Dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy

Kiedy próbujemy dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy, łatwo przestajemy widzieć, czego ono naprawdę potrzebuje.

Czasem, z bardzo dobrych powodów, chcemy dać dziecku to, czego sami nie dostaliśmy. Więcej uwagi, więcej ciepła, więcej bezpieczeństwa. Albo próbujemy „naprawić” to, co w naszym odczuciu nie udało się przy pierwszym dziecku. Problem polega na tym, że w takim działaniu łatwo przestajemy widzieć dziecko takim, jakie jest, a zaczynamy widzieć w nim odpowiedź na własną historię. Tymczasem każde dziecko jest inne, ma inną wrażliwość i sposób przeżywania świata. To, czego nam brakowało, nie musi być tym, czego ono potrzebuje. Kiedy próbujemy leczyć własne zranienia poprzez relację z dzieckiem, relacja zaczyna służyć bardziej regulacji naszych emocji niż rozpoznaniu jego rzeczywistości.

To, co realnie możemy zrobić, to zatrzymać się przy tym konkretnym dziecku i jego indywidualnych potrzebach. Dawać nie to, co „powinno być dane”, ale to, co jest adekwatne tu i teraz. A własnymi zranieniami zająć się w inny sposób, w relacjach, które są do tego przeznaczone. Podobnie z kolejnymi dziećmi, nie są one drugą szansą na poprawienie przeszłości, tylko odrębnymi osobami, które potrzebują własnej, dopasowanej relacji. A to, co wydarzyło się wcześniej, czasem wymaga przyjęcia odpowiedzialności, uznania błędów i zmierzenia się z ich konsekwencjami. To trudniejsze niż próba „naprawienia” wszystkiego od nowa, ale na dłuższą metę pozwala budować relacje, które są bardziej prawdziwe i mniej obciążone przeszłością.

Fot. Vitaly Gariev / Unsplash

Trauma a zasoby do regulacji emocji

Czasami w pracy terapeutycznej widzimy paradoks, który na pierwszy rzut oka może być trudny do uchwycenia. Rodzic, który sam doświadczył traumy, często bardzo kocha swoje dziecko i chce dla niego dobrze, a jednocześnie może mieć ograniczoną zdolność do pomieszczania jego stanów emocjonalnych. Trauma bywa doświadczeniem, które uszczupla zasoby psychiczne potrzebne do regulowania silnych emocji, zarówno własnych, jak i cudzych. W takich sytuacjach rodzicowi trudno wytrzymać intensywność przeżyć dziecka, nazwać to, co ono czuje, czy pomóc mu zrozumieć różnice między emocjami. Tymczasem właśnie w relacji z dorosłym dziecko uczy się stopniowo rozpoznawania własnego świata wewnętrznego. Dzięki temu może odkrywać, że smutek, wstyd, zażenowanie czy lęk są różnymi stanami psychicznymi, które można zauważyć, nazwać i regulować.

Jeśli jednak rodzic sam żyje w stanie chronicznego napięcia lub nadwrażliwości na emocje, nawet stosunkowo niewielkie pobudzenie może być przez jego układ nerwowy odbierane jako zagrożenie. Wówczas pojawia się trudność w tym, co w psychologii rozwoju nazywa się odzwierciedlaniem stanów dziecka. Dziecko potrzebuje bowiem zobaczyć swoje emocje „odbite” w twarzy i reakcjach opiekuna, aby stopniowo budować rozumienie siebie. Gdy tego doświadczenia brakuje, jego stany wewnętrzne pozostają mniej zrozumiałe i trudniejsze do uporządkowania. Właśnie dlatego tak ważne jest, aby w pracy z traumą myśleć nie tylko o pojedynczym człowieku, lecz także o relacyjnych warunkach rozwoju emocjonalnego. To w relacji z drugim człowiekiem uczymy się bowiem, kim jesteśmy i jak możemy obchodzić się z własnymi emocjami.

Fot. Isaac Quesada / Unsplash