Psychoterapia nie uchroni przed cierpieniem

Psychoterapia nie działa jak szczepionka, bo życie nie jest patogenem, przed którym można się zabezpieczyć raz na zawsze. To, co nas spotyka, nie jest „błędem systemu”, tylko częścią bycia w relacjach, w świecie, w ciele. Utrata, rozczarowanie, konflikt, choroba, zmiana, to wszystko nie jest czymś, co można wyeliminować przez pracę nad sobą.

To, co może się zmieniać, to nie tyle to, czy coś nas zaboli, ale to, jak ten ból jest przeżywany i co się z nim dalej dzieje.

W tym sensie psychoterapia bardziej przypomina rozwijanie zdolności regulacji niż budowanie odporności rozumianej jako „nic mnie już nie ruszy”. Raczej poszerza się to, co bywa opisywane jako okno tolerancji, czyli zakres doświadczeń, które jesteśmy w stanie pomieścić bez poczucia przytłoczenia albo odcięcia. Złość, smutek czy lęk nadal się pojawiają, ale rzadziej prowadzą do zalania, wycofania albo działań, które później jeszcze zwiększają cierpienie.

Psychoterapia nie usuwa cierpienia, raczej zmienia jego miejsce w doświadczeniu. Przestaje ono być czymś, co wszystko definiuje, a staje się jednym z elementów życia. I paradoksalnie, jednym z ważniejszych momentów w terapii bywa właśnie rozczarowanie wizją, że po terapii cierpienie zniknie. To trudne, bo oznacza rezygnację z nadziei na życie całkowicie wolne od bólu. A jednocześnie otwiera przestrzeń na coś bardziej realnego, na życie, w którym dyskomfort się pojawia, ale nie musi niszczyć ani organizować wszystkiego wokół siebie.

Fot. Tim Foster / Unsplash

Przeżywanie żałoby

W przeżywaniu żałoby nie ma drogi na skróty.

Przeżycie straty wiąże się z konfrontacją z takimi doświadczeniami, jak smutek, ból, lęk, poczucie winy, samotności, niesprawiedliwości czy przytłoczenia. Warto jednak zaznaczyć, że chodzi nie tylko o to, by dopuścić do siebie trudne uczucia związane z przeżywanie żałoby, ale również by – kiedy przyjdzie na to właściwy moment – pozwolić im odejść. Przeciąganie doświadczania żałoby może wynikać m. in. z rozpaczliwej chęci zatrzymania osoby, której dotyczy strata. Zgoda na przeminięcie uczuć związanych z żałobą mogłaby wtedy równać się z ostatecznym przyznaniem się do faktu, że danej osoby już nie ma, że odeszła i że trzeba zacząć żyć inaczej, na nowo, w innej rzeczywistości niż ta, która do tej pory była udziałem tej osoby.

Jeszcze jedną kwestią, wartą odnotowania, jest fakt, że proces żałoby nie wiąże się tylko z przeżywaniem negatywnych stanów emocjonalnych, z bólem i cierpieniem. Pojawiać się bowiem mogą zarówno uczucia przykre, jak i przyjemne. W procesie niepowikłanej żałoby obok przykrych przeżyć mogą się pojawiać w sposób naturalny takie uczucia, jak ulga i uspokojenie (np. po śmierci bliskiej osoby cierpiącej na przewlekłą chorobę). Często te doświadczenia emocjonalne prowadzą do pojawiania się poczucia winy i nielojalności, które utrudniają adaptację do życia po utracie kogoś bliskiego. Jednak pojawianie się w trakcie trwania żałoby przeżyć bardziej pozytywnych jest naturalną i zdrową reakcją na godzenie się ze stratą.

Nie istnieje jednak jeden szablon, podług którego miałby przebiegać właściwy proces żałoby. Kryzys ten przeżywany jest przez każdego inaczej. Porównywanie swoich reakcji do sposobów działania i doświadczania innych ludzi może nie tylko nie być pomocne, ale wręcz utrudniać proces adaptacji do nowej rzeczywistości.


Tekst pochodzi z mojego artykułu Wobec straty.

Fot. Kelly Sikkema / Unsplash

Żal mówi o tym, co jest dla nas ważne

Edith Piaf śpiewała, że nie żałuje niczego, i choć jej głos wciąż porusza, to temu przekazowi towarzyszy pewien kulturowy ideał, według którego życie bez żalu ma być oznaką siły i dojrzałości. Tymczasem żal nie jest defektem, który trzeba usuwać, lecz emocją opowiadającą o naszych granicach, o tym, co dla nas ważne, oraz o momentach, w których spotkaliśmy się z własną niedoskonałością. Badania Neala Roese’a oraz Amy Summerville pokazują, że żal bywa także sygnałem, że po prostu nam zależało. Kiedy próbujemy żyć tak, aby niczego nie żałować, wchodzimy w narrację, która może przynieść więcej szkody niż pożytku, ponieważ zachęca do unieważniania istotnych dla nas aspektów życia.

Unikanie żalu przypomina unikanie błędów, czasem nawet unikanie samego życia. Zdarza się, że stoi za tym chęć ochrony przed świadomością, że nie wszystkie decyzje były przemyślane, że nie zawsze byliśmy tacy, jak chcielibyśmy o sobie myśleć. W takiej strategii może mieścić się lęk przed tym, że nie z wszystkiego w naszym życiu będziemy zadowoleni. W literaturze psychologicznej żal bywa opisywany jako emocja regulująca, sygnalizująca rozminięcie się z własnymi wartościami, a nie jako słabość. Zdanie „chcę przeżyć życie tak, żeby niczego nie żałować” może zatem oznacza pragnienie ochrony przed konfrontacją z własną omylnością, próbę zbudowania narracji, w której nie ma miejsca na błędy, straty oraz decyzje, które z perspektywy czasu okazały się nietrafione. Może też oznaczać unikanie naturalnych emocji, które są częścią ludzkiego doświadczenia.

Żal jest tak samo ważny jak każda inna emocja i choć bywa bolesny, niesie w sobie potencjał rozwoju, refleksji oraz korekty życiowej ścieżki. Żałowanie jest w porządku, a czasem nawet konieczne, ponieważ zakorzenia nas w prawdziwości. Gdy potrafimy przyznać, że czegoś żałujemy, pojawia się przestrzeń na współczucie wobec siebie i na bardziej realistyczne widzenie własnej historii. Wtedy stajemy się bardziej ludzcy, mniej podatni na iluzję doskonałości i bardziej otwarci na uczenie się z własnych potknięć. Żal, jak każda emocja, domaga się uznania oraz miejsca. Zaprasza do odwagi, która pozwala spotkać się z konsekwencjami oraz zobaczyć siebie takim, jakim jesteśmy naprawdę.

Bibliografia:

Roese, N. J., Summerville, A. (2005). What we regret most … and why. Personality and Social Psychology Bulletin, 31(9), 1273–1285.

Fot. Matthew Henry / Unsplash

Psychoterapia jako proces żałoby

Fot. Sabine van Erp / Pixabay

Pacjenci przychodzą na psychoterapię z nadzieją na ulgę, z pragnieniem naprawienia siebie lub życia, które wydaje się nieudane. Dopiero w toku pracy okazuje się, że nie chodzi o „naprawienie” czegokolwiek, ale o uznanie tego, co zostało utracone, niedane, zniszczone. Jak zauważa Martha Stark, terapeuta towarzyszy pacjentowi w stawaniu twarzą w twarz z realnością, która wcześniej była zbyt bolesna, by ją przyjąć. To właśnie w tej konfrontacji zaczyna się żałoba: nie tylko po osobach czy wydarzeniach, lecz po wyobrażeniach o sobie, o świecie i o innych, które już nie mogą się utrzymać.

Nancy McWilliams mówi z kolei, że w psychoterapii pacjent stopniowo godzi się z faktem, iż jego cierpienie nie jest jego winą, a zarazem nikt inny nie może go z niego „uratować”. Utrata tej iluzji wszechmocnego obiektu – rodzica, partnera, terapeuty – bywa jednym z najbardziej bolesnych etapów terapii. To moment, w którym pacjent przestaje szukać wybawienia i zaczyna podejmować odpowiedzialność za swoje życie. Ta przemiana nie jest aktem jednorazowym, lecz procesem, który – jak każda żałoba – wymaga czasu, bólu i cierpliwości wobec własnych granic.

Żałoba w terapii nie jest więc końcem nadziei, lecz jej przekształceniem. Uczy, że można żyć w świecie nieidealnym, bez konieczności idealizowania innych i bez ciągłego karania siebie. Z tej akceptacji rodzi się coś nowego: nie tyle szczęście rozumiane jako brak bólu, ile dojrzałość i zdolność do jego pomieszczenia. Terapeutyczna żałoba jest więc paradoksalnie początkiem życia bardziej realnego, opartego nie na fantazji naprawy, lecz na gotowości, by być w prawdzie o sobie.

Niejednoznaczna strata

W codziennej praktyce psychoterapeutycznej często spotykam sytuacje, które trudno sklasyfikować jako typową stratę. W psychologii istnieje na to określenie: niejednoznaczna utrata (ambiguous loss). Pojęcie to stworzyła psycholożka, psychoterapeutka rodzin i badaczka Pauline Boss. To „strata bez zamknięcia”, której cechą charakterystyczną jest brak rytuałów pomagających pogodzić się z tym, co zostało utracone. W takich chwilach pacjentki i pacjenci tkwią w liminalnej przestrzeni, zawieszeni między tym, co było, a tym, co może, lecz nie musi się wydarzyć. Na przykład pojawiająca się utrata roli czy relacji, jak przy demencji u bliskiej osoby („Czy nadal jestem dzieckiem dla rodzica, który już mnie nie pamięta?”) albo w sytuacji, kiedy bliski umiera („Czy mogę już się pożegnać, czy nadal mogę się cieszyć, że żyje?”), nie może zostać opłakana jako strata ostateczna. Stan psychologicznej nieobecności, „tu, ale już nie tu” (here, but not here), uniemożliwia przejście do żałoby w klasycznym znaczeniu.

Tego typu żałoba nie tylko zatrzymuje proces opłakiwania, lecz także rodzi paradoksalny konflikt: z jednej strony na coś jest już za późno (bo widzimy, że strata dokonała się po części), a z drugiej strony wciąż czekamy, jakby na potwierdzenie ostateczne („coś jeszcze musi się zdarzyć”). U osoby doświadczającej niejednoznacznej straty ten stan żałoba trwa w formie oczekiwania i może prowadzić zarówno do przedłużającego się bólu, jak i do utrudnienia emocjonalnej adaptacji.

W terapii ważne jest, aby nazwać to doświadczenie, osadzić je w relacji terapeutycznej i wspólnie szukać sposobów na to, by „żyć dalej” mimo braku odpowiedzi, mimo braku zamknięcia. Model terapeutyczny, który proponuje Pauline Boss, odchodzi od idei ostatecznego „zamknięcia”. Zamiast tego skupia się na budowaniu odporności, znaczenia oraz na „oswajaniu niepewności”, czyli uczeniu się życia w warunkach, w których do prawdy nie da się dotrzeć. To szczególnie bliska mi perspektywa, o której pisałem w poście o zdolności negatywnej .

Fot. Leiada Krözjhen / Unsplash

Idealny wybór nie istnieje

Fot.  Jon Tyson / Unsplash

Podczas dokonywania wyborów człowiekowi zawsze towarzyszy niepewność: jeśli wybiorę tę pracę, to czy moje życie będzie lepsze? Jeśli zdecyduję się na to mieszkanie, czy wpłynie to pozytywnie na mnie? A może jednak dokonam złego wyboru? W poczuciu odpowiedzialności za swoje decyzje przewidujemy pojawienie się własnych, nieprzyjemnych dla nas emocji, jeśli wybór, którego dokonamy, przyniesie niechciane konsekwencje.

Przy mnogości możliwości, jakie oferuje człowiekowi współczesna cywilizacja oraz przy ograniczonym czasie, a także nie dość skutecznych narzędziach umożliwiających przeanalizowanie wszystkich opcji, człowiek zmuszony jest do ignorowania części informacji, jak również do porzucania niektórych możliwości, jakie oferuje życie. Odejście od przekonania, że można zdobyć wszystko, o ile się mądrze wybiera, pomaga uporać się z faktem, że rozczarowanie jest wpisane w wybór, a każdej decyzji towarzyszy poczucie straty.

Wybory, których dokonujemy, zależą od miejsca, w którym mieszkamy, ludzi, którymi się otaczamy. Idealny wybór nie istnieje. I nieważne, jak dobrze się przygotujemy do podjęcia decyzji, zawsze może się wydarzyć niespodzianka, nie przewidzimy wszystkiego. Dlatego, żeby zmniejszyć trochę presję związaną z wyborami w naszym życiu, warto mieć na uwadze fakt, że każda decyzja, jaką podejmujemy, niesie w sobie ryzyko i stratę, ale również możliwości i szanse.


Tekst pochodzi z artykułu Oszołomieni możliwościami.

Mit pięciu faz procesu żałoby

Photo by ameenfahmy on Unsplash

W 1969 roku lekarka Elisabeth Kübler-Ross opublikowała swoją książkę „Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Przedstawiony w niej model przeżywania żałoby początkowo dotyczył ludzi, którzy dowiadywali się, że są śmiertelnie chorzy. Później autorka rozszerzyła go również na osoby, które doświadczyły straty w postaci odejścia kogoś bliskiego. Model ten zakładał istnienie pięciu etapów (faz) żałoby, którymi były: zaprzeczanie, gniew/złość, targowanie się, depresja oraz akceptacja.

Współcześnie większość terapeutów czy psychologów, zajmujących się pomocą osobom doświadczającym żałoby, traktuje ten model jedynie jako relikt przeszłości. Wiadome bowiem jest, że ludzie różnie reagują na stratę. Mogą występować różne etapy radzenia sobie z sytuacją odejścia bliskiej osoby. Proces ten jest bardzo indywidualny, zależny od wielu czynników (osobowości danego człowieka, relacji z bliskim, który odszedł, sposobem w jaki odszedł itd.) i nie sposób go opisać w kilkuetapowym modelu teoretycznym.


Tekst pochodzi z artykułu Wobec straty.

Trudny wybór

Fot. Nathan Dumlao / Unsplash

Współczesny przekaz społeczny mówi wprost: „wybór należy do ciebie”, a co za tym idzie: „wszystko zależy od ciebie”. Powstaje zatem w człowieku przekonanie, że całe jego życie zależy od trafności wyborów. Jeśli będzie podejmować słuszne decyzje, osiągnie wszystko, o czym marzy. Takie przekonanie, przy ciągłej konieczności wybierania pomiędzy różnorodnymi opcjami, nakłada olbrzymią odpowiedzialność, może budzić niepewność, a zamiast poczucia swobody, płynącej z możliwości wyboru, przynosić lęk przed stratą, ponieważ jeśli wybierze się jedną opcję, straci się cały wachlarz innych okazji. I zamiast działać, człowiek stoi w miejscu, obezwładniony lękiem przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji.

Psycholog Barry Schwartz, autor „Paradoksu wyboru”, mówi, że nawet jeśli uda się człowiekowi pokonać ów paraliż i podjąć decyzję, jest on mniej zadowolony z dokonanego wyboru, niż gdyby wybierał spośród mniejszej liczby alternatyw. Psycholog podaje kilka powodów, za sprawą których tak się dzieje. Po pierwsze mamy wątpliwości, czy nasz wybór na pewno jest dobry (nie jesteśmy w stanie sprawdzić absolutnie wszystkich możliwości). Po drugie, nawet jeśli nasza decyzja jest właściwa, dostrzegamy atrakcyjność innych wyborów (jest to tzw. „koszt alternatywny”). Po trzecie w związku z tym, że wybór dostępnych opcji jest tak przeogromny, rosną nasze oczekiwania, a tym samym coraz częściej narażamy się na rozczarowania, kiedy rzeczywistość nie jest w stanie sprostać naszym wymaganiom. I po czwarte, kiedy doświadczamy rozczarowania, ponieważ podjęty przez nas wybór jest niesatysfakcjonujący, zaczynamy obwiniać siebie za podjęcie złej decyzji.


Tekst pochodzi z artykułu Oszołomieni możliwościami, dostępnym na naszej stronie.

Gdzie jesteś Romeo?

Wraz z latami każdy związek się zmienia, ewoluuje. Niektóre osoby żałują, że ich związek nie jest taki jak 30 lat temu. I jest to zrozumiałe, ponieważ, kiedy relacja się zmienia, może pojawić się tęsknota za dawnymi czasami, opłakanie ich, nawet żałoba, a potem może zrobić się miejsce na nowe. Co nie oznacza, że nudne i mniej wartościowe. Po prostu inne. Problem pojawia się w parach, które z czasem rozjechały się światopoglądowo. Jeśli jest to tylko kwestia zainteresowań, sposobu spędzania czasu wolnego, mamy spore pole do dyskusji i kompromisu. Ważne jest również uświadomienie sobie, że nie wszystko musimy robić razem. Esther Perel, belgijska psycholożka badała, jak to się dzieje, że niektóre pary z długoletnim stażem, łączy namiętność. Z wiekiem temperatura w związku spada, jej miejsce zastępuje bezpieczna bliskość. Odkryła, że namiętne są związki, które się zaskakują. Jedno z parterów wyjeżdża w podróż, ma zainteresowania, do którego drugie nie ma dostępu. Kiedy znów się spotykają, są siebie ciekawi, spragnieni.

Więcej w artykule „Gdzie jesteś Romeo?

Fot. Olessya / Pixabay 

WOBEC STRATY

W 1969 roku lekarka Elisabeth Kübler-Ross opublikowała swoją książkę „Rozmowy o śmierci i umieraniu”. Przedstawiony w niej model przeżywania żałoby początkowo dotyczył ludzi, którzy dowiadywali się, że są śmiertelnie chorzy. Później autorka rozszerzyła go również na osoby, które doświadczyły straty w postaci odejścia kogoś bliskiego. Model ten zakładał istnienie pięciu etapów (faz) żałoby, którymi były: zaprzeczanie, gniew/złość, targowanie się, depresja oraz akceptacja. Współcześnie większość terapeutów czy psychologów, zajmujących się pomocą osobom doświadczającym żałoby, traktuje ten model jedynie jako relikt przeszłości. Wiadome bowiem jest, że ludzie różnie reagują na stratę. Mogą występować różne etapy radzenia sobie z sytuacją odejścia bliskiej osoby. Proces ten jest bardzo indywidualny, zależny od wielu czynników (osobowości danego człowieka, relacji z bliskim, który odszedł, sposobem w jaki odszedł itd.) i nie sposób go opisać w kilkuetapowym modelu teoretycznym.

Społeczne aspekty żałoby

Na charakter samego procesu żałoby wpływ ma kilka czynników. Między innymi są to czynniki osobowościowe, kulturowe czy cywilizacyjne. Te ostatnie wynikają chociażby z szybkiego rozwoju nauk medycznych, który to rozwój skupiony jest głównie wokół ulepszania procesów zdrowienia oraz rozszerzania zakresu działań medycznych. Owo zagarnianie przez medycynę obszarów życia, które pierwotnie nie były uznawane za patologiczne, nosi nazwę medykalizacji. Marcin Moskalewicz, historyk idei i adiunkt w Katedrze Historii Nauk Medycznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, definiuje medykalizację jako proces polegający na „postępującym definiowaniu zjawisk pierwotnie (choć niekoniecznie istotowo) niemedycznych jako zjawisk medycznych, a więc na opisywaniu ich za pomocą języka medycznego, włączaniu w obszar kompetencji i władzy lekarzy oraz radzeniu sobie z nimi za pośrednictwem środków uznawanych za medyczne”. Przyjmując taką definicję za medykalizację można uznać skrócenie w DSM V (klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) czasu żałoby do dwóch tygodni. W poprzedniej edycji tej klasyfikacji czas żałoby określany był na dwa miesiące. W jeszcze wcześniejszej – określany był na rok. Socjolog, Zygmunt Bauman w swojej książce „Ponowoczesność jako źródło cierpień” mówi wręcz, że żałoba poddawana jest współcześnie psychiatryzacji i terapii.

Coraz częściej kwalifikuje się negatywne emocje i doświadczenia jako patologiczne, wymagające szybkiego usunięcia z życia. Socjologowie Allan V. Horwitz i Jerome C. Wakefield zwracają uwagę, że za tym zjawiskiem stoi imperatyw społeczny, wynikający z przyczyn ekonomicznych rynku pracy, który stara się wymusić na jednostkach danego społeczeństwa maksymalizację produktywności i efektywności (np. poprzez zmniejszanie liczby tych dni, kiedy dana osoba jest niedysponowana zawodowo). W ten sposób kształtowane są ludzkie postawy czy sposoby przeżywania doświadczeń życiowych. Uprawomocnione zatem zostaje doświadczanie pozytywnych emocji, podczas gdy negatywne postrzegane są jako pozbawione sensu, a co za tym idzie niepożądane w codziennym funkcjonowaniu człowieka. Odnosząc się do wspomnianych wcześniej norm czasowych, dotyczących przeżywania żałoby, można wyciągnąć wniosek, że doświadczanie negatywnych emocji po stracie bliskiej osoby, trwające dłużej niż dwa tygodnie, powinno być niepokojącym sygnałem, wskazującym na konieczność poddania się terapii lub farmakologii.

Skutkiem tego jest – jak trafnie zauważa psycholog i psychoterapeuta Wojciech Eichelberger – nowe, niepokojące zjawisko, polegające na tym, że do gabinetów terapeutycznych coraz częściej przychodzą ludzie tydzień lub dwa po stracie bliskiej osoby, zaniepokojeni faktem, że cały czas są smutni. Pytają, czy przypadkiem nie potrzebują terapii lub leków. Oczekują, że dwa tygodnie na przeżycie żałoby są wystarczającym okresem, po którym powinni bez problemu wrócić do pracy, a ich motywacja i efektywność powinny być na takim poziomie, jak u innych pracowników.

Psychologiczne aspekty żałoby

Brak dawania sobie czasu na przeżycie żałoby, oczekiwanie, że negatywne emocje nie powinny trwać długo, nie sprawi automatycznie, że te trudne doświadczenia znikną. Mało tego, nieprzeżyta wystarczająco żałoba może odbijać się w przyszłości negatywnymi konsekwencjami w postaci destrukcyjnych zachowań, intruzywnych (wdzierających się masowo do świadomości) myśli czy trudności w kontaktach międzyludzkich. Dzieje się tak, ponieważ zaprzeczając lub marginalizując uczucia smutku, tęsknoty czy żalu związanego z odejściem bliskiej osoby, człowiek nie pozwala, by te negatywne uczucia naturalnie wybrzmiały i odeszły. Zamiast tego mogą utrwalić się one i przerodzić w długotrwały (czasami wieloletni) chroniczny kryzys związany ze stratą.

Jak wskazują na to psychologowie, w przeżywaniu żałoby nie ma drogi na skróty. Manu Keirse, psycholog kliniczny i doktor nauk medycznych, wskazuje, że wprawdzie uciekanie w wir pracy i obowiązków, przyjmowanie postawy, że wszystko jest w porządku, próby niekoncentrowania się na stracie owszem działają, jednak tylko w krótkim okresie. Na dłuższą metę takie zachowania mogą namnażać problemy psychiczne, blokować rozwój, skutkować występowaniem objawów somatycznych czy też dać o sobie znać w trudnych momentach (np. pod postacią nagłych napadów złości czy płaczu).

Przeżycie straty wiąże się zatem z konfrontacją z takimi doświadczeniami, jak smutek, ból, lęk, poczucie winy, samotności, niesprawiedliwości czy przytłoczenia. Warto jednak zaznaczyć, że chodzi nie tylko o to, by dopuścić do siebie trudne uczucia związane z przeżywanie żałoby, ale również by – kiedy przyjdzie na to właściwy moment – pozwolić im odejść. Przeciąganie doświadczania żałoby w nieskończoność może wynikać m. in. z rozpaczliwej chęci zatrzymania osoby, której dotyczy strata. Zgoda na przeminięcie uczuć związanych z żałobą mogłaby wtedy równać się z ostatecznym przyznaniem się do faktu, że danej osoby już nie ma, że odeszła i że trzeba zacząć żyć inaczej, na nowo, w innej rzeczywistości niż ta, która do tej pory była udziałem tej osoby.

Jeszcze jedną kwestią, wartą odnotowania, jest fakt, że proces żałoby nie wiąże się tylko z przeżywaniem negatywnych stanów emocjonalnych, z bólem i cierpieniem. Pojawiać się bowiem mogą zarówno uczucia przykre, jak i przyjemne. Psychiatra i psychoterapeuta, Paweł Brudkiewicz, zwraca uwagę, że „w procesie niepowikłanej żałoby obok przykrych przeżyć mogą się pojawiać w sposób naturalny uczucia ‘pozytywne’, takie jak ulga i uspokojenie (np. po śmierci bliskiej osoby cierpiącej na przewlekłą chorobę). Często te doświadczenia emocjonalne prowadzą do pojawiania się poczucia winy i nielojalności, które utrudniają adaptację do życia po utracie kogoś bliskiego”. Pojawianie się w trakcie trwania żałoby przeżyć bardziej pozytywnych jest więc naturalną i zdrową reakcją na godzenie się ze stratą. Nie istnieje jednak jeden szablon, podług którego miałby przebiegać właściwy proces żałoby. Kryzys ten przeżywany jest przez każdego inaczej. Porównywanie swoich reakcji do sposobów działania i doświadczania innych ludzi może nie tylko nie być pomocne, ale wręcz utrudniać proces adaptacji do nowej rzeczywistości.

Budowanie nowej tożsamości

Pełne przeżycie żałoby, pozwolenie sobie na doświadczanie różnorakich, czasami skrajnych emocji, przechodzenie przez różne etapy godzenia się ze stratą stanowią podstawę zdrowego radzenia sobie z tak ciężkim doświadczeniem, jakim jest odejście bliskiej osoby. Nie ma jednoznacznych kryteriów, za pomocą których można by było ustalić, ile powinien trwać cały proces żałoby. Kiedy – po kilku miesiącach lub nawet dłużej – żałoba się kończy, warto mieć na uwadze, że smutek, łzy i tęsknota mogą się jeszcze pojawić w życiu. Jednak po okresie stopniowej akceptacji nowej rzeczywistości będą pojawiać się już w sposób nieutrudniający funkcjonowanie w życiu.

Czas na żałobę jest potrzebny do zbudowania nowej tożsamości. Zmienia się nie tylko otaczająca rzeczywistość, ale i sam człowiek ulega transformacji. Jest to proces budowania nowego ja poprzez integrowanie i akceptowanie innego stanu rzeczy. Jest to niekiedy czas na szukanie nowego sposobu funkcjonowania w świecie, na znajdywanie być może nowych celów i wartości, na lepsze zrozumienie siebie i świata. Okres żałoby nie jest potrzebny to tego, by wyleczyć się z bólu po stracie – bardziej do nauczenia się tego, jak żyć z bólem i stratą.

Autor: Igor Rotberg
 
 
Dla zainteresowanych:

Bauman, Z. (2000). Ponowoczesność jako źródło cierpień. Warszawa: Wydawnictwo Sic!
Brudkiewicz, P. (2013). Żałoba i depresja w przebiegu żałoby, Medycyna Praktyczna [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Horwitz, A.V., Wakefield, J.C. (2007). Loss Of Sadness: How Psychiatry Transformed Normal Sorrow into Depressive Disorder. New York: Oxford University Press
Keirse, M. (2004). Smutek strata żałoba. Jak sobie z nimi radzić? Jak pomóc innym?, tłum. Wężowska, M., Radom: Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne
Konigsberg, R. D. (2010). The truth about grief: The myth of its five stages and the new science of loss. New York, NY: Simon & Schuster
Kübler-Ross, E. (1979). Rozmowy o śmierci i umieraniu, tłum. Doleżal-Nowicka, I., Poznań: Media Rodzina
Moskalewicz, M. (2012). Medykalizacja: patogeneza i objawy, Academia.edu [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Pawłowicz, B. (2012). Chemicznie sterowani, w Programy Eichelbergera, Zwierciadło [online]. Dostępny w Internecie tutaj.
Znamirowska-Soczawa, B. (2013) Teraz mogę wszystko. Być Kobietą Dojrzałą, Katowice: Stasiówka.

Artykuł dostępny jest również na portalu naTemat.