Pop psychologia to nie psychologia – cz. 4

I to kolejna, już czwarta odsłona cyklu „pop‑psychologia to nie psychologia”, w którym rozprawiam się z powszechnymi nieporozumieniami dotyczącymi terminów psychologicznych oraz interpretacji niektórych zjawisk. Podobnie jak we wcześniejszych wpisach, nie przytaczam twierdzeń pop‑psychologicznych – po prostu wskazuję i objaśniam, co jest w nich nie tak.

  • Człowiek nie jest kowalem swojego losu. Nie wszystko w naszym życiu zależy od naszych decyzji – wpływ mają również czynniki społeczne, biologiczne i ekonomiczne, często leżące poza naszą kontrolą.
  • Burza mózgów nie zawsze przynosi najlepsze pomysły. Zespoły tworzą ich zwykle mniej niż osoby pracujące indywidualnie. Dlatego częściej lepiej wymyśla się pomysły pracując samemu.
  • Rodzicielstwo bliskości to nie jest skupianie się na potrzebach dziecka. To podejście zakłada uwzględnianie wszystkich relacji w systemie rodzinnym. Dodatkowo rodzice nie muszą być perfekcyjni ani dysponować nieograniczonymi zapasami cierpliwości – dobrze, jeśli czasem popełniają błędy.
  • Nie każdy, kto ma trudności z organizacją czasu czy prokrastynację, ma ADHD. Gonitwa myśli, skłonność do odkładania spraw to coś, co wiele osób doświadcza – ale nie musi być to symptom zaburzenia. Diagnozę stawia specjalista.

Link do pierwszej części cyklu TUTAJ. Link do drugiej części TUTAJ. Link do trzeciej części TUTAJ.

Fot. hjrivas / Pixabay

Nie muszę być szczęśliwa, szczęśliwy

Akceptacja własnych ograniczeń, niekomfortowych przeżyć oraz tego, że nie zawsze jesteśmy szczęśliwi, sprawia, że możemy kochać samych siebie oraz nawiązywać głębokie relacje z innymi. Ludzie, którzy nie dążą do bycia szczęśliwymi za wszelką cenę, są – wbrew pozorom – bardziej zadowoleni z życia od tych, których cechuje perfekcjonizm i poczucie samowystarczalności, którzy dążą do dopasowania się do określonego modelu doświadczania życia. Ci pierwsi, akceptując swoje niedoskonałości, nie muszą koniecznie zarabiać więcej, znaleźć natychmiast partnera, urodzić dziecko czy przepracować wszystkie swoje zaprzeszłe, negatywne doświadczenia na terapii, by czuć się dobrze ze sobą. Osoby te popełniają błędy w życiu, ale nie postrzegają tych porażek w kategoriach nieszczęścia czy bycia gorszymi. Dają sobie nie tylko prawo do niepowodzeń, ale również do różnych uczuć i myśli, do gorszych dni i gorszego samopoczucia. Akceptują niepewność, jaką niesie samo życie. Ponieważ szczęście nie jest dla nich priorytetem, nie czują frustracji i złości z powodu tego, że ich życie nie jest idealne, a oni sami wiecznie szczęśliwi.

Odejście od społecznego przymusu ciągłego dążenia do polepszania swojego samopoczucie daje nam więcej możliwości doświadczania życia oraz ułatwia samoakceptację. Nie chodzi jednak o to, aby rozsiąść się na własnym nieszczęściu, odrzucając możliwość przeżywania jakichkolwiek pozytywnych chwil w życiu. Chodzi raczej o zauważenie, że miłe i trudne doznania są częścią psychicznego życia człowieka. Samo doświadczanie przyjemnych lub nieprzyjemnych stanów nie jest kłopotem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy usilnie koncentrujemy się na doświadczaniu tylko jednego rodzaju doznań. Szczęście jawi się raczej jako możliwość, nie konieczność, a już na pewno nie jako cel sam w sobie.


Tekst pochodzi z mojego artykułu Co z tym szczęściem?

Borderline: między skrajnymi emocjami

Niedawno miałem przyjemność uczestniczyć w projekcie społecznym Psychobzdury, realizowanym w ramach olimpiady Zwolnieni z Teorii. To inicjatywa młodych ludzi, dla których stan zdrowia psychicznego Polaków ma znaczenie.

Na naszym spotkaniu podjęliśmy rozmowę o tym, czym tak naprawdę jest zaburzenie osobowości typu borderline. Zastanawialiśmy się, skąd wzięła się jego powszechność w mediach społecznościowych i dlaczego coraz częściej pojawia się w narracjach młodych osób. Co stoi za tym, że wiele osób mówi: „mam borderline”? I wreszcie – dlaczego rekomenduje się nie stawianie tej diagnozy przed 18. rokiem życia?

Zastanawialiśmy się też o nad tym, jak rozmawiać o zaburzeniach osobowości z empatią – bez idealizowania, ale i bez stygmatyzowania. Jak budować etyczną narrację: wrażliwą, odpowiedzialną, wolną od ocen, ale też bez romantyzującego tonu tak by wspierać, a nie redukować człowieka do diagnozy.

Zapraszam do wysłuchania całości. Link do podcastu TUTAJ.

Fot. IR / Canva

Szczęście w przyszłości

Przekaz społeczny pełen imperatywów, każących nam nieustanie doskonalić siebie i swoje życie, wikła nas w przekonanie, że w przyszłości unikniemy cierpienia. Niestety powoduje to zwiększanie cierpienia, ponieważ sugeruje nie wprost, że możemy przeżywać szczęście tylko w wyidealizowanej, przyszłej rzeczywistości.

Chybione jest również przekonanie, iż jeśli już przepracujemy wszystko, co mamy do przepracowania, zmienimy całkowicie nasz sposób myślenia, naprawimy swój związek lub zmienimy na bardziej harmonijny, wtedy przyszłość przyniesie nam szczęście.

Oczywiście nie znaczy to, że należy zarzucić jakąkolwiek pracę nad zmianą swoich przyzwyczajeń, nawyków, szkodliwych przekonań czy destrukcyjnych zachowań. Błędne natomiast jest lokowanie szansy na przeżywanie szczęścia dopiero w przyszłości, która jest ze swojej natury i definicji nieprzewidywalna i może nam przynieść nie tylko przyjemne momenty, ale również problemy. Nie tylko szczęście, ale i smutek. I to bez względu na to, jak bardzo będziemy pracować nad sobą.

Ciągłe traktowanie naszego życia jako problemu do rozwiązania zarówno ogranicza możliwości przeżywania dobrych chwil, które są naszym udziałem, jak i sprawia, że postrzegamy teraźniejszość jako nie dość satysfakcjonującą i niewartą naszej pełnej uwagi. Dodatkowo możemy przeżywać frustrację z powodu tego, że przyszłość – kiedy już staje się teraźniejszością – nie przynosi nam tak idealnego życia, jakie planowaliśmy dla siebie. Więc nie dość, że jesteśmy rozczarowani tym, co przyszłe zdarzenia mają nam do zaoferowanie, to jeszcze możemy obwiniać siebie za nieumiejętność zarządzania swoim życiem tak, by było ono idealne.


Tekst pochodzi z mojego artykułu W świecie imperatywów.

Fot. IR / Canva

Zdolność negatywna

Zdolność negatywna to umiejętność stanięcia twarzą w twarz z niepewnością — i powiedzenia sobie: „Nie wiem”. Nasz umysł uwielbia gotowe rozwiązania, bo kiedy pojawia się problem, od razu szuka mapy, planu czy schematu, by jak najszybciej się z nim uporać. Jednak to napięcie między pragnieniem jasności a brakiem ostatecznej odpowiedzi tworzy przestrzeń dla kreatywności, nowych pomysłów i głębszego zrozumienia siebie.

Angielski poeta, John Keats po raz pierwszy opisał tę zdolność w liście do swoich braci w grudniu 1817 roku jako zdolność bycia w niepewności i wątpliwościach bez irytującego pospiechu w poszukiwaniu faktów. Pojęcie to rozwinął później Wilfred Bion, wskazując, że tolerowanie frustracji i niewiedzy jest podstawową umiejętnością terapeuty, pozwalającą na głębsze poznanie pacjenta bez pochopnych ocen.

Kształtowanie tej umiejętności zaczyna się już we wczesnym dzieciństwie, gdy rodzice, zamiast natychmiast interweniować, wstrzymują się z reakcją i obserwują sygnały wysyłane przez dziecko. Dzięki temu uczy się ono, że moment niepewności to nie pustka czy zagrożenie, lecz strefa, w której można znaleźć najtrafniejsze rozwiązanie. W praktyce oznacza to, że zamiast od razu sięgnąć po słowa pocieszenia czy szybkie remedium, rodzice pytają: „Co się dzieje?” i poświęcają chwilę na refleksję nad przyczyną płaczu. Taki model wychowania sprzyja samoregulacji i otwartości na niewiedzę. Zatem fundament tej zdolności leży w sposób, w jaki opiekunowie prowadzą „dialog” z nieznanym — ucząc dziecko, że kryzys chwili to zaproszenie do wspólnego poszukiwania najlepszego rozwiązania, a nie powód do lęku.

Negatywna zdolność nie jest łatwa, ale poprzez świadome ćwiczenia możemy rozwijać odporność psychiczną oraz elastyczność kreatywną, nawet jako dorośli. Przyglądanie się lękom i wątpliwościom bez natychmiastowej interwencji wzmacnia regulację emocji. Możemy ćwiczyć praktykę uważności — pozwalając myślom wpływać i odpływać bez oceniania ich lub prób natychmiastowej ich zmiany — oraz świadomie mówić „nie wiem”, choć umysł podpowiada gotowe odpowiedzi. Gdy pojawią się trudne emocje, zamiast próbować je od razu zmienić czy stłumić, warto „posiedzieć” z nimi chwilę, obserwując je uważnie. Dzięki temu nasza odporność psychiczna wzrasta, a pustka staje się przestrzenią dla nowych pomysłów i głębszych relacji.

Fot. IR / Canva

Neurobiologia flashbacków

Flashbacki, czyli nagłe odtwarzanie traumatycznych wspomnień w czasie teraźniejszym, mogą być bardzo intensywne i niekontrolowane. Kluczową rolę odgrywa ciało migdałowate, które odpowiada za reakcje emocjonalne – zwłaszcza lęk. U osób po traumie reaguje ono nadmiernie na bodźce przypominające uraz.

Jednocześnie hipokamp, który zazwyczaj lokalizuje wspomnienia w czasie i przestrzeni, wskutek przewlekłego stresu bywa osłabiony zarówno strukturalnie, jak i czynnościowo. W efekcie obraz wspomnienia zostaje oderwany od kontekstu, co potęguje jego siłę.

Dodatkowo, kora przedczołowa często nie radzi sobie z odpowiednią regulacją tych silnych emocji, przez co osoba traci kontrolę nad napływem wspomnień. Na poziomie neurochemicznym flashbacki wzmacnia wyższy poziom noradrenaliny i kortyzolu, które w stresie wzmacniają ślady sensoryczne i emocjonalne, co zaburza pełne utrwalanie wspomnień.

Dlaczego to ma znaczenie w terapii?

Proces rekonsolidacji, czyli ponownego przepracowania wspomnienia w bezpiecznym otoczeniu, pozwala obniżyć jego emocjonalne natężenie. Integracja śladów sensorycznych z narracją może osłabić nadmierne połączenia między ciałem migdałowatym a hipokampem, a wzmocnienie kontroli kory przedczołowej poprawia zdolność panowania nad pojawiającymi się obrazami. Dzięki temu terapeuci wspierają pacjentów w bezpiecznym łączeniu fragmentarycznych wspomnień z pełną historią przeżyć.

W efekcie osoby zmagające się z flashbackami mogą stopniowo odzyskać poczucie bezpieczeństwa, a intensywność i częstotliwość tych niechcianych odtworzeń ulega znacznemu osłabieniu.

Fot. IR / Canva

ADHD? Autyzm? Kiedyś tego nie było…

ADHD? Spektrum autyzmu? Kiedyś tego nie było… Czyżby?

Cechy i objawy związane z ADHD oraz spektrum autyzmu (ASD) istniały na długo przed ich sformalizowaniem w ramach współczesnej diagnostyki psychiatrycznej. Poniżej przedstawiam kilka argumentów przemawiających za tym poglądem:

  1. Stabilność genetyczna i neurobiologiczna – ADHD i ASD mają silne podłoże genetyczne. Badania wykazują wysoką dziedziczność tych zaburzeń. Ponieważ genotyp człowieka nie uległ drastycznym zmianom na przestrzeni kilku pokoleń, predyspozycje neurorozwojowe były obecne również w przeszłości.
  1. Historyczne opisy zachowań – zachowania charakterystyczne dla tych zaburzeń pojawiają się w dokumentach, literaturze oraz relacjach medycznych z wcześniejszych epok.

Badacze wskazują, że cechy przypominające ADHD można odnaleźć w postaciach literackich, takich jak: tytułowy bohater „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, Bolesław Śmiały z „Króla Duchu” Juliusza Słowackiego, Józio z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza oraz bohatera „Daremnej pracy” Ignacego Krasickiego.

Z kolei cechy przypominające spektrum autyzmu dostrzegalne są u postaci literackich, m.in. u bohaterów „Sklepów cynamonowych” Bruno Schulza, Bartleby’ego z książki „Bartleby, the Scrivener” (wydanej w 1853 roku autorstwa Hermana Melville’a) oraz Myszkina z powieści „Idiota” Fiodora Dostojewskiego.

  1. Retrospektywne badania epidemiologiczne – badania te polegają na reinterpretacji opisów zachowań z historycznych źródeł, takich jak raporty szkolne czy dzienniki medyczne, co pozwala na identyfikację objawów zgodnych z obecnymi kryteriami diagnostycznymi.
  1. Ewolucyjna perspektywa – z ewolucyjnego punktu widzenia pewne cechy, klasyfikowane współcześnie jako objawy ADHD oraz ASD, mogą być interpretowane jako adaptacyjne w określonych warunkach środowiskowych.
  1. Zmiany w systemie diagnostycznym – ewolucja systemów diagnostycznych nie zmienia faktu, że pewne wzorce zachowań są stałą częścią ludzkiego rozwoju, a zmiana kryteriów diagnostycznych oraz rosnąca świadomość społeczna doprowadziły do lepszej identyfikacji i wsparcia dla osób z tymi zaburzeniami, a nie do ich powstania.

Fot. IR / Canva

Praca terapeutyczna z pacjentem w obliczu nagłej choroby

To już ostatni moment, by dołączyć na żywo (później będzie możliwość odsłuchania) do mojego webinaru „Praca terapeutyczna z pacjentem w obliczu nagłej choroby„. Szkolenie to ma na celu wyposażenie specjalistów w wiedzę niezbędna do pracy z pacjentami mierzącymi się z nagłą chorobą.

Nagła diagnoza – czy to ciężkiej choroby somatycznej, jak nowotwór, czy psychicznej, jak zaburzenie afektywne dwubiegunowe – to wydarzenie, które może wywrócić życie pacjenta do góry nogami. Wywołuje ono kryzys, który dotyka nie tylko zdrowia, ale także tożsamości, relacji, poczucia kontroli i bezpieczeństwa. Rolą terapeuty jest towarzyszenie w procesie adaptacji do tej nowej rzeczywistości, wspieranie w radzeniu sobie z lękiem, smutkiem, żalem i niepewnością, a także pomoc w odbudowie wewnętrznych zasobów.

Cele dydaktyczne: 

Podczas spotkania omówione zostaną:

  • postrzeganie choroby przez pacjenta – jako ważny aspekt zarówno procesu terapeutycznego, jaki radzenia sobie z diagnozą;
  • rola komunikacji z pacjentem zarówno w gabinecie terapeutycznym, jak i w odniesieniu do psychoedukacji rodziny pacjenta;
  • strategie terapeutyczne wspierające regulację emocji, wzmacnianie poczucia sprawczości oraz budowanie nadziei i zasobów;
  • praca z rodziną pacjenta w budowaniu systemu wsparcia, radzeniu sobie z napięciami w relacjach oraz wspieraniu procesu leczenia i adaptacji do choroby.
  • CSS (zespół zmęczenia opiekuna) i sposoby dbania o siebie – jako ważne elementy pomocy osobie chorej.

Termin: 14 kwietnia 2025 godz. 17:00 – 21:00

Zapisy TUTAJ

Dojrzałość emocjonalna – pomieszczanie ambiwalencji

Fot. Ivan Bandura / Unsplash

Dojrzałość emocjonalna polega na umiejętności pomieszczania ambiwalencji, czyli przyjmowania, że zarówno my, jak i otaczający nas świat nie jesteśmy ani całkowicie idealni, ani zupełnie zepsuci. Polega to na zdolności życia bez iluzji o perfekcji oraz na akceptowaniu faktu, że pozytywne i negatywne cechy współistnieją zarówno w naszym wnętrzu, jak i w relacjach z innymi. Ta zdolność wymaga przekraczania mechanizmów obronnych, takich jak rozszczepienie, które dzieli rzeczywistość na „wszystko dobre” i „wszystko złe”, utrudniając integrację sprzecznych uczuć oraz doświadczeń.

Pomieszczanie ambiwalencji oznacza pracę nad rozpoznaniem i akceptowaniem własnych niejednoznacznych stanów emocjonalnych. Dzięki temu jesteśmy w stanie utrzymać równowagę między ambicją a krytycznym spojrzeniem na siebie i świat, co umożliwia nawiązywanie autentycznych, satysfakcjonujących relacji interpersonalnych oraz elastyczne reagowanie na życiowe wyzwania.

Przyjmowanie złożoności własnego doświadczenia nie tylko redukuje dyskomfort związany z utratą iluzji o idealności, ale także stanowi fundament zdrowej autonomii emocjonalnej. Rozwijając zdolność do autorefleksji i integracji sprzecznych uczuć, uczymy się, że świat jest wystarczająco „OK”, a ludzie – mimo swoich wad – zasługują na zaufanie i mogą stać się partnerami w budowaniu autentycznych relacji. Taki rozwój osobisty przynosi ulgę w egzystencjalnych napięciach oraz otwiera przestrzeń do głębszego, bardziej świadomego życia.

Psychoterapia par – odwaga spojrzenia w siebie

Psychoterapia par to często podróż przez ukryte warstwy wewnętrznego świata każdej osoby w związku. Partnerzy rzadko wiążą się ze sobą wyłącznie na poziomie świadomych decyzji. Często przyciąga ich do siebie to, co nieuświadomione – potrzeby, które nie zostały zaspokojone w dzieciństwie, tęsknoty za uznaniem, bezpieczeństwem czy bezwarunkową obecnością. Związek staje się miejscem, gdzie – niekiedy po cichu – rozgrywa się nadzieja na symboliczną naprawę dawnych zranień. Kiedy te nadzieje pozostają niespełnione, pojawia się frustracja, rozczarowanie i poczucie niezrozumienia. A przecież partner nie może i nie powinien stać się figurą matki czy ojca – choć bywa, że właśnie tego po cichu oczekujemy.

Proces terapeutyczny pary polega więc nie tylko na „naprawie relacji”, ale na głębszym rozumieniu, co każde z partnerów wnosi do tej wspólnej historii. Psychoterapia zaprasza do odkrycia, za czym tak naprawdę się tęskni, kiedy czuje się niezauważoną czy niezauważonym, niedocenioną czy niedocenionym, pomijaną czy pomijanym. Taka praca otwiera przestrzeń nie na oskarżenia, lecz na współczucie – wobec siebie i drugiej osoby. Bo zrozumienie tego, że nasza złość to często wyraz bólu niespełnionej potrzeby, pozwala nie atakować, ale opowiadać. Uczy, jak mówić z miejsca dojrzałości, a nie tylko reaktywności.

Związek nie jest po to, by uzdrowić nasze rany, ale może być miejscem, gdzie uczymy się widzieć je wspólnie – z uważnością i odpowiedzialnością. W terapii nie chodzi więc o to, by zmienić partnera. Chodzi o to, by każde z nas było gotowe zajrzeć w swoje wnętrze, wziąć odpowiedzialność za swoje reakcje i podjąć trud zmiany własnych wzorców. Relacja może się wtedy przekształcić – z pola walki w przestrzeń spotkania. Tam, gdzie wcześniej był mur, może pojawić się most. Ale nie buduje się go z żądań wobec drugiej osoby, tylko z odwagi spojrzenia w siebie.

Fot. Toa Heftiba / Unsplash