Choroba, której nie widać

Igor Rotberg rozmawia z Renatą Pająkowską-Rożen, psycholożką, terapeutką, kulturoznawczynią.

Igor Rotberg: Dystymia, określana jako „lekka depresja” lub też – bardziej poetycko –  „młodsza siostra depresji”, w wielu przypadkach zostaje długo nierozpoznawana. I to nie tylko przez osoby, które jej doświadczają, ale również przez specjalistów, do których te osoby trafiają. Objawy dystymii są jednak uporczywe i często utrzymują się długo. Odbierają satysfakcję z życia. Warto zatem zwrócić uwagę na charakterystyczne objawy tego zaburzenia oraz odróżnić je od innych chorób, takich jak wspomniana depresja.

Renata Pająkowska-Rożen: Z powodu owej trudności w rozpoznaniu dystymii, mówi się o niej „choroba, której nie widać”.  Osoby, które na nią chorują, mogą wydawać się może trochę bardziej refleksyjne, zadumane. Zakładają rodziny, pracują, podróżują, odnoszą sukcesy, ale nigdy nie mogą o sobie powiedzieć, że są szczęśliwe. Czy osoby, które chorują na dystymię są pesymistami? I tak, i nie…  pesymista nie wierzy, że może odnieść sukces, nie podejmuje wyzwań, jego szklanka zawsze jest do połowy pusta. Dystymik może planować różne wyzwania, rozwijać się, ale to wszystko jest takie do pewnego momentu bez radości… mogę coś robić, będzie fajnie, ale mogę też położyć się spać, i też będzie fajnie. Taki stan powoduje wycofanie z życia, a przy zaniżonej samoocenie osoba chorująca prowadzi bardzo ograniczony i pesymistyczny styl życia, bez dużych objawów depresji. Często dystymik może być utożsamiany z melancholikiem. Istotną różnicą jest to, że w dystymii występuje zmienność nastrojów, często w zależności od zdarzeń zewnętrznych. Niemniej cała ta zmienność przebiega w niższym zakresie niż zwykle.

IR: Objawy dystymii nie są tak widoczne i przez to pozostaje ona często nierozpoznana u danej osoby latami. Osoby, które zgłaszają się po pomoc, na ogół doświadczyły już znaczącego pogorszenia samopoczucia. I dopiero wtedy, często przy wizycie u psychiatry, okazuje się, że od lat cierpią na dystymię. Zresztą aby rozpoznać dystymię, objawy muszą utrzymywać się przynajmniej dwa lata. Do charakterystycznych objawów można zaliczyć utrzymujący się stan smutku lub – jak to ujęłaś – ciągłą melancholię refleksyjność. Osoby z dystymią opisują swoje życie jako przeżywane „jakby w połowie”. Jeśli są z czegoś zadowolone, to tylko „w połowie”. Jak przeżywają radość, to „na pół gwizdka”. Mają wrażenie, że coś jest nie tak, że postrzeganie siebie i świata jest trochę bardziej pesymistyczne niż u innych, ale ponieważ objawy te nie utrudniają życia w zbyt wielkim stopniu, często funkcjonują z nimi przez wiele lat.

RPR: Dlatego jest tak ważne, aby siebie obserwować. Zrobić „rachunek uśmiechu i łez” – czy kilka lat temu było inaczej? Jeśli tak, to czy teraz jest gorzej, smutniej, bez radości? Nie każdy smutek musi być dystymią. Takie powszednie smutki powinny nam przejść po kilku dniach, po wypoczynku, po relaksie. Czasami trzeba się wyciszyć, zatrzymać. Żyjemy intensywnie i musimy też solidnie odpoczywać. Jeśli tego nie robimy, możemy się czuć gorzej. Ale to nie oznacza, że od razu chorujemy na dystymię. Spróbujmy najpierw sami sobie pomóc. Nie od razu musimy biec do psychiatry czy terapeuty. Starajmy się wypocząć, wyspać się, zadbać o zbilansowaną dietę i systematyczny ruch. Spotkajmy się z przyjaciółmi, pójdźmy do kina… zróbmy coś, czego nie robiliśmy od dawna. Możemy zrobić też podstawowe badania, aby ewentualnie wykluczyć podłoże medyczne naszego stanu. Dopiero, gdy takie działania nie przyniosą rezultatu, warto będzie umówić się na konsultację psychiatryczną.

IR: Socjolog Zygmunt Bauman, w swojej książce „Ponowoczesność jako źródło cierpień” pisał o psychiatryzacji życia codziennego. I rzeczywiście tak jest, że często drobne obniżenia nastroju odbieramy jako początek depresji lub przynajmniej jako takie, które świadczą o źle przeżywanym życiu. Tymczasem żaden stan emocjonalny nie jest z natury dobry lub zły. To naturalne doświadczenia, wynikające z bycia człowiekiem. Z drugiej jednak strony, jak wspomniałaś, dystymia ma opinię zaburzenia, którego nie widać. Łatwo więc ją przeoczyć. Zwłaszcza, że początek choroby jest trudny do rozpoznania i na ogół nie poprzedzają go jakieś szczególne wydarzenia. Kiedy dodamy do tego, że przyczyny nie są jasne, jawi nam się obraz czegoś, co jest niełatwe to uchwycenia i co w wielu przypadkach może być brane za stan naturalny. Ludzie z dystymią często na tyle przyzwyczaili się do owego lekko obniżonego nastroju, braku zadowolenia oraz powracającego od czas do czasu poczucia bezsensu, że nie biorą pod uwagę możliwości zmiany tego stanu.

RPR: Istotna jest akceptacja tego, czego doświadczamy. Życie człowieka składa się z różnych stanów. Bez smutku nie ma radości, bez łez nie będzie uśmiechu. A współczesny człowiek chce żyć w szczęściu. Tylko w szczęściu. Więc jeśli poczuje, że nie jest szczęśliwy, że nie czuje się dobrze i nic mu się nie chce, idzie do psychiatry, bo sądzi, że ma depresję i potrzebuje tabletek. Tymczasem ten stan smutku czy zniechęcenia jest bardzo cenny. Nie bójmy się tego – to miejsce i to doświadczenie stanowią kopalnię wiedzy o nas samych. Jeśli otworzymy się na trudne doświadczenie i nie będziemy od tego stanu uciekać, możemy sami sobie pomóc. W tym trudnym doświadczeniu zawarta jest pewna informacja o nas samych, o tym, co jest naszym obszarem do rozwoju. To, czego się boimy, od czego uciekamy, czego nie akceptujemy jest właśnie tym, co powinniśmy eksplorować.

IR: To, o czym mówisz, dotyczy akceptacji tego, że miewamy gorsze momenty w życiu i że nie świadczą one o tym, że coś z nami jest nie tak. Smutek jest elementem naszego życia. Zatem obniżony nastrój nie musi od razu być objawem zaburzenia. O dystymii – jak również o depresji – możemy mówić dopiero wtedy, gdy spełnione są inne kryteria. Jeśli zaobserwujemy u siebie jakieś sygnały, że stan, który przeżywamy, może być dystymią lub depresją, warto udać się do specjalisty, żeby o tym porozmawiać.

RPR: Powinniśmy zatem rozróżniać trzy stany, których możemy doświadczać: obniżony poziom nastroju, dystymię i depresję. Mimo, że te stany mają konkretne diagnozy, to należy pamiętać, iż w indywidualnych przypadkach mogą one przybierać różne formy i różne natężenie. Dlatego też tak ważne jest, aby trafić na wrażliwego terapeutę, psychologa, psychiatrę. Ale najważniejsze, aby być wrażliwym na samego siebie.

 
O rozmówczyni:
Renata Pająkowska-Rożen – absolwentka psychologii (Uniwersytet SWPS w Warszawie) i kulturoznawstwa (Uniwersytet Wrocławski). Ukończyła dwuletnie studium psychoterapii metodą Psychologii Procesu Arnolda Mindella (Instytut Psychologii Procesu w Warszawie) oraz szkolenie terapeutyczne pierwszego i drugiego stopnia w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. Posiada certyfikat konsultanta i terapeuty w nurcie Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach i tą metodą aktualnie pracuje. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, współzałożycielką Sekcji Podejścia Skoncentrowanego na Rozwiązaniach przy PTP. Specjalizuje się w terapii depresji, stanów zaburzeń nastrojów i oswajaniu procesu zmiany. Prywatnie zwolenniczka minimalistycznego stylu życia i wielbicielka polskiej szkoły filmowej. FB: Psychoterapia Zmiany.

Rozmowa dostępna jest również na portalu naTemat.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s