Psychoterapia nie uchroni przed cierpieniem

Psychoterapia nie działa jak szczepionka, bo życie nie jest patogenem, przed którym można się zabezpieczyć raz na zawsze. To, co nas spotyka, nie jest „błędem systemu”, tylko częścią bycia w relacjach, w świecie, w ciele. Utrata, rozczarowanie, konflikt, choroba, zmiana, to wszystko nie jest czymś, co można wyeliminować przez pracę nad sobą.

To, co może się zmieniać, to nie tyle to, czy coś nas zaboli, ale to, jak ten ból jest przeżywany i co się z nim dalej dzieje.

W tym sensie psychoterapia bardziej przypomina rozwijanie zdolności regulacji niż budowanie odporności rozumianej jako „nic mnie już nie ruszy”. Raczej poszerza się to, co bywa opisywane jako okno tolerancji, czyli zakres doświadczeń, które jesteśmy w stanie pomieścić bez poczucia przytłoczenia albo odcięcia. Złość, smutek czy lęk nadal się pojawiają, ale rzadziej prowadzą do zalania, wycofania albo działań, które później jeszcze zwiększają cierpienie.

Psychoterapia nie usuwa cierpienia, raczej zmienia jego miejsce w doświadczeniu. Przestaje ono być czymś, co wszystko definiuje, a staje się jednym z elementów życia. I paradoksalnie, jednym z ważniejszych momentów w terapii bywa właśnie rozczarowanie wizją, że po terapii cierpienie zniknie. To trudne, bo oznacza rezygnację z nadziei na życie całkowicie wolne od bólu. A jednocześnie otwiera przestrzeń na coś bardziej realnego, na życie, w którym dyskomfort się pojawia, ale nie musi niszczyć ani organizować wszystkiego wokół siebie.

Fot. Tim Foster / Unsplash

Psychoterapia jako proces żałoby

Fot. Sabine van Erp / Pixabay

Pacjenci przychodzą na psychoterapię z nadzieją na ulgę, z pragnieniem naprawienia siebie lub życia, które wydaje się nieudane. Dopiero w toku pracy okazuje się, że nie chodzi o „naprawienie” czegokolwiek, ale o uznanie tego, co zostało utracone, niedane, zniszczone. Jak zauważa Martha Stark, terapeuta towarzyszy pacjentowi w stawaniu twarzą w twarz z realnością, która wcześniej była zbyt bolesna, by ją przyjąć. To właśnie w tej konfrontacji zaczyna się żałoba: nie tylko po osobach czy wydarzeniach, lecz po wyobrażeniach o sobie, o świecie i o innych, które już nie mogą się utrzymać.

Nancy McWilliams mówi z kolei, że w psychoterapii pacjent stopniowo godzi się z faktem, iż jego cierpienie nie jest jego winą, a zarazem nikt inny nie może go z niego „uratować”. Utrata tej iluzji wszechmocnego obiektu – rodzica, partnera, terapeuty – bywa jednym z najbardziej bolesnych etapów terapii. To moment, w którym pacjent przestaje szukać wybawienia i zaczyna podejmować odpowiedzialność za swoje życie. Ta przemiana nie jest aktem jednorazowym, lecz procesem, który – jak każda żałoba – wymaga czasu, bólu i cierpliwości wobec własnych granic.

Żałoba w terapii nie jest więc końcem nadziei, lecz jej przekształceniem. Uczy, że można żyć w świecie nieidealnym, bez konieczności idealizowania innych i bez ciągłego karania siebie. Z tej akceptacji rodzi się coś nowego: nie tyle szczęście rozumiane jako brak bólu, ile dojrzałość i zdolność do jego pomieszczenia. Terapeutyczna żałoba jest więc paradoksalnie początkiem życia bardziej realnego, opartego nie na fantazji naprawy, lecz na gotowości, by być w prawdzie o sobie.

Neurobiologia flashbacków

Flashbacki, czyli nagłe odtwarzanie traumatycznych wspomnień w czasie teraźniejszym, mogą być bardzo intensywne i niekontrolowane. Kluczową rolę odgrywa ciało migdałowate, które odpowiada za reakcje emocjonalne – zwłaszcza lęk. U osób po traumie reaguje ono nadmiernie na bodźce przypominające uraz.

Jednocześnie hipokamp, który zazwyczaj lokalizuje wspomnienia w czasie i przestrzeni, wskutek przewlekłego stresu bywa osłabiony zarówno strukturalnie, jak i czynnościowo. W efekcie obraz wspomnienia zostaje oderwany od kontekstu, co potęguje jego siłę.

Dodatkowo, kora przedczołowa często nie radzi sobie z odpowiednią regulacją tych silnych emocji, przez co osoba traci kontrolę nad napływem wspomnień. Na poziomie neurochemicznym flashbacki wzmacnia wyższy poziom noradrenaliny i kortyzolu, które w stresie wzmacniają ślady sensoryczne i emocjonalne, co zaburza pełne utrwalanie wspomnień.

Dlaczego to ma znaczenie w terapii?

Proces rekonsolidacji, czyli ponownego przepracowania wspomnienia w bezpiecznym otoczeniu, pozwala obniżyć jego emocjonalne natężenie. Integracja śladów sensorycznych z narracją może osłabić nadmierne połączenia między ciałem migdałowatym a hipokampem, a wzmocnienie kontroli kory przedczołowej poprawia zdolność panowania nad pojawiającymi się obrazami. Dzięki temu terapeuci wspierają pacjentów w bezpiecznym łączeniu fragmentarycznych wspomnień z pełną historią przeżyć.

W efekcie osoby zmagające się z flashbackami mogą stopniowo odzyskać poczucie bezpieczeństwa, a intensywność i częstotliwość tych niechcianych odtworzeń ulega znacznemu osłabieniu.

Fot. IR / Canva

OCD ma odrębną kategorię diagnostyczną

OCD (zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne) nie są już klasyfikowane jako zaburzenia lękowe. Najnowsze badania na naturą tego zaburzenia oraz jego mechanizmami przyczyniły się do zauważenia, że chodzić lęki jest istotnym elementem w obrazie klinicznym OCD, to nie jest on centralnym mechanizmem ani sednem problemu, jak ma to miejsce w typowych zaburzeniach lękowych. Żeby lepiej oddać złożoność tego zaburzenia w klasyfikacjach diagnostycznych, OCD zostało przeniesione do odrębnej kategorii, która obejmuje szereg zaburzeń dzielących podobne cechy.

Jaka jest przyczyna takiej zmiany?

  1. Różnice neurobiologiczne i genetyczne

Badania wykazują, że OCD ma specyficzne podłoże neurologiczne, które odróżnia je od zaburzeń lękowych. Zidentyfikowano określone nieprawidłowości w obwodach czołowo-prążkowia oraz w przedniej korze zakrętu obręczy. Istnieją również dowody na silne uwarunkowania genetyczne w przypadku OCD, które różnią się od mechanizmów dziedziczenia zaburzeń lękowych.

  1. Odmienne mechanizmy psychologiczne

O ile zaburzenia lękowe skupiają się na nadmiernym przetwarzaniu emocjonalnym i reaktywności na bodźce lękowe, w przypadku OCD kluczowe są mechanizmy związane z funkcjonowaniem wykonawczym i zdolnościami samoregulacyjnymi.

  1. Współwystępowanie

Wiele osób z OCD doświadcza również innych zaburzeń z tej samej kategorii, takich jak zaburzenie dysmorficzne ciała, trichotillomania czy zaburzenie gromadzenia. Ta współwystępowalność podkreśla wspólny mianownik obsesyjno-kompulsyjności, który różni się od wzorca współchorobowości obserwowanego w zaburzeniach lękowych.

  1. Różnice w odpowiedzi na leczenie

Zaburzenia lękowe często dobrze reagują na interwencje redukujące lęk czy farmakoterapię z użyciem leków przeciwlękowych. W przypadku OCD leczenie skoncentrowane wyłącznie na lęku może być nieskuteczne, a nawet prowadzić do pogorszenia objawów.

Zatem dalsze klasyfikowanie OCD jako zaburzenia lękowego ograniczałoby zrozumienie jego specyfiki oraz dostęp do właściwego leczenia. Uznanie go za odrębne zaburzenie uwzględnia jego złożoność i podkreśla różnice w mechanizmach neurobiologicznych, psychologicznych i klinicznych w porównaniu do zaburzeń lękowych.

Photo by Annie Spratt on Unsplash 02

Fot. Annie Spratt / Unsplash

Pop psychologia to nie psychologia – cz. 3

I to kolejna odsłona cyklu „pop psychologia to nie psychologia”, w którym rozprawiam się z obiegowymi nieporozumieniami, co do terminów psychologicznych i sposób patrzenia na nie. I jak w poprzednich postach celowo nie podaję pop psychologicznych stwierdzenia, a jedynie odpowiedzi na nie.

  • Myślenie pozytywne, w takim samym stopniu jak myślenie negatywne, jest zniekształceniem poznawczym.
  • Rozwój to nie tylko wychodzenie poza strefę komfortu. Polega on zarówno na odkrywaniu nowego, jak i na pielęgnowaniu tego, co już znane.
  • Zdrowie psychiczne nie oznacza tego, że jesteśmy cały czas szczęśliwi. Zdrowie psychiczne to przeżywanie również smutku, bezsilności, lęku czy złości.
  • Nie wszystkie zaburzenia psychiczne wynikają z traumy. Na wiele z nich składają się czynniki genetyczne, neurobiologiczne, sytuacyjne czy mechanizmy uczenia się.

Link do pierwszej części cyklu TUTAJ. Link do drugiej części TUTAJ.

Image by NoName_13 from Pixabay

Fot. NoName_13 / Pixabay

Najpierw terapia, a potem rozwód?

Terapia coraz częściej towarzyszy nam w codziennym życiu, służąc poprawie relacji, zarówno tych z samym sobą, jak i w związkach. Istnieje jednak takie przekonanie, że udział w terapii równa się rychłemu zakończeniu związku. Celem terapii nie jest jednak niszczenie relacji, ale poszerzenie perspektywy: lepsze zrozumienie siebie, partnera oraz wspólnej dynamiki związku, lepsze rozumienie tego, że konflikty mogą być szansą na rozwój, a nie zagrożeniem.

Wraz z autorem podcastu „Najważniejsze”, Mikołajem Foksem, rozmawialiśmy o ważnym rozróżnieniu między dbaniem o siebie a hiperindywidualizmem. Dbałość o własne potrzeby i zdrowie psychiczne jest kluczowa, ale nie powinna prowadzić do izolacji od innych. Relacje, zarówno te partnerskie, jak i społeczne, są integralną częścią naszego dobrostanu. Bycie dla siebie wsparciem nie oznacza automatycznie odcinania się od bliskich.

Co więcej, w każdym związku naturalne są okresy harmonii i dysharmonii. To, jak para radzi sobie z konfliktami, decyduje o jakości relacji. Terapia pomaga wypracować skuteczne strategie na trudne momenty, ucząc otwartości na nowe rozwiązania. Paradoksalnie, przezwyciężenie kryzysu może umocnić fundamenty związku, budując poczucie bezpieczeństwa i zaufania.

Serdecznie zapraszam do obejrzenia PODCASTU!

Jakość nagrania nie jest najlepsza tym razem, ale mam nadzieję, że treść się obroni….

Podcast

Terapia kiedyś i dziś

Współczesna terapia różni się znacząco od metod stosowanych przez terapeutów dekady temu. Techniki, które były wtedy uważane za przełomowe, mogą teraz wydawać się przestarzałe lub „prymitywne” z perspektywy dzisiejszych standardów. Na przykład narzędzia diagnostyczne czy podejścia do leczenia mogły być bardziej ograniczone, a metody pracy – mniej zaawansowane, ale mimo to były to najlepsze dostępne praktyki w danym okresie. Terapeuci wykonywali swoją pracę najlepiej, jak mogli, wykorzystując ówczesną wiedzę i zasoby. Można tę myśl porównać do chirurgii – dwie dekady temu operacja bypassów mogła być standardem leczenia problemów sercowych, podczas gdy dziś niektóre z tych przypadków można leczyć farmakologicznie. Oznacza to, że rozwój wiedzy medycznej oraz narzędzi terapeutycznych idzie naprzód, ale nie oznacza to, że przeszłe praktyki były błędne lub bezużyteczne. Przeciwnie, były odpowiednie w kontekście ówczesnych możliwości i oczekiwań.

Terapia to proces ciągłego rozwoju. Postęp naukowy i technologiczny, zmiany kulturowe i lepsze rozumienie ludzkiej psychiki sprawiają, że metody terapeutyczne stale ewoluują. Dzisiejsi terapeuci mogą sięgnąć po bardziej zaawansowane techniki, które dwie dekady temu były jeszcze nieznane lub w powijakach. Ale nie zmienia to faktu, że wcześniejsze podejścia były ważnym krokiem na drodze do rozwoju współczesnej psychoterapii. Refleksja ta zachęca do szacunku dla przeszłości oraz świadomości, że każdy etap rozwoju – nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy wydaje się niedoskonały – stanowił podstawę dla tego, co mamy obecnie.

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie książka „Nieudana terapia” autorstwa Jeffreya A. Kottlera i Jona Carlsona.

Image by Rosy Bad Homburg Germany from Pixabay 02

Fot. Rosy Bad Homburg Germany / Pixabay

Czy psycholog lub terapeuta mogą mieć depresję?

Jeśli chodzi o psychologów czy terapeutów nadal pokutują pewne mity dotyczące tych zawodu. Jeden z nich mówi, że psycholodzy czy terapeuci nie mają żadnych problemów, świetnie radzą sobie ze stresem, związki funkcjonują we wzorcowych związkach i nigdy nie przeżywają lęku czy nie doświadczają takich stanów jak depresja. Przekonanie to mówi, że dobry psycholog lub terapeuta nie korzysta z pomocy takich specjalistów jak psychiatra czy inny terapeuta. Jeśli z czymś sobie nie radzi, to znaczy, że nie jest dobrym specjalistą i być może nie powinien w ogóle wykonywać tego zawodu (co to za specjalista, który nie potrafi sam się ogarnąć?).

Tymczasem wykształcenie i znajomość narzędzi terapeutycznych może być czynnikiem dodatkowego stresu – bo kiedy czuję, że jestem w depresyjnym stanie, w tyle głowy mam, że nie powinnam w nim być, bo przecież wiem jak sobie poradzić. Może skutkować to niechęcią do przyznania się nie tylko przed innymi, ale i przed samym sobą, że zmagam się czy to z lękiem, czy z depresją, czy z innymi trudnymi doświadczeniami. Tymczasem nawet najlepszy terapeuta nie jest wolny od różnych problemów psychicznych, które mogą mu się przydarzać w życiu. Wynika to między innymi z tego, że życie jest złożone i dynamiczne, i pewne wypracowane sposoby działające w określonym czasie i miejscu mogą okazać się zupełnie nieskuteczne w radzeniu sobie z problemami, pojawiającymi się w innych okolicznościach życia. Wtedy osoba taka musi odnaleźć lub wypracować nowe sposoby funkcjonowania.

Więcej o tym temacie przeczytacie w mojej ROZMOWIE z psycholożką i psychoterapeutką Renatą Pająkowską-Rożen. Link do rozmowy w komentarzu.

Image by Mohamed Hassan from Pixabay

Fot. PMohamed Hassan / Pixabay

Pop psychologia to nie psychologia – cz. 2

Obiecany powrót do cyklu „pop psychologia to nie psychologia”, w którym rozprawiam się z obiegowymi nieporozumieniami, co do terminów psychologicznych i sposób patrzenia na nie. Dzisiaj druga odsłona tego cyklu, w którym pojawia się kilka kolejnych zdań, rozprawiających się z powszechnymi pop psychologicznymi stwierdzeniami (których znowu celowo nie będę tutaj podawać, żeby nie powielać treści).

  • Co cię nie zabiję, nie musi cię wzmocnić, ale może sprawić, że poniesione koszty będą odbijać się długoterminowymi skutkami przez całe życie.
  • Żałoba nie wymaga terapii – za to osoba w żałobie potrzebuje towarzyszenia, wysłuchania, zrozumienia.
  • ChAD (choroba afektywna dwubiegunowa) to coś więcej niż wahania nastroju.
  • Bycie asertywnym to nie tylko mówienie „nie”, a sama asertywność nie polega na wyrażaniu złości.

Link do pierwszej części cyklu TUTAJ.

Image by Ivča from Pixabay

Fot. Ivča / Pixabay

Trauma – co się wtedy NIE wydarzyło

Photo by Filip Kominik on Unsplash

Na przyczynę traumy możemy spojrzeć jako na coś trudnego, przekraczającego, nadużywającego, co się wydarzyło i sprawiło, że w tamtym momencie nie mogliśmy w pełni zintegrować tego doświadczenia.

Ale możemy też spojrzeć na to jako na coś, co się NIE wydarzyło, a co było bardzo dla nas istotne. A co się nie wydarzyło? Być może bycie zaopiekowaną czy zaopiekowanym. Miłość kogoś bliskiego. Poczucie bycia zrozumianą czy zrozumianym. Ochronienie i obrona przed skrzywdzeniem. Akceptacja. Możliwość bycia sobą. Możliwość wyrażenia swoich potrzeb i uczuć. Wspieranie autonomii. Szacunek dla odmienności. Stabilność i przewidywalność więzi z najbliższymi….

I nie tylko ta pierwsza perspektywa, ale obie są ważne. Istotne bowiem jest nie tylko to, co się wydarzyło, ale również to, czego w tamtym momencie czy okresie zabrakło. W pracy psychoterapeutycznej obie perspektywy są do zauważenia, omówienia. Każda z nich wyznacza określony kierunek pracy. Obie wzajemnie się uzupełniają, stanowiąc ważny aspekt w leczeniu traumatycznego zranienia.

Autor: Igor Rotberg