Dlaczego kochamy tak, jak kochamy?

Dlaczego jedna osoba w związku wciąż potrzebuje zapewnień, że jest kochana, a druga zaczyna się wycofywać, gdy bliskość staje się zbyt intensywna? I dlaczego czasem najbardziej pociąga nas ktoś, przy kim czujemy niepokój, niepewność i napięcie?

Między innymi o tym rozmawiałem podczas kolejnego spotkania z Przemkiem Górczykiem. Przyglądaliśmy się temu, jak wczesne doświadczenia więzi wpływają na nasze późniejsze relacje, skąd bierze się lęk przed odrzuceniem i w jaki sposób może ujawniać się w związku. Zastanawialiśmy się także, jak rozumieć zakochanie i co właściwie oznaczają słynne „motyle w brzuchu”. Silne pobudzenie może wynikać z fascynacji, ale bywa też reakcją na niepewność albo uruchomienie dobrze znanego schematu relacyjnego. To, co odbieramy jako wyjątkową chemię, nie zawsze prowadzi do bezpiecznej i trwałej bliskości.

Rozmawialiśmy również o kryzysach w związkach, zdradzie i terapii par. Gdzie kończy się wspólna odpowiedzialność za problemy w relacji, a zaczyna odpowiedzialność za decyzję o zdradzie? Kiedy para ma jeszcze warunki do wspólnej pracy, a kiedy już ich brakuje? Pojawił się też temat różnic między partnerami. Nie wszystkie problemy da się rozwiązać raz na zawsze. Czasem większym osiągnięciem jest nauczenie się życia z różnicą, bez zamieniania jej w ciągłą walkę o to, kto ma rację.

W końcu rozmawialiśmy o dojrzałości emocjonalnej, która nie jest życiem bez bólu, lęku czy bezradności. Chodzi raczej o zdolność zauważania własnych emocji, powstrzymania natychmiastowej reakcji, dostrzeżenia perspektywy drugiej osoby i pozostania w kontakcie z tym, co trudne, bez oddawania temu pełnej kontroli nad swoim zachowaniem.

Zapraszam do obejrzenia całej rozmowy. Podcast można obejrzeć na  YouTube oraz Spotify.

Wina a odpowiedzialność

Czy dorosłość oznacza odpowiedzialność za wszystko, co dzieje się w naszym życiu, nawet jeśli nie było to naszą winą? Nie odpowiadamy za wszystko, co nas spotyka. Nie odpowiadamy za doświadczoną przemoc, zaniedbanie ze strony rodziców, chorobę, śmierć bliskiej osoby ani decyzje innych ludzi. Możemy jednak stopniowo odzyskiwać wpływ na to, jak odnosimy się do skutków tych doświadczeń i co robimy z nimi dzisiaj. Nie jesteśmy winni temu, co nas spotkało, ale możemy mieć wpływ na to, jak będziemy żyć z jego konsekwencjami.

W psychoterapii ważne jest odróżnienie odpowiedzialności od oskarżenia. Dziecko nie odpowiada za środowisko, do którego musiało się przystosować. Nie wybiera też w pełni świadomie sposobów przetrwania, takich jak odcinanie emocji, nadmierna czujność czy przekonanie, że zawsze musi radzić sobie samo. W dorosłym życiu te same sposoby mogą jednak podtrzymywać cierpienie i wpływać na relacje. Pacjent nie jest winny temu, że je rozwinął. Może jednak stopniowo zauważać, w jaki sposób uczestniczy dziś w odtwarzaniu pewnych sytuacji. Właśnie tutaj zaczyna się sprawczość. Nie oznacza ona pełnej kontroli nad życiem, lecz stopniowe poszerzanie obszaru, w którym można dokonywać wyboru.

Można mieć uzasadniony lęk przed odrzuceniem, a jednocześnie ranić partnera przez ciągłe kontrolowanie go. Można mieć za sobą doświadczenie przemocy, a mimo to krzyczeć na własne dziecko. Można być bardzo wrażliwym na krytykę, a równocześnie upokarzać osoby, które zwracają nam uwagę. Wyjaśnienie zachowania nie jest jego usprawiedliwieniem. Dojrzałość nie polega więc na uznaniu, że wszystko w życiu zależy od nas. Polega raczej na umiejętności odróżnienia tego, za co nie odpowiadamy, od tego, za co możemy wziąć odpowiedzialność dzisiaj. Nie jesteśmy winni wszystkim ranom, które nosimy, ale możemy stopniowo decydować, czy i w jaki sposób będą one wpływać na nasze dalsze życie.

Czym jest dojrzałość?

To pytanie, które wielu z nas zadaje sobie nie w teorii, ale w bardzo konkretnych momentach życia, na przykład wtedy, gdy relacja zaczyna się komplikować albo gdy nasze własne decyzje przynoszą trudne konsekwencje. A jednak odpowiedź wcale nie jest oczywista.

Psychologia nie uznaje dojrzałości za prostą, pojedynczą cechę czy umiejętność. To raczej pewna konstelacja właściwości, takich jak elastyczność, zdolność przyjmowania cudzej perspektywy, radzenie sobie ze sprzecznościami czy branie odpowiedzialności za własne wybory.

Właśnie z tego powodu trudno prowadzić jednoznaczne badania i rozstrzygnąć, czy domniemana „epidemia niedojrzałości” jest faktem, czy raczej przejawem zbiorowego narzekania. Na poziomie demograficznym rzeczywiście obserwujemy przesuwanie się klasycznych markerów dorosłości, takich jak małżeństwo czy rodzicielstwo. Dane europejskie pokazują wzrost średniego wieku przy urodzeniu pierwszego dziecka oraz ogólne opóźnienie wchodzenia w role rodzinne. Może to budować społeczne wrażenie „przedłużonej młodości”. Pytanie jednak pozostaje otwarte, czy wcześniejsze realizowanie tych ról rzeczywiście było równoznaczne z większą dojrzałością.

Jak ta kwestia wygląda w relacjach? W bliskim związku niedojrzałość partnera lub partnerki często okazuje się szczególnie dotkliwa. Ujawnia się w podejmowaniu decyzji, rozwiązywaniu konfliktów, ale też w codziennych, pozornie drobnych sytuacjach. I rzeczywiście łatwo ją zauważyć. Problem polega na tym, że najczęściej dostrzegamy ją przede wszystkim u tej drugiej osoby.

Ta asymetria nie jest przypadkowa. Z jednej strony wynika z naturalnych ograniczeń samoświadomości, z drugiej z mechanizmów obronnych, które chronią nas przed konfrontacją z własnymi trudnościami. W praktyce oznacza to, że to, co u partnera wydaje się „oczywistą niedojrzałością”, u nas samych bywa interpretowane jako uzasadniona reakcja. Taki układ bardzo łatwo prowadzi do napięć i powtarzalnych konfliktów.

Co ciekawe, nad rozwojem własnej dojrzałości rzadko pracujemy w sposób intencjonalny. Być może dlatego, że nie mamy pewności, czy ten wysiłek rzeczywiście się opłaci. Z perspektywy krótkoterminowych zysków wiele strategii, które można by uznać za niedojrzałe, okazuje się całkiem skutecznych, pozwalają szybko obniżyć napięcie, uniknąć konfrontacji czy zyskać chwilową ulgę. Jednak w dłuższej perspektywie, szczególnie w kontekście budowania trwałych relacji czy realizowania celów rozłożonych w czasie, koszty tych strategii zaczynają być coraz bardziej widoczne. To właśnie tutaj rozwój dojrzałości przestaje być abstrakcyjnym ideałem, a staje się praktyczną kompetencją, która realnie wpływa na jakość życia.

O tym, czym dokładnie jest dojrzałość i jak można nad nią pracować, więcej usłyszycie w PODKAŚCIE PSYCHOLOGICZNYM autorstwa psycholożki i publicystki Joanny Cieśli.

Żal mówi o tym, co jest dla nas ważne

Edith Piaf śpiewała, że nie żałuje niczego, i choć jej głos wciąż porusza, to temu przekazowi towarzyszy pewien kulturowy ideał, według którego życie bez żalu ma być oznaką siły i dojrzałości. Tymczasem żal nie jest defektem, który trzeba usuwać, lecz emocją opowiadającą o naszych granicach, o tym, co dla nas ważne, oraz o momentach, w których spotkaliśmy się z własną niedoskonałością. Badania Neala Roese’a oraz Amy Summerville pokazują, że żal bywa także sygnałem, że po prostu nam zależało. Kiedy próbujemy żyć tak, aby niczego nie żałować, wchodzimy w narrację, która może przynieść więcej szkody niż pożytku, ponieważ zachęca do unieważniania istotnych dla nas aspektów życia.

Unikanie żalu przypomina unikanie błędów, czasem nawet unikanie samego życia. Zdarza się, że stoi za tym chęć ochrony przed świadomością, że nie wszystkie decyzje były przemyślane, że nie zawsze byliśmy tacy, jak chcielibyśmy o sobie myśleć. W takiej strategii może mieścić się lęk przed tym, że nie z wszystkiego w naszym życiu będziemy zadowoleni. W literaturze psychologicznej żal bywa opisywany jako emocja regulująca, sygnalizująca rozminięcie się z własnymi wartościami, a nie jako słabość. Zdanie „chcę przeżyć życie tak, żeby niczego nie żałować” może zatem oznacza pragnienie ochrony przed konfrontacją z własną omylnością, próbę zbudowania narracji, w której nie ma miejsca na błędy, straty oraz decyzje, które z perspektywy czasu okazały się nietrafione. Może też oznaczać unikanie naturalnych emocji, które są częścią ludzkiego doświadczenia.

Żal jest tak samo ważny jak każda inna emocja i choć bywa bolesny, niesie w sobie potencjał rozwoju, refleksji oraz korekty życiowej ścieżki. Żałowanie jest w porządku, a czasem nawet konieczne, ponieważ zakorzenia nas w prawdziwości. Gdy potrafimy przyznać, że czegoś żałujemy, pojawia się przestrzeń na współczucie wobec siebie i na bardziej realistyczne widzenie własnej historii. Wtedy stajemy się bardziej ludzcy, mniej podatni na iluzję doskonałości i bardziej otwarci na uczenie się z własnych potknięć. Żal, jak każda emocja, domaga się uznania oraz miejsca. Zaprasza do odwagi, która pozwala spotkać się z konsekwencjami oraz zobaczyć siebie takim, jakim jesteśmy naprawdę.

Bibliografia:

Roese, N. J., Summerville, A. (2005). What we regret most … and why. Personality and Social Psychology Bulletin, 31(9), 1273–1285.

Fot. Matthew Henry / Unsplash

Psychoterapia jako proces żałoby

Fot. Sabine van Erp / Pixabay

Pacjenci przychodzą na psychoterapię z nadzieją na ulgę, z pragnieniem naprawienia siebie lub życia, które wydaje się nieudane. Dopiero w toku pracy okazuje się, że nie chodzi o „naprawienie” czegokolwiek, ale o uznanie tego, co zostało utracone, niedane, zniszczone. Jak zauważa Martha Stark, terapeuta towarzyszy pacjentowi w stawaniu twarzą w twarz z realnością, która wcześniej była zbyt bolesna, by ją przyjąć. To właśnie w tej konfrontacji zaczyna się żałoba: nie tylko po osobach czy wydarzeniach, lecz po wyobrażeniach o sobie, o świecie i o innych, które już nie mogą się utrzymać.

Nancy McWilliams mówi z kolei, że w psychoterapii pacjent stopniowo godzi się z faktem, iż jego cierpienie nie jest jego winą, a zarazem nikt inny nie może go z niego „uratować”. Utrata tej iluzji wszechmocnego obiektu – rodzica, partnera, terapeuty – bywa jednym z najbardziej bolesnych etapów terapii. To moment, w którym pacjent przestaje szukać wybawienia i zaczyna podejmować odpowiedzialność za swoje życie. Ta przemiana nie jest aktem jednorazowym, lecz procesem, który – jak każda żałoba – wymaga czasu, bólu i cierpliwości wobec własnych granic.

Żałoba w terapii nie jest więc końcem nadziei, lecz jej przekształceniem. Uczy, że można żyć w świecie nieidealnym, bez konieczności idealizowania innych i bez ciągłego karania siebie. Z tej akceptacji rodzi się coś nowego: nie tyle szczęście rozumiane jako brak bólu, ile dojrzałość i zdolność do jego pomieszczenia. Terapeutyczna żałoba jest więc paradoksalnie początkiem życia bardziej realnego, opartego nie na fantazji naprawy, lecz na gotowości, by być w prawdzie o sobie.