednej metodzie. Pokazujesz, że można poświęcić tak wiele energii na dokształcanie siebie i nabywanie nowych umiejętności, że brakuje czasu na faktyczne podjęcie działania. A jak słusznie zauważył Anthony Robbins: „Prawdziwa decyzja jest mierzona poprzez fakt podjęcia nowego działania. Jeśli nie ma działania – tak naprawdę nie podjąłeś decyzji.”

IR: Takim dobrym działaniem lub – jak ja to nazywam „zrobieniem pół kroku” – jest dotarcie do kogoś, kto robi coś podobnego do tego, co my chcielibyśmy robić

JK: Ja lubię określenie „nie wyważaj otwartych drzwi” – jeśli możesz dotrzeć do kogoś, kto osiągnął już cel zbliżony do twojego albo jest od ciebie dalej na drodze do tego celu, zrób to – spotkaj się z nim, pogadaj, skorzystaj z doświadczeń, którymi zechce się z tobą podzielić. Nie chodzi tu o kopiowanie czyjejś ścieżki, a o wymianę wiedzy i doświadczeń po to, by niekoniecznie musieć uczyć się na własnych błędach.

IR: Tutaj dotykamy ważnej kwestii dotyczącej naszych wyobrażeń odnośnie celu lub zmiany, której chcemy w życiu zawodowym. Czasami postrzegamy tych, którzy coś osiągnęli, jako osoby, którym „udało się” w życiu. Tymczasem rozmawiając z nimi możemy dowiedzieć się, ile, na ich drodze rozwoju, było porażek, jak bardzo musieli zmagać się z trudnościami. Z jednej strony może nas to uchronić przed rozczarowaniem, że oto jest tak trudno, z drugiej strony pozwoli nie brać własnych porażek tak bardzo osobiście. Dodatkową cenną rzeczą płynącą z takich rozmów będzie bagaż doświadczeń osób, które osiągnęły to, co chcemy osiągnąć lub są na ścieżce, na której chcemy być. W końcu jakoś radziły sobie z problemami, kryzysami czy momentami niepowodzenia. Skorzystanie z ich wiedzy i doświadczenia może okazać się bardzo cenne.

JK: Dokładnie tak, jak mówisz – nigdy nie znamy całej historii osoby, której „się udało”. Nie wiem, ile za jej sukcesem kryje się determinacji, wytrwałości, ale też porażek, potknięć itd. I może gdyby znać całą historię, człowiek wcale nie wszedłby tak ochoczo w buty tego, któremu „się udało”. Dlatego staram się nie zazdrościć innym ludziom ich sukcesów, a raczej uczyć od nich, inspirować ich drogą. Moim zdaniem to bardzo ważne, by otwierać się na nowych ludzi w procesie zmian.

IR: Ważne jest również zrozumienie, że istnieje wiele dróg, którymi może podążać nasze życie zawodowe. Nie ma jednej, z góry dla nas określonej, ścieżki kariery. Warto więc próbować i szukać czegoś dla siebie.

JK: Rzeczywiście nie ma jednej, złotej recepty do przepisania każdemu. Gdyby tak było, mielibyśmy planetę pełną szczęśliwych i spełnionych ludzi. Warto szukać swojej drogi, eksperymentować, sprawdzać, co działa, a co nie, czyli to, co robiliśmy oboje zmierzając ku zmianom w naszym życiu zawodowym. To się świetnie sprawdza, bo człowiek sukcesywnie dowiaduje się, co mu „leży”, a co nie.

IR: Szukając swojej drogi i eksperymentując, warto z kolei pamiętać, że my też się zmieniamy, a w związku z tym wraz z nami mają prawo zmieniać się nasze cele i dążenia. Nie musimy zatem być przywiązani do raz podjętych decyzji zawodowych, jeśli nie dają nam one już żadnej satysfakcji. Z drugiej strony niedokończenie studiów albo nawet niezaczęcie studiowania na wymarzonym kierunku lub niepodjęcie pracy w miejscu, które nas inspiruje, nie musi oznaczać, że już za późno na zmianę. Na szukanie swojego miejsca w świecie i na spełnienie zawodowe nigdy nie jest za późno!

Wielozadaniowość

Przyspieszanie tempa życia skutkuje próbami robienia większej liczby rzeczy w coraz mniejszych jednostkach czasu. Skupianie się na jednej czynności jest więc często postrzegane jako strata czasu. Postęp technologiczny zachęca dodatkowo do robienia kilku rzeczy naraz. Ścigamy się z innymi i sami ze sobą, robiąc wszystko w możliwie szybkim tempie. Tymczasem pojawia się coraz więcej opinii dotyczących pułapki wielozadaniowości. Z licznych badań wynika, że takie działania mogą przynosić odwrotne skutki od zamierzonych.

Z badań, które przeprowadzili Zheng Wang i John Tchernev z Uniwersytetu Stanowego Ohio, wynika, że efektywność pracowników, zajmujących się kilkoma zadaniami równocześnie, maleje. Obniża się produktywność w zadaniach, które w danym momencie powinny być priorytetem. Potwierdzają to również badania Clifforda Nassa, specjalisty ds. nauk kognitywnych  z Uniwersytetu Stanforda. Poza spadkiem wydajności, z badań Nassa wynika, że obniża się również poziom koncentracji oraz zdolność przyswajania nowego materiału.

Niektórzy nawet twierdzą, że nie istnieje coś takiego, jak wielozadaniowość, a jedynie przerzucanie się między poszczególnymi zadaniami. Nie wykonujemy więc kilku rzeczy naraz, lecz każdą z tych rzeczy robimy na przemian przez bardzo krótki czas. Owo ciągłe przerzucanie uwagi skutkuje kilkoma znaczącymi konsekwencjami:

  1. Przede wszystkim tracimy czas. Szacuje się, że możemy marnować nawet do 30% swojego czasu w trakcie wykonywania zadań jednocześnie. Dzieje się tak również dlatego, że powrót do przerwanego zadania wymaga cofnięcia się do wcześniejszych ustaleń. Analizując, gdzie skończyliśmy poprzednie zadanie, wydłużamy czas na jego realizację.
  2. Odczuwamy stres wynikający z lęku przez niewywiązaniem się w terminie z wykonaniem danej czynności.
  3. Ponieważ nieustanne przełączanie się pomiędzy czynnościami pochłania dużo naszej energii, dopada nas zmęczenie, a co za tym idzie, popełniamy więcej błędów niż w przypadku, gdybyśmy wykonywali jedną czynność naraz.

Czasami lepiej jest ograniczyć liczbę wykonywanych zadań, gdyż – wbrew pozorom – zyskamy więcej czasu, który będziemy mogli przeznaczyć na inne czynności. Psychologowie zwracają uwagę, że tak naprawdę wielozadaniowość ma sens jedynie, kiedy któraś z czynności jest na tyle prosta, że nie ma potrzeby dużego koncentrowania się na niej (kiedy wykonujemy ją machinalnie).

OPOWIEŚĆ O SZLACHETNYM UMIERANIU

Umieranie jest częścią istnienia. Nie da się od niego uciec. Stykamy się z nim, kiedy odchodzą nasi bliscy. Temat ten pojawia się także w prawie każdych wiadomościach w telewizji, które podają liczbę zabitych w wypadkach czy w przebiegu działań wojennych. Problematyka ta dotyka nas również wtedy, kiedy dowiadujemy się o śmierci kogoś znanego, kogo ceniliśmy i lubiliśmy. Wreszcie konfrontujemy się z myślami o śmierci, kiedy słyszymy nieprzychylną diagnozę w gabinecie lekarskim. A jednak pomimo ciągłej obecności zjawiska śmierci w naszym życiu często nie umiemy o nim rozmawiać, niekiedy traktujemy je jako temat tabu, obsesyjnie starając się odsuwać myśli o własnej lub czyjejś śmiertelności. Jak zatem mamy poruszać kwestię umierania? Czy rozmawiać o śmierci z dziećmi? Czy przeżywać żałobę? I o czym rozmawiać z umierającymi? Terapeuta David Bedrick mówi, że nie chodzi o to, „by patrzeć na śmierć jako na wroga, którego należy pokonać”. Świadome zbliżenie się do tematu śmierci może być jednym z najbardziej dogłębnie transformujących i intymnych życiowych doświadczeń, ułatwiających nam akceptację i pogodzenie się z umieraniem.

Zjawisko śmierci we współczesnej kulturze

Otaczający nas świat nastawiony jest przede wszystkim na rozwój, wzrost i żywotność. Umieranie, jako przeciwstawne temu podejściu, jest zatem często spychane na obrzeża kultury. Trudności w rozmowach o śmierci być może należy szukać również w zanikaniu rodzin wielopokoleniowych oraz w tym, że popkultura wciąż w niewielkim stopniu porusza kwestie związane z godnym umieraniem, pokazywanym jako nieunikniona i naturalna część życia. Nieżyjąca już polska aktorka i nauczycielka zen, Małgorzata Braunek, w jednym z wywiadów podkreślała, że „dominuje dzisiaj nastawienie na skuteczność. Musimy osiągać konkretne cele w naszym życiu. W tym dążeniu brak miejsca na niedołężność, bezradność i w końcu śmierć. Dlatego wyrzucamy je z naszego życia. Ideałem współczesnym jest nadal człowiek młody, piękny, zdrowy i skuteczny”.

Trudno więc się dziwić, że staramy się nie myśleć o śmierci i o niej nie rozmawiać. Nawet osoby, które umierają, często skupiają się na wszystkich innych rzeczach, a nie na procesie odchodzenia. Stephen Jenkinson, który przez wiele lat pracował z ludźmi umierającymi, ich rodzinami oraz osobami pogrążonymi w żałobie, mówi, że również otoczenie nie ułatwia pokonywania oporów przed rozmawianiem o umieraniu osobom, które zbliżają się do śmierci. Wypowiadając słowa: „Jaki cmentarz? Jaki pogrzeb! Niech mama już nie opowiada głupot! Przecież mama jeszcze żyje!” nie pomagamy osobie, która zmaga się z trudnymi uczuciami dotyczącymi umierania. Oczywiście wynika to głównie z tego, że sami czujemy lęk przed podjęciem tego tematu, nie wiedząc, co mielibyśmy powiedzieć.

Jenkinson zwraca również uwagę na kwestię uczestnictwa dzieci zarówno w procesie odchodzenia bliskiej osoby, jak i obrzędu pochówku. Zżymamy się na samą myśl o zabraniu naszych dzieci chociażby do szpitala, chroniąc je przed widokiem umierającego członka rodziny. Jenkinson podkreśla, że wprawdzie umierający często wyglądają kiepsko i patrzenie na nich jest trudne, jednak odsuwanie dzieci od tematyki śmierci zaszczepia w nich przekonanie, że tematu umierania należy unikać, że nie wolno o nim dyskutować. Tymczasem warto by było, żeby miały one możliwość zbliżenia się do tematu śmierci w naturalny dla siebie sposób.

Również dr Tomasz Dangel, anestezjolog i założyciel Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci, uważa, że nie tylko potrzebne jest otwarte mówienie o śmierci na forum publicznym, ale również powinno być ono obowiązkowym elementem nauczania w szkole. „Ostatecznie skoro ma ona nas przygotować do życia w społeczeństwie, nie powinna pomijać tego aspektu” – dodaje Dangel. Zarówno na lekcjach biologii, jak i na przedmiotach takich, jak „wychowanie do życia w rodzinie”, oprócz tematów związanych z dojrzewaniem, rozrodczością czy seksualnością, powinny się znaleźć również zagadnienia odnoszące się na przykład do tego, jak pożegnać się z umierającymi bliskimi osobami. Wiedza dotycząca umierania jest potrzebna również osobom, których praca sprawia, że często stykają się ze śmiercią (policjantom, strażakom, ratownikom medycznym itd.). Nie tylko potrzebują wiedzieć, jak wspierać chorych czy umierających i ich rodziny, ale również muszą umieć radzić sobie z tak dużym obciążeniem psychicznym, jakie pociąga za sobą wykonywany zawód.

Pełne przeżycie żałoby

Często traktujemy negatywne emocje jedynie jako bezsensowny dyskomfort, którego należy się jak najszybciej pozbyć. Imperatyw dotyczący przeżywania tylko pozytywnych emocji i usilnego dążenia do pozbycia się wszystkich nieprzyjemnych doznań wynika po pierwsze z przekazu społecznego nakazującego dążenie do szczęścia i przyjemności jako wartości nadrzędnych. Po drugie wynika on z szybko rozwijających się nauk medycznych, których główne cele skupione są na pomocy chorym, procesie zdrowienia, leczeniu, naprawianiu i ratowaniu. W tym kontekście żałoba traktowana jest jako jednostka chorobowa (w DSM V, klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, skrócono właśnie czas żałoby z dwóch miesięcy do dwóch tygodni), a proces odchodzenia oraz sama śmierć – jako porażka systemu medycznego oraz starań lekarzy. Tracimy więc możliwość prawdziwego poznania, czym jest umieranie, stwarzając pozory świata pozbawionego ciemnych stron.

Kiedy zatem doznajemy głębokiej straty, kiedy umiera nam ktoś bliski, okazuje się, że często zostajemy sami z naszymi trudnymi emocjami, którymi ciężko jest się z kimś podzielić, ponieważ w społeczeństwie istnieje przekonanie, że powinniśmy szybko „wziąć się w garść”. Jeśli tego nie robimy, świadczyć to może o naszym słabym charakterze lub o bezsensownym przeżywaniu straty. Niekiedy zostajemy odizolowani od reszty znajomych i możemy do nich powrócić, jak tylko „uporamy się” ze swoją żałobą. Publiczne przeżywanie żałoby nie jest dobrze widziane. Tymczasem psychologowie wskazują, że właśnie pełne przeżycie żałoby, pozwolenie sobie na doświadczanie różnych, czasami skrajnych emocji oraz przejście przez kolejne etapy godzenia się ze stratą stanowią podstawę zdrowego radzenia sobie z takimi ciężkimi doświadczeniami jak śmierć bliskiej osoby. Dodatkowo jeśli żałobnik ma wsparcie w grupie społecznej, łatwiej mu poradzić sobie ze smutkiem czy rozpaczą. Niektórzy twierdzą, że musi upłynąć wiele miesięcy, żeby w pełni zintegrować nową rzeczywistość. Z tego powodu być może mądrym rozwiązaniem byłoby jednak – choć zwyczaj ten zanika – gdybyśmy mogli swobodnie przeżywać żałobę przez rok, czyli przez cały ten czas, kiedy doświadczamy wszystkich świąt czy ważnych wydarzeń rodzinnym bez zmarłego, oswajając się powoli z brakiem bliskiej osoby.

Lęk przed śmiercią

Jesteśmy śmiertelni. Ta świadomość może przerażać, dlatego szukamy sposobów na poradzenie sobie z nią. Pisarz i filozof Stephen Cave wskazuje, że ludzkość zawsze szukała jakiegoś eliksiru życia, jakiegoś mitu czy opowiadania, które pozwalałyby poradzić sobie ze świadomością własnej śmiertelności. Dodaje, że obecnie nadal to robimy, ale używamy innego niż dawniej języka. Współcześnie dostarcza nam go nomenklatura naukowa. Kiedy w zeszłym stuleciu odkryto hormony, mieliśmy nadzieję, że rozwiążą one problemy związane ze starzeniem się i chorobami. Dziś z kolei pokładamy nadzieję w komórkach macierzystych, inżynierii genetycznej i nanotechnologii. Motywy naszego postępowania pozostają jednak te same: tak jak dawniej, również współcześnie towarzyszy nam lęk przed śmiercią i – nieodmiennie – także dzisiaj staramy się w ten czy inny sposób poradzić sobie z faktem, że nie będziemy żyć wiecznie.

Lęk ten zresztą jest uzasadniony, ponieważ, jak mówi neurochirurg prof. Mirosław Ząbek: „Wobec śmierci wszyscy jesteśmy debiutantami. I ten, kto odchodzi, i jego najbliżsi”. Mimo, że już kiedy się rodzimy, mamy zagwarantowane, że umrzemy, nasza śmiertelność i tak budzi w nas lęk. Prof. Ząbek podkreśla, że boimy się nie tylko samej śmierci, ale procesu umierania, tego, jak będziemy wyglądać czy tego, co się stanie z naszą świadomością. Skoro lęk w konfrontacji z nieznanym, ze bezpowrotną stratą, z końcem życia jest naturalną reakcją, zatem warto sobie pozwolić na przeżywanie go tak, jak potrafimy. Oczywiście popadanie w skrajne przygnębienie lub obsesyjne lęki dotyczące śmierci (własnej lub cudzej) oraz zachorowania (np. kancerofobia, hipochondria) wymagają na ogół psychologicznej lub psychoterapeutycznej konsultacji. Z kolei na drugim krańcu znajdują się ci z nas, który starają się za wszelką cenę unikać tematu umierania, pokładając naiwną wiarę w to, że nic złego ich nie spotka, że żadne choroby nie będą się imać ani ich samych, ani ich bliskich. Przekonanie, że nie poruszając tematu śmierci czy chorowania unikniemy negatywnych zdarzeń, a nasi bliscy będą żyć wiecznie w zdrowiu, jest nielogiczne i dodatkowo przysparza nam bólu, zwłaszcza w tych momentach, kiedy rzeczywiście musimy się zmierzyć ze śmiertelną chorobą czy odejściem kogoś bliskiego.

Opowieść o szlachetnym umieraniu

Pomimo, że śmierć stanowi element procesu życia, nie da się jej oswoić, nie da się jej uporządkować, wcisnąć w ramy rozumowe. Za to na pewno można oswoić rozmowy o umieraniu, chorowaniu, o naszych lękach, nadziejach, emocjach. Wiele niepokojów i niejasności, które mają osoby chore terminalnie, zasadza się na niewyjaśnionych kwestiach, co z ich ciałem zrobią ci, którzy pozostaną, czy ktoś zauważy ich odejście, jak zostaną rozwiązane sprawy spadkowe, prawne, majątkowe czy okołopogrzebowe. Ważne dla ciężko chorych osób jest bycie wysłuchanymi, zrozumianymi. Istotne jest, żeby miały również wpływ na ostatnie chwile swego życia, żeby – jeśli będą miały taką potrzebę – mogły się pożegnać z bliskimi czy przystąpić do ważnych dla siebie sakramentów. Chirurg i publicysta, dr Atul Gawande zwraca uwagę, że rozmowa, nie tylko z bliskimi, ale i ze specjalistami od opieki paliatywnej, jest kluczowa dla ciężko chorych. Pomaga im bowiem oswoić się z lękami, zmniejsza ich cierpienie, poprawia kontakty z rodziną, jest również jednym z czynników przeciwdziałających depresji.

Pacjenci potrzebują też zdrowej nadziei. Jak mówi psychiatra dr Mariusz Wirga, nadzieja taka „nie oznacza, że to, czego pragniemy, będzie osiągnięte. Przekonanie: ‘na pewno wyzdrowieję’ nie jest nadzieją tylko myśleniem pozytywnym lub życzeniowym”. Wyrazem zdrowej nadziei jest natomiast przekonanie „mogę wyzdrowieć niezależnie od tego jak ciężko jestem chory”. Co więcej, jest oparte na faktach, ponieważ znane są przypadki wyzdrowienia z bardzo zaawansowanych chorób. Niestety współczesna medycyna zamiast badać, jakie procesy za tym się kryją, kwituje je stwierdzeniem ‘spontaniczna remisja’ – dodaje Wirga.

Zdrowa nadzieja nie jest jednak tym, do czego przyzwyczaiła nas dzisiejsza sztuka lekarska, a mianowicie przekonaniem, że zawsze da się coś jeszcze zrobić ku wyleczeniu pacjenta i – co ważniejsze – zawsze trzeba coś zrobić. W związku z tym większość umiera w szpitalach wśród sprzętu podtrzymującego życie. Takie podejście zaszczepia w nas poczucie, że musimy walczyć w własną chorobą do końca, który nie zawsze jest szlachetny i humanitarny. Poczucie to sprawia również, że nakłaniamy naszych bliskich do tego samego, zmuszając ich często do podjęcia kolejnego, jeszcze bardziej wycieńczającego leczenia. Zjawisko to, zwane uporczywą terapią, przynosi wiele negatywnych skutków nie tylko rodzinie chorego, ale i samemu choremu. W swojej książce “Being Mortal” Atul Gawande wskazuje, że uporczywa terapia często oddziela chorego od jego najbliższych, a śmierć przychodzi wtedy, kiedy pacjent – będąc zwykle nieświadomym – jest już wycieńczony chorobą i negatywnymi skutkami leczenia.

Kwestię tę porusza też pisarka i dziennikarka Amanda Bennett, zwracając uwagę, że w zachodniej cywilizacji mamy opowieść o szlachetnej walce, związanej z pokonywaniem choroby, radzeniem sobie z niedomaganiem, szukaniem nowych sposobów leczenia, heroicznym ratowaniem. Brakuje nam jednak opowieści o szlachetnym umieraniu. A przecież nie istnieje i nie istniał nigdy lekarz, któremu udało się dać pacjentowi życie wieczne. Tymczasem, przyglądając się samemu językowi, jakiego używamy do opisywania walki z chorobą, możemy zauważyć, że cenimy tylko te opowieści, w których chory wyzdrowiał. „Ona przegrała walkę z rakiem”, „Niestety, nie udało się mu przeżyć”, „Choroba go pokonała” – te wszystkie wypowiedzi wskazują, że nie dopuszczamy do siebie myśli o tym, że odchodzenie może być godne, szlachetne, poza dyskursem związanym ze zwycięstwem lub przegraną. Dlatego też – co zauważa Bennett – traktujemy hospicja jako miejsca niegodne umierającego człowieka, bo przecież trzeba walczyć do końca, nigdy się nie poddawać, szukać nowych, skuteczniejszych leków i bardziej agresywnej terapii. Patrząc z takiej perspektywy zgoda na hospicjum jest równoznaczna z przyznaniem się do niepowodzenia, do bezsilności. Dlatego potrzebujemy narracji, która nie będzie zrównywała umierania z rezygnacją z życia, z nieskutecznością starań zarówno naszych, jak i lekarzy. Bennett dodaje, że potrzebujemy obu opowieści: tej związanej w walką i leczeniem, ale też tej związanej ze szlachetnym umieraniem i godnym pożegnaniem z życiem.

Autor: Igor Rotberg

Dla zainteresowanych:

Bedrick, D. (2014). Into the Dark: A Psychology of Soul, Shadow, and Diversity, Psychology Today [online]. Dostępny w internecie tutaj.
Bennet, A. (2013). Zacznijmy myśleć o umieraniu jako bohaterskiej walce, TED [online]. Dostępne w internecie tutaj.
Braunek, M. (2014). Czas i akceptacja – rozmowa z Małgorzatą Braunek, rozmowę przepr. Pająk P., Charaktery.
Gawande, A. (2014). Being Mortal: Medicine and What Matters in the End, New York: Metropolitan Books
Gawande, A. (2010). Letting Go. What should medicine do when it can’t save your life?, The New Yorker [online]. Dostępne w internecie tutaj.
Jenkinson, S. (2013) Jak mogłoby być. Podręcznik dla umierających i tych, którzy ich kochają, tłum. Korżyk K., Kraków: Fundacja Pathways.
Jenkinson, S. (2013) Przewodnik po śmierci: Piękna jak życie, rozmowę przepr. Kula A, Tygodnik Powszechny.
Stradowski, J., Selimi, M. (2013). Dobra śmierć: umieranie z uśmiechem, Focul.pl.
Wirga, M. (2009). Pokładajmy nadzieję, póki możemy, Charaktery.

Terapia Akceptacji i Zaangażowania (ACT)

Terapia Akceptacji i Zaangażowania (Acceptance and Commitment Therapy, ACT) jest kierunkiem w psychoterapii, który wywodzi się z nurtu terapii poznawczo-behawioralnych i zaliczany jest do tzw. trzeciej fali tego nurtu. Podejście to pod koniec lat 80. ubiegłego wieku rozwinęli Steven C. Hayes, Kelly G. Wilson oraz Kirk Strosahl. Podstawy teoretyczne ACT stanowi Teoria Ram Relacyjnych.

Głównych przyczyn problemów psychicznych (takich jak lęk, depresja itd.) oraz innych form cierpienia, Terapia Akceptacji i Zaangażowania upatruje w braku elastyczności psychologicznej (psychological flexibility). Nadrzędnym celem terapii jest zatem pomoc w zwiększeniu elastyczności psychologicznej pacjenta, która jest definiowana jako bycie w pełni obecnym „tu i teraz”, ze wszystkimi swoimi myślami, emocjami i doznaniami i jednoczesne dokonywanie wyborów i kierowanie zachowaniem w taki sposób, by służyło ono realizacji osobistych wartości. Uzyskuje się to poprzez strategie terapeutyczne oparte na praktyce uważności, akceptacji oraz modyfikacji zachowania. Strategie te polegają po pierwsze w nauce, jakie sposoby radzenia sobie, zamiast pomagać, nasilają występowanie problemów. Po drugie dotyczą redukcji zachowań mających na celu unikania doświadczenia. Dzięki zwiększeniu elastyczności psychologicznej pacjenci są w stanie bardziej zaangażować się w realizacje tych celów, które są zgodne z ich osobistymi wartościami. Nadają swojemu życiu większe znaczenie i sens.

Wartym podkreślenia jest fakt, że celem terapii nie jest jednak samo w sobie pozbycie się symptomów zaburzeń. Ustępowanie symptomów zaburzeń w tym podejściu jest postrzegane jako uboczny efekt podejmowanych zmian w życiu pacjenta.

Skuteczność tej terapii jest poparta licznymi badaniami opisywanymi w fachowej literaturze. Wyniki tych badań wskazują, że ACT jest szczególnie użyteczna w leczeniu takich problemów jak szerokie spektrum zaburzeń lękowych, depresje, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, zespół stresu pourazowego (PTSD), zaburzenia odżywiania czy uzależnienia. Omawiane podejście jest również skuteczną metodą radzenia sobie ze skutkami różnych długotrwałych problemów o podłożu somatycznym (np. chroniczne bóle). ACT sprawdza się również w pracy z gniewem, agresją czy prokrastynacją.

Teoria Ram Relacyjnych

Teoria Ram Relacyjnych (RFT) wywodzi się z prac B.F. Skinnera, a opiera się na analizie zachowania, wykorzystanej do badania ludzkiego poznania i języka. Teorię tę rozwinął w latach 80. Steven Hayes wraz z jego współpracownikami. Badacze zakładali, że język ma ogromny wpływ na powstawanie zjawisk psychopatologicznych. Obecnie RFT stanowi podstawy teoretyczne Terapii Akceptacji i Zaangażowania, w którym to podejściu znajduje praktyczne zastosowanie.

W ramach tej teorii zakłada się, że ludzie reagują na symbole (którymi mogą być myśli, wspomnienia, obrazy) tak, jakby były one tym, co symbolizują. Człowiek uczy się zatem reagować na myśl w taki sam sposób, w jaki reaguje na zdarzenie, którego ta myśl dotyczy. Myśl zatem nabywa takiej samej funkcji (np. wywoływania lęku, smutku, żalu, radości, euforii), jaką miało (bądź nadal ma) dane zdarzenie. Żeby zobrazować to zjawisko, w literaturze dotyczącej RFT podaje się często przykład dziecka uczącego się reakcji na psa. Kiedy małe dziecko uczy się, że słowo „pies” oznacza dane zwierze, zaczyna reagować na samo słowo, jak i na psa. W sytuacji, gdy dziecko zostanie przez psa ugryzione (co wywoła zapewne uczucie strachu), jakiś czas później będzie prawdopodobnie reagowało na wypowiadane przez inną osobę samo słowo „pies”, bojąc się lub szukając schronienia. Nie będzie musiało widzieć fizycznie psa, by na niego reagować. W ten sposób wytworzone zostaje powiązanie pomiędzy słowem opisującym daną rzecz lub zdarzenie a emocją na tę rzecz lub to zdarzenie.

Opisane powyżej zjawisko jest konsekwencją rozwinięcia przez człowieka umiejętności werbalnych. Dzięki temu może on się uczyć różnych rzeczy bez konieczności doświadczania ich. Nie musi np. dotykać gorącego żelazka, żeby się dowiedzieć, że parzy – wystarczy, że werbalnie dowie się, że żelazko jest gorące. Niestety inną konsekwencją tworzenia wzajemnych zależności pomiędzy zdarzeniami czy przedmiotami a wytworami umysłu jest tworzenie takich połączeń, które powodują wzrost cierpienia psychicznego. Kiedy człowiek przykładowo doświadcza jakiegoś traumatycznego zdarzenia, tworzą się u niego powiązania pomiędzy tym wydarzeniem a emocją (np. smutkiem) oraz pomiędzy tym wydarzeniem a myślą (czyli np. wspomnieniami). Jednocześnie człowiek tworzy relację pomiędzy samą myślą (wspominaniem traumy) a emocją (odczuwaniem smutku). Jest zatem on w stanie odczuwać smutek na samo wspominanie danego zdarzenia. I ta właśnie implikacja RFT leży u podstaw praktyki psychoterapeutycznej.