Konflikty w związku

Kryzys w parze bywa postrzegany jako niepożądany element dobrego związku. Bywa traktowany jak gorączka, którą należy natychmiast zbijać, co może tylko pogarszać stan. Tymczasem związek jest miejscem, gdzie jest zarówno miło, jak i trudno. Nie musi on jednak stanowić zagrożenia dla związku.

Mało tego, w budowaniu związku ważne jest to, w jaki sposób para umie radzić sobie z konfliktami, czyli jakie sposoby wypracowała do tej pory i na ile jest otwarta na poszukiwanie nowych rozwiązań. Czasami okazuje się bowiem, że takie doświadczenie konfliktowej sytuacji może – wbrew pozorom – umocnić fundament danej relacji, zbudować większe poczucie bezpieczeństwa, dać parterom przekonanie, że ich związek ma solidną konstrukcję. Partnerzy, przechodząc konstruktywnie przez konflikt, zyskują poczucie, że ich związek ma dobre, solidne fundamenty i byle kłótnia nie jest dla niego zagrożeniem.

Oczywiście związek nigdy nie jest stały i niezmienny, więc należy liczyć się z mogącymi pojawić się nowymi trudnościami czy wyzwaniami. Jednak unikanie konfliktów w obliczu trudności nie sprawi, że automatycznie związek stanie się szczęśliwy. Brak konfliktów wcale nie musi oznaczać, że związek jest harmonijny. Może za to wskazywać na jałowość relacji, problemy z komunikacją, brak asertywności któregoś z partnerów, lęk przed rozstaniem, trwanie w relacji nie partnerskiej, lecz symbiotycznej lub wręcz być sygnałem obojętności. Dlatego też takie emocje jak gniew czy złość nie stanowią przeciwstawieństwa miłości. Nieodłączną częścią dojrzałej miłości są bowiem pojawiające się tarcia. To nie konflikty świadczą, że coś niedobrego dzieje się w związku, lecz nieumiejętność ich rozwiązywania.


Tekst pochodzi z mojego artykułu W zgodzie i w konflikcie.

Fot. Daria Diachenko / Unsplash

Miłość to gotowość na pewną niewygodę

Kochać to znaczy być gotowym na pewną niewygodę. Nie w sensie poświęcania siebie, rezygnowania z granic czy znoszenia tego, co rani. Raczej w sensie zgody na to, że bliskość nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy mamy na nią siłę, przestrzeń i idealnie uporządkowany stan emocjonalny. Bywa, że przejawia się w zatrzymaniu się przy drugiej osobie mimo własnego zmęczenia. Innym razem w podjęciu kolejnej próby porozumienia, kiedy wcześniejsze rozmowy nie przyniosły oczekiwanego efektu. Czasem oznacza świadome wybranie zaangażowania zamiast odruchowego odsunięcia się od siebie, nawet jeśli to drugie wydaje się prostsze. Jednym z fundamentów bliskości jest responsywność, czyli gotowość do tego, by zobaczyć drugą osobę nie tylko wtedy, kiedy jest spokojna, miła i łatwa w kontakcie, lecz także wtedy, kiedy jest poruszona, pogubiona, napięta albo przestraszona.

Dojrzała miłość nie polega więc na tym, że druga osoba nigdy nas nie obciąża. Polega raczej na tym, że jej potrzeby nie są traktowane jak przeszkoda w naszym życiu, ale jak część spotkania z nią. To nie znaczy, że mamy odpowiadać na wszystko natychmiast, bez granic i bez troski o siebie. Dojrzała bliskość nie jest całodobową gotowością ratunkową. Jest raczej zdolnością do powracania do kontaktu, do naprawiania pęknięć, do rozpoznawania subtelnych sygnałów świadczących o potrzebie emocjonalnego kontaktu, wsparcia, zrozumienia czy odbudowania poczucia bliskości po chwilowym oddaleniu. Jeśli chcemy być blisko tylko wtedy, gdy druga osoba jest spokojna, wyrozumiała i niewymagająca, możemy kochać raczej wygodę niż osobę. Prawdziwa bliskość zaczyna się bowiem tam, gdzie drugi człowiek przestaje być źródłem regulacji własnego komfortu psychicznego, a staje się kimś, z kim warto budować wzajemne porozumienie i świadomie rozwijać więź, nawet kiedy jest niewygodnie.

Fot. IR / Unsplash

Miłość nie usuwa różnic

Wiele osób wchodzi w relację z cichym oczekiwaniem, że dobra miłość powinna przypominać trwały stan entuzjazmu. Ma być lekko, zgodnie, intensywnie, bez większego tarcia. A kiedy pojawia się różnica, ambiwalencja, rozczarowanie albo zwykły dyskomfort codzienności, łatwo pomyśleć: „to chyba nie to”. Tymczasem bycie z kimś nie oznacza ciągłego potwierdzania, że „dobrze wybraliśmy”. Oznacza raczej gotowość do tego, żeby nie każdą niezgodność traktować jak dowód pomyłki.

W związkach wiele spraw nie jest prostymi problemami do rozwiązania, ale paradoksami, które trzeba wspólnie unosić: potrzeba bliskości i potrzeba autonomii, bezpieczeństwo i pragnienie nowości, współzależność i wolność, podobieństwo i różnica. To wymaga czegoś mniej efektownego niż romantyczny zachwyt, ale często znacznie ważniejszego: zdolności do rozmowy, ciekawości wobec drugiej osoby, odpowiedzialności za własny udział w relacji i tolerowania ambiwalencji.

Miłość bowiem nie polega na odnalezieniu kogoś, kto we wszystkim się z nami zgadza, kto ma podobne zainteresowania, podobne tempo życia, podobną wrażliwość. Częściej zaczyna się tam, gdzie spotykamy drugiego człowieka jako odrębnego, nie w pełni przewidywalnego, czasem fascynującego, czasem trudnego, czasem rozczarowująco innego niż nasze wyobrażenie. Dojrzała relacja nie usuwa różnicy, ale uczy nas z nią żyć.

Fot. Mark Vletter / Unsplash